środa, 17 czerwca 2015

odc.148.: POLOWANIE


Zwęszyć i dopaść, wytropić i wypatroszyć, śledzić i dorwać, a po drodze pozbyć się konkurencji rozdając na prawo i lewo, zawsze znienacka, morderczo silne ciosy łokciem, koszykiem, torebką lub ostro zakończoną parasolką. Tego PRL nauczył całe rzesze ludzi, którzy przez dekady w niekończących się kolejkach trenowali spryt, cierpliwość, umiejętności przetrwania w miejskiej dżungli i pozyskania pożywienia dla swojego stada. Kiedy nastał wolny rynek, półki sklepowe nabrały kolorów, zapachów i różnorodności asortymentu, część osobników walczących przystosowała się do nowych warunków, aprobując dostatek, korzystając z możliwości wyboru i ciesząc się, że walka jest krótsza i teoretycznie pozbawiona elementów wrogości, radując się bo zwierzyna stała się łatwiejsza do upolowania, a dóbr natury wystarcza dla wszystkich, w zależności od zasobności portfela. 
Nie wszyscy jednak pogodzili się z rzeczywistością. Dla wielu osób nowy ład jest niezrozumiały, bo za komuny było lepiej.
Rząd posiwiałych głów w różnym stopniu ozdobionych minioną trwałą i zanikającą farbą do włosów oczekiwał w kolejce w osiedlowym sklepie przy stoisku mięsnym. Grzecznie, bez przepychania się, kontemplując bogato zaopatrzoną przeszkloną ladę, o którą - wedle napisu - raczej NIE OPIERAĆ SIĘ. Kolejka nie miała zbyt wiele miejsca do dyspozycji, ze względu na rozsianie wzdłuż wszystkich alejek mini stoisk z promocjami wędlin, serów, jogurtów i innych produktów spożywczych, z okazji wyjątkowej okazji. To znacznie zawężało pole popisu oraz manewrów wózkiem, więc siłą rzeczy kiedy ktokolwiek chciał przejść dalej, musiał pchać się na chama tratując bliźnich lub usiłując używać form grzecznościowych. Jedno i drugie było nie lada wyczynem.
- Pani się przesunie tam do serów – rzuciła gniewnie siwowłosa starowinka, usiłując dopchać się w okolicę kabanosów – bo tu nie ma miejsca, a następni też chcą zobaczyć co jest.
Kobieta blokująca przejście obróciła się ze zdziwieniem i irytacją, jak tankowiec, który napotkał górę lodową, czego nie ułatwiały jej ani spore gabaryty, ani stos siatek, którymi była objuczona.
- Kupuję teraz. Jak skończę, to pójdę i pani se zobaczy. Co za ludzie, no. Pasztetu tego jeszcze, jeśli dobry, poproszę.
- Tu każdy chce zobaczyć – wtrąciła trzecia kobiecina, która usiłowała nie opierać się o ladę i jednocześnie nie wypuścić z rąk opakowania z jajkami. – tego teraz tyle, że człowiek nie wie co wybrać.
- Prawda, pani kochana – zgodził się starszy pan, stojący za nią. – Kiedyś to były dwa gatunki i dobrze było.
- Dla kogo to wszystko, ja się pytam? Tyle tego.
- Ostatnio to chciałam pół kiełbaski, to mi nie chciały sprzedać, bo miałam całą brać. – Poskarżyła się staruszka. - A na co mnie cała, ja się pytam?
- Jak dla dużej rodziny, to wiadomo.
- To inna sprawa, pani kochana. Ale dla mnie jednej, to ja ile potrzebuję, co dla ptaszka, tej wędliny, co sobie nakroję.
- A mnie sprzedały pół, więc można.
- Teraz to podobno wszystko można, pani kochana.
- Pani się przesunie, bo pan tu nie widzi.
- Jeszcze dwadzieścia deko tej podwawelskiej. Jak skończę, to się przesunę, no nie będę z drugiego końca sklepu wołać, no.
– Ale pani tak tu stoi w połowie.
- Będę stała, gdzie chcę, bo tu kupuję, te kiełbasę, o tę, o – kobieta z siatami potrząsnęła staruszce przed nosem kawałkiem wędliny - to stoję, co za ludzie! – Ryknęła na jednym wdechu i zasapała się ze złości. – Proszę, proszę! Już kończę! Teraz pani se tu będzie stała, a nie! Nie pozwolą! Niedoczekanie!
- Pani się uspokoi, tu dzieci są…
- Co za ludzie! – Wrzeszczała kobieta, potrząsając siatkami niczym wojownik wymachujący dzidą podczas tańca bojowego. – Kupuję kiełbasę, to stoję przy kiełbasie, a nie przy jakimś serze!
- Ale tu wszyscy stoją, a potem podchodzą po kolei tam, gdzie chcą zobaczyć…
- Co za ludzie!!! – Wściekła do granic możliwości kobieta nie dawała się uspokoić. - To jakaś nagonka! Polowanie!!!
Jedna z ekspedientek stała z rozdziawioną buzią, druga kręciła głową i w milczeniu kroiła szynkę podobno z pieca stryjka, a przed ich oczami rozpętał się bój napędzany pierwotnym instynktem nikomu nie potrzebnej walki o miejsce przy ladzie.
Rozjuszona kobieta machnęła obiema rękami, wprawiając siatki w ruch orbitalny, staruszka zasłoniła się niewiastą z jajkami, a starszy pan cofnął się, depcząc po stopach osobie stojącej za nim, która z kolei wlazła kuprem w sam środek stoiska z promocją jogurtów.
Ofiary były różnego rodzaju: opakowanie jajek, kawałek kiełbasy, kilka kubeczków z próbkami jogurtów, lekko stłuczona stopa, nieco urażona duma własna oraz spektakularnie rozerwana siatka i fruwające produkty spożywcze, nabyte w innym sklepie, ale paragon jest cały i zdrowy.

sobota, 13 czerwca 2015

odc.147.: ŻENADA


- Chcesz mi powiedzieć, że gdybym nie przejechała tam na czerwonym, przez ten jebany przejazd kolejowy, to nie miałabym teraz mandatu za dziewięć stów, TAK?! – Syknęła wściekłym, piskliwym głosem kobieta szczupła do granic możliwości, odziana w ciemną sukienkę, potrząsając blond fryzurą, jadowicie wykrzywiając uszminkowane, jaskrawo czerwone usta do telefonu większego niż jej dłoń.
–Wystarczyło się tam zatrzymać i byłoby zero, TAK?! To chcesz mi powiedzieć? Co za żenada! Co za żenada być policjantem w tym kraju! TAK!
Kobieta stukała obcasami szpilek, przemierzając tam i z powrotem krótki odcinek chodnika między komisariatem policji a przystankiem autobusowym. Jej wrzask przykuł uwagę pasażerów wysiadających z autobusu, aż kilkoro z nich przystanęło w zaciekawieniu. Kobieta wyszarpnęła z torebki paczkę papierosów i zapaliła jednego, zaciągając się głęboko, nie dostrzegając zgromadzonej publiczności.
- Ten dzień w ogóle zaczął się chujowo – poskarżyła się do telefonu – bo dzwonek zadzwonił, jak się czesałam i nic mi z tego nie wyszło, NIC! Zanim otworzyłam, to poszli dalej, okazało się, że to Jehowi i sąsiad z nimi się kłócił, czy Szatan to istota duchowa, czy człowiek, no czujesz? Od samego rana tak mam, no. Nie, coś ty, zabrali mi, bo punktów już miałam w chuj… I teraz muszę zapierdalać autobusem, jak ostatnia… No, zamienił stryjek siekierkę na toporek. Co? Nie tak, kurwa, jak to się mówi?
- Zamienił stryjek siekierkę na kijek – wtrącił nieśmiało staruszek stojący nieopodal.
Kobieta spojrzała na niego ze zdziwieniem, rozdziawiając krwistoczerwone usta.
- Na kijek, pan mi tu mówi. Nie wiem, jakiś taki, co tu stoi, też chyba czeka na autobus. Dziewięć stów, Jechowi, kurwa, co jeszcze? A jutro mam imprezę, miałam zrobić zakupy, chyba nie dam rady. Przed imprezą człowiek powinien mieć wolny dzień. Albo dwa, no. Koreczki jakieś albo jajka w majonezie. Coś jedzie, to jadę, nie. Później zadzwoń, przyjedziesz po mnie, przecież nie będę ciągle autobusem…

niedziela, 7 czerwca 2015

odc.146.: OAZA


- …a ona powiedziała, że jej noga na tym balkonie nie postanie.
- Dlaczego?
- Remontu chciała, nie. A on na to, że chciała balkon, to zrobił jej balkon, z kaflami, z fotelami, ze wszystkim, ale za całe mieszkanie, to on za to nie będzie płacił. I dziecku kupił jakieś adidasy za stówę, mówiła.
- Jakie adidasy, cichobiegi jakieś, a nie adidasy. Gdzie ty znajdziesz adidasy za stówę?
- Nie wiem, mówiła tak, to wam mówię. I od tego czasu nie wyszła na ten balkon, tylko syn wychodzi i ten mąż. Ciągle gołębie wygania, jak mu srają na pranie i pelargonie, co im teściowa posadziła.
- Leonia od października ich obserwuje, tak się zacięła. Zamiast telewizji – zaśmiał się siwawy brzuchacz, potrząsając niedogoloną brodą z milionem podbródków oraz fałdami sporego brzucha, widocznymi pod koszulką w pionowe pasy, nadające mu wygląd pogniecionego Obeliksa. Jego żona z oburzeniem pokręciła głową, wprawiając w ruch zakręcone rude loczki, imitujące fryzurę. Z rudością jej włosów świetnie współgrała zgniłozielona sukienka, odmładzająca ją na tle nieco zaniedbanego małżonka. Uwaga brzuchacza wyraźnie ją rozdrażniła.
- Nieprawda! A ty sam tam patrzysz i patrzysz, czy ona nie wyjdzie z cyckami!
- Co ty mi tu kobieto…
- I co było dalej? Asieńku, kamyczki są be. A zobacz, tam jest ptaszek, widzisz ptaszka? – Młoda kobieta, siedząca między nimi, usiłowała jednocześnie prowadzić rozmowę i obserwować małą córeczkę, która odważnie raczkowała po trawniku w Ogrodzie Staromiejskim. Ze względu na zakaz wyprowadzania tam czworonogów ryzyko wdepnięcia w smrodliwą niespodziankę jest nieco mniejsze niż w innych miejscach piknikowych w city, ale i tak trzeba uważać na kocie, ptasie i innego pochodzenia elementy końcowych efektów trawiennych, więc kobieta uważnie śledziła dziecko wzrokiem, usuwając z małych rączek wyżej wymienione oraz kamyki, patyki i fragmenty liści.
Starsze małżeństwo, które jej towarzyszyło, zajęło sporymi gabarytami brzuszno-biodrowymi większą część ławki, korzystając z cienia pod rozłożystym drzewem.
- Ja nie wiem – odparła starsza kobieta z godnością i lekką urazą w głosie. – Ja się nie interesuję tym, co u obcych się dzieje.
Jej fałdziasty mąż parsknął i mrugnął okiem porozumiewawczo.
- No jasne, przecież masz swoje życie. Leoniu, nie chciałem cię urazić. Ale sama widziałaś, że hałasują w weekend…
- …kiedy uczciwy człowiek chce odpocząć przy sobocie, że o niedzieli nie wspomnę – podjęła ochoczo temat, gibiąc loczkami z entuzjazmem. – Ta Ewa zawsze odkurza w sobotę, kiedy można pospać. Mimo że nie pracuje. Tłucze się, szumi, spać nie daje.
- I nie ma gości – dodał mąż.
- Nikt do niej nie przyjeżdża, sama widziałam.
- A on zawsze w niedzielę wychodzi na ten balkon…
- A ona nie, sama widziałam. On wychodzi i wiesza pranie, ale tylko swoje i syna.
- Asieńku, zostaw ten patyczek, nie ma amam- powiedziała stanowczo młoda kobieta, wydzierając dziewczynce z buzi kawałek gałązki. – Ale jak, facet robi pranie i żony ciuchy zostawia?
- Ja nie wiem. Ale wiesza bez damskich.
- To ta Ewa swoje wiesza w środku?
- Nie wiem, jak oni tak mogą. Jedno z praniem tu, drugie tam. Widziałam ją w sklepie ostatnio. Blada taka, słońca jej potrzeba.
- Ale jak ma wyjść na słońce, skoro się zaparła i nie wychodzi na balkon? Asieńku, chodź, dam ci soczek. Chcesz soczek?
Dziewczynka chwiejnie przeniosła ciężar ciała z czterech kończyn na dwie dolne i kolebiąc się ruszyła do matki po napój.
- Ja to bym tak nie mógł – zamyślił się brzuchacz. – Cały tydzień człowiek pracuje, męczy się, żyje w tym hałasie. W weekend musi być taki odpoczynek, choćby i na balkonie.
- No właśnie –zgodziła się jego żona. – Nie mogłabym tak, ja też. Mój balkon to moja oaza.

niedziela, 31 maja 2015

odc.145.: NA WYPASIE



Stukot kopyt i radosne parskanie koni to odgłosy rzadko słyszane w city, może oprócz wrocławskiego rynku, gdzie w sezonie wiosennym i letnim dość często można spotkać dorożki dla turystów. Dźwięki te rozległy się dość nagle, co spowodowało, że grubawy facet aż podskoczył i o mało nie wypuścił z ręki telefonu. Stał koło przejścia dla pieszych między ulicą Mickiewicza, a traktem prowadzącym do Iglicy i Hali Stulecia. Strażnicy miejscy jadący powoli na koniach minęli go i podążyli dalej, z wysokości końskiego grzbietu spoglądając na świat i patrolując Park Szczytnicki oraz okolice wrocławskiego ZOO.
- Osz kurwa, jak w niujorku, a trzeźwy jestem jak świnia, nie. No i patrzę teraz, a tu konie. Poważnie, stary, minęły mnie konie z policjantami, tfu, strażnikami miejskimi. Jak kowboje, kurwa. Wracam już, no, to wieczorem może wpadnę. Koło Hali Ludowej byłem, osz kurwa, Stulecia, no. Nie, moi jeszcze są w kiblu, bo przecież nie wpakuję dzieciaków do auta niewysikanych, nie. Dzieciaki miały frajdę, nie, bo tu taki statek budują do jakiegoś przedstawienia, a Wanesa się podjarała, że tu jakieś targi są z książkami, coś tam dzieciakom kupiła, no. Także spoko, Dzień Dziecka z głowy, nie. A weekend tamten miałem taki bardziej na wypasie, nie. Wszyscy byli, a początek jak ta lala, kulturka, nawet kurwa rano croissant z serkiem śmietankowym, soczek pomarańczowy, soczek grapefruitowy, wódesia, piwko, mięsko się marynowało. Na wypasie zaczęliśmy, mówię ci stary. No ale potem deszcz zaczął padać i wszyscy się schlali, Wanesa się wkurwiła, bo chłopaki najebani pochowali się w krzakach i huczeli jak te, kurwa, sowy, nie. Z nudów chyba, nie wiem. A Grzechu? Stary, kurwa, z Grześkiem już nie piję, bo rzyga, jak się najebie! Całą altankę mi ujebał!
Nagle z alejki osłoniętej drzewami wyłoniły się trzy starszawe damy, przechadzające się powolnym, spokojnym krokiem, ze zgorszeniem malującym się na twarzach, po czym minęły faceta, oglądając się na niego i kontynuując pogawędkę. Zdaje się, że wszystkie trzy były nieco przygłuche, bo porozumiewały się gromkimi okrzykami.
-… zgroza, pani Janino, ZGROZA! – Pokręciła głową jedna z nich, kościstym palcem wskazując niebiosa. - A jeszcze gorzej, że mnie się to na pewno przyśni. Ja zawsze mam po niedzieli koszmary. KOSZMARY!
- To trzeba się pomodlić – odparła stanowczo dama z włosami barwy gołębia chorego na żołądek.
- Słucham? – Trzecia z dam, w płaszczu barwy zdrowej młodej świnki, nadstawiła ucho wyczekująco.
- POMODLIĆ!
- Modliłam się, parzyłam melisę. I znowu się modliłam… MODLIŁAM SIĘ! Ale nic nie skutkuje, pani Janino. NIC! Nawet telewizję oglądałam, ale było jeszcze gorzej. Ja w każdy weekend tak mam, pani Janino. KOSZMARY!

poniedziałek, 25 maja 2015

odc.144.: WARUNEK ZALICZENIA


Mknąc żwawo po szynach, tramwaj robił tyle hałasu, że chyba tylko przerwa między lekcjami w podstawówce generuje więcej decybeli. Pojazd pruł na trasie między placem Bema a Dominikańskim, gdzie nie ma wielu przystanków, ale w deszczowy dzień jest spory ruch i mnóstwo pasażerów. 
Dwóch młodych ludzi, wyraźnie zmęczonych, opadło na plastikowe siedzenia w starej „17”, ignorując emerytów, rencistów i innych osobników, którzy codziennie muszą walczyć o swoje prawa dotyczące zajmowania miejsc siedzących. 
Ten bardziej barczysty i umięśniony, w obcisłej koszulce, podkreślającej bicepsy, kaloryfer i szeroką klatę, był wyraźnie zdenerwowany i zdecydowanie bardziej przytomny niż jego kolega, skrywający półprzymknięte oczy pod czapką z daszkiem, który pomasował się po brzuchu i westchnął.
- Głodny jestem – poskarżył się sennie.
- Nie karmią was tam?
- Słaaabo. – Znowu westchnął. - Taka gówniana robota. Ale wziąłem, bo wieeeesz, jebane praktyki to warunek zaliczenia, nie.
- Acha. A ja szukam chaty na wakacje. – Osiłek poruszył nerwowo szczęką.
- A coooo, wyprowadzacie się?
- Zwalniamy chatę, bo Staszek i Zuźka jadą w pizdu, nie.
- A później będziesz jeszcze z nimi mieszkał?
- Nie wiem, zastanawiam się. Kurwa, ze Staszkiem to mogę, ale Zuźka mnie wkurwia.
- Jaaa pierdolę. A czym?
- Ciągle chodzi w gaciach.
- Staaaary, ty chyba nienormalny jesteś. – Zsunął czapkę na tył głowy i roześmiał się - Taaaka dupencja chodzi w bieliźnie, a tobie to przeszkadza?
- Nie kumasz, człowieku. – Kwadratowa szczęka i grdyka pod nią poruszały się, jakby winda jeździła w górę i w dół. - Ona ciągle chodzi w tych samych. I ja kurwa nie wiem, czy ma tylko jedne i nie pierze, czy nakupiła sobie takich samych gaci i są czyste, tylko podobne, nie.
- Oooo kurwa.
- No. I skupić się nie mogę, a muszę zapierdalać do egzaminu, bo mam warunek zaliczenia, nie.

wtorek, 19 maja 2015

odc.143.: ŚWIADKOWIE


Ulica Świdnicka to energetyczne, tętniące życiem serce Wrocławia. Odważnie przecina city na pół, nie boi się tłumu turystów, grup rozchichotanych nastolatków ani maniaków fotografowania się z krasnalami, kamiennymi kulami i pręgierzem. Ulica umiejscowiona w tak reprezentacyjnym miejscu trzyma fason i nie lęka się ćwiczących skoki deskorolkarzy, poza tym dość pobłażliwie przyjmuje decyzję o przebudowaniu przejścia jej imienia, któraż to rewolucja rozgrzała niejedną wrocławską głowę do czerwoności, niekiedy wywołując wściekłą pianę na równie wrocławskich ustach. Rewolucja, zaiste - zasypać spory kawałek tunelu i nakazać przechodniom spacer bez konieczności użycia schodów, na których każdy wyglądał jak ze skeczu Monthy Pythona o dziwnych krokach.
Niezależnie od pory dnia i nocy na ulicy Świdnickiej coś się dzieje i ktoś spaceruje lub używa życia w jakikolwiek inny sposób, a tym bardziej w słoneczne, niedzielne popołudnie. Dwie zakonnice, mimo upału odziane służbowo, w czerń od stóp po szczelnie zasłonięte czubki głów, sunęły powoli deptakiem, lawirując między pstrokatymi przechodniami, jak dwa kruki, które przypadkiem znalazły się w stadzie papug. Mieszający w głowach gwar, dochodzący ze wszystkich stron, w połączeniu z muzyką dudniącą z okolicznych kawiarni, ten zwyczajny miejski hałaśliwy szum - to wszystko musiały pokonać ich głosy, jeśli chciały się porozumieć, zapewne dlatego rozmawiały dość głośno, mocno i dźwięcznie.
- To ja już wiem, co zrobimy – powiedziała wyższa. – mam plan.
- Jaki?
- Najpierw ja wejdę do makdonalda i kupię sobie loda śmietankowego.
- A potem?
- A potem ty też tam wejdziesz i kupisz tego hamburgera, o którym tyle mówiłaś od rana. W ten sposób będziemy nawzajem swoimi świadkami.

poniedziałek, 18 maja 2015

odc.142.: NA DRUGĄ NÓŻKĘ




Prowadzenie jakiegokolwiek pojazdu w city to nuda, do tego stopnia, że coraz więcej osób ubarwia sobie te monotonną czynność pogawędką telefoniczną, wysyłaniem SMSów i innymi aktywnościami, mającymi na celu ubarwienie nużącej podróży przez city. Robią to wszyscy. Kierowcy aut, tkwiący w korkach i trąbiący wściekle na skrzyżowaniach, motorniczowie tramwajów, beztrosko sunący po szynach, a także kierowcy autobusów, biorący ostry zakręt, podczas gdy tylko jedna ręka trzyma kierownicę oraz kilkadziesiąt żyć ludzkich w tym samym momencie.
Za smartfony w podróży chwycili też rowerzyści. Nie tylko ci okazjonalni cykliści, mocujący się z własnymi zastanymi stawami i niedosmarowanymi rowerami, wykopanymi na tę okoliczność (zapewne za namową potomstwa domagającego się towarzyszenia podczas jazdy lub powodowani chęcią zadbania o tężyznę, za przeproszeniem, fizyczną) po latach z piwnicy lub rdzewiejącymi do tej pory na balkonach.
- Ktoś miał sporo fantazji – sarkastycznie skwitował wielki facet, siedzący na górskim rowerze przy fontannie na Rynku, z przymocowaną do jednośladu maksymalną ilością gadżetów, przytrzymujący smartfona między głową a ramieniem. – Na Podwalu, kurwa, a gdzie. Nie mogłem syna wyciągnąć! Tam jest gorąco jak chuj, no cholerny plac zabaw. Mówię ci, kurwa, ktoś miał sporo fantazji i za dużo metalu. Gorące to było jak chuj. Spierdalam, bo tu nie można jeździć na rowerze, nie. No, zaczynam sezon. - Ruszył ostro do przodu, rozganiając wycieczkę, która w popłochu rozpierzchła się na wszystkie strony, jak stado gołębi. Na koniec rzucił, nadal do telefonu: - To co, jutro grill i pijemy, nie? Walniemy se kurwa na drugą nóżkę i zaczniemy sezon.
Z telefonów podczas jazdy nagminnie korzystają też śmiałkowie poruszający się po city na rowerach miejskich. Odważni to ludzie, bowiem – jak donoszą lokalne media - miejskie stacje rowerowe w wielu przypadkach sprytnie umiejscowiono na chodnikach, w lekkim oddaleniu od ścieżek rowerowych, a ponieważ chodnik to dla rowerów miejsce zakazane, na takie jednostki czyha tam straż miejska, z zapałem wypisując mandaty. Miasto musi się jakoś utrzymać.
- Trener mówi, że faulowałem – poskarżył się nastolatek z obdartymi kolanami, usiłujący jednocześnie wykonać skomplikowany manewr, polegający na podskakiwaniu na przednim kole przy przejściu dla pieszych oraz rozmawiać przez telefon. – Oj mamo, jasne, że uważam. Ja ciągle uważam, mamo, no. Trener mówi, że to była moja wina, bo tamten mnie kopnął w jaja, ale ja go przewróciłem. Dobrze mamo, uważam.
Rowerzystów przypadkowych, rzadko używających jednośladów, można łatwo rozpoznać. Cechuje ich lekki popłoch w oczach, szerokie nogawki spodni lub fałdy spódnicy wkręcające się w łańcuch, niedopompowane opony oraz uporczywa jazda środkiem ścieżki rowerowej lub jej lewą częścią, jakby ruch prawostronny był automatycznie kasowany z ich głów, gdy wsiadają na te straszne, archaiczne machiny. Dowolna interpretacja przepisów drogowych i obowiązkowy smartfon w dłoni, to jawne igranie z losem, ale cóż, taki mamy naród – obdarzony fantazją i kompletnym brakiem wyobraźni.
- Wpadł mi do głowy pomysł na kolację, taki trochę z dupy wyciągnięty, ale może wpadniesz? – Zagaiła młoda dziewczyna, zatrzymując się na czerwonym świetle, balansując z telefonem i wielkim rowerem. Jedynym oświetleniem jej pojazdu były żarówiaste zielone trampki i słonce odbijające się w wielkich ciemnych okularach. – Jakbyś miała już dosyć własnej rodziny, co? Mam już powyżej uszu tego, że ciągle sama siedzę... No wiem, że masz... Ja pierdolę, stoję na czerwonym, a nic nie jedzie. A, jadę... - Ruszyła przez pasy z wysiłkiem naciskając na pedały, gibiąc się na boki jak kaczątko, a jej trampki zamrugały zaczepnie, gdy przemknęła tuż przed maską samochodu, który nagle się pojawił. - O, jaaa, kurwa... Palancie! - Krzyknęła za oddalającym się autem i wróciła do rozmowy. - Wpadnij, to wiesz, coś wymyślimy...

poniedziałek, 11 maja 2015

odc.141.: NA KONIEC


W pobliżu wielkiego budynku CUPRUM, stanowiącego przez kilka dekad bardzo charakterystyczny element krajobrazu wrocławskiego city, od kilku dni przystawali ludzie, by oglądać kolejne etapy rozbiórki. Biurowiec oddano do użytku w 1967 roku, więc lata świetności miał już dawno za sobą, a decyzja o wyburzeniu zapadała kilkakrotnie, po czym z różnych przyczyn wyrok odraczano, by wreszcie powrócić do projektu postawienia w tym miejscu innych, bardziej nowoczesnych i teoretycznie mniej szpetnych budowli. Zapewne takich samych, jak wszystko inne, co obecnie powstaje w city: stalowoszarobure, beznamiętnie odbijające światło słoneczne zamiast kumulować jego energię, przygnębiająco chłodne, bezduszne i nudne.
Przechodnie, pasażerowie oczekujący na autobus na przystanku tuż obok, a także ciekawi sensacji i wybuchów turyści krążyli przy ogrodzeniu, zaglądając na plac przed budynkiem, będący kiedyś firmowym parkingiem, a teraz koszmarnie zapylonym miejscem, gdzie stoją wielkie dźwigi, 135-tonowa koparka z nożycami i inne maszyny służące do destrukcji.
- Mamo, tam woda się leje! – Uradowany chłopczyk podskakiwał z ekscytacji, pokazując rodzicielce to, na co sama patrzyła z lekkim sentymentem. - O jaaa, ale wieeelkie źwigi, mamooo a wybuchają ten dom?
- Nie synku, będą go rozbierać kawałek po kawałku.
- Jak z klocków, bo nie można hałasować bummm!
- Tak, zobacz, tam leją wodę, żeby pył nie przykrył całego miasta. A tam stoi wielki dźwig i ma przyczepione takie nożyce, później pewnie będą tym kroić budynek…
- Dzisiaj już nie będą – wtrącił się brodaty facet obwieszony aparatami fotograficznymi. – Gadałem z takim jednym i mówił, że dzisiaj już szlus i fajrant.
- Nieprawda, zaraz znowu zaczną. – Burknął wysoki chłopak, nerwowo podrzucający plastikową butelkę coli. – Tamten robol mówił, że poleją trochę i znowu.
Rzeczywiście, jakby na potwierdzenie jego słów wielka maszyna obudziła się z letargu i zaczęła skubać budynek nożycami, fragment po fragmencie. Kawałki budowali spadały na ziemię, wzbijając w powietrze chmury pyłu, które próbował okiełznać strumień wody, lany z węża przez robotnika umieszczonego wysoko, w podnośniku koszowym na drugim dźwigu.
- O jaaa, mamooo, ale leeeci! – Chłopczyk piszczał z radości. - Bummm!
- Mówiłam ci, synku, że zobaczysz, jak to rozwalają. Kiedyś tu pracowałam…
- Pani teraz, to każdy tu przychodzi i mówi, że pracował w Cuprum – rzucił brodacz z aparatami.
- Ale ja naprawdę tu…
- Jasne, jak rozwalali Poltegor, to też każdy tam pracował, hehhe – zaśmiał się złośliwie brodacz. – Ten Poltegor był starszy…
- Ciekawe od kogo? – Skwitował kąśliwie chłopak z colą. - Rozpierdolić to trzeba w drzazgi!
- Od ciebie, smarkaczu, na pewno – zaperzył się brodacz.
- Dobrze, że to rozwalają – syknęła starsza kobieta z zaciętą miną i kwiecistą torbą z zakupami. - Na koniec niech rozwalą.
Brodacz zdziwił się i cyknął jej fotkę.
- A dlaczego, coś pani taka? Stało tyle lat i komu to szkodziło?
- Na koniec one wszystkie upadną – złowieszczo odparła staruszka. – Kiedyś Poltegor, teraz to. Ten srajtałer też rozwalą. Zobaczycie!

środa, 6 maja 2015

odc.140.: NIC NIE PORADZISZ


-… tutaj albo obok, sama nie wiem. A ty?
- Coś ty, nic, kurwa. I nic nie poradzisz, bo zapiliśmy. Tylko kurwa szkoda, że nie pamiętamy…
- Ciii, bo jeszcze nas ktoś spotka…
Kobieta z rozczochraną fryzurą i rozmazanym makijażem obejrzała się, zamglonym spojrzeniem omiatając okoliczne krzaki i trawnik przed blokiem. Poprawiła legginsy opięte na tylnym, zgrabnie reprezentacyjnym odcinku kręgosłupa i pociągnęła swojego towarzysza za rękaw w kierunku krzaków za boiskiem do siatkówki koło sąsiedniego bloku.
- A może tam?
- Nie wiem, kurwa. – Facet był wyraźnie zmęczony, poirytowany i jakby zawstydzony zarazem. -  Tarzałaś się po krzakach, to masz.
- Sama się nie tarzałam! – Syknęła z naciskiem. – I możesz być pewny, że nie odejdę stąd bez tej torebki! Wszystko tam miałam, klucze, portfel, całe życie!
Facet zdjął ze spodni liścia i otarł rękaw kurtki z kurzu.
- Szkoda by było, kurwa – przyznał w zamyśleniu. - Ludzie powariowali w ten długi weekend. Grille, śluby, komunie, kurwa. Tylko na zakupy nie było jak.
- Bo pozamykane wszystko, no.
- Ale można się napić, nie.
- Można i tak to się kończy... A pamiętasz, o której to było?
- Nie. A po co ci to?
- Sama nie wiem – kobieta przystanęła bezradnie i usiadła na ławce przy placu zabaw. Potarła przekrwione oczy. – Nawet ciemne okulary tam mam, nie. I nic nie poradzisz.
- I szukaj, kurwa, wiatru w polu. Ale mnie kurwa suszy, ja pierdolę.
Usiadł koło niej i chwilę milczeli w bezruchu, podczas gdy słońce bezlitośnie eksplorowało niedzielny świąteczny poranek. Nagle zza okna w bloku nad nimi rozległy się głośne okrzyki, triumfalne i rozbawione.
- Znalazłam cię! – Zapiszczał damski wokal z satysfakcją. - Możesz się kurwa schować nawet pod stołem, a i tak cię znalazłam!
- Następnym razem skopię ci dupsko, zobaczysz! – Odpowiedział męski głos, śmiejąc się głośno. – Święto, nie święto, kurwa, dorwę, wypatroszę i zabiję! Nic na to nie poradzisz, jestem lepszy w te klocki!
- Akurat, trzeci raz przegrałeś, lepszy, kurwa!
- Odpalamy jeszcze raz i sama zobaczysz!
Stado gołębi spłoszone hałasem wzbiło się w powietrze, wraz z liśćmi porwanymi do wirującego tańca przez wiatr, po czym tumany pyłu opadły na zmęczoną parę, siedzącą w milczeniu na ławce.
- Idziemy chyba, co? Czy szukamy dalej?
- Nie mam nadziei, ale musimy znaleźć. Nie wrócę do domu bez rzeczy, bo Dawid od razu się domyśli, że balowałam.
- A nie możesz czegoś kurwa wymyślić? – Wstali z ławki i niemrawo przeglądali krzaki. – Że cię okradli, czy coś?
- On mnie zna i wie, że prędzej zgubię niż dam się okraść.
- To jest kurwa bez sensu!
- Taka już jestem i nic nie poradzisz… Może to tam dalej, koło parkingu?
Poszli, a gołębie wróciły na stanowiska bojowe między śmietnikiem a placem zabaw, by czekać na kolejne dostawy okruchów.

środa, 29 kwietnia 2015

odc.139.: PILNUJ SIĘ

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy starszy pan miał problem ze słuchem, z głośnością telefonu czy może z natężeniem hałasu w archaicznym, rozklekotanym, woniejącym rozmaicie tramwajowym wagonie linii „23”, ale cokolwiek to było, powodowało że słyszano go z przodu pojazdu, mimo że siedział na samym końcu.
- …tak, jest pięknie, nie spodziewałem się, ładny dzień. Nie, nie jestem w domu. Ja dzisiaj sprawy załatwiam! CO?! MÓWIĘ, ŻE JEST PIĘKNIE! Tak, co to ja, acha. No, to tam wszystkiego się dowiedziałem i wiem, że na enefzet tego nie załatwimy, zapomnij, rejestrują na następny rok. A ty kichasz? To pilnuj się! Prześwietlić migdałki musisz prywatnie, a do specjalisty sam cię zarejestruję… CO? Nie, nie wiem co u niego, od tygodnia nie dzwonił… CO? A to hultaj! A to… CO? A mówiłem mu, pilnuj się! Ojciec mi zawsze powtarzał, jak pijesz, to się pilnuj, a ten hultaj miał się uczyć, pracować… No dobrze, to ja do niego zadzwonię i przywołam do porządku… No, to ty się tam pilnuj, dbaj. Zadzwonię jak się czegoś dowiem, papa…
Starszy pan rozłączył się, wytarł głośno nos we wzorzystą materiałową chustkę, którą następnie pieczołowicie upchnął w kieszonce marynarki i znowu sięgnął po telefon.
- Leoś? HALO! Leosiu, jak u ciebie? No, twoja sytuacja? JAK U CIEBIE, PYTAM! Pytam, bo pytam, co się pytasz. Bo doszły mnie słuchy, że… Może masz jakiś kłopot i trzeba ci pomocy, to... A gdzie ty teraz jesteś? Wracasz dopiero? To gdzie ty byłeś? HULTAJU! – Ryknął, wyraźnie poruszony. – Pilnuj się! Norbert widział, że pijany chodzisz, praktyki zawalasz, do szkoły nie chodzisz, a ty co? CO? Miałeś się uczyć, obiecywałeś, dziadku, poprawię się, a ty co? CO? Acha. Dzisiaj? Po południu, no to wpadnij, kawy się napijemy, porozmawiamy. Może ty masz jakiś problem, co? CO? Babcia się martwi, to dzwonię, żebyś się uczył i potem pracował i się miewał, no. A Norbert chory, ale wyjdziemy z tego. Tylko pilnuj się. A telefon masz naładowany? CO? Nie śpij, jak rozmawiamy, bo nie wiem, czy ci nie wyłączą. Acha. To się umyj i przyjedź, babcia się ucieszy. Ona tak się o was martwi, hultaje.

sobota, 25 kwietnia 2015

odc.138.: KONIEC ŚWIATA


Na osiedlowym placu zabaw każdy mieszkaniec city zażywa rozrywek stosownych do wieku oraz możliwości finansowych, dobierając rodzaj aktywności wedle własnych upodobań i gustu: dzieci beztrosko szaleją na huśtawkach, kręcą się na karuzeli i  piszczą z uciechy w piaskownicy, mimo że spółdzielnia mieszkaniowa jeszcze nie zarządziła wymiany piasku po zimowej kociej toalecie, matki i ojcowie w sporej większości siedzą na ławkach z nosami w smartfonach, emeryci utyskują na pogodę niezależnie od aktualnie panującej aury (wiatr taki podstępny, no i to wiosenne przesilenie daje w kość, słońce pali skwarem chociaż to dopiero kwiecień, pani kochana, a ja panu tłumaczę, że kiedyś to zima się różniła od wiosny, a teraz to ani się człowiek obejrzy, jak lato przychodzi), poza tym młodzież jest śmiertelnie znudzona pospolitymi używkami, gardzi sportem i rozważa rewolucję, tylko nie wie jaką, bo na pewno najlepiej byłoby zorganizować taką, która nie wymaga wysiłku, zaś na skwerku nieopodal śmietnika okoliczni pijaczkowie odważnie degustują trunki, których skład mógłby zaintrygować dostawców rodziny Borgiów, prowadząc przy tym dysputy o świecie, polityce i tym, co leży im na nadwyrężonej nieco wątrobie.
- Cztery złote, kurwa – żalił się najniższy facecik, który wyglądałby jak nastolatek, gdyby nie twarz poorana bruzdami, bliznami, naznaczona plamami wątrobowymi i innymi oznakami zużycia materiału oraz użycia wielu procentów – nie wierzyłem, nie, kurwa.
- Ale za co? – Ocknął się przysypiający grubawy kompan.
Ten niższy prychnął i strzelił niedopałkiem w ławkę.
- Tłumaczę ci, kurwa. Kupowałem zapalniczkę, nie. Na prezent, nie, kurwa.
- Ale żeś się wysilił, kurwa. Ja pierdolę, ale amant – zarechotał trzeci z nich, w czapce baseballowej z wytartym NY na froncie.
- Odpierdol się – zaproponował kulturalnie mikrus. – Taki jesteś kurwa mądry, a sam nic byś nie kupił, nie. To chciałem, żeby miała fajną zapalniczkę.
- I co, kupiłeś? – Zainteresował się grubas, gramoląc się z ławki. – Kurwa, ale mi dupa ścierpła, no. Daj to piwo.
- Poruszałbyś się coś, a nie, żresz tylko, to ci dupa rośnie, kurwa.
- Odpierdol się od niego, nie. Trudno mu się kurwa ruszać, to się nie rusza. Kupiłeś?
- Kupiłem, nie będę skąpił. Facet pierdolił, że zapalniczka odpali 12 tysięcy razy.
- Co? Ile, kurwa?
- 12 tysięcy, nie.
- I co?
- Nic, kurwa, wróciłem do chaty i okazało się, że nie działa. Wkurwiłem się, ale nie chciało mi się już wracać na bazar.
- Kurwa. Koniec świata – grubas się zamyślił. Wszyscy trzej zamilkli na chwilę.
Nagle rozległ się potworny warkot, dudnienie dziesiątek silników, buczenie klaksonów i ich oczom ukazała się parada motorów, eskortowana przez wozy policyjne. Motocykliści trąbili, podkręcali obroty, machali do przechodniów. Maszyny mknęły po ulicy tuż obok placu zabaw, lśniły w słońcu, wydmuchiwały chmury spalin, robiły mnóstwo hałasu i zamieszania.
Trzech zmęczonych życiem facetów z rozdziawionymi ustami spoglądało za motorami, po czym ten najniższy klasnął w dłonie, wybijając dwóch pozostałych z letargu.
- Kurwa, najechali nas!
- Co?!
- Koniec świata, musimy się zorganizować, panowie, do boooju – zaryczał grubas.
- Te, no, kurwa, te ruskie wilki! – Mały podskakiwał z podekscytowania. – Jadą przez nas, jadą, kurwa!
- Pojebało cię, mieli polskie flagi! – Wrzasnął ten w czapce. – To nasi byli!
Niski i grubas spojrzeli na kolegę z niedowierzaniem.
- Poważnie, no kurwa, sam widziałem – uspokoił ich – ale Mietek ma rację, kurwa, ruszyć się trzeba, nie. Dopijamy to i idziemy. Nie będziemy tu siedzieć do końca świata, nie.

niedziela, 19 kwietnia 2015

odc.137.: DLA NORMALNYCH LUDZI


- Zachwycające! Zobacz, Janusz, no zobacz sam, jakie dorodne brokuły! I jaka zielona sałata! Zachwycające, naprawdę!
Autentyczny zachwyt dominujący w głosie, spojrzeniu i gestach starszawej damy był czymś wyjątkowo rzadko spotykanym w miejscu tak prozaicznym, jakim niewątpliwie jest supermarket, że niejeden klient obracał się za nią ze zdumieniem. Kobieta nie zwracała uwagi na otoczenie i pruła w euforii przez sklep, odwiedzając kolejne stoiska i ciągnąc za sobą męża, drepczącego za nią z wielkim wózkiem zakupowym i stoickim spokojem, świadczącym o przyzwyczajeniu do tego, że jego towarzyszka życia reaguje entuzjastycznie na widok zwyczajnych warzyw, a na myśl o deserach krzyczy z radości.
- Janusz, spójrz, jaki ogromny pęczek rzodkiewek! Czy ty kiedyś widziałeś takie rzodkiewki?!
- Czyli bierzemy?
- Oczywiście, bierz dwa, są wspaniałe! A te spody do ciast? Jakie okrąglutkie, jak… Ojej, a ta kawa, czy ty czujesz, jak ona pachnie?
- Jest zamknięta. Nie czuję.
- Ale zapłacimy dwa razy taniej niż w Tesco, na co czekasz, bierzemy, tam masz w tej cenie dwie, a tu aż trzy, czy ty rozumiesz, Janusz, jak tu się cudownie opłaca? Dlaczego my tutaj tak rzadko przychodzimy?
Pan Janusz wzruszył ramionami, pakując kawę do wózka.
- A tutaj, zobacz Janusz, te spodnie, podobno to zupełnie nowa promocja, ale nie wiedziałam, że aż taka, super jest! Alinka mi mówiła, pamiętasz która, ja ci o niej mówiłam, ale ty mnie nigdy nie słuchasz, Alinka mi wspominała, że jest taka reklama w telewizji, no wiesz, która Alinka, ta co ma tego syna, co to on wiesz co…
Janusz chyba nie wiedział, ale nie zdołał odpowiedzieć, bo sznurowadło zaplątało mu się w kółko wózka.
- No co ty tam tak kucasz, jak ja tu widzę taki serek, nigdzie nie widziałam takiego serka, jak tutaj, bierzemy! Jakie świetne te spodnie, ale ja nic o nich nie wiem! Halooo! Czy ktoś mi powie coś o tych spodniach?!
Pytanie wygłoszone bardzo głośno zawisło dramatycznie na dłuższą chwilę, dając panu Januszowi czas na stoczenie krótkiej, acz zwycięskiej batalii z krnąbrnym sznurowadłem. Obok starszej pary pojawiła się pracownica marketu, z uprzejmym uśmiechem i skrzynką jabłek.
- No nareszcie jest pani, pani kochana, czy te spodnie są dla normalnych ludzi?
- Yyy – powiedziała sprzedawczyni z namysłem. – Hm. Co to znaczy: dla normalnych ludzi? Rozmiary mają i w ogóle.
- Kochana pani jest, naprawdę cudowna, ale czy one pasują na ludzi takich, no wie pani, z biodrem, brzuchem i w ogóle, ze wszystkim?
- Yyy. Chyba pasują. Ja nie wiem, nie mierzyłam. Ja jestem z innego stoiska.
- Te jabłuszka co tu pani ma to przepiękne są, no naprawdę, macie świetne rzeczy tutaj.
- Yyyy. No, tak. Ja nie wiem. Ale ludzie kupują. Tych męskich koszul i spodni to ponoć już w poniedziałek nie było, damskich jeszcze mamy kilka par, ale już się kończą.
- Czyli że dobre? Pani by kupiła, jakby potrzebowała? Mogę pani zaufać? – Starsza pani dokręciła śrubę, przenikając pracownicę sklepu wzrokiem.
- Yyy… Nie wiem. Proszę pani – pracownica ściszyła głos konspiracyjnie – tu obok, w lumpeksie są różne takie. I spodnie, i inne, można się ubrać inaczej niż całe miasto. Bo tutaj to w poniedziałek ludzie stali przed otwarciem i większość wykupili.
- A widzisz, Janusz! – Zakrzyknęła triumfalnie starsza pani – jak to dobrze spotkać porządnego człowieka, co powie szczerze! No jak wykupili i stali, to znaczy, że dobre! Pani mówi, że nadają się dla normalnych ludzi! Na co czekasz, bierz dwie pary!

środa, 15 kwietnia 2015

odc.136.: BEZ NICZEGO


Wielgachne szuflady opatrzone kolejnymi literami alfabetu zawierają akta spraw tysięcy osób. Szafa z szufladami kryje w sobie teczki z opisami zagadnień mniej lub bardziej beznadziejnych i takich też przypadków. Pełne zaświadczeń, oświadczeń, pism, kserokopii aktów urodzeń i zgonów, wezwań komorniczych i PIT-ów, wniosków i nadziei na pomoc, której państwo może udzielić lub nie. O decyzji MOPS obywatel zostanie poinformowany korespondencyjnie, ewentualnie wezwany kolejny, setny już chyba raz aby dostarczyć brakujące dokumenty, bo przecież nie można od razu na miejscu zerknąć i upewnić się czy delikwent przyniósł w ząbkach to, co powinien. Decyzja zostanie wydana na podstawie owego stosu papierów, a także gąszczu wzajemnie się wykluczających przepisów. Państwo nie ufa obywatelowi, bo po co, przecież podpis i oświadczenie to na pewno kłamstwo, lepiej zagłębić się w stosie makulatury, korespondencji między ZUS, NFZ, Urzędem Pracy a Miejskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej oraz np. pracodawcami i sądem. Instytucje te nie tylko ze sobą nie współpracują, ale zdaje się, że starają się zwalczać i tępić przejawy swojej działalności. Obywatel, który usiłuje w jednej z nich przedstawić dokument lub opinię z drugiej, zostaje co najmniej wyśmiany, a na pewno zbesztany i pouczony o tym, kto ma rację i dlaczego nie inni.
W kolejce do magicznego pokoju zbierającego kolekcje kolejnych zaświadczeń i wyjaśnień czekało kilka osób. Wiekowa pani w płaszczyku i adidasach, czytająca podniszczony kryminał, młoda kobieta z dwojgiem kilkuletnich szalejących i wrzeszczących dzieci oraz dwóch panów, z których jeden miał minę męczennika, a drugi twarz obojętnie znudzoną, przyklejoną do smartfona.
- Ileż to trwa – westchnął męczennik. – Wzywają ciągle i wzywają. I lataj, człowieku.
- No – poświadczyła młoda kobieta z roztargnieniem – Tomeczku, spocisz się. Trzeci raz tu jestem. Kserują tylko i… Juleczko, nie pchaj brata, bo się uderzysz.
- Aaaaaaa!! Mamooo, a ona mnie pchujeeee!!! – Wydarł się natychmiast chłopczyk, kładąc się na podłodze, podczas gdy jego siostra z udawanym zainteresowaniem oglądała swoje buciki.
- Juleczko, nie pchaj brata, brudny już jest, a teraz leży – skarciła córkę kobieta. – Tomeczku, wstań. Tu jest brudno, poleżymy w domku.
- Dzieciaki muszą się wyszumieć – odezwał się znudzony zza smartfona. – Ja w tym wieku też biegałem. Obdarte kolana, strupy, wie pani jak to jest. Rozbite łokcie i łażenie po drzewach, co?
Starsza pani, trącona przez niego lekko łokciem, odkleiła zamglone oczy od książki.
- Wie pan, ja rzadko łażę po drzewach – odparła uprzejmie, maskując zdziwienie. – Wolę inne rozrywki. Czytanie na przykład. Każdy się bawi, jak lubi, że tak powiem.
- Ja chcę się bawiiiiić! – Zażądał Tomeczek, wczołgując się pod krzesło matki. Za nim podążyła siostra, co spowodowało tłok pod siedzeniami i lekki popłoch młodej kobiety.
- Zaraz pójdziemy na plac zabaw, jak nie będzie padało, to pobiegacie, a potem…
- Ja chcę bajkę z komputelaaaa!!! – Oświadczyła Juleczka wypełzając spod krzesła i puszczając kontrolną łezkę.
- Wy wszystko chcecie, a ja nic nie mam. Ale coś wymyślimy, tylko uspokójcie się, cholera – zdenerwowała się kobieta. – Wam tylko w głowie zabawy!
- No, kur… czę, ja też inne, tego, wolę. To znaczy zabawy, nie! – Ucieszył się facet z telefonem. – Rozrywka przede wszystkim, niech się dzieje, czad! No, dam im te papiery, to będzie kasa i będzie zabawa!
- Na rozrywki to mnie nie stać – męczennik zasmucił się ostatecznie i spojrzał na resztę z chorą satysfakcją. – Dlatego tu jestem. Nie ma pracy, nie ma pieniędzy, nie ma niczego, proszę państwa.
- Oj, panie, bez niczego to się nie da…

wtorek, 7 kwietnia 2015

odc.135.: MAMUŚKA


Przy przejściu dla pieszych na placu Legionów (onegdaj PKWN) przystanęła bogata wizualnie para. Ona w legginsach międzygwiezdnych i twarzy składającej się głównie z błyszczyka, on w firmowych dresowych kilku paskach, obowiązkowej podgolonej łysinie i wyrazie twarzy sugerującym natychmiastowe pociągnięcie z czoła tym, którzy na to sobie zasłużą jednym choćby spojrzeniem. Nie gapić się, bo z liścia w lampę można zarobić.
- Kiedyś była gruba, ale widziałam foto na fejsie, nie. I odkąd przeszła na dietę, kurwa wegetariańską, to się super zmieniła. Nie poznałbyś jej.
- E, nie pierdol, przecież widziałem ją, no, kilka dni temu.
- Niby gdzie? Przecież ty nigdzie nie wychodzisz.
- U nas. No, kurwa, na osiedlu, koło Biedronki.
- Niby kiedy?
- Wczoraj, jak wyrzucałem śmieci. Sama kurwa kazałaś, nie.
- Acha. I co? Mówiła coś?
- Nie, przecież nie rozmawiacie ze sobą, nie.
- Acha. Do ciebie to mogła chociaż „dzień dobry”, nie. I co?
- Nie widziała mnie, bo stała z jakimś, kurwa, gostkiem.
- Acha. I jak wyglądała?
- Znowu jest z niej niezła mamuśka.
- Niezła? Czyli gruba?
- No… Nie taka lasencja, jak ty, nie. Trochę ma więcej, kurwa, nie, tego, no. Ale niezła mamuśka.

sobota, 4 kwietnia 2015

odc.134.: INSTYNKT STADNY


Koniec marca w city zaskoczył zimowo nie tylko drogowców. Gradobicia, oślepiające słońce i przelotne opady deszczu to objawy typowe dla wczesnej wiosny, ale city było nieco zdumione śnieżycami, gołoledzią i gdy naród usiłował ubrać się stosownie do pogody, jasnym było, że to się nie uda, skoro za oknem co kwadrans jest inna aura. Tak więc po ulicach Wrocławia, pod niebem pełnym chmur wszelkiej maści, wściekle gnanych huraganowym wiatrem, błąkało się wiele płaszczy zimowych, kurtek wiosennych, kaloszy, ciżemek i innych strojów skrajnie różnych.
Naród marzł, pocił się i kichał, bo coś już zaczyna pylić. Starszyzna twierdzi, że teraz to wszystkie te z alergiami chodzą, z nosa cieknie i nie wiadomo co, a sąsiad to mówi, że leszczyna już skończyła pylić.
A na dodatek naród ruszył na wielkanocne zakupy spożywcze. Chociaż święta trwają w sumie dwa dni, naród zapragnął nabyć wszystko, co pozwoliłoby przetrwać co najmniej tydzień w oblężonej twierdzy, a może i dłużej. Dlatego naród utknął w niekończących się kolejkach na stoiskach mięsnych, do kas, kupując w amoku wszystko jak leci lub drobiazgowo porównując ceny w pobliskich sklepach.
- …chciała mnie koniecznie na to namówić, wpierała że wszyscy noszą takie – mamuciej postury dama zasapała się, kontynuując monolog między półkami z makaronem a piramidą zgrzewek z wodą mineralną w sporym osiedlowym sklepie spożywczym, aspirującym do miana delikatesów. Możliwe, że dorodny, dobrze wykarmiony słoń byłby zawstydzony swoim niskim wzrostem i wąską talią, gdyby przyszło mu stanąć obok tej damy, odzianej w gustowny dresik zainspirowany modą bazarową z początku lat 90-tych XX wieku. – No wiesz, a ja jej na to, że nie będę nosić tego, co wszyscy, kurna.
- Racja, dobrze jej odpaliłaś – zarechotała niska kobietka, w jaskrawej kurtce puchowej i zimowych butach. Jej wielka koleżanka sapnęła aprobująco i przecisnęła się bliżej pieczywa, teoretycznie wypiekanego na miejscu.
- Ja to się lubię jakoś wyróżnić, nie. Mój Łukasz to mi zawsze powtarza, że to jest w modzie, tak się wyróżniać. A nie, jak ten, no, instynkt stadny. Że wszyscy to samo.
- No właśnie.
- Ubierają to samo, jedzą to samo i robią to samo. Co inni. Jak z reklamy.
- Ludzie to w ogóle chcą robić to samo, co inni. Moi to na ryby chcą już jechać.
- Za zimno chyba?
- Dla mnie to w ogóle bez sensu, tak marznąć rano, nie. – Kobietka otuliła się mocniej kurtką. - Ale wiesz, jak to z chłopami. W zeszłym roku stary uczył syna łowić.
- A ile ma?
- Sześć lat dopiero, nie. I jechali wczoraj koło stawów, tam wiesz, koło Milicza i syn widział i krzyczał „tata a oni rybują” i że on też chce. Skaranie boskie.
- Z moimi to nie mogę z domu wyjść. Starsza teraz siedzi przy komputerze, a małą wzięłam… Gdzie ty latasz i latasz?! – Dresowa dama ryknęła nagle, budząc lekki popłoch w sklepie. Uprzejme pytanie kierowała do kilkuletniej dziewczynki, która nieopodal siedziała na podłodze, nie zwracając uwagi na omijających ją ludzi i z dużym zainteresowaniem układała wieżę z jogurtów.
- Wieza się kiwa – poinformowało grzeczne dziecko. – Chcę jogulcik. Duzo.
- Mamunia nie ma tyle pieniążków – odpowiedziała zniecierpliwiona dama. – Ty ciągle coś chcesz, a mamunia nie ma pieniążków.
- Zuzia miała po komuni. Wszyscy się cieszyli i mieli komuni. To mama zlób Zuzi dlugie komunie i znowu będzie pinionżek – ucieszyła się dziewczynka i wstała, przewracając jogurtową budowlę. – O, wieza bam, o, rozlewało się.
- Skarbeńku, chodź do mamuni – dama rozejrzała się niespokojnie, sprawdzając, czy ktoś widział zniszczenia w dziale z nabiałem i słyszał szczere wyznanie dziecka – nie można zrobić drugiej, jedna wystarczy. A ty też będziesz mieć komunię, za kilka lat, jak podrośniesz. Teraz nie mamy pieniążków.
- Ale ja chcę telaz! Ja tez chcę! Pinionżek jak Zuzia miała! – Mała zirytowała się i tupnęła nogą. - Duzo pinionżek miała Zuzia.