wtorek, 13 maja 2014

odc.50: GDYBYM BYŁ BOGATY


- Szanowanie pani, szanowanie w taki piękny dzień - powiedział z radosnym, nieco frywolnym uśmiechem facet w nieokreślonym, ale raczej bardziej niż średnim wieku, w wymiętym płaszczu, woniejący procentami z przedwczoraj i wodą po goleniu z poprzedniego tysiąclecia. – Pani mi da numerki, ale tym razem te właściwe, nie.
Kobieta prowadząca niewielki sklep i punkt lotto westchnęła nieznacznie i przybrała wyraz twarzy świadczący o tym, że ma za sobą lata doświadczeń w pracy ze społeczeństwem i domaga się za to co najmniej medalu od prezydenta i salwy armatniej.
- Pan skreśla czy na chybił trafił?
- Jak pani woli, zdam się na płeć piękną – Zachichotał, obracając się w stronę ludzi stojących za nim w kolejce. – Kobiecie trza dać wybór, nie. A jak wygram, to pani kwiaty przyniosę.
- Tu każdy taki mądry – odezwał się ponuro mężczyzna w stroju robotnika budowlanego, z butelką pepsi wystającą z kieszeni, cały poplamiony farbą, tynkiem i tym, czym budowlaniec może być poplamiony. – Jak bogaty, to dżentelmen, a jak biedak, to…
Kolejka zafalowała z rechotem. Kobieta za ladą chrząknęła z naganą, przywołując towarzystwo do porządku.
- Czyli na chybił trafił. Z plusem czy bez?
- Tak, żebym wygrał, pani kochana. Ech, bo gdybym był bogaty… - Rozmarzył się procentowy – to ja bym pani tu róż nasypał. Tak po samą szyję. I kwiatów, i czekoladę, i szampana, ile by pani chciała, i…
- W szyję to pan se dał – wtrącił budowlaniec z lekkim zniecierpliwieniem. – Decyduj się pan, tu wszyscy czekają, kumulacja jest. Też bym chciał być bogaty, panie. Każdy by chciał.
Kolejka potwierdziła jego słowa delikatnym pomrukiem, a sprzedawczyni uśmiechnęła się kwaśno połową twarzy, jakby druga połowa zapomniała już, jak to się robi.
- Z plusem czy bez? Bo to różnica, musi pan wybrać. Pan tu śmichy, chichy, a ja tu pracuję. I ludzie czekają. – Dodała groźnie.
- Bez – posmutniał odrobinę zawiany facet, tracąc z lekka dobry humor. – Wszystko mi jedno. No, pani da jeden zakład, bez plusa. Wszyscy chcą wygrać i ja też. Nic innego mi nie zostało, pani kochana to gram, żeby wygrać. – Wyciągnął z kieszeni płaszcza kilka monet i położył na ladzie. – Gdybym był bogaty… – Zanucił i poweselał na nowo.

niedziela, 11 maja 2014

odc.49: LEŻYSZ I KWICZYSZ

 
Rynek we Wrocławiu, gdzie o każdej porze roku, dnia i nocy można spotkać ciekawych osobników, w piątkowe, bardzo słoneczne popołudnie, wypełniał gwar złożony z miejskiej mieszanki głosów (witających się znajomych i warczących na siebie nieznajomych), stukotu obcasów i muzyki ulicznych grajków. Nieopodal wejścia do starego jak świat domu handlowego grupa muzyków i tancerzy płci głównie męskiej, naprędce zorganizowała występ, zachęcając przechodniów do sypnięcia groszem do wielkiego kapelusza. Grali nieźle, na trąbkach, saksofonie, bębnach, skrzypcach i chyba czymś jeszcze. Początkowo prezentowali głównie standardy jazzowe, ale później, gdy dołączyli do nich B-boye, czyli breakdance’owi tancerze, nagle pojawiły się między instrumentami dwa mikrofony, dzierżone ochoczo przez dwóch młodych MC’s, którzy swoimi buźkami i nawijką robili niezły akompaniament mówiony, zagrzewający tancerzy do przebierania nogami. Całość brzmiała harmonijnie i nadawała rytm przedweekendowy.
Tuż obok tego melodyjnego hałasu, ze sporą dozą determinacji mimo wielu nieżyczliwych spojrzeń, przechadzała się młoda dziewczyna z różową parasolką, próbująca zachęcić przechodniów do wstąpienia do klubu go-go. Miejsce to należy do ogólnokrajowej sieci klubów ze streaptizem, znanej ostatnio w mediach głównie z tego, że można tam zostawić, niekoniecznie do końca mając tego świadomość, nie tylko kilka godzin wieczoru, ale i setek tysięcy PLN. Na oszklonych drzwiach prowadzących do tego przybytku uciech i relaksu widniał na kartce odręczny, koślawy napis informujący o tym, że tegoż dnia odbywa się tam impreza zamknięta. Za drzwiami stała dama ze sceptycznym wyrazem twarzy, najwyraźniej obserwując dziewczynę z parasolką.
Dziewczyna co i rusz zagadywała do przechodniów płci męskiej, nie dyskryminując nikogo ze względu na aparycję, wiek ani status majątkowy wyraźnie widoczny po odzieniu nagabywanych. Nie wahała się zaczepić ani młodziana w za dużym swetrze i trampkach, który spojrzał na nią lekko nieprzytomnym wzrokiem, ani staruszka, który odskoczył od niej, jak oparzony, ani obcokrajowca. Każdemu próbowała wręczyć niewielką reklamę klubu, przygotowaną jak wizytówka. Gdy jakiś przechodzień brał taki kartonik, dziewczyna natychmiast leciała do nadzorczyni po kolejny, po czym wracała przed wejście i zaczynała od nowa.
- Cześć, może chciałbyś wstąpić dziś do fajnego klubu?
- Nein, danke. Ich bin mit meine Frau – powiedział z widocznym żalem mężczyzna w drogim garniturze.
Jego żona, o dumnych, kwadratowych rysach szczęki i fryzurze Terminatora w wersji blond, zaszwargotała coś i facet natychmiast podążył za nią.
- Cześć, może chciałbyś wstąpić dziś do fajnego klubu?
Staruszek rozejrzał się, jakby poszukując źródła dźwięku, zaś towarzysząca mu starsza pani naskoczyła na dziewczynę z parasolką.
- Jak ci nie wstyd! Tyle grzechów! Co to za praca! Ladacznice, grzechów pełne, wstyd! Żeby tak w biały dzień, w Polsce, wstyd!
Dziewczyna wzruszyła ramionami i odwróciła się.
- Cześć, może chciałbyś wstąpić dziś do fajnego klubu?
- A daj spokój, kobieto, naciągacze pieprzeni! – Zirytował się młody facet i pociągnął kumpla za łokieć. – Ty tam nie idź, stary, bo leżysz i kwiczysz.
- Yyy. A co to za klub? Mieliśmy dzisiaj się napić, nie?
- Klub, jak klub, tańczą, drinkują i osuszają ci portfel. Ja ci mówię, widziałem w telewizji, ty tam nie idź. Wejdziesz i od razu leżysz i kwiczysz. No, chodź, mówię…
Kolega nie wydawał się do końca przekonany, ale dał się odciągnąć kumplowi, mamrocząc coś o tym, że właściwie nie ma nic przeciwko tańcom, drinkom i leżeniu. O kwiczeniu nie wspomniał.

sobota, 10 maja 2014

odc.48: KOPĘ LAT, CIAO


 
Przeraźliwie świdrujący w uszach pisk rozdarł powietrze, gdy dwie, niemalże identycznie wyglądające młode kobiety padły sobie w ramiona. Obydwie miały długie, ciemne, naznaczone piętnem prostownicy włosy, buzie przyozdobione barwami wojennymi w postaci zdecydowanie za dużej ilości makijażu  - oczy były przykryte przez ciężkie od ton tuszu rzęsy i krzykliwie jaskrawe cienie, usta przytłoczone szminką koloru krwawej purpury i konturówką barwy biskupiej. Ubrane podobnie, w obcisłe spódniczki, bluzeczki i szpilki, w rękach torebki wielkości walizek.
Piszczały tak, że cały parking odruchowo szukał przycisku do wyłączenia alarmu.
- Kopę lat! Kopę lat!
- Nie wierzę! Co ty tu robisz! Myślałam, że jeszcze jesteś w Rzymie, kopę lat, no!
- Wróciłam, no, wróciłam, bo wiesz, no!
- Schudłaś, kurwa, nie wierzę, ale schudłaś, no!
- Kopę lat, tak, cmok, cmok! Kochana jesteś, ćwiczyłam, dietę mam, zajebista włoska dieta, jak chcesz, to ci dam przepisy!
- No, to musimy się spotkać, to kiedy kawa? Kiedy kawa? Ale schudłaś, no!
- Kawa będzie, jak mnie zaprosisz, haha! Kopę lat!
- Do domu nie mogę, bo wiesz, dzieci, mąż, bałagan mam! A ty mnie lepiej zaproś, wróciłaś, to pewnie kasę masz, co? Ale schudłaś, no ja nie mogę, no!
- Mieszkam z tym, wiesz, no, wróciłam, ale nie zostajemy, tylko mama, wiesz, zabieramy ją i wracamy, bo tu wiesz, nic nie mamy!
- To się musimy spotkać, kurwa, no, musimy! Musisz mi wszystko opowiedzieć, no! Kiedy jedziecie?
- Za kilka dni, no musimy się spotkać, ile to już lat? No, to ja lecę, a ty zadzwoń, nie, cmok, ciao!
- Koniecznie, kopę lat! To cmok, cmok, zadzwonię, ciao!

czwartek, 8 maja 2014

odc.47: DWA TYSIE PĘKŁY


 
W poszukiwaniu schronienia przed ulewnym deszczem, piorunami, gradem i cholera wie czym jeszcze, dwóch potężnie zbudowanych osiłków z lekkim zanikiem kręgów szyjnych ukryło się pod daszkiem przy wejściu do klatki schodowej 10-piętrowca.
- Marudziła i marudziła, nie, to ją zapakowałem w auto i wysłałem nad morze z dzieciakami. I kurwa dzwoni, nie.
- Teraz? Zimno, nie.
- Nie no, pojebało cię, w wakacje, nie. I słuchaj…
- A to spoko. No, ty to masz cierpliwość do tej twojej, no.
- Wkurwia mnie, ale wiesz, dupę ma że wiesz, dzieci są, to co mam robić.
- Taa, wiesz, człowieku, też bym chciał tak, wiesz, kurwa, żona, dzieci, nie.
- To się ożeń, a nie mi tu pierdolisz. I słuchaj, nie, ta dzwoni, jebana, codziennie, że to, że tamto, a ja zapierdalam i mówię, że nie mam kurwa czasu na gadanie, bo zapierdalam. Roboty miałem w chuj, wracałem w nocy i jeb w kimę bo zapierdol, nie.
- Normalne, nie. No nie mogę, leje i leje, motor mi zaleje, a miałem za miasto jechać.
- Weź mnie nie wkurwiaj, tylko słuchaj. I ta mówi, nie, że jej już dwa tysie pękły i żebym jej forsę przysłał.
- One tak zawsze, rękę dasz, to kurwa zawsze tak, no. Ale jej żeś tego hajcu nie dał, nie?
- Dym zrobiła, że dzieci będą głodne, że z hotelu ich wywalą, a ja się kurwa pytam, na co jej tyle kasy poszło, to mówi, że tam drogo.
- One tak zawsze, moja też ciągle smęciła, że na to, na tamto, kurwa, rób człowieku, nie.
- W tydzień jej dwa tysie pękły, kurwa, szkoda że nie pięć. Wkurwiłem się na maksa, nie.
- I co? Najebałeś się?
- Nie, kurwa, wsiadłem na motor i pojechałem do niej na weekend.
- Spoko, człowieku, to chociaż miałeś weekend, nie. Fajnie było?
- Drogo, kurwa, nad tym morzem. I zimno jak chuj, dlatego z dzieciakami ciągle siedziała w takiej, kurwa, wiesz, no, sali z zabawkami, grała se na automatach, a wieczorem drinki piła i dwa tysie pękły, nie.
- I co? Kazałeś jej wrócić?
- Nie, zostawiłem jej jeszcze piątala, żeby zamknęła ryj i wróciłem. Jak tu jest, to ciągle mi drze mordę, żebym na motorze nie jeździł, nie.
- Przejebane, człowieku.
- No, ale za miesiąc znowu jedzie z dzieciakami. Przynajmniej se maszynę wyciągnę na powietrze, bo całą zimę stoi jak chuj.

środa, 7 maja 2014

odc.46: OSTATNI GŁUPEK



Jak okiem sięgnąć, większość samochodów zaparkowanych tam, gdzie nie powinny,  miała założone blokady na kołach. Właściciel jednego z uziemionych pojazdów, młody facet, w ładnym, dopasowanym garniturze, krążył przy swoim aucie, od czasu do czasu kopiąc w blokadę, z telefonem przy uchu i wyrazem bezsilności na twarzy. Poluzował krawat  i pierwszą rozmowę zaczął w miarę spokojnie.
- Siemka, siemka, byku stary, no co tam u ciebie? Acha… No, spoko, no.  Fajnie, tylko trochę uziemiony jestem.  A, człowieku, zaparkowałem jak ostatni głupek, no, nie wyrobię z tym do popołudnia. Słuchaj, jak chcesz, to możesz iść z nami dzisiaj do Tomka na grilla. No, ja i Kasia moja. No, na zadupiu mieszka, wiem, się wyprowadził i wiesz, jakbyś brał auto, to mógłbyś nas… A, nie, to spoko, no, to miłego wyjazdu, pozdrów… twoją…, no, pozdrów.
Rozłączył się i westchnął z irytacją, kopnął w blokadę, po czym natychmiast schylił się, żeby sprawdzić, czy nie zarysował przy tym buta. Stan obuwia najwyraźniej był zadowalający, bo facet stuknął w telefon i wybrał drugi numer.
- Hejka, Waldek? HALO! Gdzie ty, kurwa, jesteś, człowieku, biba miesiąca się szykuje! Jak to jaka, za dwie godziny startujemy, człowieku, Tomek robi grilla, a wiesz, jak u niego jest ostro, nie. Jak to, jaki Tomek, no wiesz, no… Taaa, właśnie. I wiesz, z moją Kasią jesteśmy zaproszeni, jakbyś też chciał, to weź sobie jakąś laskę i wbijaj z nami, no. Tylko wiesz, możliwe, że trzeba będzie transport skombinować, bo to za miastem… No, przecież masz auto, nie? Taaa, ja też mam, ale jak ostatni głupek… A, urodziny syna, kurde, to już taki duży, no, to najlepszego, nie, super, to nara.
Facet oparł się o maskę auta. Z lekką rezygnacją stukał w telefon, mamrocząc pod nosem coś, co zapewne nie nadaje się do druku.
- Czeeeść, Grzechu, możesz gadać? Słuchaj, sprawa jest. Tomek zaprasza cię na imprezę, robi grilla na ogrodzie i właśnie… No, u mnie gra muzyka… No, dawno się nie widzieliśmy, człowieku, mam tyle roboty i teraz Kasia… A, co ja ci będę kurwa ściemniał, nie, tylko jak ostatni głupek auto postawiłem na zakazie, nie mam czasu teraz na to, bo muszę jeszcze do domu jechać, przebrać się, kurwa. Jutro mi blokadę zdejmą i moja Kasia mnie zabije, jak jej powiem, że dzisiaj autobusem jedziemy, bo jak ostatni głupek...
To wyznanie najwyraźniej wiele go kosztowało, bo otarł czoło i rozpiął guziki koszuli pod szyją.
- No, moja Kasia. Ta blondynka… Nie, ta druga, ta z tyłkiem, wiesz, no. Kurwa, stary, poratuj, nie, a następnym razem… Człowieku, wszyscy tam będą, potem się odwdzięczę, ale jakbyś teraz mógł… Nie mam na taxi, ale zapłacę ci za paliwo i kupię flaszkę…
Latanie dookoła zablokowanego auta najwyraźniej dodaje sił do prowadzenia rozmów przez telefon, bo młody facet mówił coraz głośniej, coraz energiczniej przy tym gestykulował i niemalże rwał włosy.
- Jezu, stary, masz u mnie co chcesz, no. A, mamy podjechać, no dobra, będziemy czekać na skrzyżowaniu, to nas zgarniesz. Za godzinę zadzwonię i się na konkret ustawimy, tylko do Kasi przekręcę… Normalnie życie mi ratujesz, człowieku, dzięki!
Facet odetchnął głęboko, przygładził fryzurę, po czym znowu postukał w telefon. Jego głos stał się słodszy niż miód.
- Halo? Kasiu, możesz rozmawiać? Nie, nie chcę ci przeszkadzać, tylko… No wiem, miałaś dzwonić później, ale… Myślałem, żebyśmy dzisiaj się wybrali na takie party ogrodowe, wiesz, fajni ludzie będą… Tak, moi znajomi… No, to właśnie ich poznasz, kochanie… Nie możesz tyle pracować, Kasiu, trzeba czasem odpocząć. Nie mówię ci, co masz robić, tylko chciałem cię zaprosić, żebyś miała trochę relaksu…
Facet wziął głęboki oddech, jakby miał skoczyć z urwiska do oceanu.
- Tylko wiesz, musimy najpierw podjechać na rondo… No, Reagana… I stamtąd pojedziemy z Grześkiem, to mój kumpel, zobaczysz, fajny facet… Zawiezie nas i przywiezie z powrotem, on nie pije, tam w ogóle mało kto będzie pił, kulturalnie będzie… Kasiu, ja wiem, że w autobusie śmierdzi, ale to minutka tylko… Ale Kasiu, poczekaj, to nie tak, no przecież jakbym mógł, to bym sam przyjechał… No widzisz, Kasiu, bo dzisiaj akurat zepsuło mi się auto, jak ostatni głupek, tak, wiem, ale nie zdążę teraz naprawić i dlatego…

poniedziałek, 5 maja 2014

odc.45 DZIECI NIESTETY TEŻ


We wrocławskim Ogrodzie Staromiejskim w weekendy i święta zazwyczaj przebywają tłumy dzieci, wraz z towarzyszącymi im (prawie dobrowolnie) rodzicami, opiekunami, dziadkami i innymi osobami, które usiłują jednocześnie się relaksować i pilnować swych pociech. Nie jest to łatwe zadanie, ponieważ na maluchy czyha tu kilka straszliwych pokus, takich jak np. wata cukrowa (idealnie wpasowuje się we fryzurę, przykleja się do ubrań, rąk i twarzy, niekoniecznie własnej), karuzela z konikami (za drobną opłatą można wsadzić tam malucha, by natychmiast go zdjąć, bo zaczął ryczeć i przybrał zielonkawy wyraz buźki, sugerujący zbliżające się torsje), a także spory plac zabaw, który jednakowoż nie jest z gumy i nie może zmieścić wszystkich. Nie, naprawdę nie może. Nawet, jeśli poupycha się tam dzieci piętrowo i dociśnie kolankiem.
Na ławce tuż obok wspomnianego placu zabaw, wypełnionego śmiechem, piskiem, wrzaskiem i rozmaitymi odgłosami świadczącymi o pysznej zabawie, siedziało dwóch facetów, najwyraźniej ojców dzieci bawiących się gdzieś w tym tłumie. Jeden z nich trzymał kubek z napojem, piłkę i jakieś dziecięce wdzianko, a drugi łopatkę, wiaderko i torbę z chrupkami.
- Dwie, trzy stówy za pokój, to wiesz, taniocha. Krzysiuuu nie syp piaskiem, powiedziałem!
- No, nieźle. Z żarciem? Oliwier, nie wchodź pod górę tylko zjedź jak człowiek, bo zaraz stad pójdziemy!
- Ze śniadaniem, obiady to wiesz... I bar był długo czynny. NIE SYP!
- No, zajebiście. A słuchaj… BO ZARAZ ZAWOŁAM MAMĘ!
- Łeb mnie napierdala, daliśmy wczoraj czadu ze szwagrem, po całej nocy za kółkiem, myślałem że się dzisiaj wyśpię, a tu… ZEJDŹ! Krzyś!
- Ale taniocha, to najważniejsze, nie. A dzieci?
- Co? ZŁAŹ NATYCHMIAST, BO ZLECISZ!
- No, byliście sami?
- A, dzieci. No, niestety dzieci też musieliśmy wziąć.

niedziela, 4 maja 2014

odc.44: POROBIŁO SIĘ


Zaciszne wnętrze klubu bilardowego było wypełnione delikatnym światłem lamp wiszących nad stołami i cichą muzyką. Wczesnym popołudniem było tu niewiele osób, więc dwie dziewczyny, tak na oko około dwudziestego roku życia, spokojnie pykały w bilard i rozmawiały swobodnie, czyli dość głośno. Coraz głośniej, w miarę ubywania złotego chmielowego płynu w wysokich szklankach.
- Z ojcem coraz gorzej, wiesz. Cholera, znowu biała wpadła, no.
- A co, choruje? Nie wybijaj tak mocno, to biała przestanie wpadać.
- Nie, kompletnie się nie dogadujemy już. Muszę się wyprowadzić, a nie mam za co. Tobie to dobrze, nie jesteś stąd. Możesz mieszkać w akademiku i masz spokój. E, myślałam, że wbijesz obie, a tu nic, no. Teraz ja…
- W akademiku jest chujowo. Mieszkam z Olką i Baśką.
- Olka ciągle się uczy, a Baśka się puszcza, mówiłaś, że to nudne, wiem.
- No i wolałabym obiady twojej matki niż te z baru, nie masz mi czego zazdrościć. Ej, bo czarną wbijesz, uważaj co robisz. A nie możesz olać ojca?
- Staram się, ale smęci strasznie, wiesz. Że on nie studiował, a pracę ma i żyje, nie. A ty dalej jesteś z Bartkiem?
- Nie wiem. Porobiło się.
- Jak to, nie wiesz?
- Ostatnio tak się porobiło. Byliśmy na koncercie w Eterze i tam spotkałam Siwego, tego wiesz. Kurwa, no, znowu połówka, no…
- Twojego byłego? Wbijaj połówki, wbijaj, będzie mi łatwiej, i tak za dobrze grasz. Czekaj, to ja nie kumam. Ty jesteś z Bartkiem czy z tym Siwym?
- Nie wiem właśnie, porobiło się. Siwy bajerował, wiesz, jak to on, tymi oczami patrzył, ręce mu chodziły, a Bartek mnie olewał. Przez cały koncert świrował z kumplami, a to debile są, nie.
- Może się wkurzył, jak zobaczył Siwego? Nie machaj tak tym kijem, bo piwo wylejesz.
- Już prawie wypiłam, to nie wyleję. I zaraz wezmę następne. Coś ty, zgłupiałaś chyba, nie mówiłam mu, że Siwy to mój były, bo by się wkurwił. Muszę się zastanowić.
- No to go okłamałaś, nie. Dobra, to skończymy to. Też wezmę piwo. I do kibla muszę, wbijaj szybciej.
- Spierdalaj, nie okłamałam. No, lać się chce.
- Teraz ja, odsuń się, bo ja tu muszę do środkowej. Moim zdaniem jak milczysz, to też kłamiesz, ale chuj z tym, oni też kłamią.
- Jak nic nie mówię, to kłamię? Pojebało cię?
- No myślę, że milczenie to też kłamstwo, bo jakby Bartek wiedział, to by się wkurwił, nie.
- Kurwa, czarna, nieee! No dobra, znowu ty wygrałaś, to ja idę po piwo. Przesadzasz, wolę milczeć i mieć czas niż się kłócić. Bartek mnie olewa, a Siwy chyba już dojrzał i w ogóle, wiesz.
- Weź mi też, muszę do kibla. No, porobiło się. Z sokiem, dobra?


piątek, 2 maja 2014

Gadka w city odc.43: KRAJ ZEMSTY I NIENAWIŚCI



Gadka w city odc.43: KRAJ ZEMSTY I NIENAWIŚCI

  
Osiedlowy plac zabaw to miejsce spotkań nie tylko dzieci i rodziców, ale i bardziej wiekowych mieszkańców. Na pobliskich ławkach bardzo często zasiadają po dwie, czasem trzy lub cztery osoby w wieku mocno emerytalnym, płci dowolnej.
Pewnego wiosennego, słonecznego dnia dwie starsze panie z uwagą śledziły wzrokiem poczynania dwóch małych chłopców i ich zmęczonych matek, a także trzech dziewczynek, szalejących wspólnie między zjeżdżalnią a piaskownicą. Jednocześnie prowadziły rozmowę, w której wnikliwie analizowały aktualną i przeszłą sytuację polityczno-gospodarczą sąsiadów zza wschodniej granicy kraju. Dyskusja była dość głośna, ponieważ obie panie musiały zmierzyć się z radosnymi wrzaskami bawiących się dzieci oraz własnym, osobistym ubytkiem słuchu.
- Ojciec mi opowiadał. Pani młodsza, to nie może pamiętać, ale ja wiem, że to mściwy, okrutny naród.
- Tak, tak, okrutny. Ciotka mówiła, jak jej rodzinę wymordowali.
- Kiedy? Przed wojną? Moją też zabili. Patroszyli jak kury.
- A, nie wiem. Ale wymordowali, całe wsie tam mordowali. Brat brata kaleczył, pani kochana. Brat brata.
- Teraz to ich mordują i im zabierają, wszystko, domy, ziemie, wszystko. Rosjanie zawsze byli chciwi.
- A mówili w telewizorze, że się Europa nie wtrąca, tylko czeka kto tam wygra.
- Ja tam, pani wie, telewizji nie oglądam, kłamią tylko i mamią. Ale swoje wiem.
- Z Rosją nie ma co zadzierać, bo i nam się dostanie. Mało to było, mało.
- A oni tam na tej Ukrainie też nienawidzą. I nas, i Ruskich.
- Teraz mają za swoje, nas mordowali, kradli, nienawidzili, tacy oni już są, wie pani.
- Im mniej ich, tym lepiej, spokój dla nas.
- Ciotka zawsze mi powtarzała, że to kraj zemsty i nienawiści. A teraz patrz pani, jak to się tam biją.
- A mąż pani to w domu?
- Tak, siedzi w domu, obiad zjadł i teraz telewizor otworzył. Wyszłam, bo nie mogę już słuchać. Codziennie krzyczy na polityków, że złodzieje. Jak tego słucham, to wie pani, głowa mnie boli.
- Nie wybaczyli Polakom, to i Ruskim nie wybaczą. Mściwy naród, wie pani, aż mnie serce kłuje.
- Mój mąż strasznie ich nienawidzi.
- Ukraińców czy Ruskich?
- Polityków. Mówi, że jakby mógł, to by ich wszystkich pozabijał.