piątek, 29 stycznia 2016

odc. 184.: PEŁEN SPONTAN


Okrąglutki, bardzo z siebie zadowolony styczniowy Księżyc zwisał swobodnie nad Wrocławiem, zaczepiając oczy światłem odbitym i umilając mieszkańcom city popołudnie w okolicy oszronionej ulicy Szewskiej. Resztki roztopionego śniegu malały bezwstydnie w zakamarkach city, przechodnie znękani pogodą przechodzącą bezlitośnie z zimy w jesień i z powrotem wycierali zasmarkane oblicza, a z tramwaju nr 7 usiłowała wysiąść dziewczyna, której w bezproblemowym wykonaniu tego pozornie nieskomplikowanego manewru przeszkodził zespół czynników złośliwie współistniejących, takich jak ciapa błotna precyzyjnie rozdyźdana na stopniu wagonu, kusa kurteczka seksownie odsłaniająca okolice nerek wraz z pępkiem, dość skutecznie krępująca ruchy, wąskie spodnie typu różowe rurki oraz zbyt wysokie obcasy ukryte w imitacji trampek na platformie oraz tłum bliźnich, którzy w tej samej chwili postanowili zrobić to samo. 
Popchnięta przez niecierpliwą acz zaskakująco silną starowinkę dziewczyna poślizgnęła się na ciapie i z impetem usiadła w drzwiach, blokując wyjście innym pasażerom, którzy skarcili ją z dezaprobatą. Podniosła się, mamrocząc coś prawdopodobnie wulgarnego i spróbowała ponownie wydostać się z tramwaju, tym razem zderzając się z ludźmi, którzy wsiadali już do środka, po czym znowu się poślizgnęła i wyleciała na zewnątrz, potknęła się i wyrżnęła twarzą o słup na przystanku i pacnęła siedzeniem o chodnik, zaś na koniec tego niezbyt wyrafinowanego pokazu choreograficznego na chwilę znieruchomiała.
Z jej nosa buchnęła krew, więc oszołomiona dziewczyna powoli otworzyła ozdobioną cekinkami torebkę i wyjęła chusteczki. Oczywiście bliźni nie raczyli pospieszyć z pomocą, zaś nad obrazem nieszczęścia i rozpaczy upychającym sobie chusteczkę w nozdrzach przystanęła inna dziewczyna, odziana podobnie, najwyraźniej jej towarzysząca, która oparła dłonie na biodrach i pokręciła głową z niesmakiem.
- No, kurwa, lądowanie nawet spoko i w ogóle pełen spontan, ale telemarku nie było, kurwa.
- Hyy?
- Wstań, kurwa, upierdoliłaś się i ludzie patrzą. O kurwa, krew ci leci, no daj, pomogę ci – koleżanka nareszcie się zreflektowała i podniosła dziewczynę.
- Ja piedolę – jęknęła nosowo ubłocona właścicielka cekinków na torebce. – Zbóźnię się do bobody.
- Acha. No, już jesteśmy spóźnione, kurwa. A od wakacji dalej zapierdalasz na czarnucha? Bo nawet wcześniej kurwa nie zapytałam. – Zainteresowała się przyjaciółka życzliwie i usiadły obie na ławce.
- Dag. Białab bieć ubowę, ale bi nie dali, kuwa.
- Chuje jebane – podsumowała filozoficznie koleżanka i zapaliła cienkiego papierosa, nie bacząc na zakaz. 
- A dy?
- Też, kurwa. Wiesz, mnie to w sumie kurwa obojętne, nie, mogę na kuchni robić kurwa cokolwiek, nieważne gdzie i z kim, byleby dobrze płacili, kurwa. Tylko powiem ci, kurwa, wkurwia mnie ten mój, wiesz.
- Babeł?
- Nie, kurwa, Paweł to historia, teraz jestem z jego starszym bratem i on mi kurwa mówi, że chce kurwa porozmawiać, a ja niby ciągle gapię się w telewizor, kurwa, sam się kurwa gapi, nic nie klei z tego, a się gapi i pierdoli, że mam z nim rozmawiać, bo telewizor mnie kurwa nie posuwa, nie.
- Uhm.
- A ja mu na to powiedziałam, kurwa, żeby powiedział swojemu bratu, kurwa, żeby mi nie wysyłał takich świństw, kurwa, bo ja sobie kurwa nie życzę, nie, jak mu kiedyś kurwa odpiszę, to dopiero będzie miał, kurwa.
- No, gurba – poparła tę wypowiedź obolała dziewczyna z cekinami, która w międzyczasie zatamowała krwotok z nosa i wytarła spodnie z błota. Powoli podniosła się z ławki. – Idzieby?
- No idziemy, kurwa, i tak jesteśmy spóźnione, najwyżej nas wyjebią, kurwa, to znajdziemy coś nowego, jesteśmy ogarnięte i pełen spontan, kurwa.

czwartek, 21 stycznia 2016

odc.183.: NA ŻYWO




- To jakieś święto narodowe? – Zapytał wyraźnie zdumiony, prawdopodobnie stuletni pan w powstańczym berecie z równie wiekowym psem rasy nieokreślonej od co najmniej trzech pokoleń, który wraz z właścicielem ze zdziwieniem spoglądał to na barwną eksplozję świateł na ulicy Legnickiej, docierającą zarówno od strony Muzeum Sztuki Współczesnej, jak i kładki Nabycińskiej, to na pierze fruwające w powietrzu, to na tłum ludzi, częściowo rozbawionych, niekiedy zdezorientowanych, miejscami podbiegających kurcgalopkiem, by nadążyć na wielką konstrukcją, obrazującą jednego z Duchów Przebudzenia miasta. Parada, konstrukcja i towarzyszący im uroczysty tramwaj przemieszczały się szybciej niż widzowie.
- Pan weźmie psa, bo tu pióra lecą, zakrztusi się. To stolica, rozpoczęcie, wie pan – wyjaśnił życzliwie mężczyzna w kurtce z napisem „Ochrona”.
Starszy pan zdziwił się jeszcze bardziej.
- To już nie Warszawa? To też nam zmienili?...
Imponująca parada odbywająca się w ramach inauguracji czasu obfitującego w wydarzenia wysoce kulturalne, jako że w 2016 roku Wrocław nosi miano Europejskiej Stolicy Kultury, mimo zapowiedzi w lokalnych i ogólnopolskich mediach i plakatów w całym mieście, zaskoczyła tych z mieszkańców, którzy przeoczyli przygotowania i w niedzielne mroźne popołudnie wybrali się na spokojny (w planach) spacer.
Starszy pan przystanął nieopodal PWST i aż rozdziawił buzię ze zdziwienia, gdy zobaczył, jak tłum ludzi zaczyna przyspieszać.
- Za czym pani tak biegnie, przepraszam? – Zaczepił kobietę, która usiłowała nie zgubić w tłumie dwójki maluchów, uszczęśliwionych do granic możliwości piórkami fruwającymi dookoła i ogólnym zamieszaniem.
- Na Nabycińską, tam będzie kolejny pokaz – rzuciła, zdyszana i dała się ponieść z tłumem i pociechami, kurczowo ściskającymi jej dłonie. – Olcia, zgubisz się, jak będziesz tak skakać, chodź, tam poszukamy tatusia.
- Mamo, a tatuś tam świeci w tym duchu?
- Nie kochanie, tatuś nie świeci, szybciutko, pani uważa, tu są dzieci!
Wielka kobieta w futrze w ostatniej chwili ominęła maluchy, ale potrąciła staruszka, przeprosiła i ofuknęła męża, który zasapał się, truchtając za nią.
- Stefan, ty się pośpiesz, bo potem musimy jeszcze pojechać do Magnolii po wodę.
- Ale dzisiaj, nie wiadomo ile to potrwa…
- I tak zostawiłeś tam auto, chociaż mówiłam, że to zły pomysł. Wodę kupimy, niech będzie jak już marnujesz benzynę, w końcu się nie zepsuje i jeść nie woła.
Na kładce Nabycińskiej chór duchów odśpiewał swoje, światła omiotły pobliskie bloki i tłum ruszył w kierunku placu JP II.
- To zaraz spadnie – obwieściła złowieszczo starsza pani, spoglądając z obawą na drona, który latał nad tłumem, rejestrując występy i paradę.
- Nie spadnie, co pani opowiada – mruknął chłopak w kapturze, który sterował dronem. Stał na trawniku między blokami na Legnickiej i obserwował urządzenie.
- Spadnie, spadnie, ja widziałam w telewizorze, że spadają i mogą zabić! – Kobieta nie dała się przekonać i podreptała w przeciwnym kierunku niż tłum, między budynki, z dala od latających kamer.
- Ewuniu, bo się spóźnimy na tę kulturę, no, rusz się! – Zajęczał facet w puchowej kurtce.
- Nie mogę iść szybciej w tych kozakach! Mówiłeś, że mam wyglądać jak człowiek, to wyglądam, ale na żywo tego nie zobaczymy. Sam idziesz, jakbyś chciał, a nie mógł.
- Jakby ci się po 15 latach małżeństwa nie zachciało gotować, to bym się lepiej czuł. I bym mógł...
- No wiesz, przecież przeprosiłam. Miśku, mieliśmy do tego nie wracać, co? Ja już nie będę – warknęła kobieta, kolebiąc się na wysokim obcasie, niezbyt fortunnie dobranym na tego rodzaju okazję.
- Po tym twoim bigosie noworocznym – facet nie odpuszczał – to od Sylwestra albo rzygałem w kiblu, albo leżałem, cały urlop zmarnowałem, kurwa wstyd, tak rok zacząć. A teraz chcę to zobaczyć tę pierdoloną kulturalną stolicę na żywo!
- Idę, już, idę, skoro obiecałam...

wtorek, 12 stycznia 2016

odc.182.: MUSI WYGLĄDAĆ




- Ostatnio Gośka ciągle wysyła mi foty gołych facetów. Nie wiem po co, chyba żebym się podjarała albo nie wiem. Może ona się jara. Albo nudzi w pracy, bo co można robić w agencji pracy, jak takie bezrobocie, sama mówiła, że nikt tam nie przychodzi. A ja? No kasuję, mamo, jasne że kasuję, ale czasem też jej wysyłam takie, jak trafię. Mamo, takie czasy, że czasami trafiam na gołego faceta, no to też jej wysyłam, niech się ogarnie, nie. NIECH SIĘ OGARNIE! – Ryknęła do telefonu drobna dziewczyna w lazurowo oślepiającej puchowej kurtce i w butach typu rozdeptany bóbr, bo musiała porządnie wysilić struny głosowe chcąc prowadzić rozmowę tuż obok głośnika przy scenie, z której co chwilę rozlegał się rozentuzjazmowany głos prowadzącego wrocławską WOŚP na placu Nowy Targ.
Dzień pełen takiej ilości dobrych wiadomości w mediach tradycyjnych i w Internecie zdarza się tylko kilka razy w roku, a każdy kolejny finał WOŚP bezsprzecznie jest jednym z nich. Koncerty, akcje zbiórki pieniędzy, setki tysięcy działań z tej okazji, to coś wspaniale pozytywnego, z czym nie może równać się żadna charytatywna działalność na tej planecie.
Tej niedzieli na placu Nowy Targ pojawiła się scena, stragany z przekąskami, kawą, atrakcje w postaci zabytkowych aut, pięknych motocykli i pokazów ratownictwa medycznego, a także tłum ludzi, którzy przyszli nie tylko po to, żeby posłuchać muzyki, czy wrzucić pieniądze do puszki wolontariuszy, ale też żeby poczuć to coś, czym Jurek Owsiak wiele lat temu zaraził nasz wspaniały, choć wiecznie obrażony na rzeczywistość naród.
Dziewczyna ryczała do telefonu, przekrzykując muzykę, ogłoszenia kolejnych kwot zebranych tego dnia oraz głosy innych ludzi, przemieszczających się w pobliżu.
Para starszych ludzi przysiadła na ohydnie nowoczesnej, niewygodnej, zaprojektowanej prawdopodobnej dla Quasimodo ławce. Oboje nieco znużeni, otuleni ciepło szalikami, z naklejonymi serduszkami WOŚP, zaś pani miała dodatkowo naklejkę z logo Komitetu Obrony Demokracji, którego manifestacja odbyła się dzień wcześniej na placu Solnym w obronie wolności mediów.
- Trzeba jak najczęściej wychodzić. Mówiłam ci, że pogoda nie jest taka straszna.
- Oczywiście, miałaś rację. Zobacz, ile dzieci się tu śmieje. I dorosłych. To rzadki widok. Tylko muzyka trochę za głośna.
- Wczoraj na manifestacji też było głośno, a sam krzyczałeś.
- Nie krzyczałem, tylko skandowałem…
- A wiesz, że Józia z parteru wczoraj skończyła dziewięćdziesiąt cztery lata. A codziennie chodzi na spacery, aż się lekarz dziwił.
- A nie dziewięćdziesiąt dwa?
- Nie, na pewno, mówiła mi przecież, że tyle się dzieje, a ona wszystko pamięta, tylko o niej coraz więcej ludzi zapomina.
- Ale mamo, pewnie że nie grzali, ale to mi powiedział dopiero czwarty fachowiec, wyobrażasz sobie?!
Właścicielka puchowej kurtki przystanęła tuż obok ławki i wrzasnęła do telefonu, zatykając drugie ucho. Starsi państwo spojrzeli na nią z mieszaniną zdziwienia i oburzenia.
- Najpierw było minus 20, to zamarzłam, a potem się zrobiło znowu na plusie z pięć, to grzeje, bo było wpuszczone za mało wody. Sama byłam, bo reszta wyjechała i dopiero teraz wraca na sesję. A Marta to niby kupiła śmietnik za 50 złoty, nie. ŚMIETNIK, MAMO!! Mogła za dychę, to kupiła za pięć i niby mamy się teraz zrzucić. A ja i tak śmieci wrzucam do szuflady, bo się nie domyka.
- R-E-G-U-L-A-M-I-N – przeliterował do telefonu z drugiej strony ławki dudniącym basem młody mężczyzna w płaszczu, z kawą w dłoni, usiłując jednocześnie sączyć gorący napój, rozmawiać i pilnować rozbrykanej kilkuletniej dziewczynki, która szalała z balonikiem w kształcie serca.
-Tato, popatrz, on mnie goni, a ja jego gonię, a ja chcę na konika, mogę na konikaaa? – Mała pociągnęła ojca za płaszcz w stronę kolejki, która uformowała się w oczekiwaniu na możliwość odbycia krótkiej przejażdżki na rumakach wrocławskiej Straży Miejskiej, oczywiście po uiszczeniu symbolicznej opłaty do puszki WOŚP. Facet w płaszczu uniknął oblania się kawą, choć z trudem.
- Regulamin sprzedaży dla kierowników, co miał być rozesłany zanim pojadą w teren, czy to tak trudno zrozumieć?! Dlaczego ja się teraz o tym dowiaduję, to co oni tam jutro będą robić bez regulaminów i instrukcji, w stołki pierdzieć? A plany sprzedażowe będą leżeć, to może od razu się wszyscy powiesimy?! – Zapytał z pretensją, a dziewczynka zachichotała.
- Tatuś, powiedziałeś „pierdzieć” – śmiała się głośno. – Na konika…
- Zaraz, Łusiu, zaraz pójdziemy. Słuchaj, jutro mają to mieć, nie obchodzi mnie, czy sam to zawieziesz, no chociaż wyślij do Świebodzic, mają tam chyba sieć, niech ja jutro zobaczę kto nawalił!
- Tatooo, ja chcę na konika, mama mówiła, że masz nie krzyczeć na telefon, bo jest orkiestra, a ja nie widziałam jeszcze, żeby była orkiestra.
Mężczyzna popatrzył na córkę roztargnionym wzrokiem i wtedy odezwała się dziewczyna w puchowej kurtce.
- Mamo, ja wiem, że w szufladzie to zacznie śmierdzieć, ale przecież wyrzucam, nie. Kupiłam, tu jest wybór. Mamo, poznam, jak gdzieś między ludzi wyjdę, ale na razie muszę czytać. MAMO! No najpierw ogarnę egzaminy, a potem resztę. Wiem, wiem, zawsze mi powtarzasz, że kobieta musi wyglądać, ale tę fizykę to seryjnie muszę poczytać, bo na same cycki chyba nie zdam.

wtorek, 5 stycznia 2016

odc.181.: NA DARMO



Znana całej konsumenckiej części ludzkości odwieczna zasada (optymistyczna jak prawa Murphy’ego) głosi, że jeżeli klientowi bardzo zależy na czasie, to prawie na pewno właśnie w tym dniu zabraknie mu gotówki, na dodatek akurat w tej chwili, kiedy zawiesi się terminal do kart płatniczych, podczas gdy kasjerka będzie musiała zmienić rolkę papieru do paragonów. Prawdopodobnie komuś tuż obok coś się rozsypie lub rozleje ze sporą siłą rażenia, ktoś nachalny wepchnie się w kolejkę powodując atak furii u bliźnich, a tłum chcących nabyć ten sam produkt w dokładnie tym samym momencie będzie marudzić i przyrastać błyskawicznie, jakby rozmnażał się przez pączkowanie.
Można zadać sobie pytanie: czy zakupy nie są cudowne, pełne radosnych momentów, pełne frajdy i wzajemnej życzliwości?
Nieuchronnie nasuwa się odpowiedź: nie, chyba że ma się mniej niż 5 lat.
Osobniki starsze często reagują co najmniej irytacją, a częściej furią, na najdrobniejsze przejawy złośliwości rzeczy martwych oraz nieporadności sprzedających, zamiast na przykład w trakcie oczekiwania w kolejce beztrosko nucić piosenkę z bajki obejrzanej tysiąc razy w ostatnim miesiącu, podrygiwać, wiercić się lub bez skrępowania dłubać w nosie.
Tą właśnie - nieco kompromitującą ale jakże relaksującą czynnością - zajęty był kilkuletni synek młodej kobiety, która od kilku minut blokowała wielousługowe okienko we wrocławskim Domarze, chcąc nadać kilka przesyłek w placówce InPostu. Za kobietą i jej beztrosko eksplorującym własne nozdrza synem natychmiast ustawiła się niecierpliwa kolejka, pełna pretensji, roszczeń, poglądów, nieżyczliwych spojrzeń oraz opinii.
- Pani powie – rzucił w okienko mężczyzna na kilometr woniejący nikotyną, który krążył dookoła kolejki i usiłujący zajrzeć kobiecie przez ramię, by nawiązać z panią obsługującą ten bałagan kontakt wzrokowy oraz werbalny – czy ja tu na darmo czekam? Ten terminal ruszy, co?
- Nie wiem – dobiegło go westchnienie z okienka.
- Ale dzisiaj, co? Ruszy dzisiaj?!
- Nie wiem. Może ruszy, może nie. Nie wiem… – Tym razem z okienka powiało zniecierpliwieniem.
- Bo ja muszę zaraz doładować, a gotówki nie mam!
- Tam jest bankomat, o tam, za rogiem – kobieta stojąca przy okienku machnęła ręką, by pozbyć się natręta ze swoich pleców.
- Pani wie, jakie tam prowizje biorą?! Dziewięć złoty mi pobrali, złodzieje, jeb…
- A ja naciskałem guziki w takim bankomacie - pochwalił się chłopczyk, porzucając dłubanie w nosie na rzecz podskakiwania obok rodzicielki.
- Pan się pohamuje przy dziecku – skarciła go starsza pani, stojąca za młodą kobietą. – I się przesunie, przecież wszyscy czekamy.
- Na darmo tu czekam, na darmo – irytował się amator papierosów, poklepując się po kieszeni, w końcu ruszył w kierunku wyjścia z domu handlowego, mamrocząc coś o tym, że na końcu ulicy Braniborskiej jest bankomat innej sieci i może tam go nie okradną.
- Kiedyś nadanie paczki trwało minutę – wspomniał sentymentalnie starszy pan w berecie filuternie zsuniętym na lewe ucho – chociaż pisali ołówkiem kopiowym. I komu to przeszkadzało? Teraz ta cała cyfryzacja to psu na budę, tak, wieki wszystko trwa. – Strzepnął nerwowo topniejący śnieg z parasola. - I na co komu to wszystko?
- Zarobić chcą, a konkurencja nie śpi – wyjaśniła staruszka. – Jak ktoś nie zdążył przed świętami, to teraz wysyła. Nie denerwuj się Mieciu, bo ci ciśnienie skoczy. Przecież lekarz ci powiedział…
- …no, w czwartek, bo we środę Trzech Króli – przerwał jej ostry sopran kobiety w szpilkach, kompletnie nieadekwatnych do zimowej aury. Stała na końcu kolejki i rozmawiała przez telefon. – Ponoć w Lidlu, ale to ta sama pościel, co się ludzie rzucili w zeszłym roku, pamiętasz? No wiem, szarpałam się jak ta głupia z Radomia, ale na darmo, bo teraz się czuję, jakbym się przykrywała cienką pieluchą.
- Te nowoczesne pościele to na nic – poinformowała męża starsza pani. – Słyszałam, że te poduszki antylogiczne…
- Chyba antyalergiczne? – Zdziwił się starszy pan.
- No właśnie, Małgosia mi mówiła, że tam w środku zamiast pierza jest styropian, a reszta tak samo. O, pani już wysłała, to poproszę dwa normalne zakłady i jeden z plusem.
- Po co to wysyłasz, na darmo pieniądze wyrzucasz, jeszcze ci braknie na leki.
- Mieciu, ja za swoje gram, a leki już kupiłam i mi się tu nie denerwuj. Mieliśmy nie rozmawiać o polityce, lekarz ci zakazał.


środa, 30 grudnia 2015

odc.180.: ŁATWIEJ WYCHODZI


Z pojemnika teoretycznie przeznaczonego wyłącznie na odpady papierowe, oprócz pogniecionych fragmentów kolorowych opakowań, ozdobionych choinkami, mikołajami, skrzatami, śnieżynkami oraz bombkami, wystawały również szyjki butelek, resztki pożywienia, toreb foliowych z logo wszystkich sieci supermarketów świata i inne śmieci, jakby tego rodzaju sortowanie (sic!) było sztuką niedostępną dla mieszkańców osiedla w city, usiłującego ochłonąć po świątecznym obżarstwie, migotaniu kolęd w przedsionkach i wizytach rodzinnych.
Najwyraźniej jednym sortowanie wychodzi zaskakująco sprawnie, zaś innym niekoniecznie.
Miedzy zamkniętym na klucz niewielkim budynkiem ze śmietnikami dla mieszkańców pobliskich bloków a stojącymi obok, ogólnodostępnymi kontenerami na odpady zmieszane stał zarośnięty facet w płaszczu prawdopodobnie należącym do łowcy androidów, poplamiony starannie choć niesymetrycznie, w przykrótkich spodniach, woniejący swobodnym stosunkiem do higieny. Energicznie grzebał w pojemniku z butelkami i gawędził z kobietą odzianą kontrastowo: w klapki i podbitą futrem kurtkę, o twarzy przedwczorajszej i wokalu tak zahartowanym doświadczeniem życiowym, że można nim ostrzyć noże. Kiedy usłyszała szczekanie psa, obróciła się nieśpiesznie i szczerym uśmiechem odsłoniła pole do popisu dla kreatywnego protetyka.
- Dzień dobry, panie sąsiedzie, na spacerek? Nie za zimno?
- Psinkę wyprowadzam, dzień dobry sąsiadce. Jak dobrze, że zimy nie ma, to nie zmarznie kruszynka – rozczulił się dobrze odżywiony mężczyzna z fryzurą średniowiecznego mnicha, za którego masywną nogą demonstracyjnie telepał się sznaucer miniaturka z finezyjną różową kokardką nad lewym uchem. Mnich wrzucił do kontenera wielki wór ze śmieciami i odsunął się, by zrobić miejsce dla łowcy androidów, który natychmiast zanurkował w pojemniku.
- A pewnie, pewnie. O, sąsiadka też już na nogach, z dziećmi na polu to zdrowo – dama z ostrym wokalem pochwaliła młodą kobietę z podkrążonymi oczami, wózkiem z bliźniętami i podskakującą jak piłeczka kilkuletnią córeczką. Kobieta mruknęła coś i poszła dalej.
- Żywe srebro. Co się dziwić, zdrowa kobita, to i zdrowe dzieci rodzi. Niektóre stare konie jeszcze leżą od świąt, a tu już młode idzie.
- Ale pięćset zeta za friko to dostanie – rzucił zazdrośnie mnich. – Albo i więcej.
- A to wiadomo kto co dostanie? Teraz takie czasy, że nic nie wiadomo. Do widzenia panie Tadeuszu! – Krzyknęła za poplamionym facetem, który porzucił gmeranie w śmieciach i powoli oddalał się w stronę kolejnych kontenerów.
- A ja to wie pan, bigosu nagotowałam. Jemy od trzech dni, to wyszłam jeszcze ziemniaków dokupić, bo ciągle jemy też jabłka, a wie pan, od tych jabłek to wszystko łatwo wychodzi.
- Mąż to śpi jeszcze, mówi pani? No słyszałem, jak tu jeszcze wczoraj pod sklepem balowali, świętowali, oj bogato było.
- Święta były, to świętowali, ja już nie miałam siły i samego z domu wypuściłam. No pan się nie gniewa, sąsiedzie, że troszku tam sobie pośpiewali, pokolędowali. Żeby pan mojego Staśka widział, jak młodzi byliśmy…
- Pan Stasiu to ponoć legenda boksu… Ojej! – Odezwała się nieśmiało chudzinka pracująca w kiosku nieopodal, uginająca się pod stosem kartonów, które wiatr porywał raz w jedną stronę, raz w drugą, jak żagiel na oceanie, podczas gdy dziewczyna budowy wątłej brzózki nie miała siły walczyć z żywiołem.
- Pani tu położy te pudła, to pan Tadziu weźmie jak wróci – doradziła dama z wokalem. – A szefowej nie ma? Ta to by sobie poradziła z noszeniem i wiatrem, tyle ma ciała – zaśmiała się, aż szyby w blokach zadrżały w promieniu kilometra.
- Nie ma, szefowa pojechała do rodziców pod Łódź.
- A to jej rodzice jeszcze żyją?
- Żyją, co mają nie żyć? Szefowa jeszcze nie taka stara, tylko gru… Masą zasłonięta – zachichotała chudzinka. – Wraca po Sylwestrze, jak wszyscy. Do widzenia, lecę – pobiegła z powrotem do kiosku, dzielnie walcząc z porywami wiatru.
- A mój Stasiu to był bokser, co się zowie i nikt mu nie podskoczył, jak puścił pięści w ruch, ale ty dziecko za młoda jesteś, żeby takie rzeczy pamiętać – rzuciła za nią dama z wokalem, ale dziewczyna była już za daleko, żeby to usłyszeć.
- Nie legenda boksu, a nadzieja, bo już wtedy za dużo pił – rzucił kwaśno mnich.
Dama się obraziła.
- Ja tu panu nie wypominam, co pan sąsiad pije, a co pan nie pije! A czasem trzeba, jakby chciał pan wiedzieć. Życie to nie popieściło, tego mojego Stasia, o nie.
- Najlepiej to nie przesadzać ani z piciem, ani z życiem, ani z niczym, wtedy życie godniejsze i człowiek porządny – wtrąciła pouczająco staruszka w kapeluszu lekko już wyblakłym od kontaktów z rzeczywistością. Od jakiegoś czasu dyskretnie przysłuchiwała się rozmowie dyskusyjnego kółka śmietnikowego i bardzo starannie sortowała odpadki, wrzucając wszystko tam, gdzie powinno się znaleźć: papierek tu, a szklany słoiczek po koncentracie tam.
- Pani to chyba nic nie pije, ani na ślubie, ani na stypie – odcięła się dama, a mnich się zaśmiał, aż jego psina podskoczyła.
- No jak to, w Sylwestra się nie napić toastu? To grzech, zła wróżba na Nowy Rok – powiedział złośliwie, a staruszka aż zabulgotała wewnętrznie i na chwilę ją zatkało, więc dama z wokalem chrapliwie podjęła wątek.
- Tak, teraz to się można zabawić, do wyboru, co człowiek chce, a na rynku taką scenę piękną, to się chyba wykosztowali, co pan sąsiad myśli? Ile to tam milionów poszło?
- Za dużo i za czyje to pieniądze, ja się pytam? – Westchnął mnich, a dama machnęła ręką.
- E tam, ja to zawsze za swoje piję i Stasiek też, my nie z tych co to będą się prosić. A pani to pewnie już szykuje jakąś wytworną kieckę na bal, co?
- No co też pani opowiada, jakie bale, w moim wieku – zirytowała się staruszka.
- My to sobie zabalujemy – rozmarzyła się dama. – Szwagry przyjadą z teściem, to będzie świętowanie.
- Byle nie za głośno! – Zaprotestował mnich, a staruszka z hukiem wyrzuciła ostatni słoiczek po ćwikle do kontenera, aż zadudniło.
- My z mężem – oznajmiła z godnością - pijemy tylko raz w roku, jeden kieliszek, do Sylwestra z telewizorem, jak „dwójkę” nastawimy, to posiedzimy do północy. Od tygodnia mrozimy szampana. Jak się w starym roku wszystko dobrze przygotuje, to w nowym łatwo wychodzi.

czwartek, 17 grudnia 2015

odc.179.: ZA DUŻO ZACHODU


-… i widzisz, tu ma takie szufladki, a tamto miało tylko po lewej, a tu ma po środku, chyba ładniej, a cena prawie taka sama jak tamten w Kauflandzie, czy w Tesco, już nie pamiętam, nie, no i tu ma takie lusterko, nawet coś widać, a w tamtym to nie wiem, bo opakowanie nie dało się zdjąć, to które mam kupić? No wiem, że nie widzisz, ale ja ci mówię, to chyba możesz mi cos doradzić… Tak, wczoraj do ciebie dzwoniłam, bo chciałam… Czekaj, a tu ma jeszcze taki elegancki łańcuszek, ale nie wiem do czego, czekaj, obrócę i zobaczę – przerwała na chwilę kobieta z upiętymi wysoko włosami, rozwianymi z emocji i szału przedświątecznych zakupów, trochę spocona, bo w grubej brązowej kurtce mimo stosunkowo wysokiej (jak na grudzień) temperatury. Oparła telefon o ramię, przytrzymała podbródkiem i podniosła niewielką imitację sekretarzyka z szufladkami na biżuterię, wyjmując przedmiot z folii. 
- Wiesz co, chyba jednak tego nie kupię, bo ma tu na dole takie zadrapanie, no ostatnia sztuka… Nie, dla teściowej mam już album na zdjęcia, czyli z głowy, a z tym to chciałam dla siebie właściwie, ale to za dużo zachodu. No racja, dzwoniłam wczoraj, bo coś od ciebie chciałam, ale wiesz, nie pamiętam, poczekaj…
Kobieta odłożyła sekretarzyk, odsapnęła i czujnie rozejrzała się po sklepie. Mimo przedpołudniowej pory wielki osiedlowy market pełen był klientów, oglądających, porównujących, kupujących, z listą w dłoni lub w popłochu. Jedni w nerwach, popychają wózkami, łokciami, poirytowani, zaś inni spokojnie się rozglądają, zastanawiają się, głośno komentują i opowiadają przypadkowo spotkanym osobom o swoich planach.
Otumaniająca gorączka przedświąteczna rozpanoszyła się po city, zarażając między innymi dzieci, które co kilka minut zmieniają zdanie co do upragnionych prezentów - w zależności od tego, co zobaczą w sklepie lub w telewizji. O tej porze roku obłęd zakupów dopada również osobniki dorosłe, pozornie odporne na reklamy, a w rzeczywistości reagujące zgodnie ze swoją naturą oraz przewidywaniami specjalistów od marketingu. Promocje, okazje, których nie wolno przegapić (absolutnie!), feeria świateł walących po oczach, melodii lastkrismasowych, z obowiązkowym samotnym w domu Kevinem – zestaw ten z jednej strony odstrasza, z drugiej zachęca do ponownego, corocznego spotkania, jak dawno niewidziany wujek, za którym się tęskni, choć w rzeczywistości to nudziarz. Ale swój, na dodatek kochany, z garścią opowieści o tym, jacy byli rodzice, kiedy byli mali, czyli strasznie dawno temu, w odległej Galaktyce. Dlatego czy się w coś wierzy, czy tylko odprawia rytuały, żeby teść nie marudził i dzieci mogły opowiedzieć w szkole, że była choinka, prezenty i kolędy, trzeba się przejść po sklepach lub od połowy listopada przeglądać Internet w poszukiwaniu prezentów idealnych. Następnie należy rozważyć do których dziadków w tym roku idziemy lub jedziemy, a może kogoś zaprosimy, by talerz dla wędrowca nareszcie się przydał? A, tak, mieliśmy nie rozmawiać o uchodźcach, bo to prawie jak o polityce. Co dalej? Rytualnie ukatrupić karpia i zaczarować, żeby smakował nie jak kałuża, tylko normalnie, oczywiście nagotować wszystkiego jak dla całej armii, nalepić uszek i pierogów, jakoś pogodzić rodzinne tradycje, bo u jednych barszcz, a u drugich grzybowa, a upiornie słodką kutię to nie tylko rodzina zza Buga zje…
- Już wiem, co od ciebie chciałam. No słuchaj, ale sama już nie wiem, bo to chyba za dużo zachodu i skąd ja będę wiedziała, co z tym zrobić? No kiedy założyć, a kiedy zdjąć, bo jak coś wyleję, no jak to z czym, no rękawiczki takie kiedyś miałaś, wiśniowe? Nie na zakupy przecież, takie długie, na bal sylwestrowy? No właśnie, pożyczyć, bo po piętnastu latach mnie ten mój wreszcie gdzieś zabiera, aż nie wierzę, ale mówi, masz tu, patrz, kupiłem zaproszenia, blisko, pod Wrocławiem, z kulturą będzie! No to ja i buty kupiłam na obcasie, w Dominikańskiej poszłam, ładnie tam, tyle ludzi i świateł, że zwariować można, ale przepięknie, idź to sama zobaczysz. A sukienkę mam, tylko mi krawcowa znajoma poszerzyła trochę, bo wiesz, kupowałam na oko, a lata lecą. No kilogramy wręcz przeciwnie, bardzo śmieszne, też nie jesteś coraz szczuplejsza. Jezu przestań, dobrze wyglądasz, a widziałaś siostrę mojego szwagra? Ta to chyba niczego sobie nie żałuje! Nie znasz, no a co to ja… A no i bolerko mam takie, żeby grube ramiona zakryło, a potem będzie ciemno i każdy wypity, to chyba nikt nie zwróci uwagi, a tu mi teściowa mówi, że jak ona chodziła na bale, to się rękawiczki elegancja Francja nosiło! No ale wiesz co, ja chyba jednak nie chcę, niech się ten mój cieszy, że z nim idę, będę wyglądać, mam fryzjera i sukienkę, z bolerkiem będzie jak trzeba, z tym to za dużo zachodu.

poniedziałek, 12 października 2015

odc.178.: SKANDAL


- Co tobie właściwie jest, co? – Zapytała oskarżycielsko zażywna dama przytrzymująca telefon między podbródkami, bo w dłoniach dzierżyła stos ciuchów, wśród których filuternie wyróżniało się wściekle różowe futerko, na oko za małe o co najmniej dwa rozmiary. – Kichasz, kaszlesz, rzygasz czy srasz?
Rozpoczęcie sezonu jesiennych dolegliwości chorobowych, przeziębień, zasmarkanych bakcyli i depresyjnych stanów emocjonalnych część mieszkańców Wrocławia postanowiła uczcić zakupami, polegającymi na przykład na spędzeniu godziny lub dwóch w galerii handlowej w city lub na przekopaniu kilku ton ciuchów w osiedlowym wielkim szmateksie, w którym codziennie jest jakaś promocja. A to dla seniora, a to dla studenta, a to dla dzieci, ale nigdy dla zwyczajnych ludzi, jeśli ktoś nie jest więc emerytem, żakiem lub niemowlęciem, pozostaje mu jedynie czyhać na największe obniżki czyli 70% ceny lub ruszyć na wyprzedaże po złotówce, co też społeczeństwo czyni regularnie, stadnie i niekoniecznie w zgodzie z otoczeniem.
Dama ze stosem, futerkiem i telefonem stała w kolejce do przymierzalni i prowadziła rozmowę obfitującą w opisy czynności fizjologicznych oraz barwy płynów ustrojowych, nie bacząc na zniesmaczenie słuchaczy.
- Tydzień temu Aneta też tak miała, lało się z niej z obu stron – współczujące westchnienie kosztowało damę z futerkiem niemalże upuszczenie części stosu, ale dzielni obroniła łup. – Czekaj, bo mi się spierdoli na ziemię i ktoś mi to ukradnie. A co ty myślisz, już jedna chciała tę bluzkę i takie futerko mam, trochę ciasne, ale zajebiste że chuj! No baba chciała wziąć, ale byłam szybsza. Nie jestem w Lidlu, tylko w lumpie, wiesz że ja się lubię ubrać… No, aha, tak no miałam to ostatnio, migrenowe takie, z grypą żołądkową i bolało jak chuj i rzygałam dalej niż… A na żołądek to nie wiem, herbaty się napij – doradziła. – Lekarz ci powiedział? Kurwa, co oni wiedzą o życiu i kobietach, tyle co wyczytali w telewizji. Bicz no mnie też mówili, że będę chora, bo jestem gruba i co, chuj, zdrowa jestem, jak…
- Skandal – rzuciła sucho stojąca w kolejce wysoka kobieta z twarzą pozbawioną uczuć, zmarszczek i życia, jak mumia bez bandaży – naprawdę, Kazimierz, zrób coś. Skandal!
Kazimierz nie mógł nic zrobić, nawet gdyby chciał, bo po szpiczasty czubek nosa przykryty był kilkoma płaszczami w różnych odcieniach piaskownicy biorącej udział w konkursie na sobowtóra jesiennego bagna. Prawdopodobnie miał problem z widocznością, bo obrócił się tyłem do mumii, delikatnie manewrując spoczywającą na nim górą odzienia i wymamrotał coś niezrozumiałego.
- Tu jestem, ośle – skarciła go mumia z niesmakiem – nie wierć się, bo upuścisz, a jeszcze nie wiem, który fason, trudno się zdecydować w takim otoczeniu…
- Do kabiny tylko pięć wieszaków – powtarzała pracownica szmateksu każdej klientce. – Tak, widzę, że pani ma więcej, ale do kabiny tylko pięć…
- Kończę już, bo zaraz moja kolej, a tu się ludzie pchają i krzyczą, bez kultury takie, mówię ci, pilnować muszę. I mam takie ciuchy, że ci oko wypadnie. Może dam ci taki pasek, co kupiłam tydzień temu, wiesz, z takim tym, wytegowany taki. Miałam dać Anecie, ale to kurewska bicz, bo powiedziała kierowniczce, że poszłam na fajkę, chociaż sama się pierdoliła na magazynie z dostawcą od soków… Lecz się, bo jutro trzeba oblać weekend.

niedziela, 4 października 2015

odc.177: GRA WSTĘPNA




- Halooo – ciepły baryton dystyngowanego starszego pana otulił nie tylko jego telefon, ale i wszystkich ludzi stojących na przystanku tramwajowym na placu Dominikańskim wieczorową porą w wyraźnie jesienny piątek. – Taaak, to jaaaa. Dobry wieczór tobie również. Już jadę, moja droga. Czyżbyś już spała? Nie czekasz na mnie? To dobrze, uwielbiam jak dla mnie gotujesz. A ja wszystko załatwiłem, chociaż tak się martwiłem, że po nocach nie spałem – zaśmiał się. – O, nie, to tylko taki psikus, żart taki. Do zobaczenia, już jadę. Paaa.
Schował telefon do kieszeni jasnej marynarki, oparł się na drewnianej eleganckiej lasce i powąchał bukiet kwiatów, który trzymał przed sobą jak tarczę.
Dwóch chłopaków w wieku wczesnostudenckim stojących nieopodal przysłuchiwało się staruszkowi z radością podszytą nutą nieuświadomionej zazdrości.
- Ty, patrz, widziałeś kolesia? Chyba ma nadzieję, że zaliczy!
- Taaa, kurwa, co za typ! Tak się napala, że chyba pikawa mu siądzie, zanim zacznie się gra wstępna!
Ryknęli śmiechem, a starszy pan na szczęście niczego nie zauważył, pochłonięty sprawdzaniem czy wszystkie róże w bukiecie pachną i wyglądają idealnie.
Jeden z młodzieńców miał na sobie koszulę w czerwoną kratę, brązowe mokasyny i ewidentnie za krótkie spodnie, na dodatek białe, doskonale widoczne w świetle latarni, wystaw sklepowych i reflektorów aut przejeżdżających przez skrzyżowanie, co w sumie wyglądało komicznie, zważywszy na sporą długość jego stóp i kompromitująco niski wzrost, sugerujący pokrewieństwo z Pigmejami lub Napoleonem.
Kolega krewnego mikrusowatego dyktatora był grubawy, mimo młodego wieku łysiejący, rozczochrany, z cerą niezdrowego ziemniaka, w workowatym szarym swetrze i okularach, za którymi kryły się małe, złośliwe oczka.
- Z kobietami trzeba inaczej – powiedział niższy z chłopców tonem eksperta, poprawiając fryzurę skumulowaną modnie po jednej stronie głowy. – Mojej ostatniej napisałem esa, żeby się zdecydowała czego chce, bo kręciła dupą wyżej niż nosem. Wyjaśniłem jej, że jak się używa w jednym zdaniu słów „może” i „kiedyś”, to oznacza „w ogóle”.
- Acha – podziw grubszego kolegi nie znał granic. – A dalej robisz za barem?
- Stary, no jasne, gdzie mi będzie lepiej.
- Myślałem, że nienawidzisz tej roboty?
- Człowieku, w dobry weekend z samych napiwków mam 7-8 stówek, nie.
- O kurwa.
- Panny same się pchają, stary.
- I co, korzystasz?
- Stary, no jasne, co im będę odmawiał. A ty coś zaliczasz?
- Ostatnio algebrę miałem na 4, chociaż umiałem na 5.

wtorek, 29 września 2015

odc.176.: WYZWANIE


- Pani kierowniczko! Paaani kierowniiiczkoooo! – Ryknęła sprzedawczyni z siwawym kokiem i nutką lamentu w głosie, po czym zadzwoniła dwa razy, ponieważ kolejka do kasy wydłużała się co chwilę o następnych klientów i pełne wiktuałów wózki, powiększając zator spowodowany przez smętnego faceta z bardzo smutną miną, który właśnie oddalał się w kierunku drzwi, obwieszczając wszem i wobec swoje niezadowolenie.
- A to chamy! Zapamiętam ich sobie, mówię pani, zapamiętam, żeby tak człowieka traktować i nie płacić! Miało już dawno być! Chamy! – Rzucił, wychodząc. Gdyby drzwi nie zasunęły się za nim automatycznie, prawdopodobnie usiłowałby nimi trzasnąć.
- Panie, trochę kultury, tu są kobiety i dzieci - zaprotestował starszy pan, przerywając na moment przekopywanie stosu książek z aktualnej oferty promocyjnej.
- Idę, idę przecież, nie krzycz przy klientach, bo ja reaguję tylko na dzwonek – sapnęła okrągła kobieta czerwoną twarzą, w służbowym polarze, z pękiem kluczy i wściekle fioletową fryzuropodobną konstrukcją na głowie, wyłoniwszy się z zaplecza wielkiego sieciowego sklepu z owadem w nazwie, mieszczącego się przy jednej z najbardziej zakorkowanych (w godzinach szczytu i nie tylko) ulic Wrocławia. – Znowu wycofać?
- No – potwierdziła z satysfakcją sprzedawczyni, spoglądając znad okularów na przełożoną. – Trzeci raz ten sam klient, znowu chciał kupić papierosy i zapalniczkę. I znowu odmowa karty. Biedny, od trzynastej tak próbuje.
- Jakby nie mógł poczekać do dwudziestej, wtedy mu zaksięgują – mruknęła kierowniczka, prztykając kartą identyfikacyjną w kasę i anulując nieudaną sprzedaż. Rozejrzała się, taksując wzrokiem kolejkę. – Maryś, idź na kasę trzecią. 
- Prosę do kasy numer tsy! – Oznajmiła bez entuzjazmu Maryś z widocznymi ubytkami w uzębieniu na froncie, przerywając rozpakowywanie kartonów z bakaliami w alejce nieopodal.
Kolejka podzieliła się na zwolenników kasy numer jeden oraz amatorów kasy numer trzy, którzy ruszyli tam, ścigając się wózkami i maskując chęć natychmiastowego zadeptania bliźnich werbalnie, zdawkowymi fragmentami w postaci „praszam” i „perosz”.
Przed kasjerką z siwawym kokiem znalazł się przygarbiony informatycznie szczupły, nieco zaniedbany młody facet z torbą przewieszoną przez ramię. Kasjerka rzuciła krzywe spojrzenie na zawartość jego wózka, więc facet natychmiast rzucił się wyjmować produkty na taśmę: dwie małe butelki wódki, mała butelka coli, chleb i parówki. Po krótkim namyśle sięgnął do skrzynek rozstawionych naprzeciwko kasy i do zakupów dorzucił banana.
- To wyzwanie – bąknął nieśmiało. 
Kasjerka spojrzała surowo znad okularów.
- Ten banan? 
- Nie, to trudne tak zawsze wiedzieć, kiedy się ma, a kiedy się nie ma.
- Ale co?
- Środki na koncie – wyjaśnił, pakując zakupy. – To wyzwanie, takie regularne planowanie domowego budżetu. Może ten człowiek powinien już dawno mieć zapłacone, ale mu zwlekają. Raz płacą co tydzień, raz co dwa albo co miesiąc.
- Jak się porządnie i uczciwie pracuje, to się wie. Proszę, jeszcze ma pan resztę.
- O, naprawdę? Myślałem, że daję wyliczone.
- Codziennie niskie ceny i promocje. Te banany ma pan dzisiaj w promocji i coś zawsze zostaje.
- Tu u was często mi zostaje – pochwalił. 
Wyprostował się na chwilę i uśmiechnął blado, nabierając śmiałości. 
- Grosz do grosza… Jeszcze trochę i zapytam ile kosztuje Wrocław...
- Dziękuję, zapraszam ponownie.

środa, 23 września 2015

odc.175.: NA START


Dziewczynka podskakiwała i pląsała zygzakiem z wdziękiem rusałkopodobnym, krążąc dookoła babci i dziadka, którzy sunęli przez park z minami sugerującymi rychłe nadejście końca świata lub co najmniej jakiegoś drobnego kryzysu na tle dowolnym. Różowy płaszczyk małej i krzykliwy fiolet jej bucików zgrzytliwie kontrastował z szarością jej opiekunów, którzy od stóp po siwiejące głowy wyglądali, jakby ktoś wrzucił na nich instagramowski filtr usuwający nasycenie barw.
Starsza pani przyciskała do siebie kurczowo torebkę, jakby za chwilę zza drzewa miał wyskoczyć jakiś bandzior, zaś starszy facet z gazetą pod pachą w jednej ręce niósł różowy tornister dziewczynki, przyozdobiony kucykami z wytrzeszczonymi oczami, a w drugiej dłoni z trudem dzierżył dwa piwa, chwycone niepewnie, za szyjki butelek, co wyraźnie drażniło zarówno niosącego, jak i starszą panią.
- Dzwonisz tym i dzwonisz – powiedziała z niezadowoleniem – wszyscy zobaczą. Schowałbyś do torby, normalnie jak zakupy.
- Gdzie mam schować, kobieto, no gdzie, jak nie mam ręki wolnej. Będzie ławka to wypiję i tyle.
- Babciu, zobacz, jaki dziwny kasztan!
- Wyrzuć to Julciu, pewnie jakiś pies na to nasikał.
- Ale jest biały, zobacz – upierała się dziewczynka. – Babciu, czemu jest biały?
- Nie wiem, zapytaj dziadka. Tu w ogóle jest jakiś plac zabaw? Toż to las, a nie park!
- Dziadku, a…
- …Bo nie zdążył dojrzeć, Julciu. Drzewo go wyrzuciło zanim zdążył się zrobić brązowy.
- W tym roku susza wszystko spustoszyła – dodała kobieta złowieszczo – zielone liście spadły i osy się namnożyły. Będzie ciężka zima, ja wam to mówię.
- I wspomnimy twoje słowa, jak tylko się zacznie. Julciu, w lewo idź, w lewo, tam na plac zabaw. A ja sobie wreszcie usiądę, bo mi nogi wchodzą do...
- Nie będziesz pił przy dzieciach – kobieta aż się zachłysnęła z oburzenia. – Jak jakiś… Pijak!
- Schowam się za gazetą, nie bój się, żadna z naszych wścibskich sąsiadek mnie nie zobaczy. Julciu, a podobało ci się w szkole?
- Tak, podobało!
- A co najbardziej?
- Jak wyszliśmy!
- No i widzisz, dziecko – zafrasował się starszy pan – widzisz, poszłaś do tej szkoły, chociaż mogłaś jeszcze rok z nami być w domu i co to komu szkodziło.
- Ty byś dziecko opóźnił, a świat na nią czeka – zaprotestowała słabo starsza pani. – Musi się uczyć, zdobywać i.. No, ten… Uczyć się.
- Babciu, ale ja chcę się bawić! A mogę iść na huśtawkę?
- Tak, tylko się nie spoć.
- Biedne dziecko. Już poszła do szkoły, potem pewnie do liceum. I po co to komu? Zmarnowane życie, bo ani zawodu, ani nic, na start jest przegrana – podsumował starszy pan, sadowiąc się na ławce tak, by nie pobrudzić się tym, co ptaki zrzuciły w ramach zaznaczania terenu i opróżniania trzewi. Spodnie zjechały mężczyźnie pod wystający brzuch i kiedy schylił się, by pod ławką otworzyć piwo, odsłoniła się jego tylna część ciała, objawiając się światu i zgorszonej starszej pani.
- Janusz, podciągnij spodnie, bo tyłkiem świecisz przy ludziach – syknęła. – Ciągle ci mówię, załóż pasek! Ani mi się waż otwierać tego piwa, dawaj no tu do torebki! No, już, potem do obiadu ci dam.
- Odczep się kobieto, mówiłem że za swoją emeryturę piję, co chcę i kiedy chcę! No i patrz, gazeta już leży, kulturka. Wyglądam jak ten sąsiad studenciak z kucykiem, co ciągle coś czyta. Ciekawe czy jego na emeryturze będzie stać na piwo, jak teraz nie ma na fryzjera, żeby mu ten kucyk obciął. Jak jeszcze raz nas zaleje to mu obiję tę jego…
- Julciu, bo się spocisz! Zejdź już, bo ci spódniczkę zawiewa i wszystko widać!

sobota, 19 września 2015

odc.174.: SIÓDMY WYMIAR



Ledwo ominąwszy clowna żonglującego piłeczkami i kręglami, by po chwili z impetem wdepnąć w sam środek wielkiej bańki mydlanej, wysoki chłopak w bojówkach i koszuli w krateczkę dyskretnie zerknął czy towarzysząca mu stylowo zadumana filologiczna szatynka widziała tę kompromitację, po czym odetchnął z ulgą, ocierając z mydlin imponująco długą brodę, której nie powstydziliby się ZZ Top ani żaden szanujący się modny drwal.
- Teraz to już sobie poukładałam. I nie jestem taka, no wiesz, niepozbierana – oznajmiła dziewczyna z przejęciem, które nijak nie pasowało do wyrazu zadumy i nostalgii, w jaki usiłowała przyoblec piegowatą buzię, ozdobioną gotyckim makijażem najwyraźniej bez użycia światła i lustra. Szczupluteńkie nogi podduszone fioletowymi naddartymi rajstopami i utopione w wielgachnych czarnych butach wyglądały jakby cierpiały z powodu ciężkich robót, słonecznego gorąca i duchoty, która zapowiadała nadchodzącą nad Wrocław burzę.
- Acha. Oglądałem taki program na…
- Nie tak, jak ostatnio, kiedy w ogóle nie mogłam się pozbierać po egzaminach – dodała, przerywając chłopakowi. Ten podrapał się po brodzie i z zakłopotaniem odkrył, że o mało nie nadepnął na wielką kolejkę.
W samym środku tegorocznej edycji Świebodzkiego Targu Kultury działo się wszystko, co mogło zainteresować mieszkańców city w wieku od 1 do 100 lat: w ciągu dnia warsztaty z koszulkami, miejskim ogrodnictwem, kolejką z Kolejkowa, poza tym bajki i filmy wyświetlane dla widzów relaksujących się na leżakach, w hamakach i poduszkach, a także wspaniałe koncerty i spotkania z interesującymi ludźmi i wiele innych, które przyciągnęły tłumy ludzi, między innymi atrakcje w postaci żonglujących tym i owym clownów oraz karmiących zgłodniałych przechodniów foodtrucków ze słynną przepyszną wrocławską Zupą na czele.
- Tyle tu dzieci – powiedział chłopak z niesmakiem, spoglądając na kilkulatków bawiących się kolejką – jakby wszyscy się tak ciągle mnożyli, to planety dla nas nie wystarczy. Oglądałem taki program na Discovery…
- Z naturą nie wygrasz – westchnęła dziewczyna – podobno w głowie się coś zmienia. Przychodzi taki wiek i jeb, w głowie się pierdoli.
- W tym programie taki naukowiec opowiadał, wiesz, to jest udowodnione, że w innych wymiarach dzieje się to samo, ale w innych wersjach. Czyli na przykład, taki siódmy wymiar – brodacz zapalał się, snując opowieść – albo en wymiar, to tam ci ludzie nie mają dzieci, nie?
- Za to my mamy ich tam w chuj. Siódmy wymiar, to siedmioro, nie, a wyobrażasz sobie, ile byś miał dzieci w tym en wymiarze?
Brodacz nic nie odpowiedział, zapewne przytłoczony wizją nieskończonej liczby potomstwa.

wtorek, 15 września 2015

odc.173.: PATROL


Nie tak łatwo jest zorganizować festyn osiedlowy. Prawdopodobnie prościej jest namówić kilka zespołów, żeby zagrały koncert za darmo, przygotować jakieś sportowe atrakcje dla dzieci, pozyskać lokalnych sponsorów, może też polać piwo i postawić przenośne kibelki niż ściągnąć mieszkańców osiedla na bezpłatną rozrywkę z integracją w tle w sobotnie popołudnie, gdy pogoda jest tak piękna, że aż żal porzucić telewizor lub weekendowego grilla na działce, na której siedzi się w każdej wolnej chwili.
Komu to potrzebne, pytają starsze panie pod sklepem, te jakieś integracje i nowomodne społeczności poznawanie, tym bardziej, że mają tam być jacyś niepełnosprawni, pani kochana, co to w domach powinni tkwić, a nie rozbijać się wózkami i kłuć w oczy niemożnością samodzielnego poruszania się na dwóch kończynach.
A jednak czasem się udaje - dzięki staraniom ludzi, którym się chce i chwała im za to. Zorganizowali, ściągnęli kogo się da, rozkleili plakaty, ustawili stoły, załatwili piwo, kiełbaski, bigos, popcorn, boisko szkolne i prąd, żeby podłączyć muzykę, dmuchany małpi gaj i zjeżdżalnię, na której dzieci oszalały z radości i z piskiem świrującym w uszach wpadały na siebie nawzajem, ku własnej uciesze i lekkiej panice rodziców. Dzieci niepełnosprawne pruły na wózkach slalomem omijając ustawione na boisku pachołki, biorąc udział w zawodach z dziećmi pełnosprawnymi, które posadzone na takich samych wózkach mogły przekonać się, że to wcale nie takie fajne nie móc wstać i iść sobie het albo grać w piłkę. Wszystkie maluchy wariowały, bawiąc się hula-hop, rzucając ringo, skacząc na wielkiej piłce i ignorując upomnienia rodziców, żeby nie wyrywać innym zabawek.
Sąsiedzi dziesięciopietrowców z osiedla w centrum city ze zdumieniem poznawali się, po raz pierwszy podejmując rozmowę z ludźmi spotykanymi od lat w windzie, na schodach i przy śmietniku. Konwersacje te składały się z więcej niż dwóch zdań o pogodzie, korkach i o tym, że ktoś nasikał obok wejścia do piwnicy albo wybił szybę w kiosku.
- Panie sąsiedzie, pan to potrafi – Powiedziała z uznaniem starsza pani z włosami niefortunnie zabarwionymi odcieniem gasnącego fioletu, podkreślającymi każdą bruzdę i zmarszczkę na twarzy niegdyś pięknej. Otuliła się szalem, mimo popołudniowego słońca. – Tylko ten wiatr, no ale nie wszystko można mieć.
Mężczyzna w koszulce z napisem „wolontariusz” skinął głową w pędzie.
- Racja, racja, pani Wiesławo, racja, a teraz przepraszam, musimy podpiąć kabel, bo nam prąd siada, to lecę!
Starsza pani wzięła na kolana ratlerka, który usiłował ujadać, ale zachrypł, bo nie mógł naszczekać na wszystkich, których w tym momencie nienawidził.
- Chodź, psiątko moje. Pani Gosiu, a pani zostaje jeszcze?
- A tak, chcę posłuchać muzyki, bo zaraz ma zagrać zespół mojego wnuka – oznajmiła z dumą okrąglutka staruszka w różowej koszulce i niestety obcisłych dżinsach.
Przy sąsiednim stoliku zasiadły dwie młode kobiety w wielkich ciemnych okularach, blondynka krótko ostrzyżona i modnie podgolona z jednej strony, a druga brunetka w długiej fryzurze lekko podkręconej. Towarzyszył im milczący facet, który po kolei przyniósł na stół po piwie i kiełbasce. Kobiety wysłały dzieci na zjeżdżalnię i gawędziły o Aśce, która zeszła na psy, bo raz z tym, a raz z tamtym i w ogóle nie wiadomo, czyje to dziecko i z czego ona żyje. Gruba się zrobiła i w ogóle słabo wygląda, bo ciągle piwo pije z tym swoim, co tam teraz pod sceną się kiwa.
- Wieczoru nie ma, a on od rana pijany chodzi, ciągle w tej kurtce – podsumowała brunetka.
- Ja to bym tak nie mogła. Jedno piwo i tyle, przecież dzieci patrzą.
- No właśnie.
- Albo dwa, bo pić się chce po tej kiełbasie.
- I już trochę lać mi się chce – wyznała brunetka – ale tu chyba kibel po pięć zeta chodzi, co?
- Dołożysz zeta i masz następne piwo, to idź w krzaki – doradziła blondynka.
Przy stole zapanowała radość.
- Ja to jak bym poszła do pracy – rozmarzyła się blondynka – to bym chciała jakąś spokojną fuchę, na plaży robić na przykład, nie.
- Kurwa, jak w tym, no, w „Słonecznym patrolu” – zaśmiała się koleżanka potrząsając brązowymi lokami.
- No, jak ta, no z cyckami, Pamela, nie. Cały dzień opalać się, biegać, pływać, w bikini…
- Ty to byś mogła tam zagrać, ta, ale kurwa chyba deskę – odezwał się wreszcie facet – taką czerwoną, bo zawsze raka pieczesz jak słońce wychodzi.

piątek, 11 września 2015

odc.172.: BEZ NAPINKI


- Pani Zosiu, niech się pani skupi – zażądała siostra prawdopodobnie co najmniej przełożona, o aparycji kojarzącej się z kamerdynerem rodziny Addamsów i wyrazie twarzy prezentującym niewiele sympatii do otaczającego ją świata – i niech pani sobie przypomni, kto nam tu ostatnio zmarł?
Pacjenci nielicznie zgromadzeni w szpitalnej świetlicy zgodnie spojrzeli w stronę dyżurki pielęgniarek, przy której stała drobna pani Zosia w fartuchu z późnych lat osiemdziesiątych XX wieku, z miną sugerującą heroiczny wysiłek umysłowy oraz ekspresowe przeszukiwanie przepastnej pamięci.
– Ten spod trójki - powiedziała pani Zosia, pokazując oniemiałej publiczności w szlafrokach i dresach gdzie jest trójka – sama go wywoziłam.
W świetlicy zapanowała na chwilę cisza, którą po około minucie zakłócił dzwonek telefonu. Jeden z pacjentów wyjął z kieszeni szlafroka smartfona, podszedł do okna i nie zwracając uwagi na innych rozpoczął rozmowę, leniwie, ospale, bez emocji.
- Bry, brat. Eno, eno, ale bez napinki, brat. Nie napinaj się tak, bo ci żyłka pęknie. W mózgu. Widziałem w takim serialu medycznym. No, że w mózgu są takie żyłki i czasem, jak ktoś się denerwuje… Eno, eno, wychodzę, co mam nie wyjść? No z woja wyszedłem, to stąd też wyjdę, w końcu to nie więzienie, tu wyroki są krótsze… Bez napinki, brat, jak mi żołądek naprawili, to ty se auto też naprawisz… No to w warsztacie pod Wrocławiem, tam może mniej zedrą… To pojadę autobusem, w końcu to Borowska, a nie koniec świata, coś tu chyba jeździ? Nie wiem o której, brat, bez napinki, mi się kazali nie denerwować. W poniedziałek mają mnie wypisać…
- Pani Zosiu – warknęła szefowa pielęgniarek na oddziale, wyraźnie zdenerwowana – ta Paciorkowska, czy Paciorek, która poszła do domu? One te takie podobne, pani Zosiu, wydawało mi się, że Paciorkowską wypisuję, to pani sprawdzi na sali, która tam leży, bo może żeśmy nie tą co trzeba wypisali?
- Zaraz sprawdzę – posłusznie zgodziła się pani Zosia. – Tylko której mam szukać? Tej co została, czy tej, co ją wypisaliśmy?
Odpowiedziało jej zniecierpliwione milczenie dochodzące z naciskiem od strony dyżurki pielęgniarek oraz nerwowe spojrzenia pacjentów siedzących tuż obok w świetlicy, świadczące o ich zaniepokojeniu i kilku innych emocjach, bardzo dalekich od spokoju, zapewne wbrew zaleceniom lekarskim.

poniedziałek, 7 września 2015

odc.171.: SERIA PYTAŃ


Jak każde szanujące się ogromne miasto, stolica województwa, a niebawem także i europejskiej kultury, Wrocław ma w zanadrzu kilka asów, czyli miejsc legendarnych, kuszących na przykład niebanalną muzyką, teatrem z charakterem, możliwością spotkania twarzy znanej lub lubianej (to nie to samo), ewentualnie wyszukaną potrawą lub podejrzanie smacznym… tostem. Bar „U Witka” ulokowany strategicznie przy ulicy Wita Stwosza ma swoją wieloletnią tradycję serwowania tostów najsmaczniejszych na świecie, a więc nie może się tu obyć bez ociekania serem i obfitą pieczarką, a także oczywistym tłuszczem oraz produktem ketchupopodobnym, co przyciąga tłumy głodnych, skacowanych lub skuszonych sławą amatorów tego rodzaju pożywienia. Plamy na ciuchach i w promieniu kilku metrów gwarantowane, ale warto się poświęcić dla czegoś tak rozkosznie niezdrowego.
Przez wiele lat tosty wykarmiły wielu zadowolonych klientów tego baru, w którym czas zatrzymał się we wczesnych latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Banalnie prosty wystrój tworzą niewymyślne stoły i niewygodne krzesła, całości dopełnia brak ozdób, poza plakatami reklamującymi najbardziej rozpoznawalny napój na świecie, będący w stanie rozpuścić resztki ciężkostrawnego pożywienia oraz rdzę w silniku, jak to kiedyś opisał W. Łysiak w rewelacyjnym „Asfaltowym saloonie”.
Kolejka do tostów zawsze była słusznej długości, ale tego sobotniego wczesnego wieczoru klientów spotkało prawdziwe nieszczęście, a mianowicie komunikat zza kontuaru, powtarzany jak mantra przez rozczochraną, służbowo nieżyczliwą światu kobietę w średnim wieku i zsuwających się okularach, że mianowicie, tostów brak, są tylko zapiekanki. Te ostatnie, wielkości przekrojonego wzdłuż bochenka chleba, nie wyglądały źle, więc publiczność nie rezygnowała z zakupu, dając się namówić na zastępstwo w obliczu nieobecności tostów, niczym zresztą nie uzasadnionej.
- Pszenne im się skończyło – westchnął chłopak, na twarzy, koszulce i spodniach przyprószony kolorowym, niebieskim i fioletowym proszkiem, podobnie jak cała towarzysząca mu grupa młodych ludzi, najwyraźniej powracająca z Festiwalu Kolorów, który odbywał się tego dnia na Stadionie Olimpijskim.
- Ale pieczarek i sera walą tyle, co na tosty – pocieszył go wysoki, pryszczaty kompan, z różowym plackiem na włosach i zieloną szyją. – Konkretna wyżera.
Za nimi stało kilka wielobarwnych osób, a na samym końcu kolejki szczupła, piękna dziewczyna owijała się dookoła chłopaka, który tylko czasem wspinał się na palce, żeby nie wydawać się niższym od niej. Z dość marnym skutkiem.
- Nie martw się, że oni cię nie znają. Ty też ich nie znasz, nie, czyli jest w miarę po równo, nie.
- Jasne, bejb – chłopak delikatnie musnął kark dziewczyny. – tutaj masz pomarańczowe – jego palce powędrowały na jej plecy i kontynuowały spacer nieco niżej – a tutaj niebieski, czerwony…
- To będzie taka wiesz, impreza zapoznawcza.
- Uhm. Czyli będzie seria pytań?
- Czyli potrzebny jest alkohol.
- Nie bejb.
- Jak to?
- Jakby miała być integracja, to racja że bez alku nie ma szansy, ale do zapoznania wystarczy, że się oblukamy z daleka.
- Zobaczymy, może Ruda coś przyniesie.
- Uhm. A co robiłaś wczoraj?
- Wieczorem? Znowu zaczynasz serię pytań? Już mówiłam, że widziałam się z Rudą. Miała dobry wieczór, wzięła whiskey ojca i znowu biegała po Muchoborze z karabinem. O, dzwoni, weź mi colę – dziewczyna wyłuskała się z objęć lubego i odsunęła odrobinę, kierując się na zewnątrz.
- Nie chcesz jeść? – Krzyknął, nieco zasmucony koniecznością wypuszczenia jej z rąk.
- Dasz mi gryza, nie zjem całej. Dżizas, skończ z tymi pytaniami, muszę z nią pogadać.
- OK bejb. Powiedz, żeby wzięła karabin. I whiskey też, zintegrujemy się serią, bez pytań.

środa, 2 września 2015

odc.170.: NÓWKA SZTUKA


Granatowy, lśniący nowością i czystością, przyjemnie pachnący i - w przeciwieństwie do swoich starszych towarzyszy z wrocławskiego taboru - nie umazany plamami pochodzenia organicznego i nie tylko, nie ozdobiony resztkami pożywienia, fragmentami opakowań i innymi, trudnymi do zidentyfikowania śmieciami tramwaj PESA mknął dumnie przez Wrocław. Ze względu na gabaryty i konieczność dopasowania przystanków nowe egzemplarze nie śmigają jeszcze na wszystkich trasach, ale i tak da się je zauważyć. Bo są nowe.
- Nówka sztuka – powiedział z uznaniem pan w stroju jak do golfa, płóciennych spodniach i koszuli, idealnych na koszmarny miejski skwar, moszcząc się wygodnie na siedzeniu, zakładając nogę na nogę i spoglądając dookoła z aprobatą. Siedząca obok kobieta w jasnej sukience wygładziła nieistniejącą fałdkę na jego ramieniu i potakująco skinęła głową.
- Poczekajcie, aż zobaczą państwo centrum, tam to dopiero. Dopiero! – Zakrzyknął z entuzjazmem chłopak z hipsterską bródką i takąż modną koszulą w kratę, wkładając w słowa tyle dumy, jakby całe miasto było jego dziełem albo co najmniej przed chwilą jego wojska zdobyły city po krwawej bitwie. Stał obok rozmówcy razem z dziewczyną bardzo podobną do starszej pary. Czerwona szminka dziewczyny mocno kontrastowała z jej skromnym strojem, składającym się z jeansów i koszulki z wielkim sercem.
- Miałem na myśli tramwaj – zgasił młodego golfiarz i uśmiechnął się kątem ust – czytałem w gazecie, że są do bani, ale przyjemnie się jedzie. 
Kobieta strąciła niewidoczny paproszek z rękawa koszuli męża i mruknęła coś.
- Oczywiście, masz rację kochanie – golfiarz podjął wątek – spełniają swoją funkcję, ale dla nas to ostateczność, bo mamy samochód, który wszędzie nas wozi i nie musimy czekać na jakiś tramwaj, stary czy nowy. Porządne auto to podstawa – podkreślił.
Chłopak się zarumienił, dziewczyna chwyciła jego dłoń i ścisnęła mocno.
- Wystarczy nam na razie miejski transport, tato. Mamy XXI wiek, mega korki w mieście i trzeba żyć eko – rzuciła wyzywająco. - Przez twoje auto planeta umiera!
Chłopak spojrzał na nią z przestrachem, bo golfiarzowi skamieniała szczęka.
- A byli państwo na tarasie widokowym Sky Tower? Niesamowity widok, normalnie widać… No, wszystko – bohatersko spróbował zmienić temat.
- Ten budynek kształtem przypomina wielkiego... - Zaczął golfiarz, ale kobieta w jasnej sukience mu przerwała.
- Nie, jeszcze nie. Podobno była też jakaś podniebna restauracja? - Spytała uprzejmie.
- Ciekawe, jak czują się kelnerzy na takiej wysokości. Albo jak ktoś musi nagle iść do toalety, to co, dają mu nocnik? – Prychnął golfiarz, nieco poirytowany.
- To była taka ciekawostka z okazji festiwalu kulinarnego – entuzjazm chłopaka zgasł jak zapałka w czasie sztormu.
- Tłumy tam waliły, ale ty tato, pewnie byś nie poszedł, bo nie było jak zaparkować przed wejściem. We Wrocławiu są też superowe miejskie rowery – rzuciła dziewczyna zaczepnie.
- U nas w Szczecinie też są – rozgniewał się golfiarz. - Jest uniwersytet, są tramwaje, są rowery miejskie. Wszystko jest. Twój dom również!
Kobieta w jasnej sukience poprawiła kołnierzyk jego koszuli i dyskretnie szepnęła coś do ucha.
Dziewczyna mocno ścisnęła rękę chłopaka, który patrzył przez okno z udawaną obojętnością.
- Ale tato, tu jest prawdziwe miasto. Na uniwerku jest więcej kierunków, możliwości, sam mówiłeś, a teraz… I przerzutki w rowerach miejskich nie psują się tak często, jak tam.
- Bo tu jest płasko aż po horyzont, jak na stole – burknął golfiarz, starając się opanować emocje.
- A u nas w Szczecinie pofałdowane wszystko, tak – zgodziła się dziewczyna – ale po co się tak męczyć pod górę, jak można pojechać prosto. Rowerem albo tramwajem. I to taką nówką, sam mówiłeś. Czysta przyjemność, bez komplikacji.
- Za dwa przystanki wysiadamy - chłopak na nowo nabrał odwagi - a wtedy pokażemy państwu najpiękniejszy Rynek, nawet obcokrajowcy piszą w Internecie, że nie ma ładniejszego...
- Wolę prawdziwe gazety niż te anonimowe internety - odbił piłeczkę golfiarz, ale już bez złości. Kobieta w jasnej sukience pogładziła go po dłoni.
Dziewczyna uśmiechnęła się, ściskając rękę chłopaka.
- Ale tato, nowe media uzupełniają stare! Bo to trochę tak, jakbyś ciągle chciał jeździć starym tramwajem, a przecież właśnie pochwaliłeś nowy...