poniedziałek, 12 października 2015

odc.178.: SKANDAL


- Co tobie właściwie jest, co? – Zapytała oskarżycielsko zażywna dama przytrzymująca telefon między podbródkami, bo w dłoniach dzierżyła stos ciuchów, wśród których filuternie wyróżniało się wściekle różowe futerko, na oko za małe o co najmniej dwa rozmiary. – Kichasz, kaszlesz, rzygasz czy srasz?
Rozpoczęcie sezonu jesiennych dolegliwości chorobowych, przeziębień, zasmarkanych bakcyli i depresyjnych stanów emocjonalnych część mieszkańców Wrocławia postanowiła uczcić zakupami, polegającymi na przykład na spędzeniu godziny lub dwóch w galerii handlowej w city lub na przekopaniu kilku ton ciuchów w osiedlowym wielkim szmateksie, w którym codziennie jest jakaś promocja. A to dla seniora, a to dla studenta, a to dla dzieci, ale nigdy dla zwyczajnych ludzi, jeśli ktoś nie jest więc emerytem, żakiem lub niemowlęciem, pozostaje mu jedynie czyhać na największe obniżki czyli 70% ceny lub ruszyć na wyprzedaże po złotówce, co też społeczeństwo czyni regularnie, stadnie i niekoniecznie w zgodzie z otoczeniem.
Dama ze stosem, futerkiem i telefonem stała w kolejce do przymierzalni i prowadziła rozmowę obfitującą w opisy czynności fizjologicznych oraz barwy płynów ustrojowych, nie bacząc na zniesmaczenie słuchaczy.
- Tydzień temu Aneta też tak miała, lało się z niej z obu stron – współczujące westchnienie kosztowało damę z futerkiem niemalże upuszczenie części stosu, ale dzielni obroniła łup. – Czekaj, bo mi się spierdoli na ziemię i ktoś mi to ukradnie. A co ty myślisz, już jedna chciała tę bluzkę i takie futerko mam, trochę ciasne, ale zajebiste że chuj! No baba chciała wziąć, ale byłam szybsza. Nie jestem w Lidlu, tylko w lumpie, wiesz że ja się lubię ubrać… No, aha, tak no miałam to ostatnio, migrenowe takie, z grypą żołądkową i bolało jak chuj i rzygałam dalej niż… A na żołądek to nie wiem, herbaty się napij – doradziła. – Lekarz ci powiedział? Kurwa, co oni wiedzą o życiu i kobietach, tyle co wyczytali w telewizji. Bicz no mnie też mówili, że będę chora, bo jestem gruba i co, chuj, zdrowa jestem, jak…
- Skandal – rzuciła sucho stojąca w kolejce wysoka kobieta z twarzą pozbawioną uczuć, zmarszczek i życia, jak mumia bez bandaży – naprawdę, Kazimierz, zrób coś. Skandal!
Kazimierz nie mógł nic zrobić, nawet gdyby chciał, bo po szpiczasty czubek nosa przykryty był kilkoma płaszczami w różnych odcieniach piaskownicy biorącej udział w konkursie na sobowtóra jesiennego bagna. Prawdopodobnie miał problem z widocznością, bo obrócił się tyłem do mumii, delikatnie manewrując spoczywającą na nim górą odzienia i wymamrotał coś niezrozumiałego.
- Tu jestem, ośle – skarciła go mumia z niesmakiem – nie wierć się, bo upuścisz, a jeszcze nie wiem, który fason, trudno się zdecydować w takim otoczeniu…
- Do kabiny tylko pięć wieszaków – powtarzała pracownica szmateksu każdej klientce. – Tak, widzę, że pani ma więcej, ale do kabiny tylko pięć…
- Kończę już, bo zaraz moja kolej, a tu się ludzie pchają i krzyczą, bez kultury takie, mówię ci, pilnować muszę. I mam takie ciuchy, że ci oko wypadnie. Może dam ci taki pasek, co kupiłam tydzień temu, wiesz, z takim tym, wytegowany taki. Miałam dać Anecie, ale to kurewska bicz, bo powiedziała kierowniczce, że poszłam na fajkę, chociaż sama się pierdoliła na magazynie z dostawcą od soków… Lecz się, bo jutro trzeba oblać weekend.

niedziela, 4 października 2015

odc.177: GRA WSTĘPNA




- Halooo – ciepły baryton dystyngowanego starszego pana otulił nie tylko jego telefon, ale i wszystkich ludzi stojących na przystanku tramwajowym na placu Dominikańskim wieczorową porą w wyraźnie jesienny piątek. – Taaak, to jaaaa. Dobry wieczór tobie również. Już jadę, moja droga. Czyżbyś już spała? Nie czekasz na mnie? To dobrze, uwielbiam jak dla mnie gotujesz. A ja wszystko załatwiłem, chociaż tak się martwiłem, że po nocach nie spałem – zaśmiał się. – O, nie, to tylko taki psikus, żart taki. Do zobaczenia, już jadę. Paaa.
Schował telefon do kieszeni jasnej marynarki, oparł się na drewnianej eleganckiej lasce i powąchał bukiet kwiatów, który trzymał przed sobą jak tarczę.
Dwóch chłopaków w wieku wczesnostudenckim stojących nieopodal przysłuchiwało się staruszkowi z radością podszytą nutą nieuświadomionej zazdrości.
- Ty, patrz, widziałeś kolesia? Chyba ma nadzieję, że zaliczy!
- Taaa, kurwa, co za typ! Tak się napala, że chyba pikawa mu siądzie, zanim zacznie się gra wstępna!
Ryknęli śmiechem, a starszy pan na szczęście niczego nie zauważył, pochłonięty sprawdzaniem czy wszystkie róże w bukiecie pachną i wyglądają idealnie.
Jeden z młodzieńców miał na sobie koszulę w czerwoną kratę, brązowe mokasyny i ewidentnie za krótkie spodnie, na dodatek białe, doskonale widoczne w świetle latarni, wystaw sklepowych i reflektorów aut przejeżdżających przez skrzyżowanie, co w sumie wyglądało komicznie, zważywszy na sporą długość jego stóp i kompromitująco niski wzrost, sugerujący pokrewieństwo z Pigmejami lub Napoleonem.
Kolega krewnego mikrusowatego dyktatora był grubawy, mimo młodego wieku łysiejący, rozczochrany, z cerą niezdrowego ziemniaka, w workowatym szarym swetrze i okularach, za którymi kryły się małe, złośliwe oczka.
- Z kobietami trzeba inaczej – powiedział niższy z chłopców tonem eksperta, poprawiając fryzurę skumulowaną modnie po jednej stronie głowy. – Mojej ostatniej napisałem esa, żeby się zdecydowała czego chce, bo kręciła dupą wyżej niż nosem. Wyjaśniłem jej, że jak się używa w jednym zdaniu słów „może” i „kiedyś”, to oznacza „w ogóle”.
- Acha – podziw grubszego kolegi nie znał granic. – A dalej robisz za barem?
- Stary, no jasne, gdzie mi będzie lepiej.
- Myślałem, że nienawidzisz tej roboty?
- Człowieku, w dobry weekend z samych napiwków mam 7-8 stówek, nie.
- O kurwa.
- Panny same się pchają, stary.
- I co, korzystasz?
- Stary, no jasne, co im będę odmawiał. A ty coś zaliczasz?
- Ostatnio algebrę miałem na 4, chociaż umiałem na 5.

wtorek, 29 września 2015

odc.176.: WYZWANIE


- Pani kierowniczko! Paaani kierowniiiczkoooo! – Ryknęła sprzedawczyni z siwawym kokiem i nutką lamentu w głosie, po czym zadzwoniła dwa razy, ponieważ kolejka do kasy wydłużała się co chwilę o następnych klientów i pełne wiktuałów wózki, powiększając zator spowodowany przez smętnego faceta z bardzo smutną miną, który właśnie oddalał się w kierunku drzwi, obwieszczając wszem i wobec swoje niezadowolenie.
- A to chamy! Zapamiętam ich sobie, mówię pani, zapamiętam, żeby tak człowieka traktować i nie płacić! Miało już dawno być! Chamy! – Rzucił, wychodząc. Gdyby drzwi nie zasunęły się za nim automatycznie, prawdopodobnie usiłowałby nimi trzasnąć.
- Panie, trochę kultury, tu są kobiety i dzieci - zaprotestował starszy pan, przerywając na moment przekopywanie stosu książek z aktualnej oferty promocyjnej.
- Idę, idę przecież, nie krzycz przy klientach, bo ja reaguję tylko na dzwonek – sapnęła okrągła kobieta czerwoną twarzą, w służbowym polarze, z pękiem kluczy i wściekle fioletową fryzuropodobną konstrukcją na głowie, wyłoniwszy się z zaplecza wielkiego sieciowego sklepu z owadem w nazwie, mieszczącego się przy jednej z najbardziej zakorkowanych (w godzinach szczytu i nie tylko) ulic Wrocławia. – Znowu wycofać?
- No – potwierdziła z satysfakcją sprzedawczyni, spoglądając znad okularów na przełożoną. – Trzeci raz ten sam klient, znowu chciał kupić papierosy i zapalniczkę. I znowu odmowa karty. Biedny, od trzynastej tak próbuje.
- Jakby nie mógł poczekać do dwudziestej, wtedy mu zaksięgują – mruknęła kierowniczka, prztykając kartą identyfikacyjną w kasę i anulując nieudaną sprzedaż. Rozejrzała się, taksując wzrokiem kolejkę. – Maryś, idź na kasę trzecią. 
- Prosę do kasy numer tsy! – Oznajmiła bez entuzjazmu Maryś z widocznymi ubytkami w uzębieniu na froncie, przerywając rozpakowywanie kartonów z bakaliami w alejce nieopodal.
Kolejka podzieliła się na zwolenników kasy numer jeden oraz amatorów kasy numer trzy, którzy ruszyli tam, ścigając się wózkami i maskując chęć natychmiastowego zadeptania bliźnich werbalnie, zdawkowymi fragmentami w postaci „praszam” i „perosz”.
Przed kasjerką z siwawym kokiem znalazł się przygarbiony informatycznie szczupły, nieco zaniedbany młody facet z torbą przewieszoną przez ramię. Kasjerka rzuciła krzywe spojrzenie na zawartość jego wózka, więc facet natychmiast rzucił się wyjmować produkty na taśmę: dwie małe butelki wódki, mała butelka coli, chleb i parówki. Po krótkim namyśle sięgnął do skrzynek rozstawionych naprzeciwko kasy i do zakupów dorzucił banana.
- To wyzwanie – bąknął nieśmiało. 
Kasjerka spojrzała surowo znad okularów.
- Ten banan? 
- Nie, to trudne tak zawsze wiedzieć, kiedy się ma, a kiedy się nie ma.
- Ale co?
- Środki na koncie – wyjaśnił, pakując zakupy. – To wyzwanie, takie regularne planowanie domowego budżetu. Może ten człowiek powinien już dawno mieć zapłacone, ale mu zwlekają. Raz płacą co tydzień, raz co dwa albo co miesiąc.
- Jak się porządnie i uczciwie pracuje, to się wie. Proszę, jeszcze ma pan resztę.
- O, naprawdę? Myślałem, że daję wyliczone.
- Codziennie niskie ceny i promocje. Te banany ma pan dzisiaj w promocji i coś zawsze zostaje.
- Tu u was często mi zostaje – pochwalił. 
Wyprostował się na chwilę i uśmiechnął blado, nabierając śmiałości. 
- Grosz do grosza… Jeszcze trochę i zapytam ile kosztuje Wrocław...
- Dziękuję, zapraszam ponownie.

środa, 23 września 2015

odc.175.: NA START


Dziewczynka podskakiwała i pląsała zygzakiem z wdziękiem rusałkopodobnym, krążąc dookoła babci i dziadka, którzy sunęli przez park z minami sugerującymi rychłe nadejście końca świata lub co najmniej jakiegoś drobnego kryzysu na tle dowolnym. Różowy płaszczyk małej i krzykliwy fiolet jej bucików zgrzytliwie kontrastował z szarością jej opiekunów, którzy od stóp po siwiejące głowy wyglądali, jakby ktoś wrzucił na nich instagramowski filtr usuwający nasycenie barw.
Starsza pani przyciskała do siebie kurczowo torebkę, jakby za chwilę zza drzewa miał wyskoczyć jakiś bandzior, zaś starszy facet z gazetą pod pachą w jednej ręce niósł różowy tornister dziewczynki, przyozdobiony kucykami z wytrzeszczonymi oczami, a w drugiej dłoni z trudem dzierżył dwa piwa, chwycone niepewnie, za szyjki butelek, co wyraźnie drażniło zarówno niosącego, jak i starszą panią.
- Dzwonisz tym i dzwonisz – powiedziała z niezadowoleniem – wszyscy zobaczą. Schowałbyś do torby, normalnie jak zakupy.
- Gdzie mam schować, kobieto, no gdzie, jak nie mam ręki wolnej. Będzie ławka to wypiję i tyle.
- Babciu, zobacz, jaki dziwny kasztan!
- Wyrzuć to Julciu, pewnie jakiś pies na to nasikał.
- Ale jest biały, zobacz – upierała się dziewczynka. – Babciu, czemu jest biały?
- Nie wiem, zapytaj dziadka. Tu w ogóle jest jakiś plac zabaw? Toż to las, a nie park!
- Dziadku, a…
- …Bo nie zdążył dojrzeć, Julciu. Drzewo go wyrzuciło zanim zdążył się zrobić brązowy.
- W tym roku susza wszystko spustoszyła – dodała kobieta złowieszczo – zielone liście spadły i osy się namnożyły. Będzie ciężka zima, ja wam to mówię.
- I wspomnimy twoje słowa, jak tylko się zacznie. Julciu, w lewo idź, w lewo, tam na plac zabaw. A ja sobie wreszcie usiądę, bo mi nogi wchodzą do...
- Nie będziesz pił przy dzieciach – kobieta aż się zachłysnęła z oburzenia. – Jak jakiś… Pijak!
- Schowam się za gazetą, nie bój się, żadna z naszych wścibskich sąsiadek mnie nie zobaczy. Julciu, a podobało ci się w szkole?
- Tak, podobało!
- A co najbardziej?
- Jak wyszliśmy!
- No i widzisz, dziecko – zafrasował się starszy pan – widzisz, poszłaś do tej szkoły, chociaż mogłaś jeszcze rok z nami być w domu i co to komu szkodziło.
- Ty byś dziecko opóźnił, a świat na nią czeka – zaprotestowała słabo starsza pani. – Musi się uczyć, zdobywać i.. No, ten… Uczyć się.
- Babciu, ale ja chcę się bawić! A mogę iść na huśtawkę?
- Tak, tylko się nie spoć.
- Biedne dziecko. Już poszła do szkoły, potem pewnie do liceum. I po co to komu? Zmarnowane życie, bo ani zawodu, ani nic, na start jest przegrana – podsumował starszy pan, sadowiąc się na ławce tak, by nie pobrudzić się tym, co ptaki zrzuciły w ramach zaznaczania terenu i opróżniania trzewi. Spodnie zjechały mężczyźnie pod wystający brzuch i kiedy schylił się, by pod ławką otworzyć piwo, odsłoniła się jego tylna część ciała, objawiając się światu i zgorszonej starszej pani.
- Janusz, podciągnij spodnie, bo tyłkiem świecisz przy ludziach – syknęła. – Ciągle ci mówię, załóż pasek! Ani mi się waż otwierać tego piwa, dawaj no tu do torebki! No, już, potem do obiadu ci dam.
- Odczep się kobieto, mówiłem że za swoją emeryturę piję, co chcę i kiedy chcę! No i patrz, gazeta już leży, kulturka. Wyglądam jak ten sąsiad studenciak z kucykiem, co ciągle coś czyta. Ciekawe czy jego na emeryturze będzie stać na piwo, jak teraz nie ma na fryzjera, żeby mu ten kucyk obciął. Jak jeszcze raz nas zaleje to mu obiję tę jego…
- Julciu, bo się spocisz! Zejdź już, bo ci spódniczkę zawiewa i wszystko widać!

sobota, 19 września 2015

odc.174.: SIÓDMY WYMIAR



Ledwo ominąwszy clowna żonglującego piłeczkami i kręglami, by po chwili z impetem wdepnąć w sam środek wielkiej bańki mydlanej, wysoki chłopak w bojówkach i koszuli w krateczkę dyskretnie zerknął czy towarzysząca mu stylowo zadumana filologiczna szatynka widziała tę kompromitację, po czym odetchnął z ulgą, ocierając z mydlin imponująco długą brodę, której nie powstydziliby się ZZ Top ani żaden szanujący się modny drwal.
- Teraz to już sobie poukładałam. I nie jestem taka, no wiesz, niepozbierana – oznajmiła dziewczyna z przejęciem, które nijak nie pasowało do wyrazu zadumy i nostalgii, w jaki usiłowała przyoblec piegowatą buzię, ozdobioną gotyckim makijażem najwyraźniej bez użycia światła i lustra. Szczupluteńkie nogi podduszone fioletowymi naddartymi rajstopami i utopione w wielgachnych czarnych butach wyglądały jakby cierpiały z powodu ciężkich robót, słonecznego gorąca i duchoty, która zapowiadała nadchodzącą nad Wrocław burzę.
- Acha. Oglądałem taki program na…
- Nie tak, jak ostatnio, kiedy w ogóle nie mogłam się pozbierać po egzaminach – dodała, przerywając chłopakowi. Ten podrapał się po brodzie i z zakłopotaniem odkrył, że o mało nie nadepnął na wielką kolejkę.
W samym środku tegorocznej edycji Świebodzkiego Targu Kultury działo się wszystko, co mogło zainteresować mieszkańców city w wieku od 1 do 100 lat: w ciągu dnia warsztaty z koszulkami, miejskim ogrodnictwem, kolejką z Kolejkowa, poza tym bajki i filmy wyświetlane dla widzów relaksujących się na leżakach, w hamakach i poduszkach, a także wspaniałe koncerty i spotkania z interesującymi ludźmi i wiele innych, które przyciągnęły tłumy ludzi, między innymi atrakcje w postaci żonglujących tym i owym clownów oraz karmiących zgłodniałych przechodniów foodtrucków ze słynną przepyszną wrocławską Zupą na czele.
- Tyle tu dzieci – powiedział chłopak z niesmakiem, spoglądając na kilkulatków bawiących się kolejką – jakby wszyscy się tak ciągle mnożyli, to planety dla nas nie wystarczy. Oglądałem taki program na Discovery…
- Z naturą nie wygrasz – westchnęła dziewczyna – podobno w głowie się coś zmienia. Przychodzi taki wiek i jeb, w głowie się pierdoli.
- W tym programie taki naukowiec opowiadał, wiesz, to jest udowodnione, że w innych wymiarach dzieje się to samo, ale w innych wersjach. Czyli na przykład, taki siódmy wymiar – brodacz zapalał się, snując opowieść – albo en wymiar, to tam ci ludzie nie mają dzieci, nie?
- Za to my mamy ich tam w chuj. Siódmy wymiar, to siedmioro, nie, a wyobrażasz sobie, ile byś miał dzieci w tym en wymiarze?
Brodacz nic nie odpowiedział, zapewne przytłoczony wizją nieskończonej liczby potomstwa.

wtorek, 15 września 2015

odc.173.: PATROL


Nie tak łatwo jest zorganizować festyn osiedlowy. Prawdopodobnie prościej jest namówić kilka zespołów, żeby zagrały koncert za darmo, przygotować jakieś sportowe atrakcje dla dzieci, pozyskać lokalnych sponsorów, może też polać piwo i postawić przenośne kibelki niż ściągnąć mieszkańców osiedla na bezpłatną rozrywkę z integracją w tle w sobotnie popołudnie, gdy pogoda jest tak piękna, że aż żal porzucić telewizor lub weekendowego grilla na działce, na której siedzi się w każdej wolnej chwili.
Komu to potrzebne, pytają starsze panie pod sklepem, te jakieś integracje i nowomodne społeczności poznawanie, tym bardziej, że mają tam być jacyś niepełnosprawni, pani kochana, co to w domach powinni tkwić, a nie rozbijać się wózkami i kłuć w oczy niemożnością samodzielnego poruszania się na dwóch kończynach.
A jednak czasem się udaje - dzięki staraniom ludzi, którym się chce i chwała im za to. Zorganizowali, ściągnęli kogo się da, rozkleili plakaty, ustawili stoły, załatwili piwo, kiełbaski, bigos, popcorn, boisko szkolne i prąd, żeby podłączyć muzykę, dmuchany małpi gaj i zjeżdżalnię, na której dzieci oszalały z radości i z piskiem świrującym w uszach wpadały na siebie nawzajem, ku własnej uciesze i lekkiej panice rodziców. Dzieci niepełnosprawne pruły na wózkach slalomem omijając ustawione na boisku pachołki, biorąc udział w zawodach z dziećmi pełnosprawnymi, które posadzone na takich samych wózkach mogły przekonać się, że to wcale nie takie fajne nie móc wstać i iść sobie het albo grać w piłkę. Wszystkie maluchy wariowały, bawiąc się hula-hop, rzucając ringo, skacząc na wielkiej piłce i ignorując upomnienia rodziców, żeby nie wyrywać innym zabawek.
Sąsiedzi dziesięciopietrowców z osiedla w centrum city ze zdumieniem poznawali się, po raz pierwszy podejmując rozmowę z ludźmi spotykanymi od lat w windzie, na schodach i przy śmietniku. Konwersacje te składały się z więcej niż dwóch zdań o pogodzie, korkach i o tym, że ktoś nasikał obok wejścia do piwnicy albo wybił szybę w kiosku.
- Panie sąsiedzie, pan to potrafi – Powiedziała z uznaniem starsza pani z włosami niefortunnie zabarwionymi odcieniem gasnącego fioletu, podkreślającymi każdą bruzdę i zmarszczkę na twarzy niegdyś pięknej. Otuliła się szalem, mimo popołudniowego słońca. – Tylko ten wiatr, no ale nie wszystko można mieć.
Mężczyzna w koszulce z napisem „wolontariusz” skinął głową w pędzie.
- Racja, racja, pani Wiesławo, racja, a teraz przepraszam, musimy podpiąć kabel, bo nam prąd siada, to lecę!
Starsza pani wzięła na kolana ratlerka, który usiłował ujadać, ale zachrypł, bo nie mógł naszczekać na wszystkich, których w tym momencie nienawidził.
- Chodź, psiątko moje. Pani Gosiu, a pani zostaje jeszcze?
- A tak, chcę posłuchać muzyki, bo zaraz ma zagrać zespół mojego wnuka – oznajmiła z dumą okrąglutka staruszka w różowej koszulce i niestety obcisłych dżinsach.
Przy sąsiednim stoliku zasiadły dwie młode kobiety w wielkich ciemnych okularach, blondynka krótko ostrzyżona i modnie podgolona z jednej strony, a druga brunetka w długiej fryzurze lekko podkręconej. Towarzyszył im milczący facet, który po kolei przyniósł na stół po piwie i kiełbasce. Kobiety wysłały dzieci na zjeżdżalnię i gawędziły o Aśce, która zeszła na psy, bo raz z tym, a raz z tamtym i w ogóle nie wiadomo, czyje to dziecko i z czego ona żyje. Gruba się zrobiła i w ogóle słabo wygląda, bo ciągle piwo pije z tym swoim, co tam teraz pod sceną się kiwa.
- Wieczoru nie ma, a on od rana pijany chodzi, ciągle w tej kurtce – podsumowała brunetka.
- Ja to bym tak nie mogła. Jedno piwo i tyle, przecież dzieci patrzą.
- No właśnie.
- Albo dwa, bo pić się chce po tej kiełbasie.
- I już trochę lać mi się chce – wyznała brunetka – ale tu chyba kibel po pięć zeta chodzi, co?
- Dołożysz zeta i masz następne piwo, to idź w krzaki – doradziła blondynka.
Przy stole zapanowała radość.
- Ja to jak bym poszła do pracy – rozmarzyła się blondynka – to bym chciała jakąś spokojną fuchę, na plaży robić na przykład, nie.
- Kurwa, jak w tym, no, w „Słonecznym patrolu” – zaśmiała się koleżanka potrząsając brązowymi lokami.
- No, jak ta, no z cyckami, Pamela, nie. Cały dzień opalać się, biegać, pływać, w bikini…
- Ty to byś mogła tam zagrać, ta, ale kurwa chyba deskę – odezwał się wreszcie facet – taką czerwoną, bo zawsze raka pieczesz jak słońce wychodzi.

piątek, 11 września 2015

odc.172.: BEZ NAPINKI


- Pani Zosiu, niech się pani skupi – zażądała siostra prawdopodobnie co najmniej przełożona, o aparycji kojarzącej się z kamerdynerem rodziny Addamsów i wyrazie twarzy prezentującym niewiele sympatii do otaczającego ją świata – i niech pani sobie przypomni, kto nam tu ostatnio zmarł?
Pacjenci nielicznie zgromadzeni w szpitalnej świetlicy zgodnie spojrzeli w stronę dyżurki pielęgniarek, przy której stała drobna pani Zosia w fartuchu z późnych lat osiemdziesiątych XX wieku, z miną sugerującą heroiczny wysiłek umysłowy oraz ekspresowe przeszukiwanie przepastnej pamięci.
– Ten spod trójki - powiedziała pani Zosia, pokazując oniemiałej publiczności w szlafrokach i dresach gdzie jest trójka – sama go wywoziłam.
W świetlicy zapanowała na chwilę cisza, którą po około minucie zakłócił dzwonek telefonu. Jeden z pacjentów wyjął z kieszeni szlafroka smartfona, podszedł do okna i nie zwracając uwagi na innych rozpoczął rozmowę, leniwie, ospale, bez emocji.
- Bry, brat. Eno, eno, ale bez napinki, brat. Nie napinaj się tak, bo ci żyłka pęknie. W mózgu. Widziałem w takim serialu medycznym. No, że w mózgu są takie żyłki i czasem, jak ktoś się denerwuje… Eno, eno, wychodzę, co mam nie wyjść? No z woja wyszedłem, to stąd też wyjdę, w końcu to nie więzienie, tu wyroki są krótsze… Bez napinki, brat, jak mi żołądek naprawili, to ty se auto też naprawisz… No to w warsztacie pod Wrocławiem, tam może mniej zedrą… To pojadę autobusem, w końcu to Borowska, a nie koniec świata, coś tu chyba jeździ? Nie wiem o której, brat, bez napinki, mi się kazali nie denerwować. W poniedziałek mają mnie wypisać…
- Pani Zosiu – warknęła szefowa pielęgniarek na oddziale, wyraźnie zdenerwowana – ta Paciorkowska, czy Paciorek, która poszła do domu? One te takie podobne, pani Zosiu, wydawało mi się, że Paciorkowską wypisuję, to pani sprawdzi na sali, która tam leży, bo może żeśmy nie tą co trzeba wypisali?
- Zaraz sprawdzę – posłusznie zgodziła się pani Zosia. – Tylko której mam szukać? Tej co została, czy tej, co ją wypisaliśmy?
Odpowiedziało jej zniecierpliwione milczenie dochodzące z naciskiem od strony dyżurki pielęgniarek oraz nerwowe spojrzenia pacjentów siedzących tuż obok w świetlicy, świadczące o ich zaniepokojeniu i kilku innych emocjach, bardzo dalekich od spokoju, zapewne wbrew zaleceniom lekarskim.

poniedziałek, 7 września 2015

odc.171.: SERIA PYTAŃ


Jak każde szanujące się ogromne miasto, stolica województwa, a niebawem także i europejskiej kultury, Wrocław ma w zanadrzu kilka asów, czyli miejsc legendarnych, kuszących na przykład niebanalną muzyką, teatrem z charakterem, możliwością spotkania twarzy znanej lub lubianej (to nie to samo), ewentualnie wyszukaną potrawą lub podejrzanie smacznym… tostem. Bar „U Witka” ulokowany strategicznie przy ulicy Wita Stwosza ma swoją wieloletnią tradycję serwowania tostów najsmaczniejszych na świecie, a więc nie może się tu obyć bez ociekania serem i obfitą pieczarką, a także oczywistym tłuszczem oraz produktem ketchupopodobnym, co przyciąga tłumy głodnych, skacowanych lub skuszonych sławą amatorów tego rodzaju pożywienia. Plamy na ciuchach i w promieniu kilku metrów gwarantowane, ale warto się poświęcić dla czegoś tak rozkosznie niezdrowego.
Przez wiele lat tosty wykarmiły wielu zadowolonych klientów tego baru, w którym czas zatrzymał się we wczesnych latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Banalnie prosty wystrój tworzą niewymyślne stoły i niewygodne krzesła, całości dopełnia brak ozdób, poza plakatami reklamującymi najbardziej rozpoznawalny napój na świecie, będący w stanie rozpuścić resztki ciężkostrawnego pożywienia oraz rdzę w silniku, jak to kiedyś opisał W. Łysiak w rewelacyjnym „Asfaltowym saloonie”.
Kolejka do tostów zawsze była słusznej długości, ale tego sobotniego wczesnego wieczoru klientów spotkało prawdziwe nieszczęście, a mianowicie komunikat zza kontuaru, powtarzany jak mantra przez rozczochraną, służbowo nieżyczliwą światu kobietę w średnim wieku i zsuwających się okularach, że mianowicie, tostów brak, są tylko zapiekanki. Te ostatnie, wielkości przekrojonego wzdłuż bochenka chleba, nie wyglądały źle, więc publiczność nie rezygnowała z zakupu, dając się namówić na zastępstwo w obliczu nieobecności tostów, niczym zresztą nie uzasadnionej.
- Pszenne im się skończyło – westchnął chłopak, na twarzy, koszulce i spodniach przyprószony kolorowym, niebieskim i fioletowym proszkiem, podobnie jak cała towarzysząca mu grupa młodych ludzi, najwyraźniej powracająca z Festiwalu Kolorów, który odbywał się tego dnia na Stadionie Olimpijskim.
- Ale pieczarek i sera walą tyle, co na tosty – pocieszył go wysoki, pryszczaty kompan, z różowym plackiem na włosach i zieloną szyją. – Konkretna wyżera.
Za nimi stało kilka wielobarwnych osób, a na samym końcu kolejki szczupła, piękna dziewczyna owijała się dookoła chłopaka, który tylko czasem wspinał się na palce, żeby nie wydawać się niższym od niej. Z dość marnym skutkiem.
- Nie martw się, że oni cię nie znają. Ty też ich nie znasz, nie, czyli jest w miarę po równo, nie.
- Jasne, bejb – chłopak delikatnie musnął kark dziewczyny. – tutaj masz pomarańczowe – jego palce powędrowały na jej plecy i kontynuowały spacer nieco niżej – a tutaj niebieski, czerwony…
- To będzie taka wiesz, impreza zapoznawcza.
- Uhm. Czyli będzie seria pytań?
- Czyli potrzebny jest alkohol.
- Nie bejb.
- Jak to?
- Jakby miała być integracja, to racja że bez alku nie ma szansy, ale do zapoznania wystarczy, że się oblukamy z daleka.
- Zobaczymy, może Ruda coś przyniesie.
- Uhm. A co robiłaś wczoraj?
- Wieczorem? Znowu zaczynasz serię pytań? Już mówiłam, że widziałam się z Rudą. Miała dobry wieczór, wzięła whiskey ojca i znowu biegała po Muchoborze z karabinem. O, dzwoni, weź mi colę – dziewczyna wyłuskała się z objęć lubego i odsunęła odrobinę, kierując się na zewnątrz.
- Nie chcesz jeść? – Krzyknął, nieco zasmucony koniecznością wypuszczenia jej z rąk.
- Dasz mi gryza, nie zjem całej. Dżizas, skończ z tymi pytaniami, muszę z nią pogadać.
- OK bejb. Powiedz, żeby wzięła karabin. I whiskey też, zintegrujemy się serią, bez pytań.

środa, 2 września 2015

odc.170.: NÓWKA SZTUKA


Granatowy, lśniący nowością i czystością, przyjemnie pachnący i - w przeciwieństwie do swoich starszych towarzyszy z wrocławskiego taboru - nie umazany plamami pochodzenia organicznego i nie tylko, nie ozdobiony resztkami pożywienia, fragmentami opakowań i innymi, trudnymi do zidentyfikowania śmieciami tramwaj PESA mknął dumnie przez Wrocław. Ze względu na gabaryty i konieczność dopasowania przystanków nowe egzemplarze nie śmigają jeszcze na wszystkich trasach, ale i tak da się je zauważyć. Bo są nowe.
- Nówka sztuka – powiedział z uznaniem pan w stroju jak do golfa, płóciennych spodniach i koszuli, idealnych na koszmarny miejski skwar, moszcząc się wygodnie na siedzeniu, zakładając nogę na nogę i spoglądając dookoła z aprobatą. Siedząca obok kobieta w jasnej sukience wygładziła nieistniejącą fałdkę na jego ramieniu i potakująco skinęła głową.
- Poczekajcie, aż zobaczą państwo centrum, tam to dopiero. Dopiero! – Zakrzyknął z entuzjazmem chłopak z hipsterską bródką i takąż modną koszulą w kratę, wkładając w słowa tyle dumy, jakby całe miasto było jego dziełem albo co najmniej przed chwilą jego wojska zdobyły city po krwawej bitwie. Stał obok rozmówcy razem z dziewczyną bardzo podobną do starszej pary. Czerwona szminka dziewczyny mocno kontrastowała z jej skromnym strojem, składającym się z jeansów i koszulki z wielkim sercem.
- Miałem na myśli tramwaj – zgasił młodego golfiarz i uśmiechnął się kątem ust – czytałem w gazecie, że są do bani, ale przyjemnie się jedzie. 
Kobieta strąciła niewidoczny paproszek z rękawa koszuli męża i mruknęła coś.
- Oczywiście, masz rację kochanie – golfiarz podjął wątek – spełniają swoją funkcję, ale dla nas to ostateczność, bo mamy samochód, który wszędzie nas wozi i nie musimy czekać na jakiś tramwaj, stary czy nowy. Porządne auto to podstawa – podkreślił.
Chłopak się zarumienił, dziewczyna chwyciła jego dłoń i ścisnęła mocno.
- Wystarczy nam na razie miejski transport, tato. Mamy XXI wiek, mega korki w mieście i trzeba żyć eko – rzuciła wyzywająco. - Przez twoje auto planeta umiera!
Chłopak spojrzał na nią z przestrachem, bo golfiarzowi skamieniała szczęka.
- A byli państwo na tarasie widokowym Sky Tower? Niesamowity widok, normalnie widać… No, wszystko – bohatersko spróbował zmienić temat.
- Ten budynek kształtem przypomina wielkiego... - Zaczął golfiarz, ale kobieta w jasnej sukience mu przerwała.
- Nie, jeszcze nie. Podobno była też jakaś podniebna restauracja? - Spytała uprzejmie.
- Ciekawe, jak czują się kelnerzy na takiej wysokości. Albo jak ktoś musi nagle iść do toalety, to co, dają mu nocnik? – Prychnął golfiarz, nieco poirytowany.
- To była taka ciekawostka z okazji festiwalu kulinarnego – entuzjazm chłopaka zgasł jak zapałka w czasie sztormu.
- Tłumy tam waliły, ale ty tato, pewnie byś nie poszedł, bo nie było jak zaparkować przed wejściem. We Wrocławiu są też superowe miejskie rowery – rzuciła dziewczyna zaczepnie.
- U nas w Szczecinie też są – rozgniewał się golfiarz. - Jest uniwersytet, są tramwaje, są rowery miejskie. Wszystko jest. Twój dom również!
Kobieta w jasnej sukience poprawiła kołnierzyk jego koszuli i dyskretnie szepnęła coś do ucha.
Dziewczyna mocno ścisnęła rękę chłopaka, który patrzył przez okno z udawaną obojętnością.
- Ale tato, tu jest prawdziwe miasto. Na uniwerku jest więcej kierunków, możliwości, sam mówiłeś, a teraz… I przerzutki w rowerach miejskich nie psują się tak często, jak tam.
- Bo tu jest płasko aż po horyzont, jak na stole – burknął golfiarz, starając się opanować emocje.
- A u nas w Szczecinie pofałdowane wszystko, tak – zgodziła się dziewczyna – ale po co się tak męczyć pod górę, jak można pojechać prosto. Rowerem albo tramwajem. I to taką nówką, sam mówiłeś. Czysta przyjemność, bez komplikacji.
- Za dwa przystanki wysiadamy - chłopak na nowo nabrał odwagi - a wtedy pokażemy państwu najpiękniejszy Rynek, nawet obcokrajowcy piszą w Internecie, że nie ma ładniejszego...
- Wolę prawdziwe gazety niż te anonimowe internety - odbił piłeczkę golfiarz, ale już bez złości. Kobieta w jasnej sukience pogładziła go po dłoni.
Dziewczyna uśmiechnęła się, ściskając rękę chłopaka.
- Ale tato, nowe media uzupełniają stare! Bo to trochę tak, jakbyś ciągle chciał jeździć starym tramwajem, a przecież właśnie pochwaliłeś nowy...

czwartek, 27 sierpnia 2015

odc.169.: HOP SIUP




Wrocławska noc sierpniowa, lekko chłodnawa, niosąca ze sobą zapach nadciągającej nieuchronnie jesieni, dla każdego mieszkańca city zaczyna się inaczej. Jedni zasypiają z nosem w książce, przed telewizorem albo monitorem, inni zrywają się chwilę, by utulić płaczące niemowlę, jeszcze inni błąkają się od knajpy do knajpy lub przeciwnie - ciężko harują, by spać mógł ktoś.
Nałogowi nocni spacerowicze, testujący trunki i zabawy ekstremalne, co noc ryzykują życiem, by inni członkowie społeczeństwa nie musieli doznawać tego rodzaju przeżyć. Chóralne zaśpiewy o charakterze patriotycznym i zagrzewającym do boju rozlegają się w wielu miejscach Wrocławia każdego wieczoru, nie dając się zagłuszyć grzmiącym idiotycznie motocyklom, prującym z hukiem i nie wiedzieć czemu akurat przez środek miasta zamiast poza jego granicami, opierają się też skutecznie interwencjom patroli policyjnych, wzywanych regularnie przez poirytowanych mieszkańców city
Czasami wśród tych wulgarnych i wrzaskliwych pijackich bełkotów można usłyszeć słowa chwytające za serce, grające na emocjach jak poezja, soczyste wyznania miłosne, pokrzepiające deklaracje przyjaźni i opowieści pełne bohaterskich czynów.
Tej nocy pogoda dopisała: upał jeszcze nie nadszedł, a deszcz już się wykapał, więc na murku okalającym rozsypujący się, brudnawy osiedlowy pasaż, miedzy zamkniętymi o tej porze sklepami, punktami usługowymi i pizzerią zasiedli aktorzy niewidoczni, bo ukryci w cieniu pod daszkiem, ale doskonale słyszani w całej okolicy, a zwłaszcza przez mieszkańców dziesięciopiętrowego bloku tuż obok pasażu. Chcąc nie chcąc ekipa zakotwiczona na murku ubarwiła późny wieczór tym z mieszkańców budynku, którzy mieli otwarte okna.
Najpierw było słychać niewyraźną wymianę zdań, odgłosy szarpaniny i brzęk szkła, a potem szloch kobiety i zagniewanego mężczyznę, który krzyknął, połykając głoski z emocji lub upojenia alkoholowego:
- No, Kinga, leć się tera puszać, kuwa!
- A ja nie chcę się puszczać, kurwa! – Odparła dumnie kobieta, odrobinę jeszcze płacząc. – Bo ja cię miśku kocham, kurwa!
Na chwilę zapadła cisza.
- No ja piedolę – wzruszył się mężczyzna. – O tej naej miłosi to już chyba szyscy wiedzą kuwa. Nie, Zyguś?
- Jasne, kurwa – odparł Zygmuś.
- Szterech poetó nie daoby rady, kuwa, teho opisać – emocjonował się mężczyzna obdarowany uczuciem Kingi. – Co? No, poiedz, ciąle coś czytasz i czytasz, kuwa.
- Jak mam chwilę czasu, to czytam – potwierdziła Kinga. – Tylko tej ostatnio to nie mogę, miśku.
- Dlaszego? Penie długie i kuewsko nudne?
- Nie, ale nie ma tak hop siup, bo to nie jest poradnik dla zakochanych, tylko prawdziwa książka, kurwa. W Lidlu kupiłam, tam są tańsze niż w empiku.
– Macie ognia? – Zygmuś brutalnie przerwał obrady osiedlowego kółka miłośników literatury – bo mi się kurwa skończyła zapalniczka.
- Nie am. Sam kuwa nie palę.
- Dla kolegi byś miał albo dla tej swojej miłości – obśmiał się Zygmuś chrapliwie.
- Spierdalaj – poradziła mu Kinga. – Ja już też nie palę. Prawda, miśku?
- No łaśnie. I nie szucaj tak petami, jakyś terorium zaznaczał, bo to nie est wieś ani szungla.
Głosy oddaliły się i powoli zniknęły, pozostawiając po sobie ciszę zakłócaną jednostajnym szumem liści na wietrze oraz tnącymi atmosferę jak brzytwa rykami motorów, pędzącymi przez miejską noc.

wtorek, 25 sierpnia 2015

odc.168.: SŁAWA


Autobus linii 132 brawurowo pokonał zakręt, wjechał dziarsko w ulicę św. Mikołaja, po czym z impetem zahamował i utknął w korku, czyli okoliczności towarzyszącej codziennej podróży przez tę część city popołudniową porą.
- Tutaj, w tej kamienicy, jest ten sławny fryzjer, wiesz, ten z telewizji – powiedziała z przejęciem kobieta w czapce z daszkiem, ubrana w całości w barwy maskujące moro, jakby jechała przez dżunglę, nie Wrocław, i nie zwyczajnym, nieco smrodliwym mimo pozornej nowości autobusem, a ubłoconym, pancernym autem terenowym. Adresatem tych słów był klasycznie znudzony nastolatek, rozczochrany, rozwalony na siedzeniu w pozycji możliwie niewygodnej i nonszalanckiej, z miną ospałą i lekceważącą otoczenie, w monstrualnie wielkich białych słuchawkach na uszach.
Chłopak posłusznie spojrzał we wskazanym kierunku, co nie było trudne, bo autobus stał w miejscu przez kilka minut.
- Uhm – mruknął.
- Widziałam ten program, fantastyczny, tylko nie pamiętam tytułu. Taki sławny się teraz zrobił ten fryzjer – opowiadała kobieta – ale nie zadziera nosa, wiesz. O tu, z tymi kolumnami, z tym wejściem, o tu – pukała palcem w szybę.
Nastolatek mruknął coś niewyraźnie.
- O nie, mylisz się – zaprzeczyła kobieta - wcale nie jest drogi. Naprawdę, co tam wpadam, to mówi, że jak dla mnie, to ścięcie tylko stówkę, wyobrażasz sobie? Taka sława, a chce tylko stówkę. 
Pojazd szarpnął do przodu, podjeżdżając do świateł przy placu Jana Pawła II. Kobieta podskoczyła na siedzeniu z entuzjazmem, jakby zobaczyła majestatycznego słonia machającego do niej trąbą, choć za oknem autobusu było widać standardowy sznur aut.
- A tam, o tam, była bursa szkół artystycznych, a teraz jest sławna Akademia Muzyczna. A tu jest ta sławna fontanna z lwami – kontynuowała opowieść kobieta w moro, nie zwracając uwagi na znudzenie słuchacza. – Oni są cali goli, wyobrażasz sobie?
- Trudno, żeby lew był ubrany, mamo, no żal – prychnął chłopak.
- Coś ty, mówię o tych facetach, co mają gołe pupy, widzisz pomnik? A tam dalej jest ta sławna fosa miejska… A co ty się tak śmiejesz?
- Jak facet ma goły tyłek, to mu widać fosę – zarechotał nastolatek. – Ciekawe, czy też będzie w telewizji. Fejm dla fosy pe el – rzucił głośno, a kobieta nie wytrzymała i też się roześmiała.
- Długo jeszcze będziemy jechać? Ciągle korek i korek – zajęczał chłopak, tracąc nagle dobry humor.
- To jest właśnie ta sławna wrocławska komunikacja miejska – odparła kobieta z nutą sarkazmu – wsiadasz i stoisz w korku. Choć jest lepiej niż kiedyś... To przypomina mi, jak na studiach byłam w osiemdziesiątym czwartym w Budapeszcie. Też były korki. Chociaż w sumie tam wszędzie jeździłam metrem, a tu nie ma. Raz tylko jak się z koleżanką urwałyśmy z wycieczki,  poszłyśmy w miasto i spotkałyśmy faceta z kałasznikowem. Stał w bramie uzbrojony po zęby i patrzył na nas.
Chłopak aż zsunął słuchawki z uszu i spojrzał na matkę z podziwem.
- Oszku... No i co zrobiłaś?
- Nic. To było wejście do kantoru wymiany walut, facet pilnował tylko i nic nam nie zrobił. Później wytłumaczę ci co to było, a teraz tutaj wysiadamy. Patrz, tu był kiedyś budynek Cuprum, bardzo sławny…

niedziela, 23 sierpnia 2015

odc.167.: MIEJSCE ROZRYWKI


Wielkie bańki mydlane ochoczo płynęły przez wrocławski Rynek, jak przezroczyste wielokształtne chmurki, odbijając światło słoneczne wszystkimi kolorami tęczy, odbijając się od siebie oraz od zaskoczonych przechodniów, podziwiane przez zachwycone dzieci, od czasu do czasu pękając z milionem kropel, poruszane powiewami wiatru, który umilał wszystkim piękne piątkowe popołudnie.
Dookoła baniek i ich twórcy zebrał się tłum roześmianych maluchów, dorosłych i gapiów. Nieco dalej, między bankomatem a restauracją „Bernard”, mieszczącą się w kamienicy, w której kiedyś rezydowało biuro obsługi klienta firmy Dialog, stał grajek, który pełną piersią wykrzykiwał rockowe szlagiery, a z każdej okolicznej knajpy dochodziły dźwięki innej stacji radiowej, dlatego prowadzenie jakiejkolwiek pogawędki w promieniu kilkudziesięciu metrów było nieco utrudnione.
Wśród tłumu turystów, osób podziwiających bańki i tych, którzy po prostu błąkali się w tym czasie po Rynku stał łysiejący facet w średnim wieku, w krótkich spodniach odsłaniających blade łydki, w granatowej koszulce polo i w ciemnych stylowych okularach, usiłował opowiedzieć koledze o tym, jak pocieszał żonę.
- A ja na to, nie martw się kochanie, on po prostu szuka miejsca do srania, a kuwetę traktuje jako miejsce rozrywki. I wtedy to się dopiero wkurwiła.
- Nie dziwię się. – Kolega, również w koszulce polo i ciemnych okularach, potrząsnął sporym brzuchem, okazując radość. – A na urlopie byliście?
- W Ustce, z siostrą żony i jej dzieciakami. Normalnie koszmar. Ja myślałem, że to przesada, wiesz, z tymi parawanami.
- I co, telewizja kłamie?
- Nie, kurwa, człowieku, o siódmej rano ludzie zapierdalają, żeby się ogrodzić i zająć najlepsze miejsca. Myślałem, że na urlopie się wyśpię, ale kurwa budzik na wpół do szóstej i heja, nie.
- Dlaczego na wpół do szóstej?
- Bo o siódmej to już pozamiatane, kurwa.
- O ja pierdolę. Człowieku, to się nie wyspałeś, nie.
- No. A wy gdzie?
- A my na Teneryfę, bo tam taniej. I wiesz, spotkaliśmy od chuja ludzi znad morza.
- Jakiego morza?
- Naszego, polskiego morza.
- A wiesz, że tylko my mówimy, że to nasze morze? Ponoć Duńczycy i Szwedzi nie mówią nasze morze, tylko Bałtyk.
- Możliwe, nie wiem, ja jestem stąd, nie. A nie znad morza. I tam byli ludzie, co mają apartamenty na Helu, którzy mówili, że nasi im na Helu płacą trzy razy więcej niż oni na tej Teneryfie, nie.
- A, słyszałem o tym. Podobno stać ich na lepsze miejsca rozrywki niż Hel albo Sopot, jak mają tam pokoje i wynajmują naszym, to jadą w świat i się z nas śmieją.
- No, na Teneryfie pewnie nie ma parawanów.

wtorek, 18 sierpnia 2015

odc.166.: DOSTAWA


Przedłużająca się budowa wrocławskiego Narodowego Forum Muzyki nareszcie się zakończyła, co ucieszyło nie tylko melomanów, ale i tych wszystkich, którzy z utęsknieniem czekali na odblokowanie trasy spacerowej wzdłuż Podwala. Wrocławianie oraz turyści lubią korzystać z cienia starych drzew, rosnących przy miejskiej fosie i skwapliwie chronią się tam przed upałami, relaksując się z kawą, gazetą lub po prostu spoglądając leniwie w przestrzeń. Rowerzyści mkną bez przeszkód swoją sprytnie wydzieloną trasą, bez potrzeby wdawania się w konfliktowe dysputy z pieszymi, rodzicami rozbrykanych maluchów, właścicielami psów i innymi użytkownikami zwyczajnych chodników. Trasa spacerowa nieopodal NFM została podzielona na dwie równoległe nitki, więc nikt nie spiera się o to, kto i gdzie ma prawo przebywać, pędzić lub poruszać się niemrawo.
Rzecz jasna, jak człowiek chce i się postara - a wiadomo że Polak potrafi - to zawsze znajdzie powód do syknięcia na bliźniego ze zniecierpliwieniem. Młoda kobieta, bardzo szczupła, ubrana sportowo w czarne obcisłe getry oraz różową koszulkę, najwyraźniej uprawiała jednocześnie jogging, rozmowę telefoniczną oraz spacer z psem, bo głośno popiskiwała do telefonu, podskakując i podbiegając kilka kroków to w jedną, to w drugą stronę. Nerwowo podbiegła kilka metrów, kiedy mężczyzna siedzący na ławce pogłaskał jej jamnika łaszącego się i poszczekującego, z merdającym radośnie ogonem i figlarnym błyskiem w oku.
- Pan nie dotyka! NIE DOTYKA PSA! – Warknęła ostrzegawczo kobieta, odklejając na chwilę telefon od ucha –Maksiu, noga! Bo ugryzie!
- I rozszarpie? To może lepiej weźmie go pani na smycz, co? – Zaśmiał się wesoło facet, a popijający colę z małej puszki kolega obok mu zawtórował, machając ręką na natrętną osę. Siedzieli w rozpiętych marynarkach i poluzowanych krawatach na ławce naprzeciwko budynku NFM, delektując się gazowanym przesłodzonym napojem, a także chłodną mżawką przywiewaną przez wiatr z pobliskich spryskiwaczy, które automatycznie wytwarzały miłą bryzę i dostarczały wilgoci pobliskiej kępie roślin oraz przechodniom.
- Sam pan się weź i… Maksiu, noga, powiedziałam! WRACAJ, MAKSIU!
Maksiu zerknął na swą panią, wyraźnie bliską apopleksji, po czym lekceważąco odwrócił się i pobiegł w stronę kosza na śmieci, dookoła którego osy urządziły szaleńczy wyścig.
- Zostaw, bo bestia urwie ci nogę albo gorzej – poradził facetowi kolega. – Wiesz, jaki właściciel…
Kobieta na szczęście nie dosłyszała tych słów, bo odwróciła się do nich plecami i wrzasnęła do telefonu.
- Jaka dostawa?! Nie było żadnego zamówienia! Bo wiem! Bo ja ci to mówię! Jak szefa nie ma, to masz mnie słuchać! MAKSIU, NOGA!! Jak jest dostawa, to ją widzę! Pierwsza wiem o niej i dostarczam! Jak to kiedy, w swoim czasie, ale zawsze na czas! MAKSIU! – Wrzasnęła i pobiegła za psem, który najwyraźniej postanowił sprawdzić, jak szybko może znaleźć się na drugim końcu Podwala.
- Szybka jest – zauważył facet, który wcześniej głaskał bestię.
- Może leci z tą dostawą? – Obaj zaśmiali się głośno, co spłoszyło osę, która bardzo chciała spróbować coli. Odleciała na chwilę, z wyraźnym postanowieniem natychmiastowego powrotu, kiedy tylko nadarzy się sposobność.

czwartek, 13 sierpnia 2015

odc.165.: PRZEPAŚĆ


Po legendarnej dyskotece, owianej sławą typową dla knajpy w centrum city, czyli o zabarwieniu nieco mafijnym, trochę tandetnym, pachnącym za drogim alkoholem, darmowym mordobiciem i szemranym towarzystwem pomiędzy dziewczynami tańczącymi pod wirującą kulą w świetle stroboskopów, wyperfumowanymi, natapirowanymi, zgodnie z przykazaniami mody z lat 90-tych XX wieku, nie pozostał nawet ślad. Podobnie ma się sytuacja legendarnego polsatowskiego telewizyjnego show z niezwykle gorącymi barowymi krzesłami, na których zasiadali osobnicy żądni sławy, a między nimi na przykład miłościwie nam panująca (lub nie) Doda. Wyburzone, zapomniane, wyśmiane tysiąc razy, choć oglądane z wypiekami na twarzach, w czasach nie tak bardzo odległych, kiedy smartfony były Polakom nieznane, a wynurzenia o charakterze prywatnym lub wulgarnym nie należały jeszcze do medialnej codzienności.
Między mostami, dokładnie naprzeciwko głównego, wiekowego, zacnego budynku Uniwersytetu Wrocławskiego jest teraz wytworna marina, restauracja o tej nazwie oraz cholernie drogie apartamenty dla koneserów śródlądowej żeglugi i aromatów Odry.
Na ławce przed restauracją, w pełnym słońcu, mimo potwornego upału, ryzyka spalenia na popiół w kilka minut oraz powikłań z tym związanych, siedziała kobieta w wieku częściowo średnim, zdecydowanie wiecznie młoda, opalona, zgrabna, wystrzyżona zgodnie z najnowszą modą, czyli bok podgolony, asymetryczna grzywka, tył podfarbowany. Z telefonem wielkości wprost proporcjonalnej do kolczyków zwisających z uszu rozciągniętych jak u przedstawicielki jakiegoś afrykańskiego plemienia, któremu zresztą dorównywała opalenizną, w śnieżnobiałych szortach i koszulce w marynarskie pasy, konferowała, nieco piskliwie obdarowując rodzinną opowieścią przechodniów i właścicieli zacumowanych w pobliżu łodzi i mikroskopijnych jachtów, bo po wodzie głos nieźle się niesie.
- Lata mijały, wyobrażasz to sobie? I nikt nigdy tej przepaści już nie przeskoczy. Kiedy ja się urodziłam, siostra miała już 5 lat, więc nie mogłyśmy się jeszcze razem bawić. Kiedy podrosłam, ona miała już 10 lat i nie w głowie jej były moje huśtawki, przecież chodziła już do szkoły. No właśnie, Celinko, to cała przepaść. Później, jak miałam 10 lat, to ona 15 i chłopaka i zależało jej głównie na tym, żeby jak najmniej czasu spędzać w domu. Jak miała 20 lat, urodziła dziecko i założyła rodzinę, to o czym ja miałam z nią rozmawiać, no sama powiedz. No właśnie. Przepaść, a teraz ona mówi, że jest stara, ma prawie 50 lat, dzieci się wyprowadziły, a mąż ma młodszą kochankę. A mój? Płacze mi prawie, właśnie nie chce wyjść z hotelu, bo ma stopy w kratkę. Co ja poradzę, nie posmarował filtrem i opaliły mu się przez ażurowe mokasyny.

wtorek, 11 sierpnia 2015

odc.164.: MONSTRUM


- Masz dziewczynę?
- Nie, mam siostrę.
- A ja mam dwie dziewczyny. Dobrze, że ich tu nie ma, pojechały na wakacje. Chodź, kopiemy ten tunel, bo mama mnie zaraz zawoła do domu.
- Dobra, kopiemy.
Mimo że szczęśliwy posiadacz dwóch wielbicielek był na oko dwukrotnie starszy od obdarzonego siostrą czterolatka, chłopcy znakomicie się dogadywali i zgodnie kopali w piaskownicy wielkie doły, sypiąc przy tym piasek na siebie, pozostałe dzieci i otoczenie.
Poranek był bardzo słoneczny, a powietrze pachniało nadciągającym skwarem, suchymi liśćmi i niestety pobliskim śmietnikiem. Ten konkretny plac zabaw jako jeden z nielicznych ulokowano w cieniu wysokich, starych drzew, więc chętnie odwiedzali go mali mieszkańcy osiedla w centrum city, oczywiście wraz z rodzicami, dziadkami, babciami, opiekunkami, ciociami lub wujkami. W XXI wieku dzieci nigdy nie są same, rzadko się nudzą, a o wchodzeniu na drzewo i swobodnym zwisaniu z trzepaka nawet im się nie śniło.
Tuż obok piaskownicy na ławce siedziała młoda kobieta, która bardzo głośno rozmawiała przez telefon, pilnując jednocześnie, by kilkuletnia córeczka nie zrobiła sobie krzywdy kapslem, który mała uparcie trzymała w rączce, nie chcąc zamiast tego cudnego znaleziska chwycić na przykład łopatki, foremki, tudzież jakiejkolwiek innej tradycyjnej zabawki.
- Sara, odłóż to, powiedziałam – syknęła kobieta surowo. – Nie, to nie do ciebie, Marysiu. No, to jeszcze tylko ci opowiem, bo pamiętasz tę moją grubą kuzynkę? No, zawsze była gruba, ale teraz to się z niej zrobiło prawdziwe monstrum. Jest w ciąży i przesadza, żre wszystko, nawet pije kawę, wyobrażasz sobie. Na dodatek wszędzie chcą z nami chodzić, Łukasz już mówi, że ma ich dosyć, ale oni dzwonią i zapraszają na grilla, na wesele nawet razem mamy jechać. Ja nie wiem, w co ona się zmieści, chyba dwie sukienki zeszyje razem, a taksówkę osobną jej zamówimy, bo sama zajmie całe siedzenie. Sara, odłóż to, powiedziałam! Nie, to nie do ciebie, Marysiu. I ona mnie zapytała ostatnio o wiesz co. No, WIESZ CO. O sprawy damsko-męskie, jak to się, no wiesz, załatwia, bo jej mąż w ciąży chce tylko jej w dupę, a mój mówi, że widocznie woli na nią nie patrzeć.
W tym momencie oczy większości osób będących na placu zabaw skierowały się na nią, ale nie zwróciła na to uwagi.
- Sara, odłóż to, powiedziałam. Nie, to nie do ciebie, Marysiu. – Ze zdumieniem zauważyła wreszcie, że kilka osób wpatruje się w nią z mieszaniną grozy, ciekawości i potępienia w oczach - Ojej, powiedziałam to przy dzieciach. O dupie i w ogóle. No, śmiej się, śmiej, ale kiedy ktoś wygląda jak monstrum, to chyba musi o tym pomyśleć, nie.