środa, 29 kwietnia 2015

odc.139.: PILNUJ SIĘ

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy starszy pan miał problem ze słuchem, z głośnością telefonu czy może z natężeniem hałasu w archaicznym, rozklekotanym, woniejącym rozmaicie tramwajowym wagonie linii „23”, ale cokolwiek to było, powodowało że słyszano go z przodu pojazdu, mimo że siedział na samym końcu.
- …tak, jest pięknie, nie spodziewałem się, ładny dzień. Nie, nie jestem w domu. Ja dzisiaj sprawy załatwiam! CO?! MÓWIĘ, ŻE JEST PIĘKNIE! Tak, co to ja, acha. No, to tam wszystkiego się dowiedziałem i wiem, że na enefzet tego nie załatwimy, zapomnij, rejestrują na następny rok. A ty kichasz? To pilnuj się! Prześwietlić migdałki musisz prywatnie, a do specjalisty sam cię zarejestruję… CO? Nie, nie wiem co u niego, od tygodnia nie dzwonił… CO? A to hultaj! A to… CO? A mówiłem mu, pilnuj się! Ojciec mi zawsze powtarzał, jak pijesz, to się pilnuj, a ten hultaj miał się uczyć, pracować… No dobrze, to ja do niego zadzwonię i przywołam do porządku… No, to ty się tam pilnuj, dbaj. Zadzwonię jak się czegoś dowiem, papa…
Starszy pan rozłączył się, wytarł głośno nos we wzorzystą materiałową chustkę, którą następnie pieczołowicie upchnął w kieszonce marynarki i znowu sięgnął po telefon.
- Leoś? HALO! Leosiu, jak u ciebie? No, twoja sytuacja? JAK U CIEBIE, PYTAM! Pytam, bo pytam, co się pytasz. Bo doszły mnie słuchy, że… Może masz jakiś kłopot i trzeba ci pomocy, to... A gdzie ty teraz jesteś? Wracasz dopiero? To gdzie ty byłeś? HULTAJU! – Ryknął, wyraźnie poruszony. – Pilnuj się! Norbert widział, że pijany chodzisz, praktyki zawalasz, do szkoły nie chodzisz, a ty co? CO? Miałeś się uczyć, obiecywałeś, dziadku, poprawię się, a ty co? CO? Acha. Dzisiaj? Po południu, no to wpadnij, kawy się napijemy, porozmawiamy. Może ty masz jakiś problem, co? CO? Babcia się martwi, to dzwonię, żebyś się uczył i potem pracował i się miewał, no. A Norbert chory, ale wyjdziemy z tego. Tylko pilnuj się. A telefon masz naładowany? CO? Nie śpij, jak rozmawiamy, bo nie wiem, czy ci nie wyłączą. Acha. To się umyj i przyjedź, babcia się ucieszy. Ona tak się o was martwi, hultaje.

sobota, 25 kwietnia 2015

odc.138.: KONIEC ŚWIATA


Na osiedlowym placu zabaw każdy mieszkaniec city zażywa rozrywek stosownych do wieku oraz możliwości finansowych, dobierając rodzaj aktywności wedle własnych upodobań i gustu: dzieci beztrosko szaleją na huśtawkach, kręcą się na karuzeli i  piszczą z uciechy w piaskownicy, mimo że spółdzielnia mieszkaniowa jeszcze nie zarządziła wymiany piasku po zimowej kociej toalecie, matki i ojcowie w sporej większości siedzą na ławkach z nosami w smartfonach, emeryci utyskują na pogodę niezależnie od aktualnie panującej aury (wiatr taki podstępny, no i to wiosenne przesilenie daje w kość, słońce pali skwarem chociaż to dopiero kwiecień, pani kochana, a ja panu tłumaczę, że kiedyś to zima się różniła od wiosny, a teraz to ani się człowiek obejrzy, jak lato przychodzi), poza tym młodzież jest śmiertelnie znudzona pospolitymi używkami, gardzi sportem i rozważa rewolucję, tylko nie wie jaką, bo na pewno najlepiej byłoby zorganizować taką, która nie wymaga wysiłku, zaś na skwerku nieopodal śmietnika okoliczni pijaczkowie odważnie degustują trunki, których skład mógłby zaintrygować dostawców rodziny Borgiów, prowadząc przy tym dysputy o świecie, polityce i tym, co leży im na nadwyrężonej nieco wątrobie.
- Cztery złote, kurwa – żalił się najniższy facecik, który wyglądałby jak nastolatek, gdyby nie twarz poorana bruzdami, bliznami, naznaczona plamami wątrobowymi i innymi oznakami zużycia materiału oraz użycia wielu procentów – nie wierzyłem, nie, kurwa.
- Ale za co? – Ocknął się przysypiający grubawy kompan.
Ten niższy prychnął i strzelił niedopałkiem w ławkę.
- Tłumaczę ci, kurwa. Kupowałem zapalniczkę, nie. Na prezent, nie, kurwa.
- Ale żeś się wysilił, kurwa. Ja pierdolę, ale amant – zarechotał trzeci z nich, w czapce baseballowej z wytartym NY na froncie.
- Odpierdol się – zaproponował kulturalnie mikrus. – Taki jesteś kurwa mądry, a sam nic byś nie kupił, nie. To chciałem, żeby miała fajną zapalniczkę.
- I co, kupiłeś? – Zainteresował się grubas, gramoląc się z ławki. – Kurwa, ale mi dupa ścierpła, no. Daj to piwo.
- Poruszałbyś się coś, a nie, żresz tylko, to ci dupa rośnie, kurwa.
- Odpierdol się od niego, nie. Trudno mu się kurwa ruszać, to się nie rusza. Kupiłeś?
- Kupiłem, nie będę skąpił. Facet pierdolił, że zapalniczka odpali 12 tysięcy razy.
- Co? Ile, kurwa?
- 12 tysięcy, nie.
- I co?
- Nic, kurwa, wróciłem do chaty i okazało się, że nie działa. Wkurwiłem się, ale nie chciało mi się już wracać na bazar.
- Kurwa. Koniec świata – grubas się zamyślił. Wszyscy trzej zamilkli na chwilę.
Nagle rozległ się potworny warkot, dudnienie dziesiątek silników, buczenie klaksonów i ich oczom ukazała się parada motorów, eskortowana przez wozy policyjne. Motocykliści trąbili, podkręcali obroty, machali do przechodniów. Maszyny mknęły po ulicy tuż obok placu zabaw, lśniły w słońcu, wydmuchiwały chmury spalin, robiły mnóstwo hałasu i zamieszania.
Trzech zmęczonych życiem facetów z rozdziawionymi ustami spoglądało za motorami, po czym ten najniższy klasnął w dłonie, wybijając dwóch pozostałych z letargu.
- Kurwa, najechali nas!
- Co?!
- Koniec świata, musimy się zorganizować, panowie, do boooju – zaryczał grubas.
- Te, no, kurwa, te ruskie wilki! – Mały podskakiwał z podekscytowania. – Jadą przez nas, jadą, kurwa!
- Pojebało cię, mieli polskie flagi! – Wrzasnął ten w czapce. – To nasi byli!
Niski i grubas spojrzeli na kolegę z niedowierzaniem.
- Poważnie, no kurwa, sam widziałem – uspokoił ich – ale Mietek ma rację, kurwa, ruszyć się trzeba, nie. Dopijamy to i idziemy. Nie będziemy tu siedzieć do końca świata, nie.

niedziela, 19 kwietnia 2015

odc.137.: DLA NORMALNYCH LUDZI


- Zachwycające! Zobacz, Janusz, no zobacz sam, jakie dorodne brokuły! I jaka zielona sałata! Zachwycające, naprawdę!
Autentyczny zachwyt dominujący w głosie, spojrzeniu i gestach starszawej damy był czymś wyjątkowo rzadko spotykanym w miejscu tak prozaicznym, jakim niewątpliwie jest supermarket, że niejeden klient obracał się za nią ze zdumieniem. Kobieta nie zwracała uwagi na otoczenie i pruła w euforii przez sklep, odwiedzając kolejne stoiska i ciągnąc za sobą męża, drepczącego za nią z wielkim wózkiem zakupowym i stoickim spokojem, świadczącym o przyzwyczajeniu do tego, że jego towarzyszka życia reaguje entuzjastycznie na widok zwyczajnych warzyw, a na myśl o deserach krzyczy z radości.
- Janusz, spójrz, jaki ogromny pęczek rzodkiewek! Czy ty kiedyś widziałeś takie rzodkiewki?!
- Czyli bierzemy?
- Oczywiście, bierz dwa, są wspaniałe! A te spody do ciast? Jakie okrąglutkie, jak… Ojej, a ta kawa, czy ty czujesz, jak ona pachnie?
- Jest zamknięta. Nie czuję.
- Ale zapłacimy dwa razy taniej niż w Tesco, na co czekasz, bierzemy, tam masz w tej cenie dwie, a tu aż trzy, czy ty rozumiesz, Janusz, jak tu się cudownie opłaca? Dlaczego my tutaj tak rzadko przychodzimy?
Pan Janusz wzruszył ramionami, pakując kawę do wózka.
- A tutaj, zobacz Janusz, te spodnie, podobno to zupełnie nowa promocja, ale nie wiedziałam, że aż taka, super jest! Alinka mi mówiła, pamiętasz która, ja ci o niej mówiłam, ale ty mnie nigdy nie słuchasz, Alinka mi wspominała, że jest taka reklama w telewizji, no wiesz, która Alinka, ta co ma tego syna, co to on wiesz co…
Janusz chyba nie wiedział, ale nie zdołał odpowiedzieć, bo sznurowadło zaplątało mu się w kółko wózka.
- No co ty tam tak kucasz, jak ja tu widzę taki serek, nigdzie nie widziałam takiego serka, jak tutaj, bierzemy! Jakie świetne te spodnie, ale ja nic o nich nie wiem! Halooo! Czy ktoś mi powie coś o tych spodniach?!
Pytanie wygłoszone bardzo głośno zawisło dramatycznie na dłuższą chwilę, dając panu Januszowi czas na stoczenie krótkiej, acz zwycięskiej batalii z krnąbrnym sznurowadłem. Obok starszej pary pojawiła się pracownica marketu, z uprzejmym uśmiechem i skrzynką jabłek.
- No nareszcie jest pani, pani kochana, czy te spodnie są dla normalnych ludzi?
- Yyy – powiedziała sprzedawczyni z namysłem. – Hm. Co to znaczy: dla normalnych ludzi? Rozmiary mają i w ogóle.
- Kochana pani jest, naprawdę cudowna, ale czy one pasują na ludzi takich, no wie pani, z biodrem, brzuchem i w ogóle, ze wszystkim?
- Yyy. Chyba pasują. Ja nie wiem, nie mierzyłam. Ja jestem z innego stoiska.
- Te jabłuszka co tu pani ma to przepiękne są, no naprawdę, macie świetne rzeczy tutaj.
- Yyyy. No, tak. Ja nie wiem. Ale ludzie kupują. Tych męskich koszul i spodni to ponoć już w poniedziałek nie było, damskich jeszcze mamy kilka par, ale już się kończą.
- Czyli że dobre? Pani by kupiła, jakby potrzebowała? Mogę pani zaufać? – Starsza pani dokręciła śrubę, przenikając pracownicę sklepu wzrokiem.
- Yyy… Nie wiem. Proszę pani – pracownica ściszyła głos konspiracyjnie – tu obok, w lumpeksie są różne takie. I spodnie, i inne, można się ubrać inaczej niż całe miasto. Bo tutaj to w poniedziałek ludzie stali przed otwarciem i większość wykupili.
- A widzisz, Janusz! – Zakrzyknęła triumfalnie starsza pani – jak to dobrze spotkać porządnego człowieka, co powie szczerze! No jak wykupili i stali, to znaczy, że dobre! Pani mówi, że nadają się dla normalnych ludzi! Na co czekasz, bierz dwie pary!

środa, 15 kwietnia 2015

odc.136.: BEZ NICZEGO


Wielgachne szuflady opatrzone kolejnymi literami alfabetu zawierają akta spraw tysięcy osób. Szafa z szufladami kryje w sobie teczki z opisami zagadnień mniej lub bardziej beznadziejnych i takich też przypadków. Pełne zaświadczeń, oświadczeń, pism, kserokopii aktów urodzeń i zgonów, wezwań komorniczych i PIT-ów, wniosków i nadziei na pomoc, której państwo może udzielić lub nie. O decyzji MOPS obywatel zostanie poinformowany korespondencyjnie, ewentualnie wezwany kolejny, setny już chyba raz aby dostarczyć brakujące dokumenty, bo przecież nie można od razu na miejscu zerknąć i upewnić się czy delikwent przyniósł w ząbkach to, co powinien. Decyzja zostanie wydana na podstawie owego stosu papierów, a także gąszczu wzajemnie się wykluczających przepisów. Państwo nie ufa obywatelowi, bo po co, przecież podpis i oświadczenie to na pewno kłamstwo, lepiej zagłębić się w stosie makulatury, korespondencji między ZUS, NFZ, Urzędem Pracy a Miejskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej oraz np. pracodawcami i sądem. Instytucje te nie tylko ze sobą nie współpracują, ale zdaje się, że starają się zwalczać i tępić przejawy swojej działalności. Obywatel, który usiłuje w jednej z nich przedstawić dokument lub opinię z drugiej, zostaje co najmniej wyśmiany, a na pewno zbesztany i pouczony o tym, kto ma rację i dlaczego nie inni.
W kolejce do magicznego pokoju zbierającego kolekcje kolejnych zaświadczeń i wyjaśnień czekało kilka osób. Wiekowa pani w płaszczyku i adidasach, czytająca podniszczony kryminał, młoda kobieta z dwojgiem kilkuletnich szalejących i wrzeszczących dzieci oraz dwóch panów, z których jeden miał minę męczennika, a drugi twarz obojętnie znudzoną, przyklejoną do smartfona.
- Ileż to trwa – westchnął męczennik. – Wzywają ciągle i wzywają. I lataj, człowieku.
- No – poświadczyła młoda kobieta z roztargnieniem – Tomeczku, spocisz się. Trzeci raz tu jestem. Kserują tylko i… Juleczko, nie pchaj brata, bo się uderzysz.
- Aaaaaaa!! Mamooo, a ona mnie pchujeeee!!! – Wydarł się natychmiast chłopczyk, kładąc się na podłodze, podczas gdy jego siostra z udawanym zainteresowaniem oglądała swoje buciki.
- Juleczko, nie pchaj brata, brudny już jest, a teraz leży – skarciła córkę kobieta. – Tomeczku, wstań. Tu jest brudno, poleżymy w domku.
- Dzieciaki muszą się wyszumieć – odezwał się znudzony zza smartfona. – Ja w tym wieku też biegałem. Obdarte kolana, strupy, wie pani jak to jest. Rozbite łokcie i łażenie po drzewach, co?
Starsza pani, trącona przez niego lekko łokciem, odkleiła zamglone oczy od książki.
- Wie pan, ja rzadko łażę po drzewach – odparła uprzejmie, maskując zdziwienie. – Wolę inne rozrywki. Czytanie na przykład. Każdy się bawi, jak lubi, że tak powiem.
- Ja chcę się bawiiiiić! – Zażądał Tomeczek, wczołgując się pod krzesło matki. Za nim podążyła siostra, co spowodowało tłok pod siedzeniami i lekki popłoch młodej kobiety.
- Zaraz pójdziemy na plac zabaw, jak nie będzie padało, to pobiegacie, a potem…
- Ja chcę bajkę z komputelaaaa!!! – Oświadczyła Juleczka wypełzając spod krzesła i puszczając kontrolną łezkę.
- Wy wszystko chcecie, a ja nic nie mam. Ale coś wymyślimy, tylko uspokójcie się, cholera – zdenerwowała się kobieta. – Wam tylko w głowie zabawy!
- No, kur… czę, ja też inne, tego, wolę. To znaczy zabawy, nie! – Ucieszył się facet z telefonem. – Rozrywka przede wszystkim, niech się dzieje, czad! No, dam im te papiery, to będzie kasa i będzie zabawa!
- Na rozrywki to mnie nie stać – męczennik zasmucił się ostatecznie i spojrzał na resztę z chorą satysfakcją. – Dlatego tu jestem. Nie ma pracy, nie ma pieniędzy, nie ma niczego, proszę państwa.
- Oj, panie, bez niczego to się nie da…

wtorek, 7 kwietnia 2015

odc.135.: MAMUŚKA


Przy przejściu dla pieszych na placu Legionów (onegdaj PKWN) przystanęła bogata wizualnie para. Ona w legginsach międzygwiezdnych i twarzy składającej się głównie z błyszczyka, on w firmowych dresowych kilku paskach, obowiązkowej podgolonej łysinie i wyrazie twarzy sugerującym natychmiastowe pociągnięcie z czoła tym, którzy na to sobie zasłużą jednym choćby spojrzeniem. Nie gapić się, bo z liścia w lampę można zarobić.
- Kiedyś była gruba, ale widziałam foto na fejsie, nie. I odkąd przeszła na dietę, kurwa wegetariańską, to się super zmieniła. Nie poznałbyś jej.
- E, nie pierdol, przecież widziałem ją, no, kilka dni temu.
- Niby gdzie? Przecież ty nigdzie nie wychodzisz.
- U nas. No, kurwa, na osiedlu, koło Biedronki.
- Niby kiedy?
- Wczoraj, jak wyrzucałem śmieci. Sama kurwa kazałaś, nie.
- Acha. I co? Mówiła coś?
- Nie, przecież nie rozmawiacie ze sobą, nie.
- Acha. Do ciebie to mogła chociaż „dzień dobry”, nie. I co?
- Nie widziała mnie, bo stała z jakimś, kurwa, gostkiem.
- Acha. I jak wyglądała?
- Znowu jest z niej niezła mamuśka.
- Niezła? Czyli gruba?
- No… Nie taka lasencja, jak ty, nie. Trochę ma więcej, kurwa, nie, tego, no. Ale niezła mamuśka.

sobota, 4 kwietnia 2015

odc.134.: INSTYNKT STADNY


Koniec marca w city zaskoczył zimowo nie tylko drogowców. Gradobicia, oślepiające słońce i przelotne opady deszczu to objawy typowe dla wczesnej wiosny, ale city było nieco zdumione śnieżycami, gołoledzią i gdy naród usiłował ubrać się stosownie do pogody, jasnym było, że to się nie uda, skoro za oknem co kwadrans jest inna aura. Tak więc po ulicach Wrocławia, pod niebem pełnym chmur wszelkiej maści, wściekle gnanych huraganowym wiatrem, błąkało się wiele płaszczy zimowych, kurtek wiosennych, kaloszy, ciżemek i innych strojów skrajnie różnych.
Naród marzł, pocił się i kichał, bo coś już zaczyna pylić. Starszyzna twierdzi, że teraz to wszystkie te z alergiami chodzą, z nosa cieknie i nie wiadomo co, a sąsiad to mówi, że leszczyna już skończyła pylić.
A na dodatek naród ruszył na wielkanocne zakupy spożywcze. Chociaż święta trwają w sumie dwa dni, naród zapragnął nabyć wszystko, co pozwoliłoby przetrwać co najmniej tydzień w oblężonej twierdzy, a może i dłużej. Dlatego naród utknął w niekończących się kolejkach na stoiskach mięsnych, do kas, kupując w amoku wszystko jak leci lub drobiazgowo porównując ceny w pobliskich sklepach.
- …chciała mnie koniecznie na to namówić, wpierała że wszyscy noszą takie – mamuciej postury dama zasapała się, kontynuując monolog między półkami z makaronem a piramidą zgrzewek z wodą mineralną w sporym osiedlowym sklepie spożywczym, aspirującym do miana delikatesów. Możliwe, że dorodny, dobrze wykarmiony słoń byłby zawstydzony swoim niskim wzrostem i wąską talią, gdyby przyszło mu stanąć obok tej damy, odzianej w gustowny dresik zainspirowany modą bazarową z początku lat 90-tych XX wieku. – No wiesz, a ja jej na to, że nie będę nosić tego, co wszyscy, kurna.
- Racja, dobrze jej odpaliłaś – zarechotała niska kobietka, w jaskrawej kurtce puchowej i zimowych butach. Jej wielka koleżanka sapnęła aprobująco i przecisnęła się bliżej pieczywa, teoretycznie wypiekanego na miejscu.
- Ja to się lubię jakoś wyróżnić, nie. Mój Łukasz to mi zawsze powtarza, że to jest w modzie, tak się wyróżniać. A nie, jak ten, no, instynkt stadny. Że wszyscy to samo.
- No właśnie.
- Ubierają to samo, jedzą to samo i robią to samo. Co inni. Jak z reklamy.
- Ludzie to w ogóle chcą robić to samo, co inni. Moi to na ryby chcą już jechać.
- Za zimno chyba?
- Dla mnie to w ogóle bez sensu, tak marznąć rano, nie. – Kobietka otuliła się mocniej kurtką. - Ale wiesz, jak to z chłopami. W zeszłym roku stary uczył syna łowić.
- A ile ma?
- Sześć lat dopiero, nie. I jechali wczoraj koło stawów, tam wiesz, koło Milicza i syn widział i krzyczał „tata a oni rybują” i że on też chce. Skaranie boskie.
- Z moimi to nie mogę z domu wyjść. Starsza teraz siedzi przy komputerze, a małą wzięłam… Gdzie ty latasz i latasz?! – Dresowa dama ryknęła nagle, budząc lekki popłoch w sklepie. Uprzejme pytanie kierowała do kilkuletniej dziewczynki, która nieopodal siedziała na podłodze, nie zwracając uwagi na omijających ją ludzi i z dużym zainteresowaniem układała wieżę z jogurtów.
- Wieza się kiwa – poinformowało grzeczne dziecko. – Chcę jogulcik. Duzo.
- Mamunia nie ma tyle pieniążków – odpowiedziała zniecierpliwiona dama. – Ty ciągle coś chcesz, a mamunia nie ma pieniążków.
- Zuzia miała po komuni. Wszyscy się cieszyli i mieli komuni. To mama zlób Zuzi dlugie komunie i znowu będzie pinionżek – ucieszyła się dziewczynka i wstała, przewracając jogurtową budowlę. – O, wieza bam, o, rozlewało się.
- Skarbeńku, chodź do mamuni – dama rozejrzała się niespokojnie, sprawdzając, czy ktoś widział zniszczenia w dziale z nabiałem i słyszał szczere wyznanie dziecka – nie można zrobić drugiej, jedna wystarczy. A ty też będziesz mieć komunię, za kilka lat, jak podrośniesz. Teraz nie mamy pieniążków.
- Ale ja chcę telaz! Ja tez chcę! Pinionżek jak Zuzia miała! – Mała zirytowała się i tupnęła nogą. - Duzo pinionżek miała Zuzia.

niedziela, 29 marca 2015

odc.133.: INNA ZARAZA


Zdeptane klapki, służbowe fartuchy narzucone na sweter i spódnicę, oczko w rajstopach i włosy upięte w kok z kilkoma niesfornymi, ufarbowanymi na blond w kilku różnych odcieniach, wystającymi kosmykami - te cechy wyglądu łączyły obie panie sprzątające ośrodek opieki zdrowotnej, zdaje się, że niepubliczny, jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało. Jedna z nich była starsza od drugiej, zdaje się, że o jakieś dwie dekady. Obie przysiadły w poczekalni między laboratorium a gabinetami lekarskimi. Zastygły jak posągi, w oczekiwaniu, z workami na śmieci w dłoniach, nie chcąc przeszkadzać pacjentce w wizycie, postanowiły poczekać z wymianą worków aż lekarka skończy badanie.
- Nie spieszy mi się. No bo tego, gdzie mam się spieszyć?
- Nigdzie, w pracy jesteś, nie.
- O, racja, to nie mam gdzie się spieszyć – zaśmiały się obie.
Młodsza zerknęła na plakat wiszący na ścianie nieopodal.
- Manograficzne jakieś, tu, reklamują. Badania.
- A po ile to, ciekawa jestem.
- Niby że na enefzeta. Badać się trzeba, tu piszą, że cycki. A ty badasz?
- A tam, za stara już jestem na raka czy inną zarazę.
- Ponoć to po 50-tce akurat łapie.
- Jak sie zarażę, to se wytnę wszystko, jak ta Dżolis se wycięła, nie. Żeby raka nie mieć.
- Zobaczysz, dopadnie ją jakaś inna zaraza.
- To nigdy nie wiadomo. Mój wujek to na nogę umarł.
- Jak to na nogę?
- A bo pił i musieli mu stopę odciąć.
- Acha. To co, zrobisz sama laboratorium?
- Nie, posiedzę jeszcze z pięć minut i pomyślę, to może co wymyślę.
- Czas mamy, ale zrobić też trzeba.
- Sama nie pójdę, one mnie nie lubią, te z laboratorium.
- Tam z przodu, bo z tyłu to się czepią, że między komputerami chodzisz sama, to na mnie poczekasz. A ja tu zrobię, jak ta doktorka wyjdzie wreszcie.
- Ciekawe, co ona tam robi.
- Zarabia, nie. To prywatny jej gabinet, na enefzeta nie ma tutaj godzin.

wtorek, 24 marca 2015

odc.132.: Z CZAPY


Toga adwokacka powiewała jak skrzydła wielkiego kruka albo szata czarodzieja żywcem wyciętego z opowieści o Harrym Potterze, gdy prawnik w nią odziany przemierzał korytarz wrocławskiego sądu, tupiąc w jedną i zaraz potem w drugą stronę, krążąc i perorując przez telefon, donośnym głosem i z nienaganną dykcją oznajmiając światu, że cierpi, a przyczyn tego stanu jest naprawdę za wiele.
- Termin z czapy! Na dodatek teraz dopiero widzę, że dokumentacja niekompletna, te ich wnioski kompletnie z czapy, a ja mam jakąś jelitówkę i nie wiem, kurrrr… Nie mam pojęcia czy tu wysiedzę. Z czapy, powtarzam i rano też im to mówiłem. Nikt mnie nie słuchał, tylko mnie zarazili, jakby tego jeszcze mi brakowało. Latam do kibla i z powrotem. Tak, zaraz się zacznie, a ja nie wiem, czy tu wysiedzę. No, wziąłem. Nie wiem, lepiej niech się dzisiaj nikt nie spóźni, bo się tu zesrrr… Coś ty, z czapy, nie wiem, kto to ustalał, przygotowali wniosek i pełnomocnictwo, ale z czapy! Ożeszszkur…
Zgiął się wpół, ze spazmem bólu przebiegającym po twarzy. Za adwokatem, wygiętym w kompromitującej pozie, na drewnianej ławie, jednej z wielu, które są rozstawione pod każdą salą rozpraw po obu stronach korytarzy sądowych, siedział młody, krótko ostrzyżony chłopak, z przegubami rąk dyskretnie osłoniętymi przewieszoną kurtką. Nieodgadniony wyraz twarzy, trochę wściekły, odrobinę znudzony, zabarwiony prawdziwą lub udawaną obojętnością, towarzyszyły mu w tym pełnym emocji miejscu, podobnie jak dwóch policjantów, którzy najwyraźniej go pilnowali. Słysząc słowa prawnika, nieco odsunęli się w drugą stronę. Chłopak zarechotał.
Adwokat wyprostował się, stęknął i zamaszyście okrył togą.
- Teraz mam jakieś, kurrrr… dreszcze. Jelitówka, epidemia jest, a telewizja milczy, jak zwykle, a tu żołądkówka, jak nic. To będzie cud, jeśli dzisiaj uda się to wszystko, mówię ci. Za chwilę się zacznie, a ja jeszcze muszę… O kurrr…
Nie dokończył zdania, tylko zgięty wpół pobiegł na koniec korytarza i zaraz znikł z pola widzenia, a z dala było słychać, jak zbiega po schodach. Chłopak na ławce znowu zarechotał. Jeden z policjantów wstał, rozprostowując kości i spojrzał z politowaniem na śmiejącego się młodziana.
- Co się śmiejesz, sam se tego nie załatwisz, nie. Ty się módl lepiej, żeby wrócił.

piątek, 20 marca 2015

odc.131.: ZGUBA


- O, tu jest moja zguba! Moja maleńka, kochana, jak ja bym bez ciebie, maleństwo moje kochane, chodź tu do pańci, no chodź, cichaj już, nie denerwuj się, bo się zachłyśniesz i pańcia się zapłacze – głos starszej pani ociekał słodyczą, choć jednocześnie zaprawiony był szczyptą strachu o ulubieńca. Wraz z koleżanką stała przy skwerku przy deptaku na Podwalu, delektując się pogawędką i spacerem ze wspomnianą zgubą.
Ratlerek w czerwonym kraciastym wdzianku telepał się, jakby panował arktyczny mróz, szalały śnieżyce i zamarzało w nosie i nie tylko, a tymczasem słoneczne przedwiosenne słońce miło grzało w city. Zwierzę teoretycznie zwane psem, przypominające mikroskopijną wściekłą sarenkę drżało demonstracyjnie mimo ciepłego stroju, tocząc wokół poirytowanym, lekko szaleńczym spojrzeniem i ujadając na wszystko i wszystkich, którzy śmieli poruszać się w promieniu 100 metrów.
- Biegasz i biegasz, spocisz się i zgubisz – skarciła go właścicielka. Pies zignorował staruszkę, drżąc wytrwale.
- Wieje – rzuciła sucho koleżanka miłośniczki psów wielkości świnki morskiej.
- A tak, tak, zdradliwa pogoda. W kościach łamie, no… Tak, co to ja chciałam powiedzieć…
- Mówiłaś, że Klemens się zgubił. Ale ja widzę, że jest.
- Och tak, wczoraj mi się zgubił i dzisiaj też. Niedługo sama się zgubię.
- Ale jest przecież. O tu, szczeka.
- No tak, tak, ale skąd ja wiem, czy zaraz znowu nie zniknie. Ciągle gdzieś chce latać, ten mój piesiunio, moje rybeńki złote – starsza pani znowu się rozczuliła, co jej rozmówczyni skwitowała kwaśnym uśmiechem.
- Jest na smyczy, daleko nie ucieknie. A gdzie się zgubił?
- W domu.
- Jak to, w domu? Masz takie małe mieszkanie, jak mógł się tam zgubić?
- Wieczorem schował się, bo w telewizorze tak głośno strzelali. To wnuk oglądał. Mówił, że to film, ale ja nie wiem. I się schował.
- Wnuk?
- Nie, Klemens, schował się i nie mogłam go znaleźć. Nie chciał mi pomóc, a ja się tak martwiłam i go prosiłam, pomóż…
- Klemensa?
- Nie, wnuka, bo oglądał film.
- Ale się znalazł? Klemens? Widzę go tutaj, przecież to ten twój pies – koleżanka była już zniecierpliwiona tą konwersacją i przewidywalnymi zwrotami nudnawej akcji.
- No tak, wreszcie zaczął piszczeć, z głodu. Ten mój biedny piesiulek! Wcisnął się między kanapę a fotel, aż mało go nie zgniotłam. Moja zguba, chodź do pańci!

środa, 18 marca 2015

odc.130.: DOBRY TOWAR


Kolejka na poczcie to prawdziwy obraz demokracji. Stoją w niej wszyscy i każdy musi swoje odczekać: matuzalemowe staruszki, klasycznie zmęczone matki z rozbrykanymi dziećmi, demolującymi stojaki z ulotkami i formularzami pocztowymi, a także biznesmeni stukający nerwowo w smartfony, studenci beztrosko rechoczący z radością życia, woniejący ulicą i ławką w parku bezdomni oraz wszyscy inni, których codziennie można spotkać w city.
Kolejka bardzo rzadko kogoś przepuszcza, kombatant, nie kombatant, panie ja tu już prawie godzinę stoję, a auto mam na zakazie i tam już pewnie straż miejska zakłada blokadę. Pani z dzieckiem, pani kochana ja też mam dzieci, to znaczy nie mam, ale mógłbym mieć i co mi tu pani z tym dzieckiem, wafla je to zaraz mnie pobrudzi. Pani starsza to sobie usiądzie i też poczeka, nie, każdemu się spieszy.
Pracownicy poczty ze stoickim spokojem załatwiali sprawy kolejnych interesantów. Asortyment tej instytucji ostatnimi czasy bardzo się rozrósł, więc oferuje się tu już nie tylko listy zwykłe lub polecone, paczki, rachunki, finanse, ale też artykuły papiernicze, zabawki, książeczki dla dzieci i gry planszowe, pocztówki, znaczki, gazety lub czasopisma.
Facet w lśniących nowością za wąskich spodniach, ewidentnie za ciasnych i o rozmiar za małych, stał i gadał przez telefon. Niewygodnie mu było, odzienie uwierało go tu i ówdzie i przestępował z nogi na nogę jakby w tle leciało reggae.
- Co? Na poczcie jestem… Z jakimś awizem, debile, mejla mogli wysłać, to nie, kur… Co? Czy Józek już oddał tego tysiaka? Nie, kur... To znaczy, no nie wiem. Może oddał, może nie oddał, nie. Lepiej, żeby oddał w towarze. Ma dobry towar.
Drzwi poczty otworzyły się niemrawo i do środka wszedł menel, brudny jak po walce w błocie, zarośnięty, śmierdzący wszystkim, co natura dała przez kilka ostatnich dekad.
- Szszpani kierrniczko – zachrypiał, wygrywając z miejsca konkurs na najbardziej jazzowy wokal roku – dwadzieścia groszy? No, poratuje szszpani? – W głosie rozbrzmiewała nadzieja na pozytywną odpowiedź.
Starsza kobieta odwróciła się i zmierzyła go wzrokiem.
- A idź pan do pracy, jak uczciwi ludzie, a nie, żebrać się chce – warknęła z wyższością i skrzywiła się.
Z trudem, bo z trudem, ale facetowi w za wąskich spodniach udało się również odwrócić i nawet sięgnąć do kieszeni po drobną monetę.
- Masz, człowieku, tylko idź już stąd, bo oddychać nie można.
Źródło nieatrakcyjnej woni przyjęło pieniądz i wyszło posłusznie.
- A, nic, menel jakiś. No, Józek też by taki był, ale ma ten towar dobry. Nie fakturuje, nie wydziwia, nie. Jak coś wisi, to oddaje, mnie tam, kur… obojętne, nie, czy gotówka, czy towar. Niezły ma.

poniedziałek, 16 marca 2015

odc.129.: CWANIARA


Nowy, choć już nieco wypełniony lepkim miejskim brudem tramwaj mknął cicho przez miasto. Dookoła kasownika tłoczyli się zniecierpliwieni pasażerowie, balansując i chybocząc się w rytmie jazdy, jakby wszyscy tańczyli coś nowoczesnego, co podoba się tylko koneserom: dłonie uniesione, w jednej karta płatnicza (albowiem biletomaty w autobusach i tramwajach nadal konsekwentnie odmawiają gotówki), druga machając bezradnie łapie równowagę, nogi szeroko rozstawione, od czasu do czasu kroczek w przód lub w tył, wyminięcie osoby obok lub delikatne potrącenie, wraz z obowiązkowym gwizdnięciem w ramię lub w bok torebką tudzież parasolem, kwaśny uśmiech lub burknięcie „…-eprasza” i odmruknięcie „-nszkodz”, połączone z jednoczesnym nieżyczliwym zerkaniem na delikwenta korzystającego z biletomatu, jakby samo spojrzenie mogło przyspieszyć drukowanie biletu. Miejska symfonia śródkomunikacyjna.
- Ona jest taka cwaniara wredna, ja ci to mówię – głos przepełniony jadowitą satysfakcją żwawo przebijał się przez szum pojazdu. Wysokie tony pełne barwnej treści emitowała niepozorna kobietka, zwinięta w kłębek z telefonem, torbami, otulona płaszczem i szalem. Ostatnie podrygi zimy bywają przenikliwe i ostre w powiewach, podobnie jak wokal tej pani. – Cwana jest, ta Baśka*, mówię ci. Nie, coś ty, no ty byś musiała myśleć jak ona, to też byś się nachapała. Nażrą się i zesrają. Ty wiesz, ja ostatnio patrzę, a ona im pozwala, no już na wszystko im pozwala, jak płacą, no ty wiesz, cebulę jej sadzą pod oknem. Jakbym ja była taka pazerna, jak ta cwaniara Baśka, to też bym se sadziła. Jebie jej ta cebula, wszystkim im jebie. Pazerne to, cwane, rentę kradną Wieśkowi* pewnie. Będą żarli cebulę teraz. Zesrają się, a niech im będzie. A co im powiesz? Nic im nie powiesz. I wejść się nie da, bo ta cebula jebie. Cwaniara pazerna, zapłacili jej dobrze za to, niby żal im kupić, to sadzą. A ja im nie żałuję tej cebuli, niech żrą, tylko strasznie pod oknem jebie.


*Imiona fikcyjne - ze względu na drastyczność sytuacji oraz drażniącą woń cebuli.

czwartek, 12 marca 2015

odc.128.: POŻYCZ, KU*WA


Na budowie wrocławskiego Narodowego Forum Muzyki praca wre. Od kilkunastu miesięcy ekipy robotników stukają, pukają, wiercą, przywożą, odwożą, rozładowują, podnoszą, w kontenerach poustawianych jeden na drugim mieszkają i po okolicy kiepy rzucają, na dodatek deptak spacerowy Podwala zagradzają. Budowla niedawno zaczęła nabierać kształtów i barw, jak to było wcześniej narysowane i pokazane na tablicach informacyjnych i w lokalnych mediach.
Grupa budowlańców w służbowych, poplamionych pracowicie uniformach i kaskach, przysiadła na murku nieopodal gmachu sądu, z dala od budowy, najwyraźniej delektując się przerwą. Miny zmęczone, spracowane, zaciągnięte dymem z papierosa.
- Patrz – rzucił jeden przez zęby, wydmuchując wąziutkiego węża – wysępił fajkę i tyle go widziałeś, kurwa.
- No – przytaknął drugi. – Ciągle tylko: pożycz, kurwa. Na kolację pożycz, kurwa, na śniadanie pożycz, kurwa.
- Portfela zapomniał, drobnych stary nie mam, pożycz kurwa – wyliczał ten z papierosem, puszczając nosem dwie strużki dymne.
- Bez nas to by z głodu umarł. Człowiekiem trzeba być, nie, no to jestem, nie.
- No jasne, kurwa. Ale ileż można, kurwa, pożyczać.
- Ciekawe czy kiedyś odda, kurwa.
- Nawet nie wiem ile. A ty wiesz?
- Nie, kurwa. Zapomniałem, żeby zapisywać, myślałem, że on też jest, kurwa, jak człowiek. 

wtorek, 10 marca 2015

odc.127.: W SUMIE


- W sumie mamy wino od ojca, znowu – prychnęła piękna dziewczyna ustami obrażonymi na cały świat, a głównie na wspomnianego ojca, jego wino i co się da. Westchnęła głośno, kątem oka sprawdzając, czy ów gest został zauważony. - Ciągle przywozi, teraz na Dzień Kobiet, pierdolca można dostać, no.
- Tylko się nie denerwuj, Bożenko – jej chłopak wykładał produkty na taśmę. Szczupły, ubrany w modny płaszczyk, podobnie jak jego dama, miał na szyi kolorowy szalik, również pasujący do jej szala. Wąskie spodnie, stonowane barwy, wystylizowane fryzury i dodatki. Najwyraźniej uzgadniali takie detale, bo oboje wyglądali jak z francuskiego „Vogue” z końca lat siedemdziesiątych XX wieku.
Sklep należący do popularnej sieci dyskontów o owadziej nazwie pełen był popołudniowych klientów, błąkających się z różną prędkością między półkami z okazjami, promocjami, nowościami i towarami w atrakcyjnych cenach. Przeważali poszarzali na twarzach ludzie po całym dniu pracy, milczący w cichej furii, a między nimi błąkali się entuzjastycznie rozgadani uczniowie po szkole, poza tym w ten zwyczajny miejski tłum wmieszali się też zblazowani studenci po zajęciach w pobliskiej wyższej szkole teatralnej oraz zmęczeni rodzice z wrzeszczącymi dziećmi. Oto cały wrocławski świat upchnięty w jednym dyskoncie, jak to bywa w city.
Na tym szarawym, niedbale odzianym tle, para młodych ludzi stojących w kolejce do kasy wyróżniała się jak papużki w stadzie gołębi.
- Możemy gdzieś wyjść, jeśli chcesz. Mówiłem, że skoro nie mogłem ci złożyć życzeń w święto, to bym cię zaprosił, nie. Na piwo, czy coś – chłopak odważnie podjął temat, podczas gdy jego dziewczyna zawiesiła się na czytaniu instrukcji obsługi szamponu przeciwłupieżowego.
- W sumie nie mówiłeś, że masz łupież – odparła oskarżycielsko i trochę kpiąco. Chłopak się zarumienił po końcówki szpiczastych, lekko odstających uszu.
- Ttto dla brata, nie dla mnie.
- Acha, jasne.
Na chwilę zapadła cisza.
- To co, wyjdziemy gdzieś? Kupię ci kwiaty i w ogóle.
Dziewczyna nie odpowiedziała od razu, tylko najpierw wzruszyła ramionami.
- Kwiaty są martwe. No zobacz, tu też są, odcięte i bez życia. 
- W sumie racja, tylko się nie denerwuj. To może pójdziemy gdzieś, jak kiedyś?
- A niby gdzie? Tu nie ma fajnych miejsc, w sumie. Jak byłam – podniosła nieco głos – w niujorku, u siostry, to codziennie byłyśmy GDZIEŚ. – Przewróciła oczami i kontynuowała – Na tej pustyni można tylko siedzieć i pić.
Chłopak wyraźnie się ożywił.
- To ja może skoczę jeszcze szybko, co? Mają tu promocję win portugalskich, zaraz coś znaj…
- Nie fatyguj się – wycedziła dziewczyna. – Ojciec przywiózł wino, na pewno jest lepsze – gestem władczyni Kosmosu wskazała w nieokreślonym kierunku – od tego tutaj.
- W sumie racja – chłopak odwrócił się do niej plecami, bo kasjerka zaczęła skanować ich zakupy. – Reklamówkę poproszę, dzień dobry. Nie, za kwiaty dziękujemy, są martwe.

środa, 4 marca 2015

odc.126.: PROBLEM Z GŁOWY


Pielęgniarki rozmawiały fragmentarycznie, wymieniając uwagi urywkami zdań, mijając się w pędzie na korytarzu, miotając się jak jaskółki w locie przedwieczornym, gdy szaleją w świetle zachodzącego słońca, polując na insekty. Oddział pełny, więc nie było czasu na dłuższą pogawędkę przy kawce. Jednym trzeba zmienić kroplówkę, innym podać leki, a kolejnych poinstruować, że to nie luksusowe spa, tylko szpital i przecież podpisał pan regulamin, pan chyba umie czytać, no to pan wie, że nie wolno przesiadywać więcej niż jedna osoba a wyraźnie widać, że jest więcej niż jedna i w ogóle ordynator zamknął oddział i nie ma już odwiedzin.
- …przychodzą i siedzą, co weekend tak mam. Idę teraz na ósemkę z tym antybiotykiem, a potem na szesnastkę, zapisz.
- Dobra, a ja lecę po wyniki, bo miały już być, dla tej z piątki. A jak masz dyżur?
- To pytają, czy następny weekend wolny, bo chcieliby wpaść. Znowu! I co z tymi wynikami?
- Mam już ten mocz, krew niezła, idę im powiedzieć. I ty tak im mówisz? A nie możesz powiedzieć, że masz dyżur?
- Rodziny nie będę kłamać, coś ty, ale mam tego już dość, tyle ci powiem. Gości mam dość.
- A co chcą?
- Przychodzą i wiesz, gadają, że ja tak gotuję, no bo umiem rzeczywiście, że winko dobre podaję, że tak miło…
- Za chwilę robimy następne przyjęcie, z izby dzwonili że następnego wiozą. No… Fakt, u ciebie jest super!
- Jezu to ostatnie miejsce i mamy komplet… Sama widzisz, no to ciągle przychodzą i mam już dość!
- To wiesz co, ja ci powiem co masz zrobić i problem z głowy…
- Ciekawe, no co?
- Następnym razem jak przyjdą, to nie gotuj, tylko daj im pizzę mrożoną, a zamiast dobrego winka kup najtańszą nalewkę typu landryna. Odechce im się i problem z głowy!

niedziela, 15 lutego 2015

odc.125.: OSTATNI GROSZ


- Tłumaczę pani. TAK. Ci oszuści, którzy wysyłają te maile, nie wiedzą, że pani ma konto w naszym banku. I nie znają pani ani pani męża. NA PEWNO. Proszę pani, już pani tłumaczyłam – w głosie pracownicy banku dało się wyczuć leciuteńką nutkę zniecierpliwienia, pokrytą fasadą profesjonalnej uprzejmości – oni te maile wysyłają do różnych ludzi, jak popadnie, tam gdzie mają adres… Nie, nie pani domowy adres, mailowy adres…
Mimo, że rozmowa była prowadzona w kącie sali, za przepierzeniem dzielącym niewielkich rozmiarów przestrzeń osiedlowej filii banku na dwie części (jedną z trzema stanowiskami obsługi oraz drugą, służącą zapewne jako zaplecze socjalne dla pracowników lub jako sejf na grubą kasę), i tak wszyscy zgromadzeni słyszeli każde słowo. Pracownica banku usiłowała zachować spokój, klienci w kolejce również. Takich starań nie podejmowała zapewne osoba, której kolejny raz tłumaczono, że nie powinna klikać w linki w mailach od nieznanych sobie nadawców i że bank nie próbuje jej oszukać.
- Bardzo dziękujemy pani za to zgłoszenie telefoniczne, od rana mieliśmy już kilka takich telefonów, tak – pracownicy banku wyrwało się krótkie, nieco sarkastycznie zabarwione westchnienie. – Zapewniam panią, że dokładamy wszelkich starań, żeby każda osoba…
Osoba najwyraźniej poczuła się zapewniona, bo zakończyła rozmowę i pracownica banku z ulgą odłożyła słuchawkę, wyszła zza przepierzenia i spojrzała z rezygnacją na kolejkę.
- No dobrze. Zapraszam, kto z państwa następny?
- Ja, teraz ja – dumnie oznajmiła jaskrawo odziana młoda dziewczyna, której poszczególne części garderoby najwyraźniej brały udział w konkursie na najbardziej żarówiaste ubranie roku.
- Acha, proszę usiąść, ja tylko na moment podejdę do kierowniczki – pracownica podreptała jak gejsza, w ograniczającej ruchy nóg za wąskiej spódnicy służbowej do stanowiska obok.
- No co tam? – Mruknęła kierowniczka scenicznym szeptem. – Ja tu teraz mam pana przecież, z tymi nieszczęsnymi ratami. – Siedzący przy jej stanowisku facet z czerwoną twarzą nadął się i przez chwilę wyglądał, jakby miał za moment zagulgotać jak indyk.
- Proszę pani – stwierdził, mimo wszystko bez gulgotania, choć nadal miał barwę buraka – to nie moja wina, ze mnie złodziejsko naciągnęliście na kredyt!
- Spokojnie, proszę pana, przecież widzi pan, że pracujemy nad tym. No, Helcia, co tam masz?
- Dzwonią od rana i tu też trzy osoby już były z tymi mailami, nie.
- Uhm. I co? – Kierowniczka klikała na klawiaturze z zapałem godnym głodnego dzięcioła stukającego w korę drzewa. – Ja tu panu ratę obliczam, bo sama wiesz.
- I każdemu mówimy, że staramy się i że to do centrali, no nie, zgłaszamy.
- Uhm. No i?
- To może zgłosimy?
- Uhm. No, to zgłoś. I tak nic z tym nie zrobią.
- Acha. – Pracownica stała przez chwilę za kierowniczką, po czym wzruszyła ramionami i wróciła do swojego stanowiska.
- Słucham panią.
Żarówiasta się ożywiła i odkleiła oczy od smartfona.
- Bo jak tu byłam ostatnio, to koleżanka mówiła o takim koncie dla VIP-ów.
- Czyja koleżanka?
- Yyy. No, pani koleżanka. I ja bym takie chciała. Takie konto.
- Acha. Jakie ma pani teraz konto?
- Takie normalne. Ale ja nie chcę czekać w kolejkach, a tam są ponoć specjalne warunki.
- Są też specjalne wymagania.
- Chodzi o wpływy na konto?
- Między innymi, ale już to sprawdzamy.
- O, to nie będzie problemów, bo – żarówiasta dumnie podniosła głos i łypnęła okiem na salę, czy wszyscy dobrze słyszą – mamy z mężem tu niedaleko taki super bar, zdrowe jedzenie, te sprawy. Z wpływami nie będzie żadnych problemów. Żadnych – podkreśliła. Zadzwonił jej telefon.
- Bożeeee, zero spokoju – mruknęła, odbierając. – No, co tam? To go tam posadź, kawy zrób, niech poczeka, ja tu mam sprawy. Z wyciskarką? Zobacz, czy przywiózł tę, co zamówiłam, bo Jacek chciał inną i nie wiem kogo posłuchali. Mnie mają słuchać, bo ja im płacę. No!
Pracownica banku zagłębiła się w wyjaśnianie żarówiastej różnic między kontem zwykłym a VIP-owskim, a tymczasem przy sąsiednim stanowisku usiadła starowinka, ściskająca torebkę, jakby tam miała sztabki złota.
- Dzień dobry pani. Jak to dobrze, że dzisiaj pani jest, bo wczoraj pani nie było – powiedziała z wyrzutem do kierowniczki. Ta podniosła brwi, zdziwiona.
- Miałam urlop. Dopiero wróciłam. To wczoraj też była pani u nas?
- Tak, bo myślałam że pani będzie, ale pani nie było. Więc wróciłam dzisiaj.
- Uhm. Czym mogę pani służyć?
- Chciałam zapłacić dwa rachunki. I wziąć trochę gotówki dla siebie, na życie, wie pani. Wszystko teraz takie drogie.
- Uhm. Poproszę dowód osobisty. – Kierowniczka klikała w klawiaturę z prędkością skrzydełek kolibra. Takie sprawy mogła pani załatwić wczoraj, koleżanki na pewno by pani pomogły.
- O, kochana pani, moje koleżanki to już dawno nie żyją.
- Miałam na myśli moje koleżanki, które tu pracują. Spokojnie mogła im pani zaufać.
- Co też pani, ja ich przecież nie znam. A panią znam, pani tu pracuje od lat. Pani to bym powierzyła ostatni grosz.