poniedziałek, 8 sierpnia 2016

odc.199.: TAK TO JEST


Dwóch stoi, po miejsku zakurzeni, zmarszczeni, wysuszeni, zakonserwowani, osmagani słońcem i napełnieni piwem, sprzedają wszystko i nic, rozmawiają o życiu, o kobietach, o pieniądzach i… O życiu.
- U mojej starej nie ma nic za darmo.
- Tu na targu?
- Ani na targu, ani w domu też, ani zupki, ani dupki...
- Tak to jest, nie ma nic za darmo.
Głośny, rubaszny śmiech dwóch weteranów tego boju utonął w narastającym gwarze, bo od rana przybywało ludzi na targu Świebodzkim, mimo coraz bardziej nachalnego upału, natarczywej duchoty zaplątanej w spalinach i pyle między torami, stoiskami, nawoływaniami sprzedawców i zapachami smażonego niekoniecznie dietetycznego zestawu dla koneserów, czyli frytek i kiełbasy.
- Coś słabo dzisiaj wyglądasz.
- Hę? – Ocknął się ryży nastolatek o anatomii rachitycznej antylopy.
Jego barczysty, porośnięty czarną szczeciną kolega przyglądał mu się, nieco zatroskany.
- Słabo wyglądasz, kaca masz?
- Nie, to przez to, że ostatnio odstawiłem wódkę.
- Ale jak, tak zupełnie?
- No raczej, wiesz, tak to jest, że mam postanowienie, a potem jest życie i chuj. Takie chcesz?
Oglądali buty sportowe, rozstawione na gibiącym się straganie, zza którego wyzierało zalotne spojrzenie dorodnej dziewuszki w typie bułgarskim, o pięknej twarzy i fryzurze niestety rozjaśnionej, a szkoda.
- Nie, mają taki tu, kurwa pasek różowy, co ja pedał jestem, żeby pasek na butach.
- No tak. I odstawiłem, ale wczoraj nie było czasu na śniadanie, to wypiłem piwo. Miałem szukać roboty.
- A potem?
- A potem drugie na obiad i wieczorem jak myślałem o kolacji i że miałem szukać roboty, i piłem trzecie, wpadł szwagier i robił mocne drinki, a teraz sam widzisz.
- Masakra, jak po świniobiciu.
- Jakim kurwa świniobiciu? Suszy mnie, i tyle. Ty świniobicia kurwa na oczy nie widziałeś, nie?
- No raczej, ja z miasta jestem, z Kozanowa, nie. Ale jak to jest, wszystkie świnie wprowadzacie do kałuży i jeb prądem?
- Coś ty, kurwa, to byłoby niehumanitarne. Tato gardła podrzyna, a potem przyjeżdża rzeźnik i robi kiełbasy, z filetem z kurczaka za dwie dychy.
- I dobre wychodzi?
- Najlepsze, tak to jest.
Panowie przesuwali się niemrawo wraz z falą tłumu, który mijał się zygzakami, powoli i wypatrując okazji i towarów „za ci zlote, pińć zloty”, a słońce postanowiło udowodnić wszystkim niedowiarkom, że to już półmetek lata.


wtorek, 26 lipca 2016

odc.198.: SZKODA GADAĆ



- Nie myśl sobie, że ja tu tak kurwa sobie tylko stoję, nie – powiedział z dumą facet w czapce z daszkiem i wielkim telefonem, opierając się leniwie o barierkę przy przystanku autobusowym na nowodworskiej krzyżówce i niedyskretnie spływając potem w słońcu palącym miasto. 
Facet pstryknął z wprawą niedopałkiem papierosa pod nadjeżdżające auta i podrapał się po brzuchu.
- Zarabiam, a co myślisz, od nocy do rana na zmianie robiłem, szkoda gadać. I zarabiam. W końcu to ja tu jestem mężczyzną, nie, kurwa. A ty? Opalaj mi się tam ładnie, no. Z każdej strony, tylko żeby cię nikt tam kurwa nie widział, bo wiesz, kurwa. No.
Rozłączył się i czknął bez entuzjazmu, co wzbudziło lekki niesmak na twarzy starszej kobiety, stojącej tuż obok. 
Starsza pani obróciła się do męża, który kontemplował okoliczne bloki osiedla Nowy Dwór, budynki szare i kolorowe, mniejsze i większe. 
- A co tam budują?
- Gdzie?
- O, tam. Trochę wystaje. 
- A nie wiem. W tym mieście ciągle coś z ziemi wyrasta, jak grzyby po deszczu. A to nad kamienicą na Ruskiej dobudują coś szarego, a to coś innego, brzydactwa takie, że szkoda gadać…
- Aha. Ale to chyba już z pół wieku budują, bo jak jeździmy do twojej siostry, to od lat widzę.
- I dopiero teraz pytasz co to jest?
- No i sama widzisz, zapytałem i robisz problem, no szkoda gadać.
- To kościół – wtrącił się facet w czapce z daszkiem. – Budują go od 30 lat. 
- Tak długo? – Zdziwiła się starsza pani – Myślałam, że w tym kraju kościoły powstają w mgnieniu oka, tylko świątyń prawdziwych nie ma – zakpiła.
Facet podrapał się znowu po brzuchu.
- Poprzedni proboszcz przegrał całą kasę w karty, bo był hazardzistą. I się przedłużyło to budowanie.
- W kasynie przegrał? – Zainteresował się starszy pan.
- Nie wiem, ku… No może w melinie, ale na pewno w karty.
- Co za historia, no proszę. – Starsza pani pokręciła głową i wyjęła z torebki chusteczkę, żeby wytrzeć czoło. - Nawet księży to nie omija. Ależ dzisiaj gorąc!
- A co ich ma omijać, też korzystają z życia, tylko po cichu.
- To może lepiej na głos nie mówić – doradziła milcząca dotąd kobieta siedząca na ławce pod wiatą, gdzie temperatura powietrza powodowała wrzenie mózgu i okolic.
- Racja – potwierdził starszy pan – bo czytałem, że na tych osiedlach to 80% głosuje na PiS. Jeszcze doniosą, komu trzeba i nieszczęście gotowe.
- A co tam jedzie?
- 142, skręca, to nie nasze.
- Aha. O, ale w tamten wsiadamy, to nasze.
Skwar się nasilał, jak to bywa w lipcu. Stosunkowo niedawno ukończony przystanek pękał w szwach, a kolejne autobusy gibały się i podskakiwały na zrytym koleinami buspasie, mimo że trasa powstała z okazji mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 roku. Przystanek przypominał rozgrzaną do granic możliwości scenę w antycznym teatrze, przez którą przewijali się kolejni aktorzy. Jedni znikają, pojawiają się następni, z monologami i dialogami, wygłaszanymi swobodnym językiem, bez skrępowania, okraszonym wyrazami i gestykulacją, a zamiast teatralnych masek mają spływający makijaż, ciemne okulary i zarost, mniej lub bardziej widoczny, w zależności od płci i tego, czym obdarzyła ich natura.
- Nie wiem czy zdążę – warknął wkurzony, ładnie zbudowany, nieudolnie brodaty blondyn ze sportową torbą na ramieniu, burgerem w jednej dłoni i telefonem w drugiej. – Zapierdalam teraz, to przez tę jebaną Dorotę i tę grę. Kurwa, odjebało wszystkim, że szkoda gadać! Jak to co, siostra zamknęła mnie w chacie na dolny zamek, to się nie otwiera od środka i nie mogłem wyjść, a ona kurwa nie odbierała, bo goniła pierdolone Pokemony po całym mieście. Co?! Odjebało wam wszystkim, jak nie przyjdziesz na trening z powodu gry, to trener cię kurwa zajebie! – Chłopak prychnął z wściekłością i kawałek posiłku pacnął mu na koszulkę. – Nożesz kurwa, no. Przez ciebie ujebałem się jak świnia. No jem teraz, przecież nie będę tak jak Piotrek, co po kardio jadł pizzę bez salami i mówił, że zdrowo bo hot-doga zje bez parówki i kebaba bez mięsa, kurwa jak będzie jadł samą kapustę, to mu kichy rozerwie, kurwa! Wegetariańskie parówki z miłością, kurwa, żeś wymyślił, gastrofaza z Gessler, kurwa, szkoda gadać. Masz zaraz włożyć dupę w auto i przyjechać na trening, Pokemon nie zając kurwa, jutro też będzie, podobno nawet w Oświęcimiu są, ogarniasz temat, że moja matka w to gra? Przyszła z pracy, kurwa i mówi, że nie było jej nawet żal, że pracuje w niedzielę i nawet lanczu nie wpierdoliła, bo grała sobie w Pokemona, bo u nich między budynkami są, potem po drodze też, a ja siedziałem w domu jak chuj, że szkoda gadać. Jedzie już mój autobus, widzimy się na treningu, bo inaczej w dupę sobie te Pokemony włóż, kurwa!
Blondyn zniknął z przystanku, za to w miejscu, gdzie przed chwilą stał młody brodacz, pojawiły się dwie kobiety. Obie ubrane bardzo podobnie, w ołówkowe spódnice, jasne bluzki z kołnierzykiem, w wielkich okularach przeciwsłonecznych i z torbami foliowymi pełnymi zakupów w rękach. Jedna bardzo opalona, a druga blada.
- Tam też było gorąco, ale inaczej.
- Ale ładnie wyglądasz, jakoś tak zdrowo, odpoczęłaś?
- Trochę, ale już jestem zmęczona, no szkoda gadać.
- Jak to, przecież dopiero wróciłaś do pracy?
- No tak, ale wcześniej myślałam, że zaraz tu wrócę i jeszcze o tym, co muszę najpierw zrobić, no i z dwóch tygodni na Krecie skorzystałam tylko na początku, a potem to już szkoda gadać, nie mogłam odpocząć, bo znowu byłam zmęczona.
- Ty ciągle jesteś zmęczona. Pewnie wolałabyś w ogóle nie chodzić do pracy…
- No jasne, że lepiej, ale co zrobić.
- A wiesz, ja to jak za długo siedzę sama w domu, to aż nie wiem w co mam sobie rękę włożyć.
- No, jedzie 122, to pa.
- Pa!
Obie ucałowały powietrze obok policzków i opalona odjechała, a blada została, kryjąc się przed promieniami słońca za plecami faceta w czapce z daszkiem, który tak się zapatrzył w telefon, że kompletnie przestał zwracać uwagę na mijające go w miejskim upale kolejne autobusy.


poniedziałek, 11 lipca 2016

odc.197.: NIE DOGODZISZ


Z tyłu głowy czasem błąka się nieśmiała, choć dość przerażająca myśl, że rzadko, bo rzadko, ale zdarza się, że windy spadają. Scena z filmu „Speed” przemyka przed oczami, niesprecyzowane w czasie doniesienia prasowe o urwanych głowach, kończynach, stłuczeniach i innych wyrafinowanych obrażeniach ciała przypominają się akurat w tym momencie, gdy drzwi windy rozsuwają się gładko, zapraszając do wnętrza. Wtedy nawet lekkie, niewinne szarpnięcia powodują, że włoski na karku jeżą się w atawistycznym, słusznym odruchu.
Dzieje się tak, kiedy z windy korzysta się sporadycznie, natomiast gdy trzeba nią jeździć codziennie, ludzki umysł skutecznie wypiera makabryczne wizje i niepotrzebne lęki, koncentrując zmysły na czymś innym, jak chociażby na domyślaniu się, gdzie sąsiad z szóstego piętra kupił takie ładne pomidory, skoro w warzywniaku nieopodal bloku są tylko jakieś imitacje pozbawione barwy i smaku również. Podczas jazdy przez miliony pięter można zerknąć dyskretnie i bezkarnie na biust sąsiadki z parteru, która nie przepada za stanikiem i dumnie wypina do przodu imponująco skonstruowaną część ciała, powodując arytmię u grubego sąsiada z czwartego oraz wzrok pełen świętego oburzenia u starszej damy z ostatniego piętra, której jazgoczący przeraźliwym ujadaniem pudelek drażni wszystkich w stopniu porównywalnym do emocji wywołanych oglądaniem państwowych, tfu, narodowych „Wiadomości”.
W windzie osiedlowej w city wszyscy mruczą do siebie grzecznościowe „bry” i „dzenia”, rozwijając niekiedy te niemrawe przejawy elokwencji w rytualne pogawędki o pogodzie lub o tym, że na drugim robią remont już chyba od trzech miesięcy i ciągle jest hałas, pył i ciekawe czy spółdzielnia wie o tym, że rozwalili ścianę między kuchnią a pokojem. Nie wszyscy wszystkich znają, ale kojarzą się z widzenia, co w erze przewijania kciukiem nagłówków bez zagłębiania się w treści jest chyba normalnym zjawiskiem.
- Dzień dobry – wysapała sąsiadka z ostatniego piętra, taszcząc trzy wielkie siaty z zakupami. Sprana trwała na głowie idealnie współgrała z rozmazanym makijażem zmęczonych oczu, codziennie wypatrujących wybryków męża, fana browarnictwa, regularnie koczującego z kumplami pod sklepem monopolowym.
Jako odpowiedź kobieta zarejestrowała entuzjastyczne szczekanie małego kundelka, łagodnie strofowanego przez starszą panią oraz podekscytowane „dzień dobry” małego chłopczyka i nieco burkliwe „bry” młodego ojca, a także mruknięcie chłopaka ze słuchawkami oraz wzruszenie ramion nastolatki, której policzek prawdopodobnie przykleił się do smartfona, ponieważ podobno nikt nigdy nie widział tej dziewczyny bez telefonu.
- Powiedziałam jej, że już wiem, że nie chciała krzywej akcji, a potem i tak się pokłóciłyśmy – nastolatka zawiadomiła piskliwie nie tylko rozmówcę, ale i całą grupę sąsiadów, oczekujących z nią na windę.
- Jeszcze ja, jeszcze ja, proszę przytrzymać! – Rozległo się przy bramie i po chwili obok skrzynek na listy pojawił się sąsiad aktywista, co to w każdej sprawie zadziała, zbierze podpisy, załatwi latarnię na parkingu, festyn na boisku szkolnym i ławkę dla emerytów przy sklepie, do wyboru, do koloru. Człowiek – orkiestra, pożyteczny w tym samym stopniu, co namolnie gadatliwy. Spotkanie z nim to co najmniej kwadrans z głowy, jeśli chce się zachować choćby pozory uprzejmości.
- Jeszcze ja, ale nas dużo! To się nie zmieszczę, to pojadę następną, ale to miło tak się spotkać, tak – paplał, nie zważając na kompletny brak zainteresowania ze strony słuchaczy. - Drugą windę remontują, to teraz wszyscy razem tu musimy przez kilka tygodni. Ciasno, ale raźniej, co?
- Tato, a czy golyle pływają? – Zapytał chłopczyk. – Bo mama mówiła, że szympansy pływają żabką. A golyle?
- Nie wiem, sprawdzimy – mruknął ojciec, przytrzymując brodą zgrzewkę wody mineralnej i usiłując odnaleźć klucze w torbie z zakupami.
- Tato, a człowiek się lobi z małpy? Bo mama mówiła, że z małpy. A jak pójdziemy do zoo, to tam będą małpy czy się zlobią ludziowie?
- Ludzie – odruchowo poprawił synka mężczyzna, śmiejąc się ukradkiem.
Sąsiad aktywista westchnął teatralnie.
- Teraz dzieci są takie wykształcone, panie tego, ja to miałem szczęście, że rodzice chcieli do szkół posłać i pamiętam, że…
- O, już jest winda, przepraszam! – Kobieta z torbami i niegdysiejszą trwałą przepchnęła się do wejścia.
Powoli cała grupa zapakowała się do środka, nieco przepychając się w drzwiach z osobami, które usiłowały najpierw wysiąść.
- Boszsz – starsza pani z pieskiem zmarszczyła nos i powachlowała się ulotką z Lidla. – Ależ tu…
Winda ruszyła.
- …bo powiedziała, że ona wie lepiej, bo jest już w drugiej liceum, a ja dopiero zaczynam i że w pierwszej klasie będę nikim, rozumiesz, nikim! – Dziewczyna z telefonem była na granicy płaczu. – Myślałam, że liczy się coś innego niż fejm…
Chłopak w słuchawkach zerknął z zaciekawieniem najpierw na twarz dziewczyny, potem na jej zgrabną sylwetkę, z półsekundowym przystankiem między szyją a płaskim brzuchem.
Dziewczyna zauważyła spojrzenie chłopaka i uśmiechnęła się, nieśmiało kącikiem ust.
Piesek zaszczekał niecierpliwie.
- Zaraz będziemy w domu, zaraz, nie denerwuj się, ja wiem, że tu śmierdzi – starsza pani wachlowała się z energią, która mogłaby wytworzyć prąd w całym Wrocławiu.
Przez chwilę panowała cisza.
- Jednym śmierdzi – stwierdziła kobieta z torbami – innym pachnie. Jedni się myją, inni perfumą poleją. Jedni pierdz… - Urwała, widząc zaciekawione spojrzenie chłopczyka i wzrok pełen oburzenia sędziwej matrony. - Ludziom nie dogodzisz…
Chłopczyk aż podskoczył z radości.
- A tata lano też pieldnął! Ale w tajemnicy, nie w windzie.
- Synku!
- To moje piętro, do widzenia – drzwi windy rozsunęły się i starsza pani wyciągnęła na korytarz pieska, który zaczął obwąchiwać zakupy sąsiadki.
- Do widzenia – powiedział zarumieniony ojciec chłopczyka.
Piesek prychnął, kobieta z torbami pogłaskała dziecko po głowie, zaś młodzież nie zauważyła niczego, zajęta tańcem godowym.

sobota, 25 czerwca 2016

odc.196.: ALE LIPA


-…i na koniec mu powiedziała, że jak teraz nie wróci, to za rok okaże się, że ktoś inny wychowuje jego dziecko, bo ona nikomu nie wypadła spod ogona.
- Patrz pani, a jak ja wychodziłam za mąż, to było wiadomo, że aż do śmierci.
- A mój mąż zawsze mówił, że dopóki moi krewni nas nie rozłączą.
Podobno gdzieś na świecie egzystują jeszcze społeczności, w których osobniki starsze obdarzane są szacunkiem i troską, ze względu na doświadczenie życiowe, zgromadzoną mądrość, a także ze zwykłej ludzkiej życzliwości. Z kolei literatura uczy nas, że czasami im człek starszy, tym więcej widział, ale nie wszystko dobrze kojarzy, o czym świadczą na przykład chaotyczne komentarze greckiego chóru oraz dyskusyjne w skutkach porady makbetowskich wiedźm, wsparte oparami z ziół, które ponoć wieki wcześniej pomagały w tworzeniu świętych pism (ale o tym sza, bo za takie insynuacje do sądu można trafić). 
W wersji rodzimej mamy do dyspozycji mędrców w literaturze, ławeczkę w telewizyjnym "Ranczu" oraz zbiorowy rechot medialny z fanatyczek przywdziewających moherowe nakrycia głowy, drżącymi dłońmi wysupłujących ostatnie grosze, by opłacić najnowszy model lśniącego samochodu dla ulubionego księdza... Niewiele ma to wspólnego z szacunkiem, mądrością czy czymkolwiek godnym podziwu, ponieważ w polskiej zbiorowej świadomości ludzie starsi funkcjonują na marginesie, w poczekalni przychodni lub czyhając na wolne miejsce w tramwaju. Jak każde zjawisko, to również ma dwie strony, bo wszak na szacunek trzeba sobie zapracować, a pogarda jest tania i łatwa w obsłudze. Samotne buzie pomarszczone w oknach, jak pokryte warstwą kurzu obrazy, to częsty widok na osiedlu w city, podobnie jak oblężenie ławek wokół placu zabaw, nie tylko przez okoliczną żulerię, ale starszyznę rodów rozmaitych, których przedstawicielki i reprezentanci regularnie się spotykają, omawiając stan zdrowia własny oraz majątkowy bliźnich. W rozmowach pojawiają się niekiedy wątki miłosne, okraszone zgorszeniem, gdy prowadzenie się bohaterów wzbudza wątpliwości natury moralnej. Osiedlowe grupy wsparcia są niedoceniane, ponieważ wyrywają z samotności, zasmucenia i sprzyjają wymianie myśli, co zapobiega demencji i rozpaczy. 
Nie ma to jak dobra, soczysta plotka, dla zdrowotności.
Kobieta odziana zaskakująco wielowarstwowo (sukienka, fartuch, kamizelka), jak na tropikalne warunki, które otoczyły Wrocław duszną aurą, przycupnęła jednym półdupkiem na ławce pod wielką lipą, tuż obok placu zabaw, na którym szalały maluchy, obserwowane czujnie przez rodziców usiłujących jednym okiem spoglądać na pociechy, drugim na ekrany smartfonów.
- A dzień dobry sąsiadce – zagaiła, zasapana, zmęczona, objuczona zakupami. – Na chwilę przysiądę, odpocznę, bo od rana na nogach jestem.
- A dzień dobry – odparła siwa kobieta siedząca na ławce, ukryta w podbródkach i fałdach wielkiej spódnicy, a druga dama, bardzo szczupła, pokiwała energicznie głową, na której chwiał się białoszary kok. – Ja też, od samego rana! Teraz, żeby ze wszystkim zdążyć, to bym musiała przed świtem się zrywać.
- Kiedyś tak się wstawało. – Rzuciła z przygnębieniem dama z kokiem. - Piąta, szósta, i dobrze było.
- Teraz zanim sklep obejdę, to już południe. I co ja mam z tego dnia? – Westchnęła, ocierając pot z czoła rękawem fartucha.
- Nakroiłam kapusty i na razie tak leży.
- Życie spowolniało i tryb też.
- A cytryny pani kupiła? Po 18 złoty, w biały dzień zwariowali!
- Bez smaku takie. Niby to cytryna, ale lipa, bo smaku nie ma za grosz. 
- Teraz to nie wiadomo czy jabłko, czy gruszka, wszystko smakuje tak samo. A co tak pachnie?
- Lipy, pani sąsiadko, lipy. Ale nie tak dusząco, jak tamten bez, tylko pięknie, jak to tylko lipa potrafi.
- Smaku nie ma… - Kontynuowała staruszka z kokiem w zamyśleniu – Bo pryskają, tyle pani powiem. Pszczoły umierają, jabłonki po 2-3 latach też, a kiedyś jak się posadziło jabłoń, to dwie dekady żyła, albo i dłużej, jak ja.
- Antonówka, szara reneta, papierówki piękne były, a teraz wszystko takie czerwone, ale lipa, bo smaku nie ma za grosz.
- Trzeba jeść to co jest i cieszyć się, że jest. Nie każdy tyle ma, żeby pojeść. A czereśni tez pani nakupiła? Pewnie nadziewana?
- Jakie nadziewana, wczoraj kupowałam, to ani jednego robaka nie było! – Oburzyła się staruszka w fartuchu. - To dzisiaj też nie będzie…
Kobieta z fałdami zaczęła się podnosić, co ze względu na tuszę było logistycznym wyzwaniem.
- Już pani idzie? Teraz się tak wszystkie rozejdziemy, każda w swoją stronę? – Zasmuciła się dama z kokiem.
- Jak otworzą na osiedlu klub samotnych serc, to pójdziemy razem – rzuciła kpiąco właścicielka miliona podbródków.
- Pani się śmieje, a mnie to syn kiedyś zabrał do takiego klubu – powiedziała z dumą staruszka z kokiem - do kasyna!
- To nie to samo chyba?
- Ale zobaczyłam, jak to może wyglądać. Napatrzyłam się, oj napatrzyłam. Nadymione, nakurzone, dolarami za jakieś żarcie trzeba płacić. A syn mówi: chciałaś wyjść, to zobaczyłaś i odechce ci się.
- Oj, tak, tak, nie każdemu to odpowiada.
- Mnie by odpowiadało – westchnęła spod fartucha starsza pani. – Ale nakupiłam sobie teraz truskawek i czereśni.
- No tak, klubu nie ma, to inaczej sobie dogodzimy – zaśmiała się sąsiadka spod koka. – Nawet jak nadziewane.
- Co pani mówi, ani jednego robaka!
- A ja to bym wolała nawet takie nadziewane niż te chrabąszcze, co te dzikusy gotują w telewizorze. Sąsiad mówił, że nawet jego pies by nie tknął.
- Ten, co ma podwójne drzwi?
- Mnie też namawiał, mówił do mnie, że panią okradną i do mnie przyjdą, ale co u mnie można ukraść, jak ja nic nie mam? Po co mi takie drzwi? Firanę mogłabym powiesić, i tak nic nie mam.
- Tymi drzwiami sam tylko kusi złodzieja. Od razu widać, że go stać i coś ukrywa. Jak tamci spod siódemki, co teraz pomarli i córka się sądzi z bratem o mieszkanie.
- Co pani powie, a tam nie było testamentu?
- Może był, a może nie, ten oszust wyniósł wszystkie papiery i teraz szukaj wiatru.
- A może zadłużone? – Zaciekawiła się dama z torbami pełnymi zakupów, tuląc siatkę z cytrynami do siebie.
- Takie też można sprzedać, jak wiadomo czyje to. I została ta córka teraz, mąż w Niemczech, syn też w Ameryce jakiejś czy innej Anglii, a ona sama w tym swoim mieszkaniu i teraz drugi kłopot.
- To ja już wolę nic nie mieć, żeby mnie nie okradli.
- Teraz nie włamują się, jak kiedyś, tylko ludzie sami ich zapraszają i dają oszustom.
- Na wnuczka, na strażaka…
- Na jakiego strażaka? Na policjanta dają, słyszałam w gazecie, co pani mówi.
- Strażak to ma ładniejszy mundur, takiemu to i herbaty bym zrobiła. A, posiedziałam – otrzepała fartuch i wstała – to teraz tylko wdrapię się na to moje czwarte piętro i zajdę, i odpocznę.
- A my pani sąsiadko, to jeszcze po te truskawki może podejdziemy, pojemy sobie? – Zapytała kobieta z kokiem.
- Co racja, to racja, nie ma klubu, to inaczej trzeba sobie dogodzić – między fałdami pojawił się uśmiech, po czym staruszki wzięły się pod ręce i powoli ruszyły w kierunku warzywniaka.
Zapach lipy niósł się z niemrawymi podmuchami wiatru, zapewne w poszukiwaniu cienia.

wtorek, 7 czerwca 2016

odc.195.: CO DO CZEGO


Odrobina kultury w city powiększyła się ostatnio do niespotykanych dotąd rozmiarów, ze względu na nagromadzenie projektów pączkujących w ramach ESK 2016. Wystawy, parady, instalacje artystyczne, koncerty, performance, przedstawienia, przedsięwzięcia małe i duże - sztuka atakuje wrocławian z każdej strony i nie ma jak się przed tym obronić. A jednak Polak potrafi i kulturze wysokiej przeciwstawi przaśne zwyczaje, artystów skonfrontuje z lokalną żulerią, a wyrafinowanym drinkom postawi browara. Na zdrowie i dla zdrowotności.
Ulica Szajnochy gościła niedawno miasto Lublin, które z okazji wyżej wymienionej postanowiło przysłać do Wrocławia aktorów, śpiewaków i innej maści sztukmistrzów, aby podkreślić rangę Koalicji Miast ESK 2016. Nad ulicą zawisły piękne kolorowe dekoracje, podejrzanie tęczowe słońce beztrosko dyndało uczepione na linie, a mieszczanie i turyści mogli delektować się sztuką przez duże Szszsz.
- Kurwa! Jak przyjdzie co do czego, to wszyscy pójdziemy z torbami! – Wrzasnęła do telefonu zdenerwowana blondynka, przepychając się przez tłum wpatrzony w przedstawienie.
- Co?! – Oburzyła się sędziwa matrona, potrącona przez blondynkę nie tylko werbalnie.
- Yyy, przepraszam! – Jasnowłosa zasuszona w służbowej wściekłości dziewczyna brnęła dalej przez tłum, sycząc do telefonu wyrazy, których kobiecie podobno nie przystoi wymawiać.
- Daje dupy, widziałam! Tylko szefowi robi dobrze, a nam po premii pojadą, jak zapłacimy przez nią podwójny podatek, mówiłam, że bez seksu z tym gnojem nie będzie premii!
Sędziwa matrona pokręciła głową z dezaprobatą, podczas gdy jej grubiutki, zarośnięty jak Święty Mikołaj mąż z zachwytem kontemplował kształtne pośladki znikającej w tłumie blondyny oraz wdzięki wielu innych młodych dam, zgromadzonych na ulicznym przedstawieniu. Matrona łypnęła surowo okiem.
- Stasiu nie gap się, to nieładnie. Te współczesne kobiety są takie… Wyuzdane… 
- Jakie?
- Takie… Otwarte?
- Otwarte są, tak! – Cieszył się Staś, zerkając na obfity biust hożej brunetki, która schyliła się, by wyjąć kamyk z sandałka córki.
- Nie gap się, bo cię więcej nie zabiorę między ludzi!
- Nie gapię się, oglądam przedstawienie. A długo to jeszcze potrwa? Nic nie rozumiem.
- Nie wiem, a co? Znowu jakiś mecz z kolegami? Widziałam, że zamiast pochodzić z psem poszedłeś do sklepu…
- Gapić się nie mogę, meczu oglądać nie mogę, to kupiłem dwa piwa i chciałbym je wypić w spokoju.
- Dwa? Trzeba było od razu kupić sześciopak, a jak przyjdzie co do czego, to schowam… Stasiu, znowu się gapisz!
Święty Mikołaj zapatrzył się na parę całującą się namiętnie, która przywarła do siebie jak glonojad do ścianki akwarium.
- Kiedyś, matka mi opowiadała, bo ja to za młoda jestem, żeby pamiętać… To nikt nie całował się na ulicy.
- Może nikt nie chciał cię tam całować?
- Stasiu, o matce mówię, ja za młoda… Lampy gazowe świeciły, aut jak na lekarstwo, tylko Księżyc był strażnikiem miłości – rozmarzyła się matrona, tracąc na moment fasadę surowości.
- A potem ten Księżyc wzięli i ukradli.
- Co? – Ocknęła się. – Kto ukradł Księżyc?
- Dwóch takich…
Huk braw, o dziwo pozbawionych zarówno buczenia, jak i gwizdów (widocznie w tłumie zabrakło obcokrajowców) zagłuszył ciąg dalszy wspomnień z młodości oraz zeznania dotyczące kradzieży Księżyca.
Obcowanie ze sztuką odrobinę za wysoką bywa męczące i jak powszechnie wiadomo, wysusza gardło, nic więc dziwnego, że w sklepie monopolowym nieopodal sceny tych jakże kulturalnych wydarzeń był tłok, szum i gwar, współtworzony przez wiele spragnionych dusz oraz ciał.
- A czemu aż tyle? – Zapytał z pretensją przykurzony jegomość w stroju wybitnie niedbałym.
- A bo za butelki policzyłam. Wypije, to odda.
- Mnie? Mnie pani policzyła? – Obruszył się władca kurzu ulicy. – Przecież ja tu codziennie jestem! Stały klient.
- No przepraszam, no. Jakaś taka bez energii dzisiaj jestem.
- Ja też – westchnął, aż kurz poleciał i z tyłu kolejki ktoś kaszlnął. – To mój pierwszy wolny dzień od trzech tygodni, a wstałem rano, jakbym szedł do roboty. 
Nie zwracając najmniejszej uwagi na ogromną kolejkę, sprzedawczyni oparła wielki biust o ladę i kontynuowała pogawędkę. 
- Jak mam wolne, to zmuszam się, żeby spać. Hałasują tymi sztukami, aż głowa boli. Ja tu mieszkam obok, wie pan, to wczoraj wieczorem spać nie mogłam i nawet jak skończyli, tak mi huczało. Rano też, chociaż na drugą zmianę miałam. To wstałam.
- Po co spać, trzeba wstawać, życia szkoda! Jak mogę spać, to i tak wstaję. Z domu wyjdę i z ludźmi pogadam. Ale że mi pani za butelki policzyła, no. I co teraz?
- Wypije, to przyniesie i odda. Po to paragon daję, niech weźmie.
- Pani wie, że jak ja to wypiję i przyjdzie co do czego, to nie będę pamiętał, po co mi te papiery w kieszeni. A pieniędzy żal…

czwartek, 26 maja 2016

odc.194.: NO TO BOMBA


Maj w city to czas ślubów, komunijnych uroczystości i chrztów, czyli hulanki, swawole, prezenty i białe sukienki oraz sesje fotograficzne w parkach. Między skwerkami pełnymi spacerowiczów z pieskami załatwiającymi swe potrzeby natury wiadomej, a placami zabaw obfitującymi w pełnych energii maluchów mniejszych i większych, błąkają się grupki wiedzione przez fotografa i asystentkę w poszukiwaniu najbardziej malowniczych plenerów. Powodzeniem cieszy się Ogród Japoński oraz Park Szczytnicki z bajkową Pergolą, podobnie w Parku Południowym i Zachodnim często widywane są białe sukienki, ślubne i komunijne, otoczone gronem osób spokrewnionych w różnym stopniu. Niekiedy są to ludzie, którzy nie znają się zbyt dobrze, co powoduje konieczność gawędzenia o tym, owym i niczym, o pogodzie, bo o polityce nie ma już sensu, zwłaszcza że pod ręką nie ma sztachety i nie wypada w miejscu publicznym lać się po pyskach. Piękny park pachnący lasem, zacieniony starymi drzewami, przestronny, z placami zabaw dla dzieci od 0 do 101 lat, to idealne miejsce wypoczynku wrocławian i pełen soczystych barw plener zdjęciowy.
- A sądziliśmy, że jesteśmy tacy bezpieczni – powiedział z goryczą starszy wąsisty facet, w za ciasnej ciemnej marynarce, która uwierała go pod pachami i nie dawała się zapiąć, mimo nagabywań asystentki fotografa. Dziewczyna podbiegała co chwilę do gwiazdy wydarzenia, szczupłej, lekko obrażonej na świat dziewczynki w stroju komunijnym, po czym za moment truchtała do kogoś z osób dorosłych, zajętych poprawianiem fryzur, spływaniem potem, wycieraniem czoła i utyskiwaniem na owady.
- Już go złapali, nic nam nie grozi. – Uspokajała kobieta ubrana w kostium Crystal z „Dynastii”, obcisły i wzorzysty, z poduszeczkami na ramionach. Przy każdym ruchu dzwoniła koralami, które miała na szyi, w uszach, na nadgarstku i w postaci broszy na froncie wydatnego biustu. - I jakoś się trzymamy, jakoś żyjemy.
- No to bomba. – Mruknął pod wąsem starszy facet.
- Nie bądź złośliwy, Ryszardzie. Jechałam tramwajem i zmienili trasę. Spóźniłam się…
- Pół miasta się wtedy spóźniło. Terroryści, proszę do czego doszło! 
- Ryszardzie, nie bądź zdenerwowany, nie jesteśmy w stodole. Widziałam kuzynkę wuja, jakoś się trzyma, jakoś żyje.
- No to bomba.
Asystentka fotografa poprosiła wszystkich zgromadzonych, żeby ustawili się dookoła bohaterki, która szeptem prosiła mamę o telefon, na co kobieta syczała, że najpierw zdjęcia. Za grupą stał sobie krzak, dość kłujący i skłonny do zaczepiania gałązkami o elementy garderoby, kapelusze, rękawy i inne zabawne fragmenty.
- Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi? – Wysoki, szczupły chłopak w za długiej grzywce niemal całkowicie przysłaniającej oczy oparł się o drzewo z telefonem, opędzając się od asystentki fotografa jak od natrętnej muchy. - Bo przecież na fejsie jesteśmy! Wszyscy już widzieli, ej, no.
- Nie do uwierzenia! – Krzyknęła kobieta w różowym stroju do drugiej w zielonej sukience i wielkim, gubiącym się na wietrze kapeluszem, po czym odrobinę ściszyła wokal. – Ona tam mieszka, ale ma faceta tutaj. I on wszystko przygotowuje, salę i orkiestrę, zapłacił za obrączki, to taki dobry chłopak, którego żadna wcześniej nie chciała. 
Wielki kapelusz przekrzywił się w ciepłym wietrze, właścicielka zdołała go opanować i pokiwała głową, nieco współczująco i jednocześnie z satysfakcją.
- I zwariował z miłości. A Bóg wie co ona tam robi w tych Niemczech i po co tyle tam siedzi. Nie dorobiła się, to pewne.
- To złudzenie społeczne, to bezpieczeństwo – pan Ryszard ruszył wąsem, ciągnięty za rękaw na drugą stronę krzaka przez stanowczą małżonkę w koralach. – Jesteśmy mięsem armatnim, nikt o nas nie dba – ciągnął złowieszczo. – No to bomba.
- Nie bądź przygnębiający, Ryszardzie. Taka pogoda, zobacz. I sam widziałeś, że nawet teściowa twojej siostry jakoś się trzyma, jakoś żyje. Widzisz?
- No, to bomba.
- No, mega, to już wszystko wiem – Ucieszył się chłopak z grzywą jak król dżungli, wcisnąwszy się z telefonem w krzak i symulując niewidzialność. – Jesteś w dla palących, dla niepalących, na patio, w kiblu? A, spoko, zaraz się urwę stąd. No, to bomba. A w tym roku masz jakieś plany na trip? Ja jadę na Rodos. Tam podobna niezła rozkmina i alkohol, chociaż podobno bez takiej atmosfery, jak na Ibizie. – Westchnął teatralnie. – Nie można mieć wszystkiego.

czwartek, 19 maja 2016

odc.193.: NAJLEPSZA POZYCJA




- Panowie, spokój ma być, bo nic wam nie sprzedam! – Huknęła stanowczo sprzedawczyni ze sklepu z milionem piw, który przeżywa ostatnio prawdziwe oblężenie, ze względu na wiosnę, która wreszcie zdecydowała się na dobre zawitać w city, a także trwające od kilku dni wieczorne zamieszki, budzące niepokój i zainteresowanie wielu wrocławian.
Oblężenie dotyczy nie tylko okolicznych sklepów monopolowych, ale głównie komisariatu policji Stare Miasto, na którym kilka dni temu zmarł 25-latek, co wzbudziło zrozumiałe niepokoje społeczne oraz nieoczekiwany, narastający z dnia na dzień zryw grup delektujących się rozróbą, żulerii z miasta i okolic, kiboli w charakterystycznych zielonych barwach, a także zwykłych chuliganów. Najpierw rodzina i przyjaciele zmarłego zorganizowali protest, zapalając pod komisariatem znicze, ze względu na – jak podają media – niejasne okoliczności zatrzymania i zgonu mężczyzny. Później organizatorzy protestu wycofali się i poprosili ludzi, by już nie przychodzili na akcję, ale jak to bywa, gdy do gry wkraczają emocje, nerwy i chęć zabłyśnięcia głupotą przed kolesiami, wydarzenia popłynęły wartko, jak ścieki w kanale.
Odkąd codziennie po 18 dochodzi do scen z udziałem uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy, policyjnej polewaczki i kamieni z torowiska, tłumy gapiów gromadzą się na chodnikach, trawnikach i ulicy Legnickiej. Przekrój wiekowy i społeczny publiczności jest niesamowicie szeroki: od mieszkańców pobliskiego osiedla, emerytów i rencistów, po rodziny z małymi dziećmi - najwyraźniej pozbawionymi wyobraźni i dobranocki w TV, a także niezdrowo podnieconych chorą sytuacją nastolatków i miejscowych pijaczków, zachwyconych że się coś dzieje, niezależnie od tego, czy dzieje się dobrze, czy źle.
Wielu przedstawicieli wyżej wymienionych ekip właśnie okupowało sklep, którego sprzedawczyni zachowywała dzielnie kamienną twarz, nie reagując na zaczepki, komentarze i idiotyczne uwagi, wkraczając do akcji jedynie wtedy, gdy kolejka spragnionych złocistego trunku zaczynała trzaskać drzwiami i pokrzykiwać w stronę policjantów. Słowo „mordercy” to najłagodniejsze i najbardziej cenzuralne z wielu określeń, które wirowały w powietrzu.
Słysząc ostrzeżenie sprzedawczyni, kolejka na moment zamilkła i wtedy tuż obok sklepu najpierw było słychać brzdęk rozbitej butelki, potem wrzask, zaś po kilku sekundach kilku policjantów powaliło na ziemię szamoczącego się podrostka, który wrzeszczał, że zajebie ich matki.
- Ja pierdolę! – Ryjnął grubawy, podstarzały facet z brudnymi resztkami włosów na głowie, w spodniach moro, które zleciałyby niechybnie, gdyby nie czerwone szelki. – Widzieliście, kurwa? Zajebali go! Mor-der-cy!
- Panowie… - zaczęła ostrzegawczo sprzedawczyni i pomruk pozostałych ucichł.
- Jesssteśmy sssspokojni – zadeklarował mocno podchmielony żul, zezując na ladę – nic już nnnie mmówimy, ale cco ssobie myślimy… To mmmyślimmmy…
- A ja wam mówię, że to same pedały! – Syknął jego kompan, a kolejka przytaknęła.
- O, tam siedzi jeden tajniak, na motorze, widzisz? Chodź, zajebiemy gnoja?
- Czekaj, bo kolejka minie i chuja wypijesz.
- Na rowerach teraz te pedały jeżdżą, patrz, kurwa!
- Ssame jebbane tajniaki na rowwwwerach, rooozpanoszyło się tttto pppedalsssstwo i lessssbijssstwo….
- Panowie!...
- Kieddddyś wszyssscy nnnormmalnie autttami, a teraz kkkurwa….
- Szary siedzi na latarni, ten to ma kurwa najlepszą pozycję!
- Jakkką kkkurwwwa pozzzycję, cała ekipa sąsiedzi tttam w ppparku i czeka na sssygnał…
- Pedały same, mówię wam. – Skwitował chłopak w zielonej bluzie z kapturem. - A jak ja rzuciłem kamieniem, to wszyscy za mną rzucili, nie? Widzieliście, kurwa?
- Nnno wwwszyssscy rzucali, to mmmy też, jebbbane pedały…
- Panowie!...
- Ale mmy jesteśmy sssspokojni, szefffowwwo…
- Powinni wyjść z komisariatu i przeprosić, nie? – Rzucił wysoki starszy mężczyzna w okularach. – Za komuny jak kogoś zabili, to przynajmniej przepraszali.
Pijany zezujący spojrzał na niego z podziwem.
- Nnnie wiedziałemmm, kurrrwa.
- Co pan opowiadasz – zirytowała się kobieta stojąca za nim w kolejce. – Za komuny nikt nikogo nie przepraszał!
- Pppani się nnnie zgadza i mmmy się nnnie zgadzammmmy….
- Mor-der-cy!
- Panowie!...
- Patrz, kurwa, wszyscy teraz telefonami kamerują. I nas, i ich. Kamerujcie ich, kamerujcie! – Krzyknął grubawy do stojących na zewnątrz ludzi kręcących komórkami filmiki z udziałem grupy policjantów, którzy wbiegli po schodach spod przejścia podziemnego i ustawili się w rzędzie z tarczami między pobliską kamienicą a kwiaciarnią.
- Panowie, bez wrzasków, co podać? – Spytała sprzedawczyni z naciskiem.
- Pppiwo, zzzarazzz oddam butelkę…
- Pan jest pijany, nie sprzedam alkoholu. Kto następny? – Groźnym spojrzeniem uciszyła tych, którzy zapewne przed chwilą bohatersko toczyli bój z uzbrojoną policją przy użyciu kamieni, patyków i petard. Zezujący odsunął się, robiąc miejsce dla grubawego kolegi.
- Jasiu, ppporatujesz?
- Cztery mocne i setkę.
- Mmmmeczu nnnie mmma i pppiwa tteż nnniedługo nnnie bbędzie, to chociaż pppopatrzymmmy ccco się dziejjje…
- Mam tu kurwa kilka kamieni – grubawy otworzył plecak – chcecie?
- Panowie!...

sobota, 14 maja 2016

odc.192.: NADLUDZKI WYSIŁEK




Wiosna różnie się objawia u mieszkańców city. Bywa, że ta niezwykle pociągająca nosem pora roku prowokuje łzy oraz dyskretne pokasływanie przechodzące w podduszające rzężenie w dolnych i górnych drogach oddechowych, połączone z przemysłowym wręcz zużyciem chusteczek higienicznych i galopującą hipochondrią. Niekiedy zdarza się też, że pozbawieni doznań natury alergicznej ludzie w różnym wieku wariują z miłości, odurzeni zapachem kwitnących drzew, a czasem panikują przed nadciągającymi maturami, sesją na studiach lub wizją grilla u teściowej. Tak czy inaczej, wiosna potrafi solidnie rzucić się na mózg oraz inne kluczowe organy.
Pewnego majowego popołudnia deptakiem na Podwalu dostojnie kroczyły trzy kaczory, wyraźnie tropiąc i wabiąc wyprzedzającą ich samicę, która udawała, że nie zwraca uwagi na absztyfikantów. Przy krasnalu radiowej „Trójki” z podobnie udawaną obojętnością przystanęły dwie ładne dziewczyny, zerkając na mijających je co kilka minut młodych chłopaków, którzy najwyraźniej trenowali biegi, ponieważ odziani w stroje obcisłe i według reklamy ściśle sportowe, truchtali deptakiem raz w jedną stronę, raz w drugą, niczym pan Dulski dookoła stołu.
- Blondyn. Nie lubię blondynów, sama nie wiem dlaczego – głośno powiedziała piękna dziewczyna w koszmarnie różowej bluzce, kiedy mijał ją jeden z chłopaków, powiewając stylowo podstrzyżoną jasną grzywką. Stopą podtrzymywała gubiącą się równie różową walizkę, ponieważ dłonie miała zajęte próbą zapalenia papierosa.
- No. Ja też – odparła równie donośnie jej koleżanka, ubrana w niepotrzebnie wyszczuplającą czerń. – A kto się dzisiaj opiekuje twoim kotem? Krzysiek?
- No. Mega klasa tamten w ciemnym, nie?
- Mega, no.
- Zapiliśmy wczoraj, to znaczy ja wróciłam koło północy, ale Krzysiek po trzeciej, najebany hałasował i dlatego jestem w mega nieogarze.
- A on mieszka u ciebie?
- Co jest, kurwa, z tą zapalniczką – wrzasnęła różowa nimfa, płosząc kaczki. – Dałam mu klucze, żeby się zajął kotem, to mógł wrócić, wziąć prysznic, ale nie musiał mnie budzić.
- Dobrze, że zdążyłaś na ten pociąg, to zawieziemy rzeczy i wrócimy tutaj.
- Będziemy pić na deptaku? Znowu?
- Nie, pójdziemy gdzieś na Juwenalia, zobaczymy jaki wiatr powieje.
- Zdążyłam, bo Krzysiek zrobił mega nadludzki wysiłek, wstał o trzynastej i przywiózł mi na zajęcia walizkę. Nawet wodę mi przywiózł.
- A pamiętasz, jak Sandra się w Wawie pakowała pijana? Mówiła „nie dam rady, nie dam rady” i kurwa dała radę.
- No, mega klasa, dała radę, taki nadludzki wysiłek.

wtorek, 29 marca 2016

odc.191.: W BIAŁY DZIEŃ


Przedpołudnie w Wielką Niedzielę zapowiadało się w mieście na konsumujące jaja w każdej postaci, rozstrzygające dylematy w rodzaju „żurek czy kiełbaska” i rozważające relaks po obżarstwie w pozycji horyzontalnej, ale wiosna wybuchła z tak zdecydowanym, ogłuszająco promiennym impetem, że kiedy tylko słonce na dobre rozbujało promienie, wtedy kto żyw i zdolny wstać od stołu, ten wyległ wraz z rodziną lub krewnymi na wrocławskie trasy spacerowe, place, do parków i w pobliże Odry, np. na świeżo wyremontowany Bulwar Xawerego Dunikowskiego.
Tłumy ludzi przesuwały się dostojnie, zapewne ze względu na niebezpieczeństwa związane z lekką niestrawnością i przeładowaniem pełnych brzuchów, co i rusz zatrzymując się w małych grupkach, by podziwiać przepiękny widok na Ostrów Tumski, dumnie snującą się w słońcu rzekę, a także statki wycieczkowe, na razie nieliczne z powodu rozpoczęcia sezonu.
Spore zgromadzenie rotacyjnie krążyło na zakręcie obok instalacji "Ptaki" Magdaleny Abakanowicz.
- To ptaki czy F-16?
- Jeśli ptaki, to bez łbów.
- Albo bez...
- Boeing to nie jest. Ani… Zostawcie mnie, przecież stąd widzę bardzo dobrze. Nie podejdę!
Czerwone ogniście loki powiewały malowniczo na tle Odry, kiedy kobieta walcząca z wiatrem burzącym fryzurę zapierała się pod rzeźbą i walczyła z rodziną, która w postaci siwawego męża oraz młodszej kobiety, również pofarbowanej w tym odcieniu, ciągnęli ją w stronę barierek.
- Mamo, to nie Giewont ani nie most, możesz podejść. Zobacz, jak jest bajkowo, taki widok.
- Tylko nie mów, że jesteś otoczona, nic z tych rzeczy.
- Otoczona to mało powiedziane, wy chcecie, żebym zeszła na zawał – teatralnie miauknęła kobieta, podczas gdy jej fryzura lśniła jak koafiura Meduzy.
- A nie mówiłem, kieliszek nalewki od ciotki Jagny i byłabyś już podeszła, a tak ludzie się patrzą.
- W biały dzień – warknęła ognista furia, zapierając się szpilką przy jednej z rzeźb. – Wstydu nie macie, ja stąd widzę, bardzo tu jest pięknie. Idziemy?
- Ale mamo – zaczęła negocjacje młodsza kobieta, podczas gdy jej matka odwróciła się i ruszyła energicznie bulwarem.
- No gdzie ty idziesz? – Starszy pan z wąsem godnym mistrza Zagłoby pomachał do niej. – Skoro zaraz idziemy tam! To tylko minutka!
Burza krwistych loków zerknęła z gniewem przez ramię, po czym zawróciła z powrotem do męża, utyskując.
- Na co mi te wasze racławickie? Te cholerne dominikańskie? Nie chcę! A tego twojego absztyfikanta to widziałam, w czapce był. Z daszkiem!

- Jakiego absztyfikanta? - Zdumiała się córka.
- Tego w czapce. Z daszkiem. Podobni jesteście, wiesz? Pewnie nie wie, ale on wie, widziałam to, dlatego zakłada czapkę, żeby się schować.
- Możliwe. Mamo, nie dokończyłaś mówić, że spotkałaś tę waszą dawną księgowa, i co? – Pojednawczo wtrąciła córka.
To wyraźnie udobruchało właścicielkę ogniska na głowie. Wzięła męża pod ramię i powoli dała się obrócić twarzą do rzeki. Głęboko odetchnęła.
- Jaka tu przestrzeń, jej. Spotkałam ją przedwczoraj i rzuciłam, a może by pani na herbatę, spracowana taka, a ona, że i owszem, no i przyszła zaraz, wyobrażasz to sobie? I ma czelność mówić mi, że ona u siebie to porobione ma wszystko, że, mówi, jak w laboratorium ma, popiekła, dla syna naszykowała też, te co on lubi, śledzie pod pierzynką i ani kawy nie robi dzisiaj, mówi, ani ten, herbaty, bo jak poplami obrusy, to ręka boska, no. A ja jej na to, pani ja nie mam żadnego pofiksum podyrdum – wykonała stosowny, okrężny ruch ręką, zakończony znaczącym pukaniem palcem w czoło – ani, jak to mówią, w bani…
- Mamo!
- No co? W telewizorze słyszałam. U mnie można jeść, pić i żyć. Dom to nie laboratorium! Trzeba umieć znaleźć czas na odpoczynek.
- Mówią – odezwał się wreszcie mąż spod sumiastego wąsa - że w święta to nie grzech, bo w święta trzeba wiedzieć, że Bóg też ma wolne.
- To chyba jednak ptaki.
- A jeśli jednak samoloty? Tylko nie wiem czy startują, czy lądują?
- Pikują, jak…
- Miało nie być w święta o polityce, tato!
- …aż im tyłki pourywało.

sobota, 19 marca 2016

odc.190.: CO TERAZ?


Zakaz palenia papierosów w barach, restauracjach, pubach i wielu innych miejscach nomen omen publicznych, wprowadzony w życie kilka lat temu, wygonił nałogowych amatorów nikotyny na zewnątrz w okolice wejść i wyjść, drzwi oraz prowizorycznie skonstruowanych palarni, ewentualnie w ramiona producentów elektronicznych wynalazków, którymi fascynuje się głównie młodzież w przedziale wiekowym zwanym pieszczotliwie gimbazą. Ów pozornie nieszkodliwy e-papieros w zamyśle miał być cudownym rozwiązaniem, bezwonnym i zaspokajającym głód nikotynowy bez negatywnych konsekwencji, ale jak to bywa z nowinkami - spór o jego wpływ na zdrowie użytkowników oraz ich otoczenia rozgorzał na dobre i trwa nadal, więc posiadacze rurek z aromatami do wdychania lądują poza lokalami, gdzie niezależnie od aktualnej pogody, niekoniecznie niepowtarzalnej, a częściej niesprzyjającej, marzną, mokną i telepią się na wietrze, oddając się grzesznemu nałogowi.
Tego dnia przedwiośnie postanowiło zawitać do Wrocławia i odwiedzić okolice Rynku, więc wiatr schował się gdzieś za miastem, wpuszczając słońce, oślepiające nieprzyzwyczajonych do takiej jasności mieszkańców i turystów. Pojawili się pierwsi uliczni artyści: mim, żongler oraz pianista w masce z głową konia i niewielkim keyboardem, wprawiający w zdumienie wyglądem oraz imitowaniem potrząsania grzywą przy co bardziej skocznych akordach.
Przy skrzyżowaniu ulic Wita Stwosza i Kuźniczej, prowadzącej w stronę Uniwersytetu Wrocławskiego, jakiś czas temu ustawiono kilka ławek, niestety dość nowoczesnych w formie i niespecjalnie wygodnych, a obecnie proszących się o czyszczenie, co kompletnie nie przeszkadzało siedzącej tam grupce młodych ludzi, którzy przysiedli, paląc papierosy i popijając napoje gazowane z puszek.
- Ta puszka Pepsi nawiązuje do tej sprzed lat – czknął postawny brunet w okularach, przypominający nieco Zbyszka Cybulskiego, podnosząc do góry puszkę napoju. – Niedawno wypuścili taką linię retro – wyraźnie smakował to ostatnie słowo, podobnie jak słodki napój. Niewykluczone, że nieco mniej rozkoszował się posmakiem dymu z elektronicznego papierosa, którym niemrawo gestykulował, od czasu do czasu puszczając niezdecydowanego dymka kątem ust. – Aż czuję, że życie mi wraca. Tylko co teraz?
Siedząca obok piękna blondynka skrzywiła się, a jasne jak słoma włosy rozsypały się, powiewając na tle czerwonego szalika. Ona dla odmiany paliła prawdziwego papierosa, choć o grubości wątłego źdźbła trawy.
- Ty jesteś dobry człowiek, tylko źle się prowadzisz – wydmuchała z dymem i dodała – takie nasze brakujące ogniwo…
Reszta grupy zaśmiała się, a postawny brunet wzruszył ramionami.
- Faktycznie, wczoraj przesadziłem z radością i dzisiaj jestem trochę… lichy.
- O której wczoraj wróciłeś?
- Nie wiem. Czy to ważne? Jesteś wierząca? – Zapytał znienacka.
- Nie wiem, czasami chyba tak, bo czuję, że Bóg się z nas śmieje. – Zgasiła niedopałek obcasem i spojrzała wyzywająco.
Teraz cała grupa patrzyła tylko na nich. Brunet chciał łyknąć pepsi i skrzywił się, bo puszka była pusta.
- Sama na to wpadłaś czy usłyszałaś w telewizji?
- No wiesz, sporo czytam. Nie siedzę ciągle na Discovery, jak Ty. Piwo, pilot, popcorn, to twoja filozofia życiowa trzy pe.
Grupka znowu się zaśmiała. Z apteki za rogiem wyszedł otyły chłopak i zbliżył się do nich. Ogolony na łyso, z kozią bródką, uśmiechnięty, wyglądał jak dobry krasnolud, który zgubił czapkę.
- Mam jakieś witaminy. Farmaceutka powiedziała, że nie ma lekarstwa na kaca. Trzeba dużo pić, zjeść aspirynę i witaminy.
- A kiedy zaczną działać?
- Dopiero jak kac minie!
Śmiech przestraszył stadko gołębi, które z furkotem skrzydeł i tumanami ulicznego kurzu wzbiły się w powietrze.

czwartek, 3 marca 2016

odc.189.: HANDEL KWITNIE


- Jakiś wielkich byznesów nie będę tam robił, cnie. – Syknął wysoki chłopak w bluzie z kapturem i puchowej kamizelce, a jego kolega podskoczył z radości. Niższy, nieporadny w gestykulacji jak żaba na lodzie, pryszczaty, najwyraźniej podekscytowany wyprawą. Obaj przepychali się przez powiększający się z każdą minutą tłum.
- I generalnie nie idziesz ze mną tam, koleś lubi jak jestem sam, bo mniej nerwów. Dlatego zaraz cię tutaj zostawię i masz kurwa na mnie czekać. Z jeszcze jednym takim. Kuzynem moim, pojebany, ale swój.
- Ile nas będzie?
- Was dwóch i ja, słuchaj kurwa, jak mówię. I nie poznacie Grześka, bo to moje źródło i nic wam kurwa do tego.
- A tylko mieszasz, czy też napełniasz na miejscu?
- Napełniam, wszystko robię, na najlepszym miejscu, kurwa i handel kwitnie.
- Super, zajebiście, super. – Młody cieszył się, aż zaczął podskakiwać. Brnęli w błocie i kluczyli jak dwa małe zakapturzone tarany, co chwilę kogoś potrącając.
- Spokój, kurwa. Daj buteleczkę, to ci takiego liquida skombinuję, że będziesz błagał o więcej. Dzisiaj kupuję arbuza i mięte, to będą nowe aromaty i handel kwitnie. Ale na drobno, żeby nikt niczego nie zauważył, bo jak ktoś jest za duży, to inni się przypierdalają po swoje. Pamiętaj, że najważniejsze w życiu jest kurwa to, żeby nikt nie chciał się do ciebie przypierdolić. Niech każdy pilnuje swojego końca dupy, to mu jej nie urwą.
- Sprytne, super, super – młody w ekstazie wdepnął w wielką kałużę i się poślizgnął, ale jakoś utrzymał równowagę i pędził za kolegą, nie zważając na to, że co chwilę wpada na kogoś, a jego przepłacone trampki przestały być śnieżnobiałe jakieś cztery kałuże temu.
Niedzielny targ na Dworcu Świebodzkim był w przedpołudniowej fazie obiecującego rozkręcania się, kiedy wszyscy mają nadzieję na dobry interes, udany zakup, korzystną sprzedaż, a jednocześnie obie strony zabawy (sprzedający i kupujący) są jeszcze w miarę trzeźwe.
Nietypowo jak na luty, bo w słońcu i z temperaturą powyżej plus 10, można było brnąć wzdłuż dawnych peronów i torów w dyskretnym, ale niestety wszechobecnym błocie i zerkać na towary poustawiane na ciągnących się w nieskończoność stoiskach. Pomimo wielu zapowiedzi likwidacji targowiska, nic się tutaj nie zmienia od lat. Ludzie przyjeżdżają, sprzedają, kupują, a życie toczy się swoim… torem.
Obowiązuje miejski styl wygodny i niekoniecznie niedzielno-elegancki, casual Sunday w wersji polskiej czyli rozdeptane adidasy, jeansy wyciągnięte na krągłościach lub sprany dres, koszulka z relaksującym napisem, niekiedy odsłaniająca nadmiar tkanki tłuszczowej w okolicy talii, za to zmęczone po sobocie spojrzenie można ukryć za wielkimi okularami przeciwsłonecznymi i od razu humor jakby żwawszy.
Menu również jest swobodne i niewyszukane: kiełbaski z grilla, frytki, kebab, napoje gazowane lub alkohol spożywany ukradkiem, ale nieśpiesznie, zwłaszcza w tej części targu, w której dominują przedmioty poszukujące drugiego życia. Niestety, żeby tam dotrzeć, trzeba przejść wiele alejek z asortymentem konfekcyjnym, opanowanym przez bułgarskich uśmiechniętych handlarzy, którzy zgodnie z południowym temperamentem wołają do klientów, zachęcając ciekawą ofertą, np.:
- Ci zloty, pińć zloty, prosię, prosię!
Wśród rekordowej ilości ciuchów - od bielizny, strojów sportowych, imprezowych, oficjalnych, po suknie, garnitury, obuwie i płaszcze, co niedziela można tam nabyć meble, warzywa, owoce, jajka, oscypki (te zdaje się, opanowały już wszystkie targi), rosyjskie słodycze np. chałwę, bułgarski Ajvar i oliwki, a także odkryć skarbnicę, czyli targ staroci, mieszczący się daleko za normalnymi stoiskami.
Wyższy z chłopaków potrącił faceta w kurtce przeciwdeszczowej, który w nabożnym skupieniu oglądał wojskową wielką lornetkę przy stoisku z militariami. Facet obejrzał się, mierząc nieżyczliwym spojrzeniem pryszczatego nastolatka, który pląsał za starszym kolegą jak źrebię.
- Przecież ustaliliśmy już, że nie potrzebujemy takich rzeczy. I co ja widzę? – W powietrzu zawisło pytanie kobiety z wąskimi ustami i było najwyraźniej retoryczne, bo mężczyzna posłusznie odłożył lornetkę na miejsce.
Kobieta wykonała kunsztowny zimny grymas, będący zapewne wersją jej uśmiechu rodem ze skandynawskich horrorów, a mężczyzna nerwowo podrapał się po brodzie.
- Tak, tak, nie potrzebujemy. Wspominałaś, że widziałaś tu serwis?
- To już nieaktualne. Kiedy ty sobie oglądałeś swoje zabawki, jakaś kobieta kupiła nasz serwis.
Pociągnęła męża tuż obok, na sąsiednią alejkę, gdzie stał sobie rzeczony serwis na prowizorycznym stoisku, składającym się z ekspozycji na kocu oraz sprzedawców w osobach dwóch dżentelmenów, w typie jeszcze nie żula, ale było widać, że w karierze filozofów i koneserów trunków niemalże na granicy otrucia zaszli naprawdę daleko.
Serwis był ładny, nie zniszczony, nie nadtłuczony: brązowe zgrabne filiżanki i talerzyki w dyskretny kwiecisty wzorek, a także cukierniczka, dzbanek, miska, zaś całość tworzyła przyjemny dla oka, praktyczny komplet deserowy, w stylu bolesławieckim, ale bez uduszenia kwiatami. Niezwykle zadowolona z siebie młoda kobieta, która ów serwis zakupiła, uśmiechała się od ucha do ucha.
Jeden ze sprzedawców chwiał się, poklepując drugiego i kierując wyrazy wdzięczności, chwaląc zakup i w ogóle wynosząc klientkę pod niebiosa, które niewątpliwie ją zesłały. I jego też, bo obie strony są zadowolone.
- Tylko zawiniemy to pani. W gazetki, Jasiu, daj no te co tam w plecaku, no – Jasiu posłusznie schylił się i wyciągnął mnóstwo pogniecionych fragmentów prasy, w który poczęli obaj zawijać poszczególne części serwisu i układać w torbach klientki, bardzo ostrożnie.
- A teraz pani prosto idzie z tym do domu i nigdzie nie chodzi, bo potłucze – doradził życzliwie Jasiu. – My wczoraj poszli w szkodę i w koszty, bo jak żesmy to nieśli, to Krzychu się potknął na schodach i drugi taki duży talerz rozjeb…
- Pani sobie poradzi – przerwał mu Krzychu. - Jeszcze raz całuję rączki, handel kwitnie i dogadalim się, aż się dzień udał, no!
Jasiu stęknął, schyliwszy się po ostatni kawałek gazety na dzbanuszek i podał drobiazg klientce.
- Szanowanie pani, pani powie koleżankom, że tu dogadać się można.
- I zawsze coś z ceny spuścimy!
- A teraz to my mamy za co zjeść, i wypić, a najważniejsze, że i palić co mamy, zaraz kupię tytoń, ej Krzychu, kupimy?
- Jasne, zaszalejemy, aż nas całe miasto usłyszy!

sobota, 27 lutego 2016

odc.188: KROK MILOWY



Tramwaj linii nr „20” przemierza we Wrocławiu ładną trasę, zakręconą jak trzeźwy wąż i pełną interesujących, typowo miejskich, przepełnionych zgnilizną moralną widoków, o czym niech świadczy to, że kiedy zatrzymuje się przy Narodowym Forum Muzyki, pasażerowie mogą dość dokładnie zapoznać się z najnowszą ofertą sex-shopu „Beate Uhse”, albowiem budynek NFM znajduje się przecznicę dalej – lub bliżej, zależy z której strony spojrzeć. Przystanki w obie strony ulokowano z fasonem, po wiedeńsku, podobno dla poprawienia bezpieczeństwa mieszkańców. A że na wystawie rzeczonego sklepu znajdują się manekiny ubrane specyficznie, np. w bieliznę albo strój złożony z kilku skórzanych pasków, to nic dziwnego: spoglądaniu i zerkaniu nie ma końca.
- A ja myślałam, że on jedzie koło Świebodzkiego – zagaiła dla zmiany tematu starsza pani w obowiązkowym bereciku, obracając się do małżonka, który siedział za nią i konsekwentnie symulował głuchotę, machając ręką to na głośno przekrzykujących się współpasażerów, to na wnętrza starego tramwaju, to na ruch uliczny tuż za oknem, doskonale zagłuszający wszystko poza wrzaskiem.
– NIE JEDZIE KOŁO ŚWIEBODZKIEGO! – Starsza pani wysiliła się wokalnie, a mąż pokiwał głową, jakby za minutę właśnie miał skończyć się świat, po czym ponownie zagapił się na manekin wygrażający pejczykiem drugiemu, równie skąpo przyodzianemu.
- Bezeceństwo, w biały dzień takie rzeczy. A mnie ostatnio męczą takie zmienne wiatry – zwierzyła się starsza pani, a mąż odruchowo pokiwał głową. – Raz zimne, raz ciepłe, takie zmienne, wiesz. WIATRY MNIE MĘCZĄ!
Starszy pan wzdrygnął się, z trudem odwrócił wzrok od wystawy, na widok której nabrał lekkiego rumieńca i spojrzał na małżonkę z wyrzutem, a następnie obruszył się, bo tramwajem szarpnęło na zakręcie koło kina „Nowe Horyzonty” i tuż przed twarzą staruszka śmignęła płachta „Gazety Wyborczej”, trzymanej przez młodą dziewczynę.
- Czytamy sobie, co? – Ryknął starszy mężczyzna. – A co takiego ciekawego sobie czytamy, hę?
- „Gazetę Wyborczą” – odpowiedziała uprzejmie dziewczyna. – Przepraszam.
- Nie ma za co. Trzeba  się rozwijać i wiedzieć, co pisze nasz wróg. NASZ WRÓG!
- A ja mu wtedy, jeeeb! Z dołu jak ekstra szybko pociągniesz, to się ni chuja nie zasłoni i jeeeb! I kumasz, piszczelową łamiesz, jeeeb! – Rozemocjonowany barczysty chłopak zagłuszył odpowiedź dziewczyny z gazetą, kiedy zademonstrował misternie wyprowadzone kopnięcie, godne Chucka Norrisa.
- Taaak! – Zachrypiał pryszczaty nastolatek z torbą pełną ochraniaczy na różne części ciała. – Trener nam to pokazywał i nawet się przy tym cofał, a dopiero potem ta część ciała leci, a noga…
- JEEEB! Tułów do przodu, DO PRZODU, żeby masa poszła, ale ty dopiero zaczniesz treningi, człowieku, taką ci mieszankę dam, że zwiększysz kalorie o 500 dziennie, a potem dalej z masą i zrobimy z ciebie mężczyznę, jeeeb!
Wątły nastolatek omal nie upuścił torby, ale złapał w ostatniej chwili, szturchając przy tym parę z dzieckiem w wózku.
- Weź się, tu jest dziecko. DZIECKO!!!
- Sorki, sorki. SORKI!
- Widzisz, jakbyś nie zepsuł silnika, to nie musielibyśmy teraz się spóźniać – bardzo zdenerwowana blondynka próbowała nie stracić równowagi, gdy tramwaj ruszał ulicą św. Mikołaja. – Masz chrupka, no weź, proszę.
Siedząca w wózku mała dziewczynka stanowczo odmówiła przyjęcia chrupka, odpychając rączką i usiłując dosięgnąć różowego bucika, który wydawał się o wiele bardziej interesujący niż kukurydziana przekąska.
- Patrz, potrafi powiedzieć „nie” – wzruszony brodaty tatuś w stroju sugerującym przewagę wygody nad elegancją (czyli zdeptane adidasy, niemiłosiernie sprany t-shirt sprzed 20 lat z napisem „The Doors”, sztruksy przetarte na kolanach i kurtka Bundeswehry) rozczulił się nad córeczką, podczas gdy matka dziewczynki w różnych odcieniach fioletu głośno prychnęła, ulewając sarkazm.
- Tak, kolejny krok milowy za nami!
- Co?
- KROK MILOWY!
- Tak, ciekawe co zrobi następnego? Moja córeczka…
- Na razie zrzuciła buta, czyli wracamy do parteru!
- Na bosaka to właściwie powrót do korzeni, ale też krok milowy…
- WRÓG NIE ŚPI – huknął starszy pan na pożegnanie, zmierzając w stronę wyjścia, bowiem tramwaj wtaczał się majestatycznie na plac Jana Pawła II. – WY TEŻ NIE ŚPIJCIE!
Dziewczyna z gazetą wzruszyła ramionami, barczysty spadkobierca Jean-Claude Van Damma zamarł na ułamek sekundy z nogą uniesioną w wojowniczym wykopie, nastolatek z sukcesem upuścił torbę z ochraniaczami, a dziecina zdjęła bucik i z miną szelmy wyrzuciła z wózka, podczas gdy jej rodzice zagapili się na emeryta z misją.
Starsza pani pociągnęła męża za rękaw i nacisnęła przycisk otwierający drzwi.
- Chodź, Janusz, całego narodu i tak nie nawrócisz. W biały dzień! Zobacz, znowu te wiatry, jak mnie to męczy…

niedziela, 21 lutego 2016

odc. 187.: KTO JAK KTO


Między padającym nie tylko z góry na dół, ale i czasem w poziomie złośliwym deszczem, wiatrem strzelającym między oczy i śmiejącym się prosto w twarz smogiem, Wrocław w drugiej połowie lutego miewa momenty delektowania się słońcem, temperaturą oscylującą w okolicy plus dziesięć oraz przemożną chęcią rozpięcia kurtki, zdjęcia czapki i spożycia czegoś na zewnętrznej. Szarobrązowe trawniki z kępkami zeszłorocznej trawy i tegorocznych krokusów zapełniają się efektami radosnego życia towarzyskiego mieszkańców city, czyli puszkami po piwie i buteleczkami po małych wódkach, co widać zwłaszcza w pobliżu sklepów monopolowych i hipermarketów, oferujących trunki w cenach skandalicznie przystępnych.
Mimo że media straszą grypą, politykami, teczkami, szafami i zmianami, które na dobre wyjdą jedynie decydentom inkasującym wypłatę, wiosna to niezaprzeczalnie coś, co i tak nadejdzie, niezależnie od tego, co władza lub jej przeciwnicy sądzą na ten temat. Czas odkurzyć półki z ciuchami, kozaki zamienić na wygodne trampki, a ciężkie puchowe kurtki zastąpić płaszczykami i cieńszymi okryciami. Albowiem wiosna, że sparafrazuję takiego jednego cholernie ociągającego się pisarza, tak czy inaczej „is coming”.
Wrocławskie Podwale słyszało niejeden stukot obcasów, ale ten był bardzo rytmiczny, przywodzący na myśl mistrzowskie stepowanie Freda Astaira, wirującego w tańcu z Ginger Rogers. Dziewczyna z fryzurą wściekle rudą, bujną jak u Tiny Turner, w kusej spódniczce, butach na bardzo wysokim i jeszcze bardziej hałaśliwym obcasie tuptała wzdłuż dobrze zapowiadającego się trawnika nieopodal Urzędu Stanu Cywilnego przy placu Jana Pawła II, a jej ruchy były ograniczone trzymaną w dłoni smyczą, na której drugim końcu dreptał z lekkim zniecierpliwieniem solidnie podtuczony jamnik, próbujący w spokoju załatwić swoje potrzeby fizjologiczne oraz te związane z zaznajomieniem się z otoczeniem przy pomocy nosa. Młoda kobieta rozmawiała przez telefon, usiłując jednocześnie gestykulować, co było niewykonalne ze względu na brak wolnej kończyny. To niestety wyraźnie wzmagało irytację, bo sądząc po głosie, dziewczyna balansowała na granicy furii.
- Kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć, o co tu chodzi. On nie wie czy może przyjść, bo się boi. Jak to kogo?! – krzyknęła ze złością, a jej włosy zalśniły w przedwiosennym słońcu jak lwia grzywa. – Ciebie się boi! Jak prawie wszyscy! Dlaczego?! Kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć, dlaczego! Kubuś, nie wąchaj kosza na śmieci, tylko rób wiesz co, bo szkoda dnia! – Rzuciła do jamnika, który odwrócił się do niej tyłem, obrażony.
- Nie, to nie do ciebie! Tak, nadal kocham mojego psa, co to za pytanie w ogóle! Z tobą nie da się normalnie porozmawiać, wiesz? Tak normalnie pogadać, na zasadzie: siedzimy i pierdolimy o migdałach, o nie! Z tobą trzeba zająć jakieś stanowisko! Tak, bo ty tego wymagasz, a co więcej, ja ci powiem co więcej, ty po kilku miesiącach sprawdzasz czy się nie zmieniło zdania, wymagasz argumentów, jak jakaś cholerna inkwizycja! Nie można z tobą wytrzymać, dlatego on się boi i dlatego on ci tego nie powie! Kubuś, skończyłeś już, bo ja nie wytrzymam?! Nie, to nie do ciebie, ja do ciebie tutaj normalnie mówię! No tak, krzyczę, bo ty chyba jesteś głuchy, od lat mówię ci to samo, a ty ciągle wszystkich stresujesz, wymagasz i trzeba zająć stanowisko, obstawać, mieć przygotowane konkretne zdanie, a ty oczywiście masz przeciwne i zawsze będziesz polemizował! Tak jak było z tym przełykiem rok temu, pamiętasz? Ja pamiętam, co było z tym przełykiem, po nocach mi się śni, nie mam sklerozy, oszaleć można przez ciebie! Co więcej, ja ci powiem co więcej, kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć, że ja cię rozgryzłam już lata temu! Jesteś mistrzem manipulacji! Ja się nie denerwuję, jestem całkowicie spokojna, to ty się denerwujesz, bo wreszcie ktoś powiedział ci prawdę, Kubuś kończ już, nie idź w te krzaki, bo nie wiadomo, co tam robili, nie idź tam, mówię do ciebie przecież! Nie, to nie do ciebie! I wiesz jeszcze, co ci powiem? Nie przerywaj mi, bo to ważne! Od teraz sam sobie kupuj te swoje cholerne koszule i je prasuj, rzygać mi się już od tego chce, są stare i pożółkłe, kupiłbyś jakieś porządne, a nie takie za złotówkę w lumpeksie, wybierasz jakieś łachy najgorsze, pożółkłe na kołnierzyku… Oczywiście, że mam rację, są pożółkłe też na mankietach i pod pachami, aha! – Odetchnęła, triumfująco i dodała – I nie wystarczy, że założysz sweter, przecież to widać, a poza tym wiesz co? On ma rację, że wcale nie wyglądasz mądrzej w swetrze! Kubuś, chodź piesku, idziemy na obiad, szkoda dnia – rozłączyła się i pociągnęła za smycz, a jamnik na wieść o posiłku porzucił obwąchiwanie krzaków i podążył grzecznie za stukotem obcasów, podrygując rytmicznie tylną częścią tułowia.

sobota, 13 lutego 2016

odc.186.: DUŻA BUŹKA


Długowłosa, ładna dziewczyna z jaskrawym makijażem, w miniówce w barwach moro i legginsach w panterkę zgrabnie zakotwiczyła na siedzisku typu buła przed wejściem do empiku w Renomie, zapadła się, otoczona torbami z logo różnych firm i westchnęła z naciskiem.
- Ja tu sobie wreszcie posiedzę, a ty idź i coś mi wybierz.
Barczysty chłopak z zarostem drwala zmarszczył czoło i podrapał się po stylowo podgolonej fryzurze. Postawił resztę zakupów obok buły zawierającej spore fragmenty jego dziewczyny i rozejrzał się dookoła.
- Ale gdzie? W empiku mam ci coś kupić?
- No skoro mnie tu przyprowadziłeś, to ja tu poczekam, a ty kupisz mi prezent na Walentynki, jak obiecałeś, nie?
- Kobieto, trzy godziny chodzimy po sklepach, godzinę wybierałaś bluzkę, to myślałem, że teraz coś zjemy? – Rzucił tęskne spojrzenie na bary zgromadzone na III piętrze Renomy. Nieopodal przy stoliku grupka młodych ludzi wcinała naleśniki, aż im się uszy trzęsły, a nieco dalej zakochana para dziobała sałatkę z jednej miski rozmiarów wiadra.
- Nawet jakąś zieleninę bym wrzucił, wiesz, nie musi być mięso, bo później matka mi da kotleta na kolację.
- Jestem na diecie. I ten, post jest, wczoraj babcia mówiła, że to dobrze robi na figurę.
- A ile już nie jesz?
- Jakieś dwie godziny, bo rano miałam doła, że się zjebało akurat na te Walentynki i w ogóle, i ojciec zrobił grzanki. Ale teraz wytrzymam, bo przeprosiłeś i nie ma afery, obiecałeś, nie?
- Jeżeli myślisz, że ja też nie będę jadł…
- Nie no coś ty, babcia mówi, że faceci muszą jeść, taka głupia nie jestem.
- No dobra, to coś ci kupię. Maskotkę?
- Przyprowadziłeś mnie do empiku, żeby kupić mi maskotkę? Mam już pełno maskotek, to wymyśl coś innego, coś tu mają na pewno. Mówiłeś, że zrobisz wszystko…
- Ciekawe co… – Burknął, z burczeniem w brzuchu, więc trochę niezadowolony, ale ruszył dzielnie do boju, czując że musi pokonać tego smoka. 
- A ja sobie zadzwonię do Wiolki. Duża buźka – krzyknęła za lubym, który oddalił się na polowanie. 
Wyjęła smartfona z wściekle różowego etui i podłączyła słuchawki.
- Wiolka? Haloo? – Mówiła głośno, wyciągając z toreb kolejne fatałaszki. – Barti mnie wziął na zakupy. No wiesz, babcia mówi, że jak przeprosił i w ogóle, to może mu wybaczę. O, to chyba za duże, wrócimy i wymienię, bo mi cycki utoną… Mówił, że się schlał, ale mnie kocha i wiesz, jak zwykle, na stówę prawdziwa miłość, takie pierdoły. Walentynki są, nie, to później zobaczymy, ale dzisiaj… Sprzedaliście? Acha. Ale wiesz, babcia mówi, że teraz to same przekręty, nie. Babcia mówi, że jak wujek kupował chatę, to miał już prawie kredyt, promisa dostał z banku czy coś takiego, podpisał i wzięli zaliczkę, a potem oszuści się okazali i tyle ich widzieli. A ty co robisz na Walentynki? Z tym swoim?... Tobie to dobrze, pewnie zaraz ślub i z głowy, babcia mówi, że po ślubie to już będę miała spokój. No właśnie nie wiem, to zależy, Barti mówi, że kocha i w ogóle, ale ja mu nie wierzę, wszyscy tak mówią. Jasne, że go kocham, ale babcia mówi, że to facet, a oni wszyscy tacy sami. Jakieś jedzenie mu dam i w ogóle, tylko jeszcze go przeczekam trochę, żeby lepiej smakowało. O Barti wraca, więc kończę. Niesie coś. Duża buźka!