środa, 16 lipca 2014

odc.69.: NIE I KONIEC



- Nie, powtarzam, że nie i koniec. NIE. NIE! Ile razy mam ci to jeszcze powtarzać?!
Gwałtowny protest kierowcy autobusu komunikacji miejskiej usłyszeli nawet ci pasażerowie, którzy stali lub siedzieli w tylnej części pojazdu, ponieważ akurat tkwił na przystanku, usiłując włączyć się z powrotem w korek i tego rodzaju przemieszczanie się, z prędkością kilkunastu kilometrów na godzinę nie powodowało większego hałasu. Poza tym, autobus był nowy, czyli jeszcze w miarę cichy, nie rzęził przy zmianie biegów jak gruźlik na górskiej wspinaczce, więc ognistej przemowie kierowcy towarzyszył w tle jedynie dyskretny szum klimatyzacji.
- NIE. Nie dostaniesz auta nawet na godzinę, nawet na minutę nie dostaniesz. Ani mi się waż dotykać kluczyków. NIE I KONIEC! Zwariowałeś chyba. Nie wolno ci brać samochodu. A czym ja mam jechać, jak wrócę wieczorem? Twoim rowerem? NIE, nie chcę siedzieć przed telewizorem, matka siedzi i sam sobie siedź na dupie, ale nie dotykaj samochodu. Ostatnio, a pamiętasz co było ostatnio? Tak, pewnie, już mówiłem i powiem jeszcze tysiąc razy, jak będę chciał! Wziąłeś, narozrabiałeś, narozbijałeś i musieliśmy za ciebie płacić. Jak o tym pomyślę, to… Kur… NIE! Już obiecywałeś kiedyś, że będzie okej i gówno było, a nie okej, NIE I KONIEC!
Kierowca sapnął ze złością, gniewnie się rozłączył, wyjął słuchawkę z ucha, telefon wrzucił do kieszeni i ruszył, bo sznur aut przed autobusem przesunął się o kilka metrów.

niedziela, 13 lipca 2014

odc.68: TAKIE ŻYCIE

 

- Proszę pana.
Szum dysz wodnych, wodotrysków i pobliskiego chlupotania fałd tłuszczu na uczestniczkach wodnego aerobiku w sąsiednim basenie skutecznie zagłuszyły starszą panią, która skierowała te słowa do ratownika, skrywającego się przed słońcem pod sporych rozmiarów parasolem. Młody człowiek siedział na podwyższonym krześle, by mieć baczenie na cały basen solankowy i instruktorkę aerobiku, która gibko wymachiwała kończynami, w rytm ogłuszającej muzyki, dobiegającej z głośników we wrocławskim aquaparku.
- Proszę pana! – Starsza pani podniosła nieco głos, ale to i tak nie wystarczyło, by zwrócić na siebie uwagę oczu ratownika, bezpiecznie ukrytych za ciemnymi okularami, niepokojąco podobnymi do tych, które spopularyzował Tom Cruise w filmie „Top Gun”.
Dama w podeszłym wieku i wielobarwnym kostiumie kąpielowym pomachała ręką z wyraźnym zniecierpliwieniem. Już od dłuższej chwili usiłowała przywołać do siebie ratownika bez wychodzenia z basenu, wołając, machając rękami i rozchlapując wodę, co spowodowało, że właściwie wszyscy zgromadzeni w solance oraz w sąsiednim basenie rekreacyjnym patrzyli na nią, oprócz przyzywanego.
- PROSZĘ PANAAAAA!!! – Ryknęła starsza pani, machając obiema rękami i chlapiąc wodą na wszystkie strony. – PANIE RATOWNIKUUU!!! HEEEJ!!!
Człowiek w czerwonej koszulce ocknął się z letargu, zeskoczył z krzesła i dwoma susami znalazł się przy krawędzi basenu.
- Co się stało? Źle się pani czuje?
- Nie – odpowiedziała dama z godnością. – Zgubiłam czapkę. Albo ktoś mi ją ukradł. Tak, na pewno ktoś ją ukradł, bo wie pan, ja nigdy nie zdejmuję czapki przy takim słońcu.
Ratownik zdjął ciemne okulary i przykucnął przy krawędzi basenu.
- Proszę pani, ja tu pilnuję, żeby nikomu nic się nie stało. Ratuję życie – dodał z dumą, nieco głośniej, by jego słowa doleciały do instruktorki aerobiku, która właśnie dotykała rękami stóp, wyginając tylną część ciała.
- Na razie wszyscy mają się dobrze – stwierdziła oburzona dama, rozglądając się dookoła – a moja czapka zniknęła. Położyłam ją tam, z boku. I nie ma. Ktoś musiał zabrać.
Młody człowiek westchnął.
- A pytała pani ludzi? Może ktoś znalazł i zostawił przy kasach?
- Proszę pana – odparła staruszka z godnością – nie po to wam płacę, żeby wychodzić z basenu przed czasem.
- Czyli pani nie szukała, a ja mam to robić? - Zakołysał się na piętach ze złością. - Jestem ratownikiem, nie informacją rzeczy zaginionych…
- Mógłby pan zapytać tamtego człowieka przy zjeżdżalni. I tego tam dalej, za krzakami, co od kwadransa stoi z łopatą i pali papierosa. Nie wygląda na bardzo zajętego.
Ratownik znowu westchnął, po czym podniósł się i założył z powrotem okulary. Muzyka nieco przycichła, bo zajęcia z wodnego aerobiku właśnie się skończyły, a powabna instruktorka usiadła nieopodal.
- Nie mogę stąd odchodzić, muszę pilnować basenu. I powiem pani coś jeszcze – dodał podnosząc głos, zanim zdążyła się wtrącić. Zerknął przez ramię, czy instruktorka go słyszy. – Powiem pani to, czego się tu nauczyłem o życiu. Patrzę na ludzi codziennie, to wiem dużo. Ludzie kradną. Tak. W zeszłym tygodniu jakiś gnojek zajeb…ukradł  mi szampon, jak byłem w saunie. Trzeba swojego pilnować i nie dać się. Takie życie, proszę pani.

konkurs BLOG DAY 2014 - gadka się zgłasza, w city

Uprzejmie informuję, że z pewną taką nieśmiałością GADKA W CITY odważyła się zgłosić do konkursu BLOG DAY w kategorii WROCLOVE. 
 
Poniższe foto oficjalnego bannera pochodzi z TEJ strony:
 
 
W sierpniu okaże się, czy blog GADKA W CITY w ogóle został zakwalifikowany do udziału w konkursie, a co będzie dalej, dowiemy się w kolejnych odcinkach docinków.
 
O zwycięstwie lub porażce zdecydują czytelnicy w internetowym głosowaniu :)
 
Więcej informacji o konkursie TU i TUTAJ.

czwartek, 10 lipca 2014

odc.67.: KONKRETNIE


- Arkaady Capiiitoool – zanuciła automatyczna informacja tramwajowa, dając znak, że pasażerowie mijają Teatr Muzyczny.
- No, to teraz przynajmniej konkretnie wiem gdzie jestem – ucieszyła się biuściasta dziewczyna o trupiobladej twarzy, zaskakująco kontrastującej z opalonymi fragmentami reszty ciała. Buzię miała tak precyzyjnie przykrytą jasnym makijażem, jakby przed sekundą wyjęła twarz z worka z mąką. Bardzo jasne, przetkane niemal białymi pasemkami blond włosy i przyprószone pudrem rzęsy dopełniały efektu, zaś ich właścicielka rozpoczęła rozmowę telefoniczną.
- Słuchaj, a ty konkretnie gdzie jesteś? Już we Wrocławiu? Zajebiście, ja też. No, wiem, że wiesz. A konkretnie gdzie? Ja w tramwaju, koło kapitalnej, a ty? W autobusie? Acha. To może się spotkamy wieczorem? Jadę do pracy i mam kanapki, ale nie wiem czy uda mi się je zjeść, to będę konkretnie głodna, nie. No, pewnie na keba pójdziesz, też bym chciała, ale się odchudzam, nie. Niby 6 godzin to krótko? Teraz już wiem jak jechać do pracy, konkretnie, bo ostatnio wsiadłam i się zgubiłam. No, konkretnie wylądowałam w innym Wrocławiu, nie, spóźniłam się do roboty, a to pierwszy tydzień był, nie. No, jeszcze mnie nie wywalili, a nie ta, to inna, jasne. Co? Czekaj, nic nie słyszę, bo tu ludziom coś dzwoni – powiedziała, gromiąc wzrokiem chłopaka, któremu z kieszeni rozległa się melodia z serialu „Gra o tron”.
- Już, mów, no, egzamin, a daj spokój. Acha kciuki, no chyba nie zdałam. No, konkretnie to na pewno nie zdałam, bo pytania były takie, że nic nie wiedziałam, to nie było jak wody lać. Patrycja zdała na słuchawkę, cwaniara. Zostawiły mi tę słuchawkę, ale wiesz, konkretnie się bałam, że będę jak burak, zarumienię się i będzie wiesz, taka sytuacja, nie. Nie umiem tak, no. Nie wiem, albo jeszcze w lipcu, albo dopiero we wrześniu, ale przeczytam te 15 stron i jakoś zdam, nie. Słuchaj, to jakbyś nie szedł na keba to weź zrób coś, grzanki jakieś, zjemy razem coś, konkretnie, nie. A, dzwoniła do mnie ta, no pewnie, zaprosiła do drugiego etapu, ale ja to pierdolę. Pracuję w dzień, nie w nocy, nie, i powiedziała… A, teraz ci nie powiem, tak przy wszystkich, nie, ale potem miałam 5 nieodebranych i smsa. Ten drugi etap to w Krakowie, nie zależy mi aż tak, nie jadę. Za kogo ty mnie masz, konkretnie?

niedziela, 6 lipca 2014

odc.66.: JEDNOKOMÓRKOWCY




- Same kłopoty mam. Problemy same. I co miesiąc tak. I wszyscy tak, co miesiąc tu musimy, a taka kolejka i tylko jeden pracuje, co za czasy – żaliła się starsza pani w wytartym płaszczu, który przywidziała nie bacząc na żar lejący się z nieba. Mówiła trochę w przestrzeń, a trochę do młodej kobiety siedzącej obok i łysawego faceta za nią. Wszyscy troje czekali w kolejce w punkcie obsługi klienta jednego z wiodących (ciekawe gdzie właściwie wiodących, hm) operatorów sieci komórkowej. Interesantów i klientów obsługiwał tylko jeden młodzieniec, reszta pracowników była nieobecna, co było nieco dziwne, zważywszy porę popołudniową i na dodatek sam środek tygodnia. Aktualnie obsługiwana była wyraźnie zezłoszczona kobieta w czerwonych rajstopach, czerwonej sukience, z czerwoną torebką, szminką i żądaniem naprawy laptopa.

- Cóż, sezon urlopowy. – Westchnęła młoda kobieta z roztargnieniem, pukając z irytacją długim paznokciem w ekran telefonu, który najwyraźniej dość krnąbrnie podchodził do wykonywania jakichkolwiek poleceń. – Włącz się, kur… O, przepraszam. Zepsuł się, no, a dwa dni temu brałam, jutro jadę do Grecji i co ja zrobię. Mąż mnie zabije, no. Mieliśmy filmy kręcić, żeby z urlopu skorzystać.

- A tam, urlopowy, co też pani, ja w życiu na urlopie nie byłam, harowałam, a teraz takie kłopoty – staruszka twardo obstawała przy swoim. – I co miesiąc tak tu musimy te sprawy załatwiać, a tu tyle niebezpieczeństw, w telewizji słuchałam – przycisnęła do siebie portmonetkę i telefon.

- Jak to, co miesiąc? – Wtrącił się facet, a jego łysina lśniła i chłodziła się w powiewie klimatyzacji. – Co miesiąc podpisuje pani nową umowę?

- Jaką umowę, ze złodziejem nic nie podpisuję, co też pan. Ale trzeba płacić. Syn mi dał telefon – wyjaśniła staruszka z goryczą w głosie – i teraz mam same kłopoty. Kiedyś przychodził rachunek i szłam na pocztę, a teraz tu muszę jechać, bo tam to takie opłaty, panie kochany. I skąd ja mam na to brać – rozkręciła się, zachwycona że ktoś słucha – jak tu na leki, tu na czynsz, a ten telefon nie działa znowu. A płacić trzeba. Syn mi załadował…

- Doładował?

- Ja nie wiem. Pieniądze tam włożył, mówił, mama, daję ci tu kartę i masz 50 złoty, ale chyba zepsute, bo nie działa. I przyszłam tu zapłacić, bo jak nie działa, to trzeba znowu zapłacić.

Facet wzruszył ramionami z politowaniem, ale nie zdążył odpowiedzieć, bo przy biurku pracownika zaczęło się cos dziać.

- Nie mogę ingerować w sprzęt klienta. To pani laptop i mogę tylko poinstruować, jak podłączyć nasz modem, nie jak usunąć wirusa – powiedział pracownik głośno i dobitnie. – Bardzo mi przykro, ale naprawdę nie mogę pani pomóc. - Kobieta siedząca przed nim odsunęła od siebie laptopa i zawarczała.

- Teraz, to pan nie może. NIE MOŻE! A jak było podpisywać, sprzedawać, to mogliście, złodzieje!

- Pani mi pokaże tego laptopa – poderwał się łysawy facet, ignorując monolog staruszki, bo oko mu błysnęło na widok ognistej czerwieni. – Ja się trochę znam na sprzęcie.

- Naprawdę? – Kobieta w czerwieni zmierzyła nieufnym spojrzeniem swego wybawcę. – Bo ten tu albo nie chce, albo nie umie.

- Oczywiście, proszę, pani sobie tu usiądzie, a ja tu zajrzę, co też tu pani narozrabiała… Nie ma tam pani niczego, czego nie powinienem zobaczyć, co? – Zachichotał, a kobieta wyjęła z torebki szminkę i lusterko.

- To niech pan nie patrzy, tylko naprawi, bo ja nie mogę tak, bez sprzętu. Ja w pracy jestem.

Pracownik punktu obsługi odetchnął i otarł czoło.

- Proszę numerek 1033.

- To moje! Ja mam! – Staruszka z prędkością światła znalazła się przy jego biurku. – Zniknęło 50 złoty mojego syna, wie pan. Ja mu od razu mówiłam, że wolę mój stary telefon, ale się uparł, że ten mam mieć ze sobą. I same kłopoty mam. I nie działa. Ale jak zapłacę, to będzie działać?

- Zaraz sprawdzimy, proszę o numer telefonu… Pani Jadwiga…? Numer jest czynny, doładowany, tak… Pani pokaże ten telefon… A ładowała go pani?

- A ja nie wiem, panie kochany, to się ciepłe robi, to wyjęłam z gniazdka, bo jeszcze mi awarię zrobi i lampy zgasną.

wtorek, 1 lipca 2014

odc.65.: NIEMCÓW NIE DA SIĘ ZROZUMIEĆ


Nadmiernie urozmaicona kolorystyka paznokci, kojarząca się z tęczą na niebie lub na wiadomym placu, migała po oczach otoczenia w rytm palców stukających nerwowo w blat stolika. Właścicielka tej obgryzionej z lekka, barwnej ekspozycji, siedziała wraz z koleżankami w zewnętrznej części ogródka baru niesłusznie zwanego restauracją jednej z sieci fast food i rozważała różne opcje przyszłej kariery. Grupę tworzyły dziewczęta dojrzewające - jedne mniej, inne bardziej - w zależności od genów, chęci sprostania wymaganiom otoczenia i warunków tak zwanych zewnętrznych, chętnie podziwianych przez tłumy turystów, błąkających się niezależnie od pory dnia i nocy po wrocławskim Rynku.
- Trzy dwóje, ja pierdolę, nigdy nie miałam dwói na świadectwie. Myślałam, że matka mnie zabije, ale przestała się odzywać.
- To masz luz, ja mam tylko tróję, niby jedną, nie, a stara świruje i chce mi tableta zabrać. Chuj, schowam i nie ogarnie, a za tydzień niby jadę na obóz.
Stukot paznokci przybrał na sile, jak rozpędzająca się lokomotywa.
- Nie masz żadnej dwói? No ja pierdolę, nie ogarniam. Niedobre te frytki, wolę z kejefsi, bo tam keczup normalnie bez łaski dają. Kto daje bez keczupu, nie.
- Nie mogłabym tu pracować.
- A niby czemu? Od 16-tki niby można, nie.
- Zero kariery i walisz spalenizną cały czas.
- Jakiej kariery, tu się nie idzie dla kariery, pojebało? Za to moja sąsiadka mówi, że niby można trochę dorobić i masz swój hajc.
- Słyszałam, że tu codziennie jest inny kierownik, każdy po kolei.
Paznokcie zwolniły, zapewne dla odpoczynku. Ich właścicielka otarła dłonie serwetką.
- Bez sensu, nie ogarniasz, tylko gadasz jak głupia. Jak po kolei. To każdy awansuje na chwilę, czyli nikt.
- Nie mogłabym tu pracować, tyle ludzi ciągle. Chyba że w innym, gdzie są 2 osoby dziennie.
- To nic nie zarobisz, frajerko, a i tak będziesz jebać frytami.
Marszowy rytm stukającej tęczy rozległ się na nowo i nieświadomie współgrał z łupaniną imitującą muzykę, dobiegającą z głośników.
- A słyszałyście tych Niemców, co przed nami stali? Ni chuja nic nie ogarnęłam.
- Tych Niemców nie da się zrozumieć.
- Ale sprzedawca wiedział co chcą i gadał z nimi.
- Może mu palcem pokazali i ogarniał z obrazków?
- Nie, gadał normalnie, guten i ja mówił.
Tęczowe migotanie zamarło w podziwie, ale tylko na moment.
- Patrz, zna języki, a w maku robi.
- Nie ogarniam, kurwa, co za język. Mam aplikację tłumacza ale niby tylko do angielskiego.
- A, może on miał do niemieckiego.
- No, pewnie inaczej by nie ogarnął.
Stuk, stuk, stuk, stuk, stuk.

czwartek, 26 czerwca 2014

odc.64.: TWOJA STARA


Beztroskość ogłuszającego śmiechu grupy chłopców w wieku hormonalnie podkręconym łamała się w miejscach naznaczonych śladami wyraźnej mutacji. U jednych było to słychać dość wyraźnie, jak u bardzo nieszczęśliwie pryszczatego, długokończynowego nastolatka o blond czuprynie z pozornie niedbałymi lokami, u innych nieco mniej dobitnie, jak u jego niższego, ale bardziej barczystego kolegi, z nażelowaną grzywką, postawioną stanowczo i trwale do pionu. Pozostali z grupy byli gdzieś po środku wieku kontrastów: grubawy, zakapturzony ziomal ze zmrużonymi oczkami, szczupły okularnik w sztruksowej marynarce i wyrośnięty brunet z cwaniackim uśmieszkiem, dumnie prezentujący pierwszy zarost w postaci kilku rachitycznych kępek na brodzie.
Stali na przystanku tramwajowym, marzli w czerwcowej mżawce i czekali na kumpla, który miał do nich dołączyć.
- … mówiłem, przekonywałem – żalił się okularnik, przecierając szkła wilgotne od mikroskopijnych kropelek złośliwej aury – i gówno, chuj, stary powiedział, że jak mam dwa miechy wolnego, to jeden mam pracować, żeby w drugim balować. I co ja mam kurwa zrobić?
- Do maka idź i weź frytki do tego - gruby ziomal zarechotał, a reszta dołączyła do niego bez przekonania.
- Taki jesteś cwaniak, kurwa, codziennie w maku siedzisz i wpierdalasz, bo twoja stara nawet nie umie ugotować zupki chińskiej – rzucił okularnik obrażonym tonem.
- Odwal się, twoja stara spaliła gorący kubek – odparł ziomal z godnością. – Nie mów o mojej starej. Jest spoko, nie jak twoje zjeby. Przynajmniej nie muszę tyrać w kurczakach w wakacje, tylko jadę do Turcji i będę pił drinki na plaży, kurwa.
- Ta, drinki, śniło ci się, chyba fantę albo szampana pikolo – skwitował łamiącym się wokalem długonogi blondyn. – Twoja stara nie da ci procentów.
- Gdzie ten Dżery, kurwa – złościł się sporadycznie zarośnięty brunet. – Spóźnimy się przez niego, jak zwykle.
- To wejdziemy na następny seans, wyluzuj gacie – uspokajał nażelowany, dyskretnie przeglądając się w szybie z reklamą. – Na drugiej sali jest za godzinę.
- To nie zdążę z powrotem na mecz, kurwa, ze starym codziennie oglądamy. I z bratem. No i czasem z jego kumplami z technikum. Fajnie jest, kurwa. – Brunet najwyraźniej celebrował rodzinne chwile. -  Moja stara robi zajebiste zapiekanki, a stary obstawia jak debil, wczoraj dwie dychy od niego wygrałem, no dzisiaj mam pewniaka, nie, Niemcy grają.
- A co, twoja stara nakrzyczy jak się spóźnisz? – Zakpił ziomal.
- Spierdalaj, twoja stara ma twarz jak sedes w cyrku, nie jak człowiek.
- A twoja jak kurwa pierwotniak, nie mów tak o mojej starej – grubas cały się zaczerwienił i zdenerwował. 
- Spokój, Dżery już zapierdala – zgasił pożar blondyn, popiskując co drugą głoskę. – Siemka, cwelu, stawiasz popcorn.
- Goń się, pedale – odparł Dżery – mniej chemii zjesz, to ci pryszcze znikną. Stara mnie zatrzymała, kurwa, sory, nie. Pytała jakie mam świadectwo, a skąd ja mam kurwa wiedzieć, za tydzień dostanę, nie. Niech się cieszy, że zdałem.
- A stary co? – Zainteresował się okularnik.
- W dupie ma, mówi że do roboty mam iść, jak nie zdam i że to lepiej dla niego, bo wyjebał jednego mechanika i szuka teraz. Ale stara się wkurwiła, że mam się uczyć, że siostra już się zmarnowała, stary zaczął wrzeszczeć i stara też, i znowu jest dym, to wyszedłem, nie.
- No, jak twoja stara coś chce, to nie ma… O, jedzie tramwaj, kaman!

niedziela, 22 czerwca 2014

odc. 63.: PIENIĄDZ, PIĘŚĆ I SYNOWA - CZYLI KTO RZĄDZI ŚWIATEM


Na przystanku autobusowym prawie w całości zajętym przez nieprzycięty od wieków żywopłot tłoczyło się kilka osób, głównie potencjalnych pacjentów oddziału geriatrii w pobliskim szpitalu. O ile jest tam oddział geriatrii, oczywiście. Tak czy inaczej, kobieta młoda, z widocznym ciążowym brzuszkiem, wyróżniała się z tłumu tak, jakby w wiosce Aborygenów pojawił się pełnokrwisty Wiking.
Kobieta przycupnęła na skraju ławki, odsunąwszy dyskretnie sfatygowany deszczem egzemplarz „Gościa Niedzielnego”, czym zwróciła na siebie uwagę staruszki w filuternym kapelutku, siedzącej obok.
- O, a pani w ciąży? – Zapytała starowinka błyskotliwie. Słysząc te słowa, do ławki przybliżyły się dwie kolejne damy w wieku świadczącym o dzieciństwie spędzonym przed II wojną światową lub w jej trakcie.
Młoda dziewczyna zarumieniła się, nie wiadomo czy z radości, czy z wysiłku, bo dźwigała dwie ciężkie torby.
- Tak – szepnęła nieśmiało. Przytuliła do łona torby i skuliła się, zasłaniając brzuch.
- To chłopak czy dziewczynka? Wie już pani? Badania zrobiła? – Surowo dociekała kobieta stojąca nad nią jak góra, z budową ciała o identycznym, imponującym obwodzie od góry do dołu.
Kobieta w ciąży nie zdążyła nic odpowiedzieć.
- Lepiej dziewczynka – zawyrokowała trzecia, starsza, potrafiąca skutecznie używać lokówki i różowawej farby do włosów. – Jak chłopak, to będzie wojna, a jak dziewczynka, to nie.
- Ja trzech chłopaków wychowałam – pochwaliła się góra. – Ale teraz sama jestem jak palec, samiuteńka.
- To żeś ich pani źle wychowała – pouczyła ją ta w kapelutku. – Ja mam córki i obie są ze mną, mężów i dzieci mają, a domy do mojego dobudowali. Obok są, mam na oku i nie robią głupot.
- Hałas u pani – z zazdrością stwierdziła różowa lokówka. – U mnie, jak przyjdzie syn, to tylko synowa gada, gęba jej się nie zamyka, a wnuczki pyskują
- A syn co?
- Nie mówi, bo się nie kłóci. Synowa za niego mówi, a on cicho jest. U nas synowa rządzi, a nie syn, chociaż ona z biednego domu. Mój mąż pracował na stanowisku, w domu wszystko było. Jak pierwszy raz przyszła, to oko jej zbielało, widziałam. A teraz się rządzi, bo pieniądze ma, to się rządzi. Zawsze mówi ona, a nie syn.
- Bo nie ma nic do gadania – oceniła góra. – Moi piękni, wyrośli jak drzewa, ale ich w świat wysłałam, żeby na wsi nie siedzieli. W mieście teraz mieszkają, studiować kończą, pracują jak się patrzy. A, Jezuśku, kurka, zapomniałam! Biletu nie mam, a tu gdzie kupię? Kiosku nie ma.
- Tu obok jest automat – odezwała się wreszcie dziewczyna w ciąży. – O, tam. Na kartę i na gotówkę. W kioskach nie ma już biletów, w automatach są.
- Teraz to sztucznie się karmi i młodzi lepiej rosną do góry, nie to co my. Sama natura – rozmarzyła się dama w kapelutku. – Śmietana, sery, prawdziwa świnia, tak, to było to. I nie wróci. A teraz proszki, koncentraty, jakieś sztuczne dosypują, nie wiadomo co. Głupie to rośnie teraz, pięścią myśli, bo pięść rządzi światem. I pieniądz.
- O Jezu – przeraziła się góra, stukając bez powodzenia w biletomat. – Nie działa. I co ja teraz zrobię? Ma któraś pani bilet? To kupię, bo tu już nie ma w kiosku. U nas na wsi to w kiosku jest wszystko, a tu w mieście nic nie ma i lataj tu, człowieku.
- Ja mam – odparła lokówka, grzebiąc w torebce. – Nawet dwa pani dam.
- Jezuśku, z nieba mi spadłaś, kobieto, jak jakiś anioł złoty!

wtorek, 17 czerwca 2014

odc.62.: KEBAB Z SYRENKĄ


 
- Podwójną cebulkę pani da i bez sosu – wydał dyspozycje zdecydowanym tonem ryży, tęgawy  chłopak w koszulce z motywem teoretycznie patriotycznym. Wraz z dwoma kolegami czekał na upragniony posiłek przy budce z kebabem, zapiekankami, hamburgerami i innymi wykwintnymi daniami, w przejściu podziemnym w centrum city.
- Te, Misiek, kurwa, bez sosu to chujowe będzie – powiedział z przekonaniem jeszcze bardziej okrągły, ogolony na prawie łyso kompan, który na tę okazję przywdział bluzę z napisem "Motherf**er football fan". – Już tu kiedyś wpierdalaliśmy, nie? Powiedz mu, Szklana.
Najchudszy z całego zgromadzenia, cały w barwach wrocławskiej drużyny piłkarskiej, Szklana nieznacznie skinął łysą głową. Odkąd stanęli przy budce z kebabem, nie przerywał absorbującej go czynności, jaką było gapienie się na plakat reklamujący wczasy w tropikach, pod palmami, z drinkami, w towarzystwie dziewcząt w bikini, absolutna okazja last minute. Autor reklamy wykazał się weną bardzo twórczą i w tle domalował syreny, baraszkujące wesoło na falach oceanu.
- Yhm.
- No, widzisz. Szklana też tu kiedyś jadł, no, spoko było. Ty se kurwa weź ten sos, Misiek.
- Ni chuja, nie wezmę. Kiedyś widziałem taki film, jak się koleś spuścił do sosu, nie. Sam se to jedz.
- Ja pierdolę, Misiek, ty to umiesz odebrać chęć na żarcie – westchnął najgrubszy. –  A taki byłem głodny, matka mało obiadu dała, bo się spieszyła do roboty, kurwa. Szklana, weź mu powiedz.
- Yhm. – Mruknął Szklana, po czym stuknął palcem w plakat. – Patrz, kurwa, taką syrenę to byś puknął, co? Ja bym puknął.
- Ni chuja, Szklana, przecież to w połowie ryba, nie. W płetwę będziesz ją pukał?
Szklana nic nie odpowiedział i zamyślił się głęboko. Koledzy stanęli przed plakatem.
- Ale cycki ma – zauważył Misiek, nagle wyraźnie ucieszony – i ręce, to cię wiesz, kurwa, wyręczy, hehehe.
Zarechotali zgodnie, patrząc na tropikalny raj.
- Dwa z sosem i raz bez sosu, z podwójną cebulą – komunikat wygłoszony beznamiętnym głosem wyrwał chłopaków z objęć piękności z płetwą.
- Te urlopy na pewno w chuj drogo – zawyrokował najgrubszy. – Lepiej zjeść i idziemy na browary. Trzeba się napić przed meczem, nie Szklana?
- Yhm.

piątek, 13 czerwca 2014

odc.61 KOBIETA SPORTOWA




Dzielny, uzbrojony po zęby szeryf z zapomnianego przez Boga i ludzi miasteczka na Dzikim Zachodzie nie powstydziłby się tego dumnego, rozkołysanego kroku, jakim wątły ochroniarz o posturze zabiedzonego dżokeja przemierzał alejki supermarketu. Odgarniając co chwilę z czoła niesforny lok barwy i kondycji wyblakłego siana, swobodnie toczył telefoniczną pogawędkę i co jakiś czas służbowo rzucał groźne spojrzenia klientom sklepu, którzy kompletnie nie zwracali na niego uwagi.
- On przyjdzie do ciebie. No. Przyjdzie do ciebie, do gabinetu, bo sprawę ma. Nie wiem jak wygląda, no kurwa, to znaczy wiem, czerwoną koszulę dzisiaj ma i takie zwykłe spodnie, nie. Przyniesie dokumenty tej swojej dziewczyny. Weź mu poradź coś, nie. Stary, jaka ona jest dziwna, wredota taka, nie. To znaczy ja ją strasznie lubię, mała taka, ma chyba ze trzy milimetry wzrostu, nie. Wygląda, jakby miała 10 lat, nie. Ale stary, ona taka ciągle nerwowa jest, kurwa, jak graliśmy ostatnio u Marka w planszówki, faceci kontra baby, to się tak wkurwiła, że przegrywają i mówiła, że ona nie przegrywa, nie. I podskakiwała, aż myślałem, że jej żyłka w mózgu pęknie, ale on mówi, że ona tak ma. On dzisiaj na bank przyjdzie do ciebie z jej papierami, no. Ale zajebista jest, stary. Ruda, loki ma takie jak sprężynki i ciągle się denerwuje. Tylko przejebane ma teraz, bo się uparła, że też chce, jak na deskę poszliśmy, kurwa, mówiłem, że jak nie umie, to się zabije. Ale się uparła, to weszła i na sztywnych nogach od razu zleciała, pierdolnęła tak o glebę, że miednica jej pękła i kość ogonowa i musisz ją obejrzeć, bo w szpitalu ją poskładali, ale cienko coś, wyje z bólu. I on ma te jej prześwietlenia i resztę, to przyjdzie do ciebie. Nie wiem kurwa, pytasz mnie jak on wygląda, przedstawi ci się, nie. Chyba normalny taki, tylko usta ma takie mięsiste, wielkie, jak taka kobieta sportowa. Poza tym normalny.

wtorek, 10 czerwca 2014

odc.60.: MILION TYSIĘCY PRZYCISKÓW


Tuż przed odjazdem pociągu do przedziału dla podróżnych z większym bagażem wpadło dwóch młodych jegomości. Zdyszani, rzucili plecaki na podłogę i przylgnęli zgodnie do okna, każdy z krótkofalówką w dłoni.
- Jakby nie te psy, to byśmy szybciej zdążyli, kurwa.
- Mówiłem ci, debilu, że czerwone jest, bylibyśmy szybciej.
- Ja pierdolę, stówa w plecy, no. Akurat cholerna policja. Co oni kurwa robią koło dworca?
- Czekają na takiego łosia jak ty, co leci na nich prosto na czerwonym. Co tam stoi?
Pociąg ruszył, chłopakami, szarpnęło, jeden upuścił krótkofalówkę.
- Uważaj, jeszcze tego brakowało.
- Nie widzę co to za wagony, kurwa, już ruszamy.
- Włącz się na pasmo.
- Nie zdążyłem złapać konduktora, to by mi powiedział. I szukaj teraz, kurwa.
Obie krótkofalówki zgodnie zaszumiały, ale nic nie dało się zrozumieć z trzasków. Jeden z chłopaków usiadł, zrezygnowany. Drugi otworzył puszkę piwa.
- Sam se szukaj, ja idę na fajkę.
- Do kibla idź, bo znowu mandat będzie. Specjalnie wziąłem wolne na dzisiaj, żebyśmy spisali, a tu stówa w plecy, no kurwa.
- E, same te co znam tu są, myślałem, że już  z nowego taboru mają.
- Dobra, zaczniemy spisywać od następnej stacji, a tu jak wieczorem wrócimy.
- Ta firma, ta wiesz, co te dodatki ci wysłałem, to oni teraz lepsze lokomotywy robią i mają od nich brać.
- A co się dziwisz, w tamtych było milion tysięcy przycisków. Ni chuja się nie mogłem połapać na symulatorze bez tych twoich dodatków.
- No. A tu przecież chodzi o prostotę, nie.
Zamilkli, kołysani miarowym stukotem pociągu, zapatrzeni w widoczne za oknem pola pełne czerwcowych maków.