środa, 5 sierpnia 2015

odc.160.: PRZEKOZAK


Dwa rezolutne wróbelki spokojnie odczekały, aż postrzępiony, przykurzony, szary od miejskiego pyłu gołąb odleci, odziobawszy odrobinę ciasta z wielkiego kawałka, który spoczywał w rogu parkingu, przy ogródku Cafe Rozrusznik. Skrzydlaty weteran walk o terytorium wpływów w city między Starym Miastem a Śródmieściem oddalił się wreszcie i wróbelki mogły w spokoju przystąpić do konsumpcji, podskakując dookoła wielkich okruchów i kosztując przepysznego sernika, którym zachwycała się też dziewczyna siedząca w ogródku kawiarni z dwoma chłopakami.
- Normalnie to jestem na diecie, nie, ale to jest przekozak – usta miała pełne sernika, więc mówiąc sprzedała rzęsiste prychnięcia okruszkami, co wyraźnie ucieszyło kilka innych wróbli, obserwujących tę scenę spod krzaczka nieopodal. Mniej zadowoleni z tego sernikowego ostrzału byli jej dwaj koledzy, siedzący na leżakach.
Dziewczyna miała długie, idealnie proste, kasztanowe włosy, żarówiasto zielone spodnie rybaczki, ciemne okulary i czarny top, odsłaniający brak dekoltu i zarys szkieletu tkniętego skoliozą, jakże charakterystyczny dla nastolatki garbiącej się nieustannie nad jakimś urządzeniem z wi-fi. Chłopcy, bardzo do siebie podobni, prawdopodobnie spokrewnieni, byli ubrani w obcisłe koszulki i rurkowate spodnie oraz trampki i identycznym gestem odrzucali z czół przydługie grzywki, skrobiąc się leniwie po brodach oczekujących na hipsterski zarost, co – sądząc po wieku właścicieli – może jeszcze potrwać rok lub dwa. Cała trójka była szczupła, obdarzona przydługimi kończynami, nastoletnio wiotka, gibka w młodości, a jednocześnie znudzona rzeczywistością. Opychali się sernikiem i raczyli się się kawą mrożoną z podwójnym expresso, serwowaną przez tę kawiarnię w sposób pyszny i skuteczny zarazem, zgodnie z rozrusznikową nazwą. 
Ogródek Cafe Rozrusznik stworzono w taki sposób, by pasował do okolicy, z pomalowanych vintydżowych skrzynek, ekologicznych, zgodnych z miejską modą palet i wygodnych krzeseł oraz jeszcze bardziej relaksujących leżaków, z parasolem i dyskretną muzyką docierającą mimo huczących obok tramwajów i aut. To typowo miejski klimat, sprzyjający naładowaniu wewnętrznych baterii życiowych bez utraty kontaktu z pulsem city, wygodny w użyciu.
- Przydarzyło mi się ostatnio coś, w co trudno uwierzyć – rzucił jeden z chłopaków.
- Akurat, tobie się przydarzyło – wyszczerzył zęby drugi. – Obudziłeś się i nie mogłeś znaleźć fona?
- Ale żal, no, odpierdol się! – Obaj podnieśli się z siedzeń.
- Keny, nie przerywaj, jestem ciekawa – wtrąciła dziewczyna. – Dawaj Kris, co wykminiłeś?
- Jechałem na rowerze…
- Ciekawe kiedy – przerwał kpiąco Keny. – Myślałem, że nie umiesz, odkąd tata próbował cię nauczyć jeździć bez bocznych kółek… Miesiąc temu.
Kris poczerwieniał, nerwowo zamieszał rurką w szklance z kawą, upił łyk i lekko się zakrztusił.
- No, co to było? - Zapytała dziewczyna, kończąc ciasto.
- Jechałem – bohatersko podjął Kris, pochrząkując – po chodniku, u nas, na osiedlu, kilka dni temu. Mocno zapierdalałem…
Keny prychnął, ale nic nie powiedział, bo dziewczyna spojrzała surowo.
- Pędziłem coraz szybciej, a tu nagle patrzę, nie, siedzi pies i myślałem, czy zdążę skręcić…
- Trzeba było krzyknąć, głąbie.
- Krzyczałem, a co ty myślisz, ale chyba był głuchy…
- Kurwa, aleś wymyślił, głuchy pies – Keny zaśmiał się niezbyt życzliwie. – Widziałaś kiedyś głuchego psa?
- Nie wiem - odparła dziewczyna w zamyśleniu, turlając widelczykiem ostatnie okruchy sernika po talerzu, co bacznie obserwował wróbel, siedzący na oparciu krzesła tuż za nią. – Skąd mam wiedzieć, przecież nie wołam każdego psa. W sumie mogłam widzieć.
- Głuchy chyba by długo nie pożył, bo go auto walnie, nie?
- Chyba ciebie walnie, bo jeździsz w słuchawkach – zaperzył się Kris z nutą pisku w tle.
- A ty w kasku jak debil z przedszkola!
- Boszsz, z kim ja mam do czynienia – westchnęła dziewczyna.
- Z debilami, co? – Zaśmiał się Keny.
- I to z konkretnymi, zwłaszcza ty – dodał Kris.
- Beznadziejni jesteście, masakra. Ale co, walnąłeś w tego psa? – Wycelowała widelczyk w kolegę, płosząc wróbla.
- Nie, w ostatniej chwili zahamowałem i nie uwierzycie… – Kris zrobił dramatyczną pauzę, wróbel wrócił na stanowisko obserwacyjne, licząc na spory kawałek sernika, który zapewne wystarczyłby jemu i krewnym na tygodniowy posiłek.
- Pies zniknął? Obudziłeś się zlany potem? Ale żal – ironizował Keny.
- Nie, przeleciałem nad kierownicą i wylądowałem na klacie. A rower walnął mnie kierownicą w plecy i mam zdartą skórę. Jak mi nie wierzycie, to mogę wam pokazać – chłopak z dumą odsłonił kościsty grzbiet, gdzie rzeczywiście było widać potężną szramę idącą lekkim skosem po kręgosłupie.
- Ojaaa, ale masakra – dziewczyna była pełna podziwu. – Uratowałeś tego psa! Kris, przekozak jesteś, normalnie, masakra.
- Przechuj, nie przekozak - Keny głośno siorbnął resztki kawy.
- O jaaa – dziewczyna wstała – chamówa, wiesz. Nie odzywasz się do mnie w tramwaju, aż będziemy na Parku Zachodnim.
Cała trójka poszła na pobliski przystanek, a czujny wróbel sfrunął na stolik z prędkością godną ponaddźwiękowego myśliwca, by capnąć największy okruch sernika, zanim zdobycz zniknie zabrana przez miłego barmana lub konkurencję w postaci innych ptaków, polujących w city.

niedziela, 2 sierpnia 2015

odc.159.: SZTUCZNY TŁUM


- Ale sam powiedz, bo nie wiem czy wahto? A kto tam będzie? Bo nie wiem czy mam przyjechać i hobić sztuczny tłum – oznajmiła dziewczyna w błękicie, stylowo wibrując przy każdym „r”, machając błękitnym klapkiem na stopie z wytatuowaną niebieską kokardą. Szczuplutka, w błękitnej sukience, z błękitną torebką, w ciemnych okularach z błękitnymi oprawkami i ze sporych rozmiarów kółkiem w nosie, przywodzącym na myśl krnąbrną krówkę na pastwisku.
Pasażerowie autobusu ruszającego z Ronda Reagana nie zwrócili na nią większej uwagi, mimo że przemawiała do telefonu głośno i dobitnie wymawiając wszystkie głoski (oprócz wspomnianego „r”), jak kilkulatek, który niedawno nauczył się mówić i testuje ten zabawny sposób porozumiewania się.
- Ja to mam u ciebie pecha, taki ślepy faht, czy coś, kuhwa – wyznała, nie zauważając, że siedząca obok niej starsza pani podskoczyła jak oparzona, słysząc wulgaryzm. – Kiedyś połamałam okulahy, jak piliśmy wino twoich hodziców. A ostatnio jak byłam u ciebie na imphezie, to mi ta khetynka Dohota odbiła Kacpha. No właśnie. Hyczałam, bo wiesz, to była phawdziwa miłość. Cztehy miesiące, ale tak na maksa. Ona jest ładna? Na twarzy?! Nie piehdol, no kuhwa, nie wiem z któhej sthony... 
A, Dohoty nie będzie? To kto będzie? Uhm. No dobha.  Bo myślałam, że mnie zaphaszasz tylko po to, żeby mieć sztuczny tłum. Ale jak tak, to będę. A dzisiaj? Właśnie jadę na konceht do Pahku Na Wyspie. Nie wiem, dostałam bilety od siosthy, któha nie może iść, bo złamała nogę. Tytuł ma "Sphagnieni lata", gha jakiś Skubas i laska któhej nie kminię, jakaś Julia z Behlina. Co? Xanax? Już nie biohę, bo nic nie kojarzyłam. A, zespół taki? Wiesz co, w sumie wszystko mi jedno, muszę się zhelaksować, bo mam sthesa. Jak chcesz, to mam dwa bilety, to przyjedź. Przyjedziesz? Kuhwa, to supeh.

niedziela, 26 lipca 2015

odc.158.: NA MINUSIE


Na plaży, wiadomo, nie brakuje ani obnażonych części ciała, powabnych bardziej lub niekoniecznie urokliwych, owłosionych w mniejszym lub większym stopniu, ani nie ma deficytu okrzyków pełnych entuzjazmu, wydawanych przez dzieci w wieku od około jednego roku do stu.
Nie inaczej jest co roku w centrum city, na wrocławskim placu Solnym, gdzie z okazji 15. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego T-Mobile Nowe Horyzonty usypano piaszczystą plażę, na której poutykano malownicze leżaki, parasole, rozmaitej wielkości i kształtu bułosiedzenia, tor wodny do wywalania się na desce z logo sponsora, a także trampolinę dla dzieci, które po drodze spożyły nadmiar cukru przy pomocy gofrów, lodów, wafelków i innych smakołyków. Zza bannerów i plakatów reklamujących festiwal melancholijnie obserwują cały ten kulturalny festiwalowy bałagan legendarne kwiaciarki, które o każdej porze dnia i nocy tkwią na posterunku.
Baloniki, piski, wrzaski, ryk narracyjny z głośników, to wszystko umila spacery tabunom turystów zwyczajnych, a także festiwalowiczom i mieszkańcom Wrocławia, którzy latem chętnie odwiedzają Rynek w poszukiwaniu rozrywki typowo miejskiej oraz uciechy dla dzieci siłą oderwanych od tabletów.
- Pijemy jakieś piwo albo coś? – Mocno opalona blondynka w ślicznej białej sukience odsłaniającej wszystkie walory młodości, siedząca na różowym bułokształtnym siedzisku strzepnęła piasek z kolana i zmrużyła oczy w słońcu.
- Na minusie jestem, sorry – podobnie opalony, umięśniony chłopak w szortach i koszulce z napisem "YEAH BABY" przekręcił się na leżaku tak, by widzieć dziewczynę.
- Acha. No, ja też nic nie oszczędziłam.
- Od jutra będę robił sąsiadowi tynki, to za kilka dni możemy gdzieś iść w lokale. Dzisiaj to słabo, sorry.
- Spoko. Nie zależy mi tak. Jak nie mam swojego keszu, to nie zależy mi.
- Nic ci nie zostało?
- Nie miało z czego zostać. Zapłaciłam za chatę, telefon i mało zostało, ale poszło na życie.
- Tak się cieszyłaś na tę robotę, że napiwki, że raj.
- Gówno, nie raj. Całymi rodzinami przychodzą, z dziećmi, niby że kultura i w ogóle. Jedzą, wydziwiają, dobierają wino, ściema że się znają, nie. A potem znikają.
- Bez płacenia?
- I ani rachunku, ani napiwku, a szef goni, że nie upilnowałam. A co ja jestem, oczy mam na dupie?
- No nie masz – chłopak sprawdził wzrokiem tylną część ciała dziewczyny. – Ja bym tak nie mógł. Kiedyś pracowałem w Berlinie, nie, to tam nikt nie uciekał bez płacenia. Kultura inna.
- A gdzie?
- W pizzerii robiłem, w zeszłym roku. Wujek mi załatwił, bo zna właściciela, mieszka tam, nie. Fajnie było, tylko język znam słabo i czasami mieszałem zamówienia.
- Zawsze tak jest. Praca jest, to i problemy są – dziewczyna wzruszyła ramionami i sennie pogrzebała stopą w piasku. - Dobrze, że dzisiaj wolne i w ogóle, spoko że tu jesteśmy.
- Spoko tu jest z tą plażą. No klasa na relaksie, tak patrzę od godziny, jak się wyjebują na tym torze, nie – chłopak pokiwał głową z uznaniem. – A wieczorem ma być film. Tu na Rynku.
- Zostaniemy?
- Jasne, za darmo to lukniemy nawet słaby.

czwartek, 23 lipca 2015

odc.157.: KWESTIA GUSTU


Stres nasila się nie tylko przed egzaminem na prawko, maturą z matematyki czy w trakcie przeprowadzki lub rozwodu, ale podobno też przed, w trakcie oraz (to jest akurat zrozumiałe) po urlopie. Porównywanie ofert wakacyjnego wypoczynku w biurach podróży, obczajanie fotek uśmiechniętych, obłędnie wypoczętych znajomych na FB, planowanie wyjazdu i pakowanie (nie kochanie, siódme sandały nie są ci potrzebne, tak kochanie, ten strój wyraźnie cię wyszczupla) – to wszystko mogłoby stresogennością swą wykończyć stado wielkich zwierząt. Na przykład dinozaurów. Cóż, być może to właśnie usunęło dinozaury z powierzchni Ziemi – stres wakacyjny… Tak czy inaczej, nie jest to takie relaksujące, jak mogłoby się wydawać, o czym świadczył podenerwowany ton, jakim prowadził rozmowę telefoniczną młody mężczyzna, przechadzający się tam i z powrotem w okolicy baru „Witaminka” na wrocławskim Rynku.
- Nie wiem, szwagier mówił, że jest plaża, czyli spoko… Tak, oczywiście są bary, no jeszcze lepiej, ale w miasto radził nie ruszać, bo buraki tam rządzą. Taaa. No właśnie, co kto lubi, to kwestia gustu. A gdzie wy jedziecie? Znowu Chorwacja? My w tym roku Międzyzdroje, bo dawno nie byliśmy nad Bałtykiem. Trzeba wiesz, nowe miejsca, teges, a nie ciągle to samo, nie. Mamy zajebisty hotel, nie, to nie trzeba będzie latać po sklepach za żarciem, jak dwa lata temu w tych debilnych domkach, kurwa, w Darłowie. Ciągle spina, myślałem, że mnie strzeli, nie! Żona że nie mam kremu, ja się wkurwiałem, że nie mam piwa, młody wył wieczorem, że bajki nie ma, to teraz jestem mądrzejszy, nie. Bałtyk to syf, ale w hotelu jest basen. Pogoda? Dopóki nie będzie takiej burzy jak ostatnio, to ja mam luz. No, człowieku, przez okno zamknięte, to jakby mi ktoś lał wodę wiadrami. Rozpierdoliło drzewo, dobrze że auto całe, nie. I wiesz, niczym się nie martwię, niczym. Biorę tablet to bajki będą, nawet jak się zepsuje telewizor, nie. Gwiazdy? W miasto nie idziemy, na co mi aleja gwiazd, ja chcę odpocząć. ODPOCZĄĆ! – Ryknął, bo mijał okienko Pizza Hut oferujące mikroskopijne kawałki pizzy na wynos, obok którego stała grupka dzieci, przekrzykujących się nawzajem i usiłując jednocześnie złożyć zamówienie, co niestety było niemożliwe, ponieważ kobieta sprzedająca pizzę nie jest ośmiornicą i posiada tylko dwie ręce.
- Jak ja nie cierpię hałasu! Mam nadzieję, że tam nad morzem, w Międzyzdrojach, na plaży będzie cisza, bo we Wrocławiu to ciągle coś wyje, wiesz, te wycieczki wszędzie, turyści, zwariować można. - Facet otrząsnął się, jakby zrzucał z ramion oślizgłe meduzy. – Koleś z biura podróży mówił, że tam jest spokojnie i odpoczniemy. No wiem, ty wolisz imprezownię, ale to kwestia gustu.

niedziela, 19 lipca 2015

odc.156.: STARY GRZYB


Wyprawa do sklepu spożywczego dla jednych jest codziennym, przykrym, zajmującym cenny czas obowiązkiem, zaś dla innych szansą na wyrwanie się choć na moment z domu, by zaczerpnąć powietrza, wieści oraz wolności. W dzielnicy Szczepin co krok to blok, więc ludzi mrowie a mrowie, dlatego echo przypadkowych rozmów trafia do ucha jak natrętna mucha. Nie o koślawy rym tu chodzi, lecz o znaczenie tych spotkań, które zdarzają się tuż obok, ale nie zawsze zwraca się na to uwagę.
Starszy pan był wyprasowany od stóp obutych w mokasynowate sandały aż po kanty krótkich rękawów koszuli wpuszczonej w równie kanciaste, proste płócienne spodnie. Gładko ogolony, zadbany, miał na głowie włos siwy, rzadki, nieco przydługi, który przygładzał co chwilę, bo fryzura niesfornie powiewała na porywistym wietrze zwiastującym wieczorne pogorszenie pogody. Czoło dyskretnie ocierał z potu w południowym, mocnym, stanowczym słońcu, nachalnie okraszającym ulicę światłem jasnym i dobitnym. Mężczyzna w jednej poplamionej wątrobowo dłoni trzymał foliową torbę ze sprawunkami, w drugiej koszyczek typu kobiałka na truskawki, z odbitym czerwonawym wzorem nieobecnych owoców. Zatrzymał się na chwilę na trasie między warzywniakiem a sklepem słynącym w okolicy ze znakomitych wędlin i absurdalnie drogich serów.
- A grzybka pan jakiegoś nie znalazł? O, a co to, kureczki, ale tylko dwie? Moja żona mówi, że jak się idzie na grzyby, to z pustym koszykiem wracać wstyd. A jakieś inne grzyby pan ma?
Wyprasowany staruszek sięgnął z ciekawością do wiadra, obok którego siedział facet będący całkowitym przeciwieństwem rozmówcy. Na głowie brudny kaszkiet, który wyglądał, jakby przez całe dekady codziennie sypiał na nim ubłocony dzik, twarz zakryta zarostem nierównym, opalona, koszula pognieciona i ubarwiona wieloma plamami rozmaitego pochodzenia, spodnie stylowo naddarte i przydepnięte na dole nogawek. Całość emanowała swobodą, wolnością, dymem papierosowym i lekką dozą porannego sznapsa. Obok faceta stało kilka mniejszych i większych ubrudzonych wiaderek z zieleniną, owocami, kwiatami i innymi dobrami natury.
Spod kaszkietu wydobył się najpierw dym uformowany w wąską strużkę skierowaną ku niebu, następnie pomruk, a na koniec westchnienie sugerujące rozbawienie.
- Na inne grzybki to za wcześnie, kurna, panie.
- Po takich deszczach? Moja żona mówi…
- Jakich deszczach, panie, kurna, taka susza w lasach…
- Ależ co pan mówi, żona opowiadała, że co telewizor nastawi, to tam o ulewach mówią, nawałnicach, że kryzys…
- Panie, kurna, jakbym wierzył w telewizor, to bym z domu nie wychodził. Ja za stary grzyb jestem, żeby kurna w głupoty wierzyć.
Starszego pana najwyraźniej zaskoczyła niewiara w słowa jego żony.
- Co też pan mówi, ale jagodę pan ma?
- Pojutrze będę miał.
- Oj, to nie wiem, czy będę mógł przyjść – stropił się starszy pan. – Nie wiem, co żona planuje, ona mi ciągle planuje, wie pan.
- Acha.
- A o której pan tu będzie? Bo ja nie zawsze mogę…
- A, o, jakoś tak.
- Koło południa?
- No.
- To przyjdę – postanowił wyprasowany pan. – Przypomnę żonie, że chciała iść do fryzjerki. I przyjdę po jagody.
- A teraz pan coś bierze?
- Może te kwiaty, dla żony wezmę.
- Acha.

wtorek, 14 lipca 2015

odc. 155.: WSZYSTKO JEST




sklepie wielkim jak lotnisko, przy ulicy Długiej, nieopodal centrum city, wiało arktycznie z klimatyzacji, wywołując u klientów gęsią skórkę, kontrastowo do oblewania się potem i przedtem w upale na zewnątrz. Z głośników leciały najnowsze przeboje, typowe dla letniej pory roku, uproszczone w warstwie zarówno muzycznej, jak i tekstowej do granic możliwości, przeplatane niekiedy entuzjastycznymi komunikatami o promocjach, okazjach, musthave’ach i niezwykle korzystnych ofertach, a także przywołaniami ekipy sprzątającej lub konkretnych pracowników aby pojawili się w jakimś dziale. Czasem też pojawiało się w eterze żądanie, żeby właściciel auta o takim a takim numerze rejestracyjnym zgłosił się do obsługi parkingu. 
Jednym słowem – hałas trwał w najlepsze, szumiąc, trzeszcząc i zagłuszając myśli.
Mimo pięknej pogody wiele osób wybrało ten sklep na miejsce spędzenia czasu z rodziną i kilkoma setkami obcych ludzi w niedzielne popołudnie. 
Doprawdy, towarzyski i zaskakująco konsumpcyjny mamy naród, zwłaszcza w upalną, lipcową niedzielę w city.
- Siedzieliśmy u niego na Pereca, wieczór, rozumiesz, wszystko, wróciliśmy z Rynku, wino, upał, on nic! Rozumiesz. Więc całujemy się i całujemy, i wszystko, i czuję, że jeśli pociągnę to dalej, to będziemy się kochać. A on nic! – Wyznała światu z lekką pretensją w głosie piękna dziewczyna ze słuchawkami, mocująca się ze zgrzewką wody mineralnej, którą usiłowała przenieść z wózka zakupowego na taśmę przy kasie. – Więc ja dalej, rozumiesz, bo mówił, że będzie seks…
Cała kolejka spojrzała na dziewczynę z nieskrywaną ciekawością.
- Nie, o cholera! Kończę, cmokasy, bo mi tu wszystko leci!
Niestety dziewczyna nie zdołała poinformować publiczności, jaki był ciąg dalszy upojnego wieczoru, bo zgrzewka wody rozerwała się i butelki wesoło poturlały się po podłodze. W tym nie było już nic interesującego, więc ludzie stojący w kolejce do kasy odwrócili się z powrotem twarzami do kasjerki, która próbowała delikatnie otworzyć pudełko z suszarką do włosów. Klientka, która planowała nabyć tę suszarkę, patrzyła na kasjerkę z wyraźną wściekłością, podczas gdy towarzyszący jej mąż drapał się po plecach, nogach oraz po lśniącej łysej czaszce i pakował skasowane produkty do wielkich toreb, również zły jak osa.
Klientka w końcu nie wytrzymała.
- Pani mi nie wierzy! – Syknęła.
Kasjerka spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Ja sobie nic nie mierzę, proszę panią. – odparła z godnością. – Ja mam obowiązek sprawdzić, czy tu w środku wszystko jest. I czy nie ma czipa. Bo zapika.
- Co?! – Klientka nie zrozumiała i zrobiła się cała czerwona. – Jaka czipa?
- Czipa czy nie ma – powtórzyła kasjerka, która zdążyła wyjąć wszystkie elementy z pudełka i teraz upychała je z powrotem. – Bo zapika na bramce. Ale wszystko jest.
Klientka spojrzała na męża, który wzruszył ramionami i podrapał się po brzuchu.
- Ja myślałam, że pani mi nie wierzy . A tu było tak ładnie poukładane – klientka pokazała palcem na pudełko. – O, tu.
- To na prezent, a tak pomieszała – dodał mąż klientki, skrobiąc się po łydce.
- Ważne, proszę panią, że wszystko jest. I czipa nie ma. To nie zapika. Karta na punkty jest?
- Wszystko jest!

piątek, 10 lipca 2015

odc.154.: BEZ KITU



- Zrobiła mi pięć ząbków, bez kitu, pięć. I jak ja wyglądałam?
- No coś ty?
- Bez kitu!
Nieodżałowana Amy Winehouse zainspirowała całe pokolenie młodych kobiet do eksperymentów, nie tylko z popisami wokalnymi i narkotycznymi degustacjami, ale też z makijażem okolic oczu, polegającym głównie na eksponowaniu przerysowanej grubej kreski, zahaczającej niemalże o skroń. Dwie dziewczyny siedzące przy stoliku w Starbucksie na wrocławskim Rynku, bez skrępowania prezentowały światu efekty malowania się prawdopodobnie po omacku, z zasłoniętymi oczami i najwyraźniej były z siebie bardzo zadowolone, bo obie zdjęły okulary przeciwsłoneczne, które choć częściowo mogłyby zakryć twarzofreski.
Elektroniczne papierosy dopełniały szyku.
-Ty głupia jesteś. Trzeba było iść do Wioli.
- Wiola jest na urlopie, ponoć do Grecji czy w innej Turcji, a ja musiałam jakoś wyglądać na chrzciny.
- Ale LOL, pewnie tam robili zdjęcia i ty z tymi ząbkami?
- No żal na maksa. Musiałam się zasłonić chrześniakiem.
- Na wszystkich?
- Tylko na początku, bo potem tak byłam napita, że nie zdążyłam się zmartwić.
- Przy starych się napiłaś?
- Bez kitu, oni byli tylko chwilę, bo ojciec musiał wracać na sklep, żeby go ta nowa nie okradła, jak tamta.
- A, no mówiłaś, pojebana jakaś była. Niby taka szuka pracy, a tylko patrzy, jak zajebać.
- Żeby jeszcze było co, a ta kiełbasę kradła i tyle ją widzieli.
- Ale żal peel. A teraz to spoko wyglądasz, odrosło czy zaczesałaś te ząbki?
- Tu mam na spinkę, a tam na lakier, jutro idę do salonu tam wiesz, w galerii, to mi coś doradzą. Do tej już nie pójdę, w życiu. Bez kitu. Bo kiedyś to mi zrobiła grzywkę, oczywiście mega krótką, bez kitu.
- A jak ona się nazywa?
- Nie pamiętam. Jakaś Grażyna albo Krystyna, Bożena…
- One wszystkie takie, te fryzjerki stare. To u nas na osiedlu?
- No, ona siedzi w takim fartuchu i podkolanówkach. Śmierdziało tam petami, masakra.
- Jak fryzjerka nie jest zadbana, to ja bym się bała.
- Na nogach agrest, a na głowie trwała, taka wiesz, z tapirem, bez kitu.
- Ale żal. One zawsze z taką pogardą do człowieka.
- No bez kitu, nie, zamiast życzliwie, przecież człowiek to człowiek i tylko chce się uczesać.

poniedziałek, 6 lipca 2015

odc.153.: POLEWA




- Nie przebiera tak, bo tu nie ma co wybierać! – Huknęła gniewnie staruszka, przepychając się między młodymi byczymi karczkami przy stoisku z warzywami w sklepie przynależącym do sieci owadzich dyskontów. – Ziemniak to ziemniak!
Aż otworzyła pomarszczoną buzię ze zdziwienia, kiedy grupka ryknęła śmiechem, zamiast przestraszyć się jej surowego tonu. Mamrocząc coś pod nosem odeszła w kierunku lodówek z mięsem, zgarbiona i poirytowana, odprowadzona wesołością czapek z daszkiem, wytatuowanych łydek i wygolonych, szeroko rozrośniętych klat wyglądających zza swobodnie zwisających koszulek bez rękawów.
- Ty, jak to się wyłącza? – Umalowana jak na plan filmowy dziewczyna ze złością stukała tipsem w ekran wielkiego smartfona.
- A jebnij o glebę! – Rzucił wesoło jeden z byczków, nagrodzony kolejnym wybuchem śmiechu za błyskotliwość. – Ja zawsze tak robię i mam powód, żeby mieć nowego fona, nie!
- Słuchajcie, a gdzie te gumy TURBO?
- Chyba na plakacie! 
- Ta, kurwa, na plakacie to ja jestem przystojny! 
- I pewnie masz długiego? 
- O kurwa, ale polewa! 
Ryk śmiechu i wzajemne poklepywanie się po karkach. 
Jedna z dam zakotwiczyła na chwilę przed półką z kosmetykami, wpatrzona w jeden produkt wzrokiem łani zahipnotyzowanej przez światła nadjeżdżającego nocą auta. Dziewczyna wygrzebała z torebki portfel, wzrokiem skontrolowała jego zawartość, po czym zażądała pomocy. 
- Czy ktoś mi pożyczy 16 zeta? Pliz, nie mam teraz, a tu jest ten płyn z drobinkami w promocji, pliiiz! – Zawyła dziewczyna błagalnie. – Mam w domu, oddam, na stówę, no nie róbcie polewy! Mam w domu! 
- W domu to ja mam drzwi do lasu! 
- A ja na siłkę, haha!
Półki z promocjami zatrzęsły się, jakby musnęło je tornado. 
- O kurwa, ale polewa! Weźcie jeszcze redsy i sprajta! 
- A na grilla co mamy? Nic kurwa nie mamy? 
- Upolujemy coś! 
- O kurwa, ale polewa!
Grupa rozpierzchła się po dyskoncie w poszukiwaniu trunków, jadła oraz akcesoriów grillowo-piknikowych.. 
- Słuchajcie, tylko nie maliny, pliz. - Zaznaczyła ostrzegawczo druga z niewiast. - Ostatnio kupiłam maliny, wrzuciłam do auta i potem wzięłam i nie patrzyłam, nie, i jak mnie coś jebło w język, to mi gula wyskoczyła!
Młody bóg fitnessu i patron braku szyi otaksował ją wzrokiem. 
- Chyba dwie z przodu, widzę je teraz, jak się bujają, mała! 
- O kurwa, ale polewa! 
- Nie ma beki, to mnie bolało! 
- Oj, ty moja biedna, chodź, przytulę ten języczek… 
- Dopiero mi ibupromy pomogły, opakowanie zjadłam i pomogło, nie. Najpierw myślałam, że umrę albo zejdę, nie. Ale przeszło i w sumie była polewa, no.

czwartek, 2 lipca 2015

odc.152.: ZAŁATWIONE


Jak londyńskie Soho w latach 70. XX wieku, wrocławska dzielnica Nadodrze powoli staje się modna. Mekka artystów, magnes hipsterów - tak piszą o niej lokalne media i wystarczy przespacerować się kilkoma ulicami, by przyznać im rację. Pracownie twórców np. ceramiki, zakłady krawieckie, lokale z ciuchami vintage, knajpki z azjatyckim lub swojskim domowym jedzeniem, to wszystko powoli wkracza między przepiękne, choć od dawna nieremontowane stare kamienice, zamieszkiwane przez ludzi niekoniecznie zamożnych, ale pełnych charakteru i miejskiego sznytu. Jeśli Rynek jest sercem Wrocławia, to Nadodrze jest jego wątrobą. Jaki Londyn, takie Soho…
- Co oni kurrrwa myślą, że jessstem jakąś pierrrrdoloną skarrrbonką?! – Ten głos mógłby zawstydzić stare skrzypiące drzwi od dziewiętnastowiecznej szafy, a twarz autora wypowiedzi byłaby niezłą konkurencją dla pumeksu, z którego przez kilka dekad korzystał cały zespół maratończyków. Zniszczona, poorana bruzdami, pokryta szczeciną, kurzem, latami uciech i udręk. Wysoki facet, szczupły, podjął próbę dźwignięcia się z chodnika, w czym dzielnie pomagał mu przyjaciel, niższy o dwie głowy, ale za to grubszy o szerokość latarni, na której się wsparł, ciągnąc kompana za łokieć.
Grawitacja była bardzo uparta i nie dawała za wygraną, więc obaj panowie na moment spoczęli na murku. Wyższy z godnością wygładził naddartą, potwornie brudną koszulę i rozejrzał się nieprzytomnie.
- Gdzieśś tu miałem… - Zastanowił się, poskrobał w łepetynę. – SSStasiu, a ty nie masz?
- Aleso? – grubszy łypnął okiem podejrzliwie. – Niszszego nie zabrałem. Nie tak jak te chuje, złodzieje. Ja niszego, kurwa. Sąsiada nie okradnę, kurwa.
- Ale Ssstasiu, czy ja mówię, że ukradłeś? Papierosssów szukam.
Znalazł, zapalił, choć nie bez trudności, by tego dnia żywioły sprzysięgły się, żeby utrudnić mu egzystencję, więc wiatr z uporem zdmuchiwał kolejne zapałki, by wreszcie zezwolić zapalniczce na rozżarzenie pomiętego papierosa.
- Nie ukradłem – ciągnął Staś – i mam coś jeszcze, paczaj no – zza pazuchy wyjął butelkę piwa, co wyraźnie rozweseliło jego kolegę.
- Mordo ty, Ssstasiu, no bo już myślałem, że wyschnę na wióra. Daj! – Na zmianę wychylili po łyku, osuszając butelkę.
- Oni w ogóle coś krrręcą – zagaił Staś. – Jak faceta nie ma latami, to skąd on tera tak nagle jest?
Kompan pokiwał głową.
- Pojawił się i mówi, że zzzałatwione. A co ja kurwa jessstem. Nie mam tyle kasssy. Rozeszło się.
- A miałeś?
- Kkkiedyś to mmiałem… I wszystkim ssstawiałem, jak jakaś pierdolona ssskarbonka… A teraz nie mmam…
- Coś wymyślisz, musisz oddać, kurwa. Nie popuszczą ci, kurwa.
- Wiem, Stasiu. Ty wiesz, ja wiem, on wie i wiesz, kurwa. Zzzałatwione.

sobota, 27 czerwca 2015

odc.151.: ZDOLNIACHA


Brawa po brawurowo wykonanym utworze umilkły, frontmanka zespołu Celebrate zapowiedziała następny kawałek, a kolejna wokalistka, Natalia Lubrano, w barwnej tunice i z wysoko upiętymi dreadlockami na głowie weszła na scenę i wzięła do ręki mikrofon. Otworzyła usta i… cisza. Okazało się, że nic nie słychać. Wzięła więc drugi mikrofon i spróbowała zaśpiewać, ale znowu to samo - cisza.
Basista z zadumą trącił nogą wzmacniacz, który również zamilkł.
Okazało się, że w samym środku koncertu, na którym miały wystąpić wrocławskie gwiazdy, w rocznicę śmierci Michaela Jacksona, w Starym Klasztorze zabrakło prądu.
Ani chybi Michael zasygnalizował, że woli wersję unplugged.
Artyści nie upadli na duchu - wspomniane wokalistki rozbujały tłumy widzów, wykrzykując piękne dźwięki i zachęcając do wspólnego śpiewu, a w tym samym czasie obsługa lokalu miotała się wzdłuż kabli, dociekając co jest przyczyną, że elektryka padła. Wreszcie wszystko stało się jasne i publiczność dość szybko została poinformowana, że awaria dotyczy nie tylko klubu, ale sporej części miasta. W tłumie rozległy się gniewne pomruki, ale uspokojono nastroje zapewnieniem, że wspomniana awaria zostanie niebawem usunięta, a teraz nastąpi około 20-minutowa przerwa, w czasie której warto wyjść na zewnątrz, do ogródka, przewietrzyć się i rozprostować kończyny. W lokalu rozbuja się klimę, sprzęt nagłaśniający, oświetlenie i za chwilę wszystko będzie działać.
Ludzie stojący pod sceną oraz siedzący w drożej biletowanej loży na balkonie powoli skierowali się do wyjścia. Niektórzy tuż po znalezieniu się przed lokalem zasiedli na okolicznych murkach, paląc papierosy, zaś inni zachowali pozycję stojąco – gibiącą, w zależności od ilości wypitego wcześniej alkoholu. Impreza zapowiadała się soczyście i nikt nie zamierzał psuć sobie zabawy jakąś drobną awarią.
Wieczór był ciepły, czerwcowy, a powietrze pachniało młodością.
- Estry albo estery, w sumie dalej nie wiem, nie, bo pisałam z fona jak leci – wyznała do telefonu lekko zawiana dziewczyna z mocnym makijażem, w obcisłej bluzce z napisem „Keep calm and BEAT IT” – w piątek dowiem się dopiero, no, czy zaliczyłam. No, jutro, nie.
- Ty – koleżanka w kusej sukience koloru choroby morskiej trąciła ją łokciem – tamten ziomas to chyba był na scenie, co?
Rzeczywiście, właśnie minął je młody facet, który dzielnie rządził klawiszami, a za nim podążał basista w bluzie z kapturem.
- No, dają czadu – powiedziała bez entuzjazmu dziewczyna z telefonem. – Muszę kończyć, no. Nie, jeszcze jest przerwa, bo sprzęt się zjebał, czy coś. Nie wiem, nie słuchałam. No, przypał. Taaaa. Lepszy przypał będzie, bo mi ojciec pożyczył książki i nawet nie zajrzałam, bo nie jestem jakimś nerdem, nie. Jak się dowie, to się wkurwi, nie. Ale ja to zdolniacha jestem, to sobie poradzę, nie. O, idzie ta typiara, co zepsuła mikrofony. A nie, to inna jakaś, też z dreadami... Na zmianę śpiewają, spoko muza, bo Jackson, nie, tylko przypał, że nie ma prądu, ale ma znowu być. No to kończę, bajo.
Wyjęła cienkiego papierosa i zapaliła, kołysząc się z wiatrem.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

odc.150.: DLA BEKI


- Obskoczyłam cztery imprezy w dwa dni, nogi mi wchodzą do dupy – oznajmiła z dumą dziewczyna i siorbnęła colę z lodem z wielkiej szklanki. Siedziała przy barze w meksykańskiej restauracji, czekając na danie na wynos. Mimo panującego w lokalu półmroku miała ciemne okulary, poza tym beżowy lekki płaszczyk, różowe legginsy, buty typu ciżemka z podkreślonym płaskostopiem oraz wielki telefon, do którego przemawiała starannie artykułując każdą głoskę, głośno i dobitnie, zapewne by nikt ze zgromadzonych nie uronił ani słóweńka. 
W restauracji kilka stolików było zajętych przez rodzinne zgromadzenia, w tle muzyka pogrywała cicho acz skocznie, z akcentami tanga i innych energetycznych rytmów, zgodnie z południowoamerykańskim wystrojem wnętrz. 
Dziewczyna wygłaszała kolejne zdania tak, jakby przed nią stały tłumy, a nie dwie młode barmanki, które co jakiś czas wymieniały porozumiewawcze, nieco kpiące spojrzenia, wzrokiem komentując monolog klientki.
- Leciałam tam, no miałam być na dziewiątą, a było już wpół do dziesiątej, ale znasz mnie, taka trochę jestem szalona, trochę nieogarnięta – zaśmiała się dziewczyna – ale rano zasiedziałam się trochę, wiesz. Bo wstaję, nie, patrzę na fejsa, a tam jacyś ludzie szerują i lajkują te fotki, co zrobiłam ostatnio, nie wiem sama dlaczego je tam wrzuciłam, dla beki chyba. I oni to, czujesz, szerują, zamiast te, na których ich oznaczałam, no przypał że wiesz. Zanim to wszystko usunęłam, to już była połowa dnia. Ale znasz mnie, nie. Nie wiem dlaczego szerowali te, zamiast te z oznaczeniem, dla beki chyba. A ten koleś od zumby ma już pięć tysi znajomych i nie przyjmuje więcej, chyba są jakieś limity, nie. Albo dla beki. Warto mieć takie znajomości, bo wiesz. Tylko żałuj, że cię tam nie było. Zumba jest dla każdego, no i co, że jesteś gruba, też bym była, jakbym nie chodziła na zumbę, ogarnij się, nie. No ja żałuję, bo na tej imprezie była wiesz, ta wredna Marlenka, z tymi jej problemami, ciągle gadała i chyba myśli, że na poważnie słuchają, a ludzie to chyba tylko dla beki…
- Ale nadaje – rzucił facet ze stolika przy oknie. Jego żona wzruszyła ramionami, usiłując namówić córkę na spróbowanie zupki, ale dziewczynka pokręciła odmownie głową i zacisnęła usteczka.
- Nie cię, to ośtle, ja cię cipsa z sosiem. Tata kup mi cipsa z sosiem!
- Nadaje i nadaje, a my musimy tego słuchać. Następnym razem weźmiemy na wynos i zjemy w domu.
- Cipsa ciem!
- Dobra, weź jej tacosy – kobieta zrezygnowała z nakarmienia córki i sama spróbowała zupy. – Dziecko, to w ogóle nie jest ostre!
- Ośtle!
Facet wstał, mrucząc coś pod nosem i ruszył w stronę baru.
Dziewczyna w ogóle nie zarejestrowała kąśliwego komentarza i nadawała dalej.
- A do Casa już nie chodzimy wiesz, paździerz się zrobił, nie. W ogóle to jestem z siebie dumna, nie. Bo dzisiaj idę przez rynek, a tu patrzę, idą Hiszpanie. Kiedyś to bym od razu podleciała i była cała taka wiesz, że siema ziomy, a dzisiaj olałam, niech z tymi walizami zapiertegesują sami, co ja jestem, przewodnik, nie. Twarda byłam, jak ten, no. O, dzięki – barmanka podała jej styropianowy pojemnik, który dziewczyna wzięła, gramoląc się z wysokiego stołka, po czym skierowała się do wyjścia. – A, jakieś tortuje wzięłam na obiad, bo lodówka pusta, znasz mnie, nie. No, wpadnij później, to opowiem ci, co ta Marlenka nadawała, dla beki chyba…

sobota, 20 czerwca 2015

odc.149.: DOBOROWE TOWARZYSTWO


Natura nie stworzyła stóp do chodzenia - to przestarzały, niemodny pogląd, bardzo passe w XXI wieku. W city stopy służą do wciskania w koszmarnie wąskie obuwie na wysokim obcasie, na którym można się chwiać i wyginać śmiało, ewentualnie w buty o rozmiarze i kształcie kajaka, by z wściekłością wciskać pedał gazu lub hamulca, w zależności od potrzeby lub odruchów. Stopą można też nerwowo tupać lub gibać, gdy noga zwisa założona na drugiej nodze, ale nie chodzić. Po co chodzić, skoro chodniki w city mają strukturę jak twarz nastolatka, pełną niespodzianych wybrzuszeń, wycieków, przesunięć, fragmentów niepewnych i niestabilnych.
Doskonałym zobrazowaniem powyższej teorii był sposób poruszania się pary, która ewidentnie urwała się z jakiegoś komiksu. Facet w błękitnej, prawie lazurowej marynarce, z fryzurą modnie podgoloną, godną lekko ulizanego Sarmaty, stąpał ostrożnie, pokonując przestrzeń przy pomocy lakierowanych czarnych wielgachnych butów, pod pachą piastując laptopa. W drugiej dłoni dzierżył łokieć swojej towarzyszki, odzianej w różowy żakiecik i takąż spódniczkę, która stawiała kroki dość desperacko, bezskutecznie poszukując landrynkową szpilką stabilnego podłoża na chodniku pełnym luk w obsadzie, prowadzącym wzdłuż ulicy Kazimierza Wielkiego. Oboje wydawali się być poirytowani tym, że są zmuszeni do prozaicznego chodzenia, najwyraźniej nienawykli do takiego sposobu poruszania się w city. Kobieta głośno rozmawiała przez telefon, a facet usiłował ochronić ją i siebie przed upadkiem.
- …nie wiem, może później się nad tym zastanowimy, ale dopiero jak się wyjaśni, co ona tam piła. CO PIŁA! Jak idziesz, cholera! – To dramatyczne pytanie było skierowane do towarzysza kobiety, który potknął się o wystającą płytę chodnika. – No, z Kubą lecimy, z buta, wyobraź sobie, bo nam auto służbowe odholowali, co za głupota! Wkurwiłam się, no jasne, że się wkurwiłam, a ty byś się nie wkurwiła!? Nigdzie teraz nie dadzą parkować, w dupie sobie auto schowam! Gorąco, kurwa, głośno, bo tu jadą wszyscy, a ja nie mam butów na takie chodzenie po mieście! I jeszcze przystanek przestawili na Zamkową, najpierw szukaliśmy na Świdnickiej! No wyobrażasz sobie, co my tu przeżywamy!?
Facet coś mruknął, ale kobieta machnęła ręką jak na natrętnego owada i kontynuowała marsz oraz monolog.
- Ten jej uśmieszek, nienawidzę tego. Mówiłam, że będzie kulturalnie, może jakiś grill, pytała czy barek mamy zaopatrzony, mówiłam że na bank doborowe towarzystwo, a ta z tym uśmieszkiem, nie, jakby czerpała satysfakcję z naszego... No właśnie, ona tylko czeka! TYLKO CZEKA, aż mi się noga powinie…
Potknęła się, stopa na szpilce przekrzywiła się niebezpiecznie, ale na szczęście facet w morskiej marynarce złapał ją i przytrzymał w pionie.
- O, dzięki, Kubuś. Sama to bym się chyba tutaj zabiła. Gdzie ten przystanek?
- Tam, już jest przejście i jesteśmy.
- Acha - z powrotem przyłożyła telefon do ucha – będziemy w skajtałerze za chwilę, to wszystko ci opowiem. Tego nie wiem. NIE WIEM! Mówiła, że drinka lub dwa, ale chuj ją wie. Tak, jak ją znam, to mogła i z dziesięć wytankować, bo wiesz, na pustyni nie byliśmy, ale pić się chciało. No pa.

środa, 17 czerwca 2015

odc.148.: POLOWANIE


Zwęszyć i dopaść, wytropić i wypatroszyć, śledzić i dorwać, a po drodze pozbyć się konkurencji rozdając na prawo i lewo, zawsze znienacka, morderczo silne ciosy łokciem, koszykiem, torebką lub ostro zakończoną parasolką. Tego PRL nauczył całe rzesze ludzi, którzy przez dekady w niekończących się kolejkach trenowali spryt, cierpliwość, umiejętności przetrwania w miejskiej dżungli i pozyskania pożywienia dla swojego stada. Kiedy nastał wolny rynek, półki sklepowe nabrały kolorów, zapachów i różnorodności asortymentu, część osobników walczących przystosowała się do nowych warunków, aprobując dostatek, korzystając z możliwości wyboru i ciesząc się, że walka jest krótsza i teoretycznie pozbawiona elementów wrogości, radując się bo zwierzyna stała się łatwiejsza do upolowania, a dóbr natury wystarcza dla wszystkich, w zależności od zasobności portfela. 
Nie wszyscy jednak pogodzili się z rzeczywistością. Dla wielu osób nowy ład jest niezrozumiały, bo za komuny było lepiej.
Rząd posiwiałych głów w różnym stopniu ozdobionych minioną trwałą i zanikającą farbą do włosów oczekiwał w kolejce w osiedlowym sklepie przy stoisku mięsnym. Grzecznie, bez przepychania się, kontemplując bogato zaopatrzoną przeszkloną ladę, o którą - wedle napisu - raczej NIE OPIERAĆ SIĘ. Kolejka nie miała zbyt wiele miejsca do dyspozycji, ze względu na rozsianie wzdłuż wszystkich alejek mini stoisk z promocjami wędlin, serów, jogurtów i innych produktów spożywczych, z okazji wyjątkowej okazji. To znacznie zawężało pole popisu oraz manewrów wózkiem, więc siłą rzeczy kiedy ktokolwiek chciał przejść dalej, musiał pchać się na chama tratując bliźnich lub usiłując używać form grzecznościowych. Jedno i drugie było nie lada wyczynem.
- Pani się przesunie tam do serów – rzuciła gniewnie siwowłosa starowinka, usiłując dopchać się w okolicę kabanosów – bo tu nie ma miejsca, a następni też chcą zobaczyć co jest.
Kobieta blokująca przejście obróciła się ze zdziwieniem i irytacją, jak tankowiec, który napotkał górę lodową, czego nie ułatwiały jej ani spore gabaryty, ani stos siatek, którymi była objuczona.
- Kupuję teraz. Jak skończę, to pójdę i pani se zobaczy. Co za ludzie, no. Pasztetu tego jeszcze, jeśli dobry, poproszę.
- Tu każdy chce zobaczyć – wtrąciła trzecia kobiecina, która usiłowała nie opierać się o ladę i jednocześnie nie wypuścić z rąk opakowania z jajkami. – tego teraz tyle, że człowiek nie wie co wybrać.
- Prawda, pani kochana – zgodził się starszy pan, stojący za nią. – Kiedyś to były dwa gatunki i dobrze było.
- Dla kogo to wszystko, ja się pytam? Tyle tego.
- Ostatnio to chciałam pół kiełbaski, to mi nie chciały sprzedać, bo miałam całą brać. – Poskarżyła się staruszka. - A na co mnie cała, ja się pytam?
- Jak dla dużej rodziny, to wiadomo.
- To inna sprawa, pani kochana. Ale dla mnie jednej, to ja ile potrzebuję, co dla ptaszka, tej wędliny, co sobie nakroję.
- A mnie sprzedały pół, więc można.
- Teraz to podobno wszystko można, pani kochana.
- Pani się przesunie, bo pan tu nie widzi.
- Jeszcze dwadzieścia deko tej podwawelskiej. Jak skończę, to się przesunę, no nie będę z drugiego końca sklepu wołać, no.
– Ale pani tak tu stoi w połowie.
- Będę stała, gdzie chcę, bo tu kupuję, te kiełbasę, o tę, o – kobieta z siatami potrząsnęła staruszce przed nosem kawałkiem wędliny - to stoję, co za ludzie! – Ryknęła na jednym wdechu i zasapała się ze złości. – Proszę, proszę! Już kończę! Teraz pani se tu będzie stała, a nie! Nie pozwolą! Niedoczekanie!
- Pani się uspokoi, tu dzieci są…
- Co za ludzie! – Wrzeszczała kobieta, potrząsając siatkami niczym wojownik wymachujący dzidą podczas tańca bojowego. – Kupuję kiełbasę, to stoję przy kiełbasie, a nie przy jakimś serze!
- Ale tu wszyscy stoją, a potem podchodzą po kolei tam, gdzie chcą zobaczyć…
- Co za ludzie!!! – Wściekła do granic możliwości kobieta nie dawała się uspokoić. - To jakaś nagonka! Polowanie!!!
Jedna z ekspedientek stała z rozdziawioną buzią, druga kręciła głową i w milczeniu kroiła szynkę podobno z pieca stryjka, a przed ich oczami rozpętał się bój napędzany pierwotnym instynktem nikomu nie potrzebnej walki o miejsce przy ladzie.
Rozjuszona kobieta machnęła obiema rękami, wprawiając siatki w ruch orbitalny, staruszka zasłoniła się niewiastą z jajkami, a starszy pan cofnął się, depcząc po stopach osobie stojącej za nim, która z kolei wlazła kuprem w sam środek stoiska z promocją jogurtów.
Ofiary były różnego rodzaju: opakowanie jajek, kawałek kiełbasy, kilka kubeczków z próbkami jogurtów, lekko stłuczona stopa, nieco urażona duma własna oraz spektakularnie rozerwana siatka i fruwające produkty spożywcze, nabyte w innym sklepie, ale paragon jest cały i zdrowy.

sobota, 13 czerwca 2015

odc.147.: ŻENADA


- Chcesz mi powiedzieć, że gdybym nie przejechała tam na czerwonym, przez ten jebany przejazd kolejowy, to nie miałabym teraz mandatu za dziewięć stów, TAK?! – Syknęła wściekłym, piskliwym głosem kobieta szczupła do granic możliwości, odziana w ciemną sukienkę, potrząsając blond fryzurą, jadowicie wykrzywiając uszminkowane, jaskrawo czerwone usta do telefonu większego niż jej dłoń.
–Wystarczyło się tam zatrzymać i byłoby zero, TAK?! To chcesz mi powiedzieć? Co za żenada! Co za żenada być policjantem w tym kraju! TAK!
Kobieta stukała obcasami szpilek, przemierzając tam i z powrotem krótki odcinek chodnika między komisariatem policji a przystankiem autobusowym. Jej wrzask przykuł uwagę pasażerów wysiadających z autobusu, aż kilkoro z nich przystanęło w zaciekawieniu. Kobieta wyszarpnęła z torebki paczkę papierosów i zapaliła jednego, zaciągając się głęboko, nie dostrzegając zgromadzonej publiczności.
- Ten dzień w ogóle zaczął się chujowo – poskarżyła się do telefonu – bo dzwonek zadzwonił, jak się czesałam i nic mi z tego nie wyszło, NIC! Zanim otworzyłam, to poszli dalej, okazało się, że to Jehowi i sąsiad z nimi się kłócił, czy Szatan to istota duchowa, czy człowiek, no czujesz? Od samego rana tak mam, no. Nie, coś ty, zabrali mi, bo punktów już miałam w chuj… I teraz muszę zapierdalać autobusem, jak ostatnia… No, zamienił stryjek siekierkę na toporek. Co? Nie tak, kurwa, jak to się mówi?
- Zamienił stryjek siekierkę na kijek – wtrącił nieśmiało staruszek stojący nieopodal.
Kobieta spojrzała na niego ze zdziwieniem, rozdziawiając krwistoczerwone usta.
- Na kijek, pan mi tu mówi. Nie wiem, jakiś taki, co tu stoi, też chyba czeka na autobus. Dziewięć stów, Jechowi, kurwa, co jeszcze? A jutro mam imprezę, miałam zrobić zakupy, chyba nie dam rady. Przed imprezą człowiek powinien mieć wolny dzień. Albo dwa, no. Koreczki jakieś albo jajka w majonezie. Coś jedzie, to jadę, nie. Później zadzwoń, przyjedziesz po mnie, przecież nie będę ciągle autobusem…

niedziela, 7 czerwca 2015

odc.146.: OAZA


- …a ona powiedziała, że jej noga na tym balkonie nie postanie.
- Dlaczego?
- Remontu chciała, nie. A on na to, że chciała balkon, to zrobił jej balkon, z kaflami, z fotelami, ze wszystkim, ale za całe mieszkanie, to on za to nie będzie płacił. I dziecku kupił jakieś adidasy za stówę, mówiła.
- Jakie adidasy, cichobiegi jakieś, a nie adidasy. Gdzie ty znajdziesz adidasy za stówę?
- Nie wiem, mówiła tak, to wam mówię. I od tego czasu nie wyszła na ten balkon, tylko syn wychodzi i ten mąż. Ciągle gołębie wygania, jak mu srają na pranie i pelargonie, co im teściowa posadziła.
- Leonia od października ich obserwuje, tak się zacięła. Zamiast telewizji – zaśmiał się siwawy brzuchacz, potrząsając niedogoloną brodą z milionem podbródków oraz fałdami sporego brzucha, widocznymi pod koszulką w pionowe pasy, nadające mu wygląd pogniecionego Obeliksa. Jego żona z oburzeniem pokręciła głową, wprawiając w ruch zakręcone rude loczki, imitujące fryzurę. Z rudością jej włosów świetnie współgrała zgniłozielona sukienka, odmładzająca ją na tle nieco zaniedbanego małżonka. Uwaga brzuchacza wyraźnie ją rozdrażniła.
- Nieprawda! A ty sam tam patrzysz i patrzysz, czy ona nie wyjdzie z cyckami!
- Co ty mi tu kobieto…
- I co było dalej? Asieńku, kamyczki są be. A zobacz, tam jest ptaszek, widzisz ptaszka? – Młoda kobieta, siedząca między nimi, usiłowała jednocześnie prowadzić rozmowę i obserwować małą córeczkę, która odważnie raczkowała po trawniku w Ogrodzie Staromiejskim. Ze względu na zakaz wyprowadzania tam czworonogów ryzyko wdepnięcia w smrodliwą niespodziankę jest nieco mniejsze niż w innych miejscach piknikowych w city, ale i tak trzeba uważać na kocie, ptasie i innego pochodzenia elementy końcowych efektów trawiennych, więc kobieta uważnie śledziła dziecko wzrokiem, usuwając z małych rączek wyżej wymienione oraz kamyki, patyki i fragmenty liści.
Starsze małżeństwo, które jej towarzyszyło, zajęło sporymi gabarytami brzuszno-biodrowymi większą część ławki, korzystając z cienia pod rozłożystym drzewem.
- Ja nie wiem – odparła starsza kobieta z godnością i lekką urazą w głosie. – Ja się nie interesuję tym, co u obcych się dzieje.
Jej fałdziasty mąż parsknął i mrugnął okiem porozumiewawczo.
- No jasne, przecież masz swoje życie. Leoniu, nie chciałem cię urazić. Ale sama widziałaś, że hałasują w weekend…
- …kiedy uczciwy człowiek chce odpocząć przy sobocie, że o niedzieli nie wspomnę – podjęła ochoczo temat, gibiąc loczkami z entuzjazmem. – Ta Ewa zawsze odkurza w sobotę, kiedy można pospać. Mimo że nie pracuje. Tłucze się, szumi, spać nie daje.
- I nie ma gości – dodał mąż.
- Nikt do niej nie przyjeżdża, sama widziałam.
- A on zawsze w niedzielę wychodzi na ten balkon…
- A ona nie, sama widziałam. On wychodzi i wiesza pranie, ale tylko swoje i syna.
- Asieńku, zostaw ten patyczek, nie ma amam- powiedziała stanowczo młoda kobieta, wydzierając dziewczynce z buzi kawałek gałązki. – Ale jak, facet robi pranie i żony ciuchy zostawia?
- Ja nie wiem. Ale wiesza bez damskich.
- To ta Ewa swoje wiesza w środku?
- Nie wiem, jak oni tak mogą. Jedno z praniem tu, drugie tam. Widziałam ją w sklepie ostatnio. Blada taka, słońca jej potrzeba.
- Ale jak ma wyjść na słońce, skoro się zaparła i nie wychodzi na balkon? Asieńku, chodź, dam ci soczek. Chcesz soczek?
Dziewczynka chwiejnie przeniosła ciężar ciała z czterech kończyn na dwie dolne i kolebiąc się ruszyła do matki po napój.
- Ja to bym tak nie mógł – zamyślił się brzuchacz. – Cały tydzień człowiek pracuje, męczy się, żyje w tym hałasie. W weekend musi być taki odpoczynek, choćby i na balkonie.
- No właśnie –zgodziła się jego żona. – Nie mogłabym tak, ja też. Mój balkon to moja oaza.