niedziela, 15 lutego 2015

odc.125.: OSTATNI GROSZ


- Tłumaczę pani. TAK. Ci oszuści, którzy wysyłają te maile, nie wiedzą, że pani ma konto w naszym banku. I nie znają pani ani pani męża. NA PEWNO. Proszę pani, już pani tłumaczyłam – w głosie pracownicy banku dało się wyczuć leciuteńką nutkę zniecierpliwienia, pokrytą fasadą profesjonalnej uprzejmości – oni te maile wysyłają do różnych ludzi, jak popadnie, tam gdzie mają adres… Nie, nie pani domowy adres, mailowy adres…
Mimo, że rozmowa była prowadzona w kącie sali, za przepierzeniem dzielącym niewielkich rozmiarów przestrzeń osiedlowej filii banku na dwie części (jedną z trzema stanowiskami obsługi oraz drugą, służącą zapewne jako zaplecze socjalne dla pracowników lub jako sejf na grubą kasę), i tak wszyscy zgromadzeni słyszeli każde słowo. Pracownica banku usiłowała zachować spokój, klienci w kolejce również. Takich starań nie podejmowała zapewne osoba, której kolejny raz tłumaczono, że nie powinna klikać w linki w mailach od nieznanych sobie nadawców i że bank nie próbuje jej oszukać.
- Bardzo dziękujemy pani za to zgłoszenie telefoniczne, od rana mieliśmy już kilka takich telefonów, tak – pracownicy banku wyrwało się krótkie, nieco sarkastycznie zabarwione westchnienie. – Zapewniam panią, że dokładamy wszelkich starań, żeby każda osoba…
Osoba najwyraźniej poczuła się zapewniona, bo zakończyła rozmowę i pracownica banku z ulgą odłożyła słuchawkę, wyszła zza przepierzenia i spojrzała z rezygnacją na kolejkę.
- No dobrze. Zapraszam, kto z państwa następny?
- Ja, teraz ja – dumnie oznajmiła jaskrawo odziana młoda dziewczyna, której poszczególne części garderoby najwyraźniej brały udział w konkursie na najbardziej żarówiaste ubranie roku.
- Acha, proszę usiąść, ja tylko na moment podejdę do kierowniczki – pracownica podreptała jak gejsza, w ograniczającej ruchy nóg za wąskiej spódnicy służbowej do stanowiska obok.
- No co tam? – Mruknęła kierowniczka scenicznym szeptem. – Ja tu teraz mam pana przecież, z tymi nieszczęsnymi ratami. – Siedzący przy jej stanowisku facet z czerwoną twarzą nadął się i przez chwilę wyglądał, jakby miał za moment zagulgotać jak indyk.
- Proszę pani – stwierdził, mimo wszystko bez gulgotania, choć nadal miał barwę buraka – to nie moja wina, ze mnie złodziejsko naciągnęliście na kredyt!
- Spokojnie, proszę pana, przecież widzi pan, że pracujemy nad tym. No, Helcia, co tam masz?
- Dzwonią od rana i tu też trzy osoby już były z tymi mailami, nie.
- Uhm. I co? – Kierowniczka klikała na klawiaturze z zapałem godnym głodnego dzięcioła stukającego w korę drzewa. – Ja tu panu ratę obliczam, bo sama wiesz.
- I każdemu mówimy, że staramy się i że to do centrali, no nie, zgłaszamy.
- Uhm. No i?
- To może zgłosimy?
- Uhm. No, to zgłoś. I tak nic z tym nie zrobią.
- Acha. – Pracownica stała przez chwilę za kierowniczką, po czym wzruszyła ramionami i wróciła do swojego stanowiska.
- Słucham panią.
Żarówiasta się ożywiła i odkleiła oczy od smartfona.
- Bo jak tu byłam ostatnio, to koleżanka mówiła o takim koncie dla VIP-ów.
- Czyja koleżanka?
- Yyy. No, pani koleżanka. I ja bym takie chciała. Takie konto.
- Acha. Jakie ma pani teraz konto?
- Takie normalne. Ale ja nie chcę czekać w kolejkach, a tam są ponoć specjalne warunki.
- Są też specjalne wymagania.
- Chodzi o wpływy na konto?
- Między innymi, ale już to sprawdzamy.
- O, to nie będzie problemów, bo – żarówiasta dumnie podniosła głos i łypnęła okiem na salę, czy wszyscy dobrze słyszą – mamy z mężem tu niedaleko taki super bar, zdrowe jedzenie, te sprawy. Z wpływami nie będzie żadnych problemów. Żadnych – podkreśliła. Zadzwonił jej telefon.
- Bożeeee, zero spokoju – mruknęła, odbierając. – No, co tam? To go tam posadź, kawy zrób, niech poczeka, ja tu mam sprawy. Z wyciskarką? Zobacz, czy przywiózł tę, co zamówiłam, bo Jacek chciał inną i nie wiem kogo posłuchali. Mnie mają słuchać, bo ja im płacę. No!
Pracownica banku zagłębiła się w wyjaśnianie żarówiastej różnic między kontem zwykłym a VIP-owskim, a tymczasem przy sąsiednim stanowisku usiadła starowinka, ściskająca torebkę, jakby tam miała sztabki złota.
- Dzień dobry pani. Jak to dobrze, że dzisiaj pani jest, bo wczoraj pani nie było – powiedziała z wyrzutem do kierowniczki. Ta podniosła brwi, zdziwiona.
- Miałam urlop. Dopiero wróciłam. To wczoraj też była pani u nas?
- Tak, bo myślałam że pani będzie, ale pani nie było. Więc wróciłam dzisiaj.
- Uhm. Czym mogę pani służyć?
- Chciałam zapłacić dwa rachunki. I wziąć trochę gotówki dla siebie, na życie, wie pani. Wszystko teraz takie drogie.
- Uhm. Poproszę dowód osobisty. – Kierowniczka klikała w klawiaturę z prędkością skrzydełek kolibra. Takie sprawy mogła pani załatwić wczoraj, koleżanki na pewno by pani pomogły.
- O, kochana pani, moje koleżanki to już dawno nie żyją.
- Miałam na myśli moje koleżanki, które tu pracują. Spokojnie mogła im pani zaufać.
- Co też pani, ja ich przecież nie znam. A panią znam, pani tu pracuje od lat. Pani to bym powierzyła ostatni grosz.

poniedziałek, 9 lutego 2015

odc.124.: JEST PLAN


Spadająca ze schodów Pałacu Kultury i Nauki piłeczka pingpongowa nie powstydziłaby się takiej prędkości, sprężystości odbicia i emocjonalnego zaangażowania w ruch, jakim dysponował młodzieniec obdarzony trądzikiem równie obficie, jak wadami wymowy. Sepleniąc, prychając, mamrocząc i co jakiś czas upuszczając strużkę śliny w kąciku ust, nadawał do telefonu komunikaty werbalne, wspomagając ich ekspresję wymachami kończyn górnych i dolnych, jednocześnie przemierzając trasę po schodach na przystanek tramwajowy przy placu JP II, w górę i w dół. Należy z całą mocą podkreślić fakt, że wspomniane tu schody były przyprószone śniegiem, pod którym spoczywała zagrażająca życiu bezlitosna warstewka lodu, zaś całość była okraszona elementami tworzącej się właśnie, lekko podtopionej już ciapy, typowej dla centrum Wrocławia w samym środku zimy.

- Noalesuchejziooom – mamrotał młodzian, balansując na krawędzi schodka, by zaraz ruszyć w dół, a potem z powrotem do góry, nie przerywając niewyraźnego monologu, w którym słowa przeciągały się jak kot po drzemce, a czasem sklejały się jak płatki śniegu, tworząc nieapetyczną breję. Chłopak gadał i skakał, mimo potknięć, potrącania przechodniów i chwilowych poślizgów – suchej no, kurna, jest plan, noplan jest, kurnano. Mam chateenooo, będziebaaal! Taaa, stara od tygodnia sie stroi, wczoraj dupy nie mogła wcisnąć w stare coś tam. Krzyczała na ojca, że sięsprao, nic się kurna niesprao tylko dupa jej urosła, ale z ojcem pary z gęby, bo itakbyłdymnooo. Niby nic nie planowali, specjalnie, kurna niemówilinooo, ale ja mam łeb, się pomyślało, się pokminiło ziooom. Stary krawat prasował, czyli wychodzą noooziooom, się najebiemyyy, jak ostatnio byłoooonooo u Mateo, rewelaaaaziooom, kurnaaa no. Tylko załatw, nooowieszcooo, palenie kurna załatw, nieee, jest plaan, browary będą czyli spoksiknooo już do wszystkich dzwoniłem i wszyscybędąnoooo. Stara mówi, synek, tymitunierób imprezy, bo nogi z dupy, nieeee, czujeszziooom, kurnanooo, to ja myk i telefon i napiertegesnieeee. Jeeeest plaaaan, będzieeebal nooo!

poniedziałek, 2 lutego 2015

odc.123.: Z BABĄ


Możliwe, że na osiedlu w samym sercu city jest jeszcze kilka innych sklepów, w promieniu kilometra lub pół, a nie tylko ten jeden, należący do sieciówki. Nie jest też wykluczone, że w tych innych sklepach nie ma wyłącznie pustych półek, ponieważ posiadają nieźle zaopatrzone stoiska, a w tym i takie z wędlinami i mięsem. Przypuszczalnie wszystkie te sklepy oferują asortyment porównywalnej jakości, ale z tajemniczych powodów w tym jednym konkretnym markecie spożywczym jest najwięcej klientów, którzy tłoczą się głównie przy przeszklonych lodówkach zawierających dobrze oświetlone, smakowicie wyeksponowane udka, skrzydełka, schaby, podudzia, pręgi, fragmenty z kością lub bez, pasztety, szynki, polędwice, parówki, serdelki i inne tego rodzaju specjały. Nie wiedzieć czemu akurat ten sklep upodobali sobie okoliczni mieszkańcy osiedla, głównie emeryci, renciści i kobiety z wózkami dziecięcymi, którzy codziennie, a zwłaszcza w piątkowe popołudnia oraz sobotnie przedpołudnia ustawiają się w wieloosobową kolejkę złożoną z osób spragnionych smaków obcych wegetarianom.
Ogonek kolejki zawijał się aż do działu z nabiałem, niemalże zahaczając o makarony i sosy w słoikach, zawierające aromat identyczny z naturalnym. Tego popołudnia w sklepie było naprawdę tłoczno i każdemu się spieszyło, na dodatek ów każdy mamrotał, że przecież chce tylko jedną, góra dwie rzeczy i po co tyle stania, a te sprzedawczynie to jak muchy w smole się ruszają i urządzają na pewno pogaduchy z kawusią na zapleczu, zamiast ochoczo dołączyć do tych, które z jednakowymi, służbowymi uśmiechami obsługują niekończące się tłumy żądne mięs.
Starsza kobieta, nieco zaniedbana, nieco potargana, niedbale przyodziana i wygnieciona, z namysłem wybierała udka kurczaka, które ekspedientka cierpliwie przekładała z miejsca na miejsce, pokazywała i pakowała. Do kobiety co chwilę podchodził starszawy facet, o wyglądzie równie zmęczonym rzeczywistością i z podobnie lekceważącym stosunku do trendów mody oraz higieny osobistej, z kilkudniowym zarostem, w wyleniałym kożuszku i czapce typu naleśnik, przed laty zwanej kaszkietem. Facet gniewnie szeptał, mamrotał i pohukiwał, wyraźnie poirytowany przedłużającym się pobytem w sklepie. Co jakiś czas odskakiwał od kobiety, zwracając wtedy swój monolog w stronę niemej, lekko zdumionej publiczności oraz przestrzeni między półkami, która nie takie wywody już słyszała.
- …jak tak szepczesz, to pani cię nie słyszy, głośno mów! I mówiła i namawiała od rana, chodź na zakupy, z babą to lepiej się od razu, kurwa, powiesić! Głowę podnieś, co mi tu pieprzysz w mięso, jak ta pani ma cię zrozumieć! Godzinami będziemy tu stać, za tobą ludzie są! Z babą na zakupy, to lepiej sobie w łeb strzelić! Po co pani ma kroić, no weź ten kawałek pręgi, w domu przetniemy i zamrozimy! Acha, jasne, chcesz znowu tu przyjść za kilka dni, kurwa, ja na koniec świata ucieknę, a mnie tu nie przyciągniesz! Jak tak można, odwróć się do pani, jak coś mówisz, bo nie wie co podać! Z babą to zginąć można, kurwa, człowiek miałby spokój przynajmniej!

wtorek, 27 stycznia 2015

odc.122.: WRÓŻKA



Niewykluczone, że wszystkie poczekalnie dentystyczne mają ten sam zapach, identyczny w każdej z nich na całym świecie. To budząca respekt mieszanina środków dezynfekujących i odświeżaczy powietrza, a także tego czegoś, co kojarzy się z pierwotnym lękiem przed bólem. Aromat wywołany przez strach, który towarzyszy myślom o nieuchronnym spotkaniu z dentystą, obawę przed grzebaniem w miazdze, zdejmowaniem kamienia, ewentualnie - brrrr – borowaniem. Niezależnie od oferowanych współcześnie środków przeciwbólowych ten lęk jest w każdym, kto czeka na wizytę u stomatologa, o czym świadczą lekko sztywne uśmiechy pacjentów oraz ich rozbiegany wzrok, próbujący skoncentrować się na lekturze kolorowych magazynów plotkarskich, leżących w poczekalni.
Kobieta w futrzanej czapie trzasnęła drzwiami, rzuciła nazwisko dziewczynie rejestrującej pacjentów, a następnie gestem torreadora zdjęła płaszcz. Rozejrzała się po pustawej poczekalni, łypnęła okiem na faceta zasłaniającego się „Twoim stylem”, po czym wyjęła z kieszeni telefon natychmiast po tym, jak usiadła naprzeciwko wejścia do gabinetu stomatologa. Futrzana czapa pozostała na swoim miejscu, mimo że w poczekalni panowało miłe ciepło.
- …od roku te mleczaki jej wypadają. Czasem musimy kręcić nitką, ale najczęściej sama kombinuje językiem, aż ząb wyleci. Miałyśmy taką umowę, że ma chować każdego ząbka pod poduszkę, a Wróżka-Zębuszka w nocy przyjdzie i zostawi jej pieniążka. No, ząbek zabierze, nie. No. I co, jak to, i co? Gówn… - Urwała, przypominając sobie, że nie jest sama.
Facet spoglądał na nią zaciekawionym wzrokiem znad czasopisma, a pracownica przychodni zerkała znad biurka.
- Ekhm. Tego, no. Co to ja… Acha – podjęła nieco ciszej, ale z każdym kolejnym słowem nabierając decybeli. – I wiesz, to działało, mała lubi wróżki, jeden ząb, jeden pieniążek, nie. A tu w niedzielę przyjechała teściowa, cała tiu tiu, cholera mnie wzięła. Kupiła małej takie srebrne pudełeczko, dała i mówi, żeby tam chować ząbki. Na pamiątkę. Rozumiesz, co za cholera, no. I teraz córka się mnie pyta, kurwa, co ja mam jej powiedzieć. Pyta, no, mamo, mówi, to babcia jest Wróżka-Zębuszka? Bo teściowa też jej zostawia kasę za każdego zęba.

piątek, 23 stycznia 2015

odc.121.: BABSKA LOGIKA


Światło lamp jarzeniowych raziło w oczy mimo późnej, nocnej pory, ale nikt nie kwapił się do gaszenia, bo na sali pooperacyjnej leżały trzy pacjentki po cięciu cesarskim w różnym stopniu oszołomienia, dochodzenia do siebie i kontaktu z rzeczywistością, w której nagle przybyło na świat trzech zupełnie świeżych, zaczynających się wydzierać, malutkich obywateli. Między łóżkami ze stoickim spokojem krążyła położna, która nie takie rzeczy już widziała. Doglądała, pocieszała, podawała leki przeciwbólowe, gawędziła i ogólnie rzecz ujmując, dbała o wszystko. W salce tuż obok czuwała pielęgniarka nad wspomnianymi wcześniej trzema maluchami, które po chwili dołączyły do mam, tuląc małe pyszczki do wzruszonych policzków. Proces witania się ze światem można było uznać za rozpoczęty.
W tle toczyły się rozmowy, tak jak to bywa nocą, zwłaszcza gdy w jednym pomieszczeniu spotka się kilka kobiet. Tematy podrzucała położna, krzątając się bez chwili odpoczynku i zarażając dobrą energią całe otoczenie.
- Drugiego teraz mam, męża znaczy się. Pierwszy mnie oszukał i złamał.
- A co się stało?
- Zdradzał?
- Gorzej, przegrał wszystko w kasynie. A ja nic nie wiedziałam, nic.
- Jak to możliwe?
- Nic siostrzyczka nie zauważyła?
- A nic, bo pracowałam i myślałam, że on też pracuje. Między szpitalem i firmą kosmetyczną gdzieś byłam ciągle, a on miał ze szwagrem budowlankę robić, za grubą kasę. I ta kasa go zgubiła, czuł się pewnie, mnie nie było w domu, to zaczął chodzić do kasyna. Dowiedziałam się dopiero, jak przyszedł komornik. Wziął dom, auto, meble, wszystko. Zostałam z niczym.
- A mąż co?
- Tłumaczył się, potem uciekł, a ja zostałam z długami, bo nie było rozdzielności majątkowej. Rok mi zajęło, żeby wyjść z depresji, a z długów dalej wychodzę. Ale żyję, jestem i nie dam drugi raz się złamać.
- A teraz pani szczęśliwa?
- Z tym drugim tak, to były wojskowy, zajmuje się naszą córką, słowny jest i konkretny.
- O, mój też wojskowy, ale jeszcze pracuje.
- Pani to młodsza jest, ale wojskowi to porządni są. Konkretni.
- Tak, słowny jest.
- Ale że takie długi… To ile on tam grał?
- Podobno miesiącami, nie wiem, bo nie powiedział.
- I pani nic nie widziała, co za szok!
- No, przegrać tyle! Aż i auto, i dom cały, zgroza.
- Mój to raz wziął 500zł i poszedł na Świebodzki, to go tam ograli w czarne-czerwone. Przerżnął wszystko, jeszcze zegarek i kręcił, że zgubił. Wreszcie się przyznał, ale mu powiedziałam, że jak jeszcze raz pójdzie, to odejdę. I już tam nie chodzi.
- Niech go pani pilnuje. Teraz zwłaszcza, jak jest dziecko, to nie tylko dla pani.
- Tak, siostrzyczko, ma siostrzyczka rację.
- Kobiety to nie dbają o siebie, wie pani. Ja to codziennie tu widzę. Dbają o swoich mężów, o dzieci, a o siebie nic. Taka babska logika.

wtorek, 13 stycznia 2015

odc.120.: KURCZĘ BLADE


W osiedlowym salonie fryzjerskim (niepozornym na pierwszy rzut oka, bo wtopionym między sklep spożywczy i punkt oferujący kasy fiskalne), szalenie popularnym w okolicy, codziennie prężnie działa wielogłosowy chór damski. Obsada zmienia się tam każdego dnia, rotacyjnie, według harmonogramu, a cały skład klientek wytrwale trenuje konwersowanie synchroniczne. Objawia się to prowadzeniem rozmów wielowątkowych, z kilkoma osobami jednocześnie, odpowiadaniem na pytania bez szczególnego przywiązania do konkretnej kolejności, za to z wieloma dygresjami, opisem skojarzeń, odczuć oraz przemyśleń własnych i cudzych, zasłyszanych od bliższych lub dalszych znajomych, a czasem i nieznajomych. Właściwie wszystko jedno… Zupełnie obce sobie lub znające się tylko z widzenia przedstawicielki płci pięknej, po przekroczeniu progu salonu fryzjerskiego, porzucają opory w dzieleniu się najskrytszymi sekretami i rywalizują w arcytrudnej dyscyplinie, jaką jest mówienie o obawach, lękach, marzeniach i wymianie plotek, chociaż oczywiście żadna z nich za skarby świata nie przyznałaby się do obmawiania bliźnich. Takie miejsca działają kojąco i zapewniają poczucie bezpieczeństwa, niemalże jak azyl dla uchodźcy, gdy oprócz zabiegów upiększających ciało, np. w postaci maseczki pielęgnującej, nowej fryzury i kunsztownego manicure można choć na moment uzdrowić zmęczoną duszę, zrzucając nadmiar słów z głowy. A tego właśnie potrzebuje prawdziwa kobieta - a kto wie, czy nie bardziej niż wspomnianego manicure - odrobiny luzu w głowie, by nowe myśli, frazy i słowa miały gdzie powstawać. Inaczej wybuchnie, jak wulkan na Islandii.
Pewnego styczniowego, wyjątkowo ciepłego (plus 11!) i słonecznego dnia, okazało się, że kondycja włosów jednej z klientek budzi spore zastrzeżenia, a nawet obawy.
- Suche są, wie pani, kurczę. Widzę tu tendencję do wypadania i bardzo suche, to ja tu pani coś chyba zastosuję, kurczę – fryzjerka o posturze 9-latki, w służbowym fioletowym fartuszku troskliwie przyglądała się włosom klientki, oglądając wątłe końcówki pod światło. – A jak się pani odżywia? Może, kurczę blade, jakieś witaminy?
Kobieta siedząca przed lustrem spojrzała na fryzjerkę ze strachem, jakby ta informowała co najmniej o zbliżającej się zagładzie cywilizacji.
- Witaminy? No, też. No, normalnie – odparła nieco płaczliwie – odżywiam się. Sery jem. I jajka. I owoce, marchewki też jem. I mięso jem.
- Te tutaj, co się kupuje, a co by daleko szukać, tu obok, o, to sztuczne – rzuciła lekceważąco starsza pani, siedząca na kanapie przy oknie, ze sreberkami folii aluminiowej na głowie, skrywającymi dojrzewającą farbę. – Trucizny i antybiotyki, mówię pani.
- I dlatego ma pani suche takie, kurczę, truje się pani. Ja to tylko wiejskie biorę, od teściowej mojej siostry – pouczająco dodała fryzjerka. W tym momencie drzwi do zakładu otworzyły się i do środka energicznie wkroczyła kobieta obwieszona torbami i pakunkami. Fryzjerka obejrzała się i spytała ze zdziwieniem – Zuźka, a co ty taka zgrzana, goni cię ktoś?
- Dobiją mnie te wyprzedaże! – Zakrzyknęła nowo przybyła dość dramatycznie i osunęła się na kanapę obok starszej pani z farbą.
Fryzjerka odłożyła na chwilę nożyczki i odsunęła kotarę oddzielającą część socjalną saloniku od oficjalnej. – Jadziaaa, kurczę, zrób kawę dla Zuźki, bo padła nam tutaj!
Z zaplecza rozległo się pytające mamrotanie.
- Z mlekiem. Mnie też zrób, ciśnienie dzisiaj takie, że zasypiam na stojąco. I dla klientek zrób, kurczę.
- Dzięki, kochana jesteś. Mąż zwariuje, jak mu to pokażę, kartę mi zabierze albo co. Chyba zostawię coś u ciebie, bo mu ciśnienie skoczy.
- Stać go, to niech wie, że żona tanio kupuje. Tylko to ciśnienie, kurczę.
- Ma za wysokie, ale nie bierze leków, bo mówi, że na życie nie ma lekarstwa.
- Doskonale go rozumiem! Ech też z nerw wyszłam, jak mnie dzisiaj rano ciśnienie sąsiadka podniosła – Jadzia wyjrzała z zaplecza – wymądrzała się znowu, znaczy się. Całe Psie Pole ją słyszało, wredny babsztyl!
- To ty, kurczę, kawy nie potrzebujesz?
- A, napiję się, bo potem o trzynastej robię klientce masaż, to muszę mieć energię. Ale wiesz, wkurzyłam się, bo baba mi mówi, jak mam dziecko wychowywać.
- Takie to, wie pani, najgorsze – staruszka ze sreberkami pokręciła głową – człowiek chce, czy nie chce, z butami wejdą w życie.
- Niech se poradnik napisze, to kurczę, chociaż zarobi.
- O, to dobre.
- Zuźka, tylko na paznokcie dzisiaj poczekasz, bo Kaśka się spóźni.
- Spoko, są korki, pewnie utknęła, co?
- Nie, też poleciała na wyprzedaże. Zwariować z wami można. Mnie tak nie stać na latanie, kurczę, po sklepach, ja tu pracuję. - Fryzjerka łypnęła surowo na koleżankę i wróciła do klientki z suchymi włosami.
- Na takie suche, kurczę, to ja tu nałożę odżywkę i pani chwilę z tym posiedzi. A paznokcie jak? Łamią się?
- Łamią – wstydliwie wyznała klientka, która najwyraźniej pragnęła zapaść się pod ziemię ze wstydu. Schowała dłonie pod pelerynę.
- Kaśce powiem i też nałoży odżywkę. Z lnem taką ma, no rewelacja, kurczę.
- U nas i tak jeszcze nie jest tak źle z tym mięsem – oceniła starsza pani.
– To znaczy, kurczę blade, lepiej kupować wiejskie, a nie te sztuczne, co tu pani kupuje. Teściowa siostry ma kury i kaczki, jajka. Te ze sklepu to chemia i bez smaku, kurczę.
- Z żółtym żółtkiem, nie z pomarańczowym?
- No pewnie, kurczę.
- Ale ja…
- Nie ma się pani co tłumaczyć, każdy chce kupić taniej – bezlitośnie przerwała starsza pani kiwając głową ze sreberkami. – Córka mieszka pod Berlinem, za pracą pojechali, wie pani. I teraz mi płacze, mamo, po co myśmy tu przyjechali.
- Tak drogo, kurczę?
- Drogo, oczywiście, no to chodzą do tych tanich sklepów, jak to u nas ludzie robią, te wszystkie teska, aldi, te niemieckie, wie pani. I jej córeczka, dwa latka, a od tych chemicznych świństw piersi jej rosną! Lekarz im powiedział, że to od tego, bo kupują niezdrowe jedzenie, toż to chemia sama. Chcieli tanie kupować, to teraz mają, wie pani, same kłopoty.
- Tak, kurczę, słyszałam o tym. Córka mojej kuzynki, mieszkają na Nowym Dworze, kurczę, ma 10 lat i już okres dostała. Ja myślę, że to przez te kurczaki, kurczę blade. I te marchewki, wszystkie są równe. Takie same, kurczę.
- Tam już się ludzie uczą, że jak kupują tanio, to jakość gorsza. A u nas myślą, że tanio to jakaś super hiper okazja i się potem dziwią, że chorują.
- Zuźka, nie każdego stać na delikatesy, kurczę blade.
- Jakbym miała teściową na wsi, to nie kupowałabym w delikatesach, jeszcze nie zwariowałam!
- A wie pani, z tymi marchewkami, to czytałam taki artykuł ostatnio, że je tak projektują, bo te nierówne się nie podobały.
- Bo kurczę, zapomnieli, jak jedzenie wygląda. Jadzia, co z tą kawą? Ziewam i ziewam, kurczę.
- Zaraz się zagotuje woda, to przyniosę. – Jadzia wyraźnie chciała włączyć się do dyskusji, bo nie schowała się tym razem na zapleczu. - Zapomnieli, masz rację, nawet wczoraj kupowałam w warzywniaku miód, to jakiś facet się dziwił, że kupuję taki z pasieki, scukrzony. Że on takiego nie kupi, bo to zepsute…
- Pewnie mu ciśnienie skoczyło, jak mojemu mężowi. Byle powód i skacze.

wtorek, 6 stycznia 2015

odc.119.: KLINIKA DZIAŁA


Miły dla oka i kojący dla duszy, miejscami za słodki i zbyt pastelowy wystrój wnętrz w poczekalni między gabinetami lekarskimi z odpłatną opieką ginekologiczną, zakłócał agresywny strumień TVN24, bombardujący otoczenie z ogromnych płaskich telewizorów, zawieszonych na przeciwległych ścianach nad wygodnymi kanapami. Dźwięki i obrazy atakowały bezlitośnie zmysły pacjentek i personelu przekazem pełnym najświeższych, choć kompletnie nieistotnych wiadomości, przygnębiających newsów oraz zniekształceń wywołanych wichurą, skutecznie nadszarpującą cyfrową jakość nadawania i nerwy społeczeństwa. Ze względu na ciągły, potworny jazgot telewizorów i skaczące, migoczące kadry oferujące szczątkową wersję programu informacyjnego, nikt z oczekujących na wizytę u lekarza nie był w stanie skoncentrować się ani na programie TV, ani na lekturze jednego z wielu kolorowych czasopism, jakie przewidująco pozostawiono do dyspozycji pacjentów i osób towarzyszących.
Młoda dziewczyna w służbowym, przeraźliwie różowym uniformie i schludnie spiętych włosach, siedziała nieopodal drzwi wejściowych, ukryta za częściowo przeszklonym kontuarem. Z jej twarzy nie schodził uprzejmy, acz wystudiowany uśmiech, oczywiście niezbyt przesadny, jako że nadmierna ekspresja tego rodzaju mogłaby zapewne zrujnować mięśnie jej twarzy po całym dniu pracy. Witała pacjentki i kierowała je do właściwych gabinetów, proponowała herbatę lub kawę, przyjmowała opłaty za wizyty - była naprawdę zajęta i robiła kilka rzeczy jednocześnie. Nieustannie odbierała telefon, bo ten dzwonił właściwie bez przerwy, a kiedy nie dzwonił, dziewczyna oddzwaniała do tych, którym nie udało się wcześniej połączyć z kliniką.
- Dzień dobry, Klinika… W czym mogę pomóc? Proszę się nie martwić, Klinika działa, dzisiaj i jutro, także po weekendzie i w ogóle działamy, tak. Acha, a pani miała nadzieję, że jednak nie… Nie rozumiem… A na kiedy jest pani umówiona? Tak, sprawdzę, ale proszę podać pani imię i nazwisko… Niestety, nie mogę zaproponować późniejszego terminu, ponieważ dzisiaj nasi specjaliści mają umówione wizyty do godziny 22… Nie, przykro mi, rozumiem…  Chwileczkę, zaraz do pani wrócę… - Zakryła słuchawkę dłonią i z uśmiechem zwróciła się do postawnej damy, która właśnie weszła do poczekalni.
- Dzień dobry, pani…?
- Jestem umówiona na 17 do lekarki, ale nie pamiętam nazwiska. – Dama zamaszystym gestem zdjęła futrzany seledynowy płaszcz i omal nie przewróciła stojaka z ulotkami i broszurami. – Naustawiane tu…
- Zaraz sprawdzę, a jak się pani nazywa?
- To nazwisko, no, dziwne jakieś. Nie polskie chyba. Nie pamiętam, mówię.
- Acha, w takim razie proszę o PANI nazwisko i zaraz sprawdzę.
Dama podała swoje dane, nieco obrażona.
- Oczywiście, o 17, doktor… Teraz jest 16.30, więc proszę sobie usiąść i poczekać, pani doktor przyjmie panią za około 10 minut.
- Ale ja nie mogę czekać i specjalnie przyszłam wcześniej!
- Teraz pani doktor ma pacjentkę i nie ma możliwości, by została pani przyjęta w tym samym czasie.
- Przecież płacę wam za to, co za… - Mamrocząca dama usiadła gniewnie na kanapie, kolanem przesuwając o dobre pół metra wątłego faceta, który w obronnym odruchu podniósł gazetę.
- …już jestem, przepraszam, że musiała pani czekać, halo? A skąd państwo jadą? Proszę pani, ma pani wizytę przewidzianą na 40 minut, więc jeśli spóźni się pani ponad 30 minut, to daje lekarzowi naprawdę niewiele czasu na przeprowadzenie dokładnego badania. To nam kroi czas. Trochę za bardzo, niestety. Poza tym, za panią są już kolejne pacjentki… To nie jest kwestia dopłaty, tylko czasu tych wszystkich osób, PANI WYBACZY, ale… Tak, to nasz adres. To dokładnie naprzeciwko…  A skąd państwo jadą? Spod Opola aż, acha. Rozumiem, ale proszę mi wierzyć, dziś jest drugi dzień nowego roku i nie ma takich korków, jak zwykle, więc MAM NADZIEJĘ, że jednak państwo zdążą. A, GPS męża nie widzi tej ulicy, no to rzeczywiście, jest pewien kłopot… Jak już mówiłam, nie możemy dzisiaj przełożyć wizyty, chyba że na inny dzień? Acha, rozumiem. W takim razie, proszę postarać się nie spóźnić więcej niż 5-10 minut… Tak, a JA PRZEKAŻĘ pani doktor, że jest taka sytuacja. Tak, do zobaczenia.
- Dzień dobry, tu Klinika… Przed chwilą dzwoniła pani do nas i oddzwaniamy… A czy jest pani już naszą pacjentką, czy to pani pierwsza wizyta u nas? Acha, dobrze, zaraz sprawdzę grafik lekarzy na przyszły tydzień… Proszę pani, to prywatna klinika, więc niezależnie od sporu lekarzy z eNeFZetem nasza Klinika działa. Tak. Do 22. Tak, jak jest napisane na stronie, tak. A jest pani w ciąży, czy to wizyta ogólna? Recepta, acha. Niestety, żeby wypisać receptę, lekarz musi panią zbadać. Tak, proszę pani, o tym zawsze decyduje lekarz, nie ma innej możliwości. Termin… Środa, a przed południem, czy raczej później? Tak, wobec tego wpiszę panią do doktor… na 16.30. Chwileczkę, proszę moment poczekać, zaraz do pani wrócę… Już po wizycie, pani Krysiu, tak?
Z jednego z gabinetów wyłonił się wielki, pękaty ciążowy brzuch, a zanim podążała wyraźnie zmęczona, ale zadowolona właścicielka.
- Tak, już po. Mam przyjść za tydzień, wpisze mnie pani?
- Oczywiście, czyli to będzie za tydzień… O tej samej porze pani pasuje, tak?
- Dobrze, tak.
- Wpisuję tu panią i proszę jeszcze, tu ma pani rachunek za dzisiaj.
- Acha. A to zaraz, bo nie wiem, czy mam gotówkę.
- U nas można też kartą płacić, proszę się nie martwić.
- I to mnie właśnie martwi. Proszę…
- Dziękuję bardzo. Do zobaczenia za tydzień! Halo? Już jestem, przepraszam… Zaraz wpiszę panią, ale najpierw… Tak, cennik na naszej stronie jest aktualny. Proszę o pani godność. Słucham? Proszę podać imię i nazwisko… Już sprawdzam… Czy na pewno nigdy wcześniej pani u nas nie była? Acha, pół roku temu… No właśnie, bo mam tu w systemie osobę, która się tak samo nazywa… Czy pani PESEL to…? Tak, mam ten sam. Czyli była już pani u nas, JA ROZUMIEM, że kontynuacja… Przykro mi, ale nawet jak zrobi pani przelew, to nie możemy wysłać recepty pocztą. Proszę zrozumieć, że minęło ponad pół roku, więc teraz lekarz panią zbada i oceni… Nie, NIESTETY, wyłącznie lekarz podejmuje takie decyzję, przecież mogły wystąpić jakieś przeciwwskazania… Nie, ja nie jestem lekarzem i dlatego… Proszę pani, nie ma takiej możliwości, za wizytę jest jedna stała opłata, nie ma możliwości za samą receptę i oczywiście nie… Halo? HALO?

czwartek, 1 stycznia 2015

odc.118.: W PIONIE


Osiedlowy sklep monopolowy pękał w szwach mimo przepołudniowej pory. Od rana wewnątrz i na zewnątrz przybytku pełnego dóbr wszelakich i szkodliwych w nadmiarze błąkali się potencjalni klienci, którzy z różnych przyczyn postanowili zaopatrzyć się w trunki, słodycze i przekąski tuż przed zamknięciem sklepu, co w Sylwestra miało nastąpić zdecydowanie wcześniej niż zwykle. Miejscem pełnym procentów i nie tylko rządziły dwie ekspedientki. Jedna, wysoka jak Sky Tower, krzątała się po zapleczu, nosząc skrzynki i kartony z towarem, zaś druga, mniejsza o 2/3, ale niemalże dorównująca koleżance obwodem, ze służbowo odętą miną obsługiwała klientów.
- Tych czekoladek z maczkiem proszę, taką rozsądną garść albo dwie…
- Tyle? – Srogie spojrzenie sprzedawczyni o posturze hobbita sugerowało, że tyle wystarczy. Bo tak.
- Jeszcze proszę dodać drugie tyle, teraz jest kilka dni wolnego, to moi i tak zjedzą.
Sprzedawczyni fuknęła niczym kotka na gorącym, blaszanym dachu i z lekką niechęcią wróciła do lodówki z czekoladkami. Przysunęła sobie mały taboret i wspięła się na wyżyny, by sięgnąć po drugą porcję maczków.
- Ale chyba nie na raz? – Wielka postać w fartuchu z reklamą dolnośląskiego piwa wychyliła się zza wieży ze skrzynek z butelkami po piwie. Klientka odpowiedziała uśmiechem.
- Pewnie, że nie. Nie dam im wszystkiego dzisiaj, ale wolę mieć zapas.
- Racja, trzeba mieć jakieś argumenty w zanadrzu. – Monumentalna sylwetka uśmiechniętej sprzedawczyni rozjaśniła wnętrze sklepu, gdy zbliżyła się do lady.
- O, panie Waldemarze, dawno pana u nas nie było!
Spojrzała na kolejnego klienta, który chwiał się nieco, gustownie ozdobiony kilkudniowym zarostem i wielotygodniowym niepraniem odzieży wierzchniej. Wyraźnie zaznaczał teren intensywną wonią, przez co pozostali klienci starali się trzymać w rozsądnej odległości, gwarantującej pewien komfort psychiczny oraz zapachowy.
- W Biedronce podrożało? – Rozległo się z nutką kpiny za lodówką z czekoladkami, gdzie ukryła się niższa z ekspedientek, żując coś ze smakiem.
- E, niee – grzecznie zaprzeczył pan Waldemar głosem ochrypłym i noszącym ślady wieloletniego użytkowania tytoniu. – Córka przyjechała na święta. Ciągle mi czegoś zabrania. Tato, ty nie pij, mówi. I co ja mam zrobić, pani kochana?
- Ech, te dzieci – westchnęła lodówka, mlaskając i szeleszcząc papierkami po czekoladkach. – Sztorcują nas nieustannie.
- Najpierw mówi, że tato, ty się do pionu trzymaj, pierwsze do świąt, potem, że zaraz Nowy Rok będzie, mówi. Do pionu, tato. I żebym cię tu pod bramą nie widziała. Ani pod sklepem, mówi.
- To co podać, panie Waldemarze?
- Nie wiem, coś na szybko dzisiaj, bo zaraz muszę do domu. Ćwiartkę „Żołądkowej” i dwie „Perły”…
- A córka długo zostaje? – Spytała współczująco gabarytowo imponująca sprzedawczyni, poprawiając jednocześnie służbowy fartuch, który niesfornie podwijał się w okolicy brzucha.
- Za kilka dni jedzie. Nic mi nie wolno – poskarżył się pan Waldemar.
- Ech, te dzieci – niewysoka, acz okrągła ekspedientka wyszła zza lodówki i kolejny raz westchnęła, przy okazji pokazując ślady po czekoladzie na zębach. – Jak ja lubię te słodkie, no i co poradzę. A syn też mi mówi, mamo, a tego nie wolno, a tamtego lekarz zabronił. I co nam z życia zostało?

poniedziałek, 29 grudnia 2014

odc. 117.: TACY LUDZIE


Połączenie lekkiego mrozu z charakterystyczną dla Wrocławia wilgocią wszechobecną w powietrzu spowodowało, że między Świętami Bożego Narodzenia a Sylwestrem mieszkańcy city zaczęli zgodnie przytupywać i podrygiwać, jakby w tle leciały jakieś skoczne rytmy. Każde wyjście z domu, auta czy autobusu okraszone jest więc lekkim zaskoczeniem pt.: „A jednak zima się do nas pofatygowała, popatrzcie państwo”.
Nieopodal nieczynnej fontanny przy Dolmedzie kobieta w futrze przemierzała parking, poruszając się tanecznym krokiem, przystając na chwilę i ruszając na nowo z piskiem obcasów, usiłując jednocześnie rozmawiać przez telefon komórkowy i zapalić papierosa, co niespecjalnie jej wychodziło, ze względu na silny wiatr oraz konieczność użycia obu rąk.
- Tacy ludzie to dupki. I odjechali, rozumiem, nie jestem głucha przecież! Po prostu dupki. I co ja ci mogę jeszcze powiedzieć? Słów brakuje, tak, na takich ludzi. Urodzili się jako dupki i umrą jako dupki. I nic nie poradzisz, choćbyś pękł. Kur... nie pali mi tu. Nie palę, nie palę, właśnie gaśnie mi... Zmieniając temat, no to byłam tam, wiesz, byłam i nic nie załatwiłam, bo zamknięte do dwunastej, ale jak tu skończę, to pojadę. No, po dwunastej pojadę i kupię bilety, jakieś 60, może 70 złoty są, to by sobie poszła z babcią, co? Ale lepiej z babcią, bo znowu potem będzie gadanie, że nie spędza czasu z babcią. No co za badziew, ciągle gaśnie...! A tamci to dupki. Nie palę przecież, no! I masz rację, tacy ludzie to dupki. Wczoraj ci to mówiłam i jutro też ci to powiem. Może jak się tu obrócę, to nie będzie wiało... Co? Żeby babcia nie marudziła. Wnusia i wnusia, to niech się nią zajmie i zobaczy, jak to jest, proszę bardzo. Sam wiesz, że jak raz zacznie marudzić, to nie skończy do wieczora. A, to dupki. Nożesz, chyba rzeczywiście tutaj nie zapalę i będzie po twojemu. Obiecałam, że rzucę od nowego roku, a teraz jest jeszcze stary rok, tak? Tak? No! Przestałbyś już. I tak nic na nich nie poradzisz. Naprawisz. Nie martw się, niech Stefan zawiezie do warsztatu, tam, wiesz gdzie, raz wyklepali, to drugi raz wyklepią. A na dupki nic nie poradzisz. Rano taki filmik oglądałam. Nie w tiwi, na fejsie. Policja próbowała jebnąć taką staruszkę. Autem, stali na światłach i ruszyli. No ona była już na pasach, ale miała czerwone i chyba chcieli jej dać nauczkę. No, ładna mi nauczka, jakby ją jebnęli i trafili, to w grobie będzie już tylko chodzić na zielonym. Tacy ludzie to dupki, nawet jak w mundurach.

czwartek, 18 grudnia 2014

odc.116.: JAK ŚWINKA


- … już raz miałyśmy otwarte w niedzielę, przed tamtymi świętami. I w następną też będziemy mieć.
- I co? Przyszło dużo ludzi? To za żółte, nie chcę wyglądać jak beza.
- Bezy są białe, ale to chyba rzeczywiście nie jest twój kolor. W niedzielę to pewnie tłumy?
- Cztery osoby, nie przesadzam, cztery osoby od 10 do 14. A ta błękitna? Pasuje do oczu, a tam chyba mamy taką spódnicę…
- Do niebieskiej nie mam butów. Cztery czyli to jedna na godzinę, mało.
- A może taki elegancki, tutaj, patrz, garnitur damski masz, to będziesz wyglądać, jak ta, no…
- Raz na rok chyba mogę założyć sukienkę, no coś ty mi tu z tymi spodniami!
- Jak pani idzie na tańce, to sukienka lepsza, mąż oka nie oderwie od pani. Tak, cztery to właśnie było mało i kompletnie bez sensu, bo nie było żadnej promocji. A było nas tu trzy i tylko strata czasu, bo zarabiamy jak ludzie są, przychodzą i kupują. A co mieli w niedzielę u nas kupować, jak wtedy wszyscy siedzą po galeriach.
- Albo na Świebodzkim. No tak, jakby była promocja…
- No właśnie! Ale wie pani, ja tu nie rządzę, ja tu nie mam nic do gadania… A może coś takiego, wie pani, jak tutaj, tylko coś na szyję dobrać i torebkę?
Między wieszakami z ciuchami, pudłami z torebkami i kontenerami z odzieżą dziecięcą toczyła się rozmowa prowadzona teoretycznie szeptem, wzbogacanym okrzykami nacechowanymi emocjami o różnym zabarwieniu. Zapewne miała to być dyskretna pogawędka, ale rozmówczynie były tak bardzo zaangażowane w temat, że było je słychać w całym szmateksie, mimo wszechobecnego radia, które uparcie chrypiło „Bo do tanga trzeba dwojga…”, a następnie zadeklarowało rzewnie „All I want for Christmas is you”.
- Nawet niezła, ale czy ja w to wejdę?
- Na mnie to chyba nawet za duże, ale dla ciebie będzie seksi…
Dwie klientki po 60-tce i podążająca za nimi krok w krok pracownica lumpeksu krążyły wśród bluzek, spodni, sukienek, spódnic oraz swetrów. Oglądały, mierzyły i przykładały do siebie nawzajem kolejne sztuki garderoby, komentowały która w czym lepiej wygląda oraz dlaczego niekoniecznie akurat w tym.
- Cudeńko – mlasnęła sprzedawczyni ze smakiem – elegancja, że proszę siadać.
Czarna wieczorowa sukienka, z dyskretnym wzorkiem wyszytym złotą nicią wzdłuż talii oraz z lekko zakrytymi ramionami, długość wytworna nad kolano, dodatkowo z rozsądnym dekoltem, który nie pokaże nic kompromitującego, ale zasugeruje odpowiednią dawkę inspiracji dla męskiej wyobraźni, stała się nagle obiektem pożądania trzech pań. Każda z zainteresowanych dam posiadała inne gabaryty: ekspedientka była tuszy umiarkowanej i nikczemnego wzrostu, jedna z klientek szczupła i wysoka jak z drużyny koszykarskiej, zaś druga nieco niższa, ale niestety kompletny brak talii natura wynagrodziła jej barczystymi ramionami, co zapewne utrudniało dobranie kobiecej garderoby.
Stanęły koło przebieralni przed lustrem, wręczając sobie nawzajem sukienkę.
- Uwielbiam czarny kolor.
- A nie za smutny?
- Coś ty, elegancki, wyszczupla, nie czepiaj się.
- Dwa razy więcej potrzebuję tutaj z boku, nie zmieszczę się. Pęknie mi to.
- Nic ci nie pęknie, przymierz. Mnie nawet nie zakryje tyłka. Z tyłu będę goła, no żal, ale nie będę świecić.
- A panie na Sylwestra idą, tak? No to musi być elegancko!
- Tyle lat siedziałam w domu z dziećmi, a potem z wnukami, lata całe. No to w tym roku powiedziałam mężowi, kanapę i telewizor masz codziennie, a ja chcę iść na tańce zanim umrę.
- I co?
- Zgodził się, bo nie lubi, jak tańczę z kimś innym.
- O, szczęściara z pani, taki mąż to skarb.
- Ale jak ja w tym będę wyglądać? Jak świnka Piggy!
- Ona akurat wyglądała, no wiesz, super, nie. Naprawdę. Przymierz, no.
- Tak, koleżanka ma rację. No to może pani przymierzy i zobaczymy? Dobierzemy szal i tutaj, o, będzie lepiej…
- Będą się śmiali, że stara baba, a się przebrała jak świnka! No dobra, ale zobaczycie, że nawet w to nie wejdę albo pęknie…
- Nikt się nie będzie śmiał. Będą zazdrościć, bo masz nogi jak trzydzieści lat temu, kobieto.
- Tak, ja już zazdroszczę, bo mnie to stary zabiera na Sylwestra do dużego pokoju i jeszcze kolację muszę zrobić. Nikt mnie na tańce nie zabiera. A pani też idzie z koleżanką?
- Miałam iść z mężem na rynek, ale teraz się boję. Wczoraj mi torebkę ukradli, w tramwaju, wie pani. To chyba pójdziemy z nimi, w restauracji chyba będzie bezpieczniej niż w takim tłumie.
- No co też pani mówi! Teraz to człowiek się musi pilnować, na każdym kroku… A tu mamy nową dostawę torebek właśnie dzisiaj przywieźli...

środa, 17 grudnia 2014

odc.115.: EGO


Samochód barwy kałuża metalic, rozmiarowo będący w stanie zasłonić nosorożca z nadwagą, stał na parkingu, zajmując dwa miejsca przynależne do budynku szumnie zwanego hotelem. Ciemny, imponująco ogromny pojazd miał wszystkie drzwi otwarte, bagażnik również, co trochę wyglądało, jakby szykował się do odlotu. Ze środka wystawały damskie nogi w szpilkach, nerwowo podrygujące, a dookoła auta krążył łysy facet z komórką przy uchu i wokalnie zagłuszał wszystko w promieniu kilometra, oprócz tratujących uszy basów i innych rytmicznych dźwięków dobiegających z wnętrza samochodu. Łysy przeciągał głoski, jak kot pręży grzbiet po drzemce.

- …ten dysk to rewela, REWEEELA, no, a nie wierzyłeś. Marti też tak mówiła, prawda? E, MARTI! – Huknął w stronę auta i zgrabne nogi kiwnęły szpilkami z aprobatą. – No, kuuurwa, badziewia nie polecam. No, to na ra… A, czeeekaj, bo zapomnę. Ty wiesz, kto będzie dzisiaj u nas na kolacji? Ta, zapomniałeś, to dzisiaj, masz być o ósmej, kuuuurwa, chyba zupełnie mózg ci wy… Nooo. Taaak, jak wczoraj mówiłem. Nie, z żoną, nie dało inaczej. Taaaak, człowieeeeku. Marti to załatwi. E, Marti, zajmiesz się jego żoną? MARTI! – Nogi gibnęły, że się zgadzają. – Nie musisz głaskać jego ego, nieee. No, ale trochę gościa podlejemy i będzie gites. Czekałem na to, no. Człowieeeku. Teraz? Teraz, to kurwa stoimy i wietrzymy. Nooo auto, a co kurwa myślałeś. Nooo, wietrzę, bo w chuj jebie kwiatem. Noooo! Bo Marti se wyjebała nowe perfumy na podłogę, jak wyprzedzałem gnoja w taxi, nie będzie mi tu chu… Niefart jak chuj, bo potem jebnąłem w słupki, ale zaraz sprawy załatwimy. Dzwoniłem, zaraz tu będzie i po probleeeemie, nie pękaj. Co? Załatwione, staaaary. Masz to jak w baaanku. Marti! E, MARTI, mówię do ciebie, kuuuurwa, wyłącz to! – Nogi na chwilę przestały się kiwać i ściszyły odgłosy kamieniołomu imitujące muzykę. – Na którą masz ten fryz? Cooo? Acha. A, to zdążymy, no probleeeemo! Marti będzie wyglądać jak lala, wiesz, że tak będzie. Człowieku, ten koleś może sobie być ważny, ale nic na Marti nie poraaaadzi, ni chuja. Nooo zmięknie, staaary, podlejemy i urobimy, biznesy porobimy. Taaaa.

czwartek, 11 grudnia 2014

odc.114.: TRENING


Tramwaje stały grzecznie jeden za drugim wzdłuż ulicy Legnickiej, jak oddział zdyscyplinowanych dżdżownic. Tkwiły w korku spowodowanym awarią zwrotnicy na placu Jana Pawła II, co skutecznie przyblokowało spory kawałek city. Grupki zdenerwowanych pasażerów okupowały przystanki w oczekiwaniu na zakończenie tej komunikacyjnej apokalipsy, a motorniczy (z miną pt. „nie takie rzeczy się widziało”) wypuszczali wszystkich z pojazdów. Chodniki zaroiły się od zmarzniętych, niespodzianie wytrąconych z rytualnego porannego letargu ludzi z telefonami. Każdy usiłował się gdzieś dodzwonić, zawiadomić o prawdopodobnym spóźnieniu, poprosić o przełożenie spotkania lub usprawiedliwić nieobecność.
Młody chłopak z zawieszoną na ramieniu torbą, przechylającą całość sylwetki na lewo, szedł dziarsko i energicznie objaśniał rozmówcy, jaka jest jego życiowa sytuacja.
- Mam dużo czasu. Ja zawsze mam dużo czasu, bo wcześniej wstaję niż ta cała reszta. Miałem trening a teraz idę na uczelnię. Co? Nie, na chwilę tylko, bo sam wybieram, na czym siedzę, a co omijam. Potem wracam się przekimać, bo reszty wtedy nie ma w domu. Pierdolę siedzenie na uczelni, to marnowanie czasu, mówię ci. Niczego tam nowego nie usłyszę. Sam decyduję o sobie i nie będą mi mówić, co mam robić. Będę najlepszym couchem, zobaczysz. Trzeba mieć cel, jasny cel. I dążyć do niego. Krok za krokiem to dla innych, pierdolę to. Dla mojego mózgu to dobry trening, selekcja danych to podstawa, dlatego ja od razu będę miał to, czego chcę. Co? Nie, na razie chodzę tam, bo inaczej ojciec by się czepiał, a ja chcę mieć spokój. Pokażę mu szybko indeks z zeszłego roku, to nie ogarnie, że to ten sam, nie. Pierdolę, nie będę żadnej sesji zdawał. Na razie jest kasa i to się liczy, a potem pomyślę. Co? A, to tu, to tam i jeszcze na razie mam chatę Marka do dyspozycji, jakby się coś zjebało, bo on wróci z jukeja dopiero jakoś wiosną. No. Trening i cel, mówię ci. Co? A Seweryn nie może się tym zająć? Siedzicie tam to niech twój mąż się tym zajmie, ja to pierdolę, przyjadę tylko na Wigilię, a potem spadam. Za dużo pytań. Ojciec zadaje za dużo. No, z tobą kurwa nie rozmawia, bo nie ma o czym, masz studia, masz robotę, dziecko i męża, to zwaliłaś ojca na mnie, cwaniara. Dlatego wyjechałem, nie. Co? Jakich prezentów? Pojebało cię chyba, jak zapłacę za trening, to nie zostanie mi na jakieś głupie prezenty. Dobra, NO DOBRA, skończ już, bo smęcisz, kupię mu coś, no. Raz na rok, niech się ucieszy, nie. Co? Nie skarpety? To co mam kurwa kupić?!
Kilka metrów za cynicznym młodzianem szedł starszy pan, wspierając się na delikatnym ramieniu młodszej kobiety. Szli szybko i zgodnie, pochyleni do przodu, pod wiatr, rozmawiając dość głośno ze względu na wycie karetki, która nie mogła przedrzeć się przez sznur aut przed światłami.
- Takie spotkanie, popatrz, Teresko. Popatrz! A myśmy się nie widzieli… No… To już tyle lat…
- Tak, panie Wojciechu, to już chyba z dwadzieścia lat!
- A na święta to do rodziców pewnie? Do Opola?
- Tak, jak co roku, tak. I tak będzie nas dużo, bo jeszcze siostra męża i jej rodzina, cały dom będzie pełny.
- A pewnie, pewnie, to ważne, żeby rodzina była razem w święta, to ważne. A siostra też przyjedzie?
- Nie, ma swoje sprawy, zresztą bilety drogie teraz, to mówi, że wiosną przyleci.
- A tak, tak, teraz to po całym świecie ludzie się rozjechali… Mówisz, Teresko, że siostry nie ma w Polsce, a mnie się zdawało, że ją widziałem niedawno.
- Niemożliwe, panie Wojciechu. Wyjechała dwa lata temu.
- Jesteście do siebie podobne?
- Nie, zupełnie nie. Jest wyższa i ma inne oczy.
- A ja właśnie widziałem taką… No, jakby twojej postury, Teresko, oczy jakby twoje i pomyślałem, że to może twoja siostra. Powoli sobie przypominałem jak wyglądasz, twoich rodziców, taki sobie zrobiłem trening pamięci.
- To nie mogła być ona, poza tym, to naprawdę nie jesteśmy podobne. I nos ma inny.
- Wiesz, Teresko, jakiś czas temu spotkałem moją sąsiadkę jeszcze z Opola. I ona mi mówi, panie Wojciechu, wczoraj się widzieliśmy, a ja się panu kłaniałam, a pan mnie chyba nie widział. No jak to, pytam ją, gdzie się widzieliśmy, skoro ja poważnie chorowałem i byłem w domu od tygodnia albo i dłużej, nigdzie nie wychodziłem. I okazało się, Teresko, że ona widziała w galerii mojego brata i sądziła, że to ja. Nigdy bym nie powiedział, że mamy z bratem w sobie coś podobnego, ale może z zewnątrz coś...

piątek, 5 grudnia 2014

odc.113.: DAMSKO-MĘSKI


Facet w modnej uszance, nadającej mu wygląd psa Pankracego, ze smartfonem z trudem trzymanym w dłoni obleczonej w rękawicę, która mogłaby z łatwości ochronić przed arktycznym powiewem, niespotykanym wszak we Wrocławiu, krążył po Jarmarku Bożonarodzeniowym, usiłując przekrzyczeć dźwięki muzyki, dudniącej kolędami w różnych wersjach, rytmach, stylach, ale z podobnym, ogłuszającym natężeniem głośności. Uszaty błąkał się między stoiskami, popatrując z nadzieją w stronę lady z gorącymi napojami, jakby szukał luki w kolejce. Jak co roku, na Jarmarku można napić się pysznego grzańca, więc zdeterminowany tłum ludzi żądnych boskich smaków i efektu działania procentów kłębił się właśnie tam, gdzie patrzył facet z uszami. Mimo że budki z grzańcem rozstawiono bardzo hojnie i obficie, mnóstwo ludzi usiłowało dokonać zakupu w kilku wybranych, o tej samej porze, przyciągani tam zapewne siłą przyzwyczajenia i wspomnieniami z ubiegłych lat. Tłoczyli się licznie, polecając sobie nawzajem różne smaki grzańca i delektując się perspektywą przyjemnego rozgrzania, co właściwie nie powinno dziwić w mroźne grudniowe popołudnie.
- Na razie nie ma szans, poczekam na nich, to razem staniemy w kolejce. Acha, no i co? Rozwódka? Eee, to czego ty się spodziewałeś. Myk, myk i po wszystkim, nie. Spierdalaj do domu i nie dzwoń do niej więcej, hahaha, klasyk, kurwa, nic już więcej nie ugrasz, człowieku. O, kurwa, jaki wielki krasnal. Co? KRASNAL! A to bajki jakieś wyją, czekaj, wrócę do grzańców, tam mniej tego... No, a w pracy luz, tylko dzisiaj, to było, mówię ci. Atmosfera się zrobiła, kurwa, świąteczna. No, szefowi odjebało, przecież ci mówię, nie. Wkurwił się, bo mu zrobili kawał. No, pracownicy pochowali mu wszystko, nie, laptopa, papiery, krzesło, wszystko, nawet jebany kubek od żony, paprotkę, kable, pusto tam było, nie. Czujesz, wchodzi do gabinetu i kurwa pusto. Taki dżołk mikołajkowy, ale nie skleił, że to dżołk i się wkurwił. Potem udawał, że tylko udawał, że się wkurwił i że super dowcip, ale i tak wyszedł na debila. Co? Nie, tu coś zjem. Jakieś kurwa holenderskie frytki, coś znajdę, pełno tu tego. Ta, świąteczne jak chuj z majonezem. No... A, nie wiem, wiesz, z tymi prezentami to zawsze mam zamot. Miałem kupić ojcu szlafrok w Biedronce, nawet spoko taki. No i już stałem w kolejce do kasy, nie. Przede mną baba też kupowała w takim samym opakowaniu i zaczęła się pluć, że ma napisane na pudełku damski, a kasjerka mówi, że to męski, bo jej tak wybija tam na kompie, baba zaczęła krzyczeć, no i kasjerka też krzyczała, żeby na nią nie krzyczeć. Patrzę, na moim pudełku jak chuj napisane, że to męski. No wiesz, ciemny taki, ojcu by się spodobało i nie musiałbym więcej szukać, nie. Ale baba już nie chciała tego swojego i od razu kurwa afera, nie. I no, przyleciała jakaś jej tam kierowniczka, nie. Powiedziała, że może wycofać z kasy, baba że dobra i szybciej, bo ona się spieszy. To kierowniczka z kasjerką wycofują, a tam jeb, na kasie się wyświetla że szlafrok damsko-męski. No to kurwa nie kupiłem.

czwartek, 27 listopada 2014

odc.112.: DO DOMU


Dmuchawa spalinowa bezskutecznie acz wytrwale zakłócała spokój w city hałasem, smrodem i ogólnym nachalnym wtrącaniem się w poranek, co nikomu nie poprawiało humoru, jak to bywa jesienią. Piastujący ją czule w objęciach starszawy facet codziennie podejmował heroiczne wysiłki, by usunąć zmęczone nocnym deszczem stosy mokrych, coraz mniej kolorowych i coraz bardziej zmarzniętych liści z alejek dookoła bloku oraz wzdłuż budynków ze sklepami, mieszczących się tuż obok.
Starania te i ogrom nakładów pracy niestety pozbawione były jakichkolwiek spektakularnych sukcesów. Mimo to facet robił swoje i nie zważał przy tym na wrogie spojrzenia ani na kąśliwe uwagi okolicznych mieszkańców, których chyba nie bawiło budzenie przy pomocy wycia spalinówki i duszących oparów godnych radzieckiej ciężarówki sprzed stulecia. Facet po prostu wykonywał swoją pracę, zleconą mu przez spółdzielnię mieszkaniową. Dzielnie trwał na swoim odcinku, od lat, w tym samym jeansowym wdzianku i czapce z daszkiem, ubrany codziennie tak samo, niezależnie od pory roku i pogody. Wiosną i latem równie głośno zajmował się m.in. pielęgnacją tego, co tylko pijany optymista krótkowidz mógłby nazwać trawnikami - składały się bowiem głównie z piaszczystych i kamienistych elementów, ze znikomą ilością kępek chwastów – przy pomocy dławiącej się kosiarki, a także przycinaniem pobliskich krzaków, wykonując to narzędziem bardzo głośnym w użyciu i przywołującym tęskne wspomnienia czasów, gdy dozorcy i ciecie zmuszeni byli do korzystania z tak praktycznych przedmiotów, jak grabie, nożyce i miotła.
Mokre liście niespecjalnie chciały współpracować, ale trudno im się dziwić, skoro miały spore kłopoty z motywacją i listopadowym przymrozkiem. Wysiłki faceta z dmuchawą obserwowało kilku chwiejących się na wietrze pijaczków, którzy od świtu dzielnie czatowali na życzliwe dusze, skłonne sypnąć groszem na poratowanie funduszu walki z trzeźwością. Ulokowali się między parkingiem a krzakami, ze strategicznym widokiem na alejki i sklep monopolowy.
- Kazeeek! – Wydarł się jeden z degustatorów trunków konserwujących upojenie, przytupując z zimna. – A co ty tak wyjesz, Kazeeek!
Facet z dmuchawą go nie usłyszał, za to stado gołębi wzbiło się w powietrze. Z pobliskiego sklepu wyjrzała ekspedientka, z bardzo groźną miną.
- KAZEEEK! – Ryknął drugi, w kapturze i szaliku z barwami wrocławskiego klubu.
- Cichooo! – Wrzasnęła ekspedientka. – Dziesiątej nie ma jeszcze, a ci już chleją, a policję wezwę!
- Ależ my tu tylko żartujemy, kierowniczko kochana, z panem Kaziem rozmawiamy! – Odwrzasnął sznapsbaryton zza krzaków. – To chyba nie zbrodnia?
- Pani się schowa, bo zmarznie – poradził kolega w kapturze. – Kazeeeek!
Dmuchawa ucichła, facet przystanął, zdjął czapkę i otarł czoło rękawem.
- No, co?
- A może do domu byś se kurwa poszedł, a nie, tak napierdalasz od rana! – Zarechotali wszyscy.
- No, baniak pęka, a ty napierdalasz, Kazek.  – Wychrypiał ten w kapturze.
- Do domu idź, kurwa!
- Liście nie zając, nie uciekną – między krzakami a parkingiem rozległo się zgodne, nieco zachrypnięte rechotanie.
Facet założył czapkę z powrotem.
- Eeee, chłopaki. Tu mi płacą, czas jakoś mija. A co ja będę robił w domu? Ze starą się kłócił?

poniedziałek, 24 listopada 2014

odc.111.: NIECZYNNE


Ulicą Ruską pędzi kobieta, z telefonem przy uchu i w wielkim pośpiechu. Za nią powiewa wojowniczo kolorowy szalik, jakby usiłował dogonić właścicielkę.

- …nie korzysta jeszcze z kuwety, ale poza tym wszystko z nią w porządku. Jak to gdzie, leje na sofę, na fotel… Tak, poważnie i wczoraj nalała na mnie, ale i tak się cieszymy, nie. A jak u ciebie? A co z…? Acha. No, tak myślałam, jak go wczoraj widziałam. Niby sukces, hahaha, co racja, to racja, w sumie nie ma co przesadzać z radością. Jak już przejdzie na emeryturę, to wtedy mu powiedz, żeby wywiesił napis „Nieczynne z powodu upojenia alkoholowego”, ale teraz to mu kup cytryny na tego kaca. Eeej, noooo, nie obrażaj się, ja życzliwie radzę, z miłością!