niedziela, 17 lutego 2019

odc.218.: NA SPOKOJNIE



Pierwsze w tym roku porządne słońce (całodniowe, przygrzewające konsekwentnie, bez brakoróbstwa i ociągania się pokątnego za chmurami) oświetliło Wrocław, od jesieni pogrążony w oparach smogu i absurdu. Mieszkańcom city automatycznie zaczęła się ładować wewnętrzna bateryjka, jedni więc natychmiast zrzucili puchowe kurtki, ciepłe czapki i kozaki, aby przywdziać cienkie płaszcze, ciemne okulary i trampki, zaś inni wzruszyli ramionami - wszak to dopiero połowa lutego, droga pani, może faktycznie nie ciapowata chlapą mroźna zima, ale jeszcze nie obezwładniająca słonecznym ciepłem wiosna.
Kto żyw, nie w pracy i w miarę na chodzie, ruszył się z domu, ku słonecznej kąpieli, starając się jednocześnie nie zaciągać szkodliwymi substancjami. Na piechotę, na rowerze lub hulajnodze, którymi ostatnio obrodziło w miejscach zaskakujących. Jak donoszą lokalne media – widuje się je upchnięte w żywopłotach, zawieszone na drzewach i ogrodzeniach, a także leżące w poprzek na chodnikach, co dostarcza uciechy przechodniom oraz trudności osobom poruszającym się np. na wózku lub niewidomym. Jak się okazuje, fantazja nie powinna wykluczać użycia wyobraźni.
Naród ruszył się więc, nie na zakupy, skoro niedziela niehandlowa, zatem gdzieś indziej, choćby i na spacer z psem, dzieckiem, współmałżonkiem, przyjacielem lub własnym cieniem, niepotrzebne lub nieistniejące skreślić. Przez Podwale albo na działkę, do parku lub przez miasto, gdzie można spotkać kogoś, kogo się długo nie widziało. Czasem wystarczy wyjść z domu i podnieść oczy znad telefonu.
Dwóch mężczyzn przed czterdziestką, a może właśnie tuż po, stało na skrzyżowaniu ulic na wrocławskim Szczepinie, między skwerem pełnym drzew a kościołem, z którego wychodzili wierni po mszy. Niższy w trampkach, fioletowych spodniach i kurtce jeansowej, z lekkim tatusiowym brzuszkiem, ziewał dyskretnie, podczas gdy jego wyższy znajomy podrygiwał nerwowo w zimowym płaszczu i śniegowcach, przestępował z nogi na nogę i często klepał się po kieszeni, z której wystawał smartfon.
- Gdzie teraz pracujesz?
- W Rynku.
- I co, z parasolką spacerujesz?
- Nie, spierdalaj. Robię szkolenia.
- Z czego?
- Ze sprzedaży szamponów. Na nic więcej nie mam czasu, bo wiesz, syn mi się urodził.
- O, kurwa, to nieźle. Gratulacje, stary! Kiedy?
- Cztery lata temu. Teraz to już na spokojnie, wiesz, mam ogarnięte – dyskretne ziewnięcie - ale na początku to było kurwa kozacko.
- Dałeś radę, stary.
- No. Głównie to w pracy byłem, więc żona ogarniała i jakoś daliśmy radę. A teraz młody ma teksty, że normalnie kopara, nie. Wczoraj szedłem po niego do przedszkola i już się przebieramy w szatni, nie, a obok dziewczynka płacze, że cos tam, zgubił się misiu czy inny chuj, a mój Mati mówi „z tymi babami to tak już zawsze”, hehhe.
- No, to rzeczywiście. Ty tak zawsze mówiłeś. I jeszcze, że same kłopoty.
- No, moja krew – dyskretne ziewnięcie. - Wszystkiego go nauczę. A ty jak? Dalej jesteś z tą, jak jej, Iwoną?
- Tak, ale mieszkam sam. Teraz przynajmniej znowu wiem, gdzie co jest. I jest spoko, nie. Nareszcie nikt mi niczego nie wyżera z lodówki. Otwieram drzwi, jak wracam, nikt nie drze mordy i na spokojnie. Co najwyżej kot się zesra na środku pokoju, ale odkąd Iwona się wyprowadziła, to jest już spokojniejszy. I jest spoko, nie. Chciała mieć dziecko, ale byłaby matką terrorystką, bo nawet kot z nią nie mógł wytrzymać. Jak ona dzwoni, to on od razu miaucze i potem rzyga. Więc teraz wolimy tak wiesz, na spokojnie. I jest spoko, nie.
- U nas codziennie jest coś innego, mówię ci, zajebiście, stary. O, ławka – dyskretne ziewnięcie. - To chodź na chwilę usiąść, plecy mi wysiadają. Kurwa, usiądę na trzy minuty i potem mam problem, żeby wstać.
- Wyglądasz, jakbyś już nie mógł…
- To od noszenia młodego, no i krzywo sypiam. Tydzień temu Mati wsadził sobie fasolkę do nosa. Nastraszyłem go, że mu wyrośnie do mózgu, to wydmuchał. I ciągle coś, wiesz. Nakarmić, bawić, rozbierać, ubierać.
- Nauczy się, spoko. Prędzej nauczysz dziecko niż kota.
- No, jasne. O, idą już moi. Może cię poznam, to moja…
- Następnym razem, stary, muszę lecieć, mam ten, no, yyy, spotkanie mam, na razie!
- Spoko…
Wyższy zwiał za skwer i wsiadł do auta, niższy spokojnie wziął syna za rękę i poszli z małżonką w stronę parkingu.
Nieco dalej, na przystanku autobusowym przy kortach tenisowych stały dwie młode, dwudziestokilkuletnie dziewczyny. Ładne, fajnie ubrane, długowłose. Jedna trochę spokojniejsza, przygaszona, ale nie smutna, tylko filozoficznie zawieszona spojrzeniem w czasoprzestrzeni. Druga energiczna i pogodna.
- Jesteś z kimś teraz?
- Właściwie to nie wiem.
- Jak możesz tego nie wiedzieć? Albo jesteś, albo nie. No nie?
- Powiedzmy, że od dwóch lat jem śniadanie…
- Wcześniej nie jadłaś?
- Ej, no jadłam, ale sama.
- Nosz kurwa, weź powiedz normalnie, jak człowiek, na spokojnie.
- Dwa lata temu się przeprowadziłam, bliżej uczelni i do pracy też mam blisko. Te ziomki, z którymi mieszkam, pracują na później, więc rano sama wstaję, idę do kuchni. Cicho włączam radio, robię kawę, jakieś płatki i siadam.
- I co? Z radiem jesz?
- Nie… No słuchaj, naprzeciwko stołu mam okno, widziałaś, jak byłaś u mnie?
- No masz, i co?
- A za oknem jest zaraz druga kamienica i tam też akurat jest okno, na tej samej wysokości. I od dwóch lat codziennie rano widzę, jak taki młody facet wchodzi, robi sobie śniadanie…
- Fajny?
- Nie wiem. Robi fajne śniadania, mnie się tak nie chce wymyślnie. Zazwyczaj jem coś na szybko, robię prawie z zamkniętymi oczami, czasem jakaś owsianka... A on tak na spokojnie, ładne wypasione kanapki, jajecznica albo omlet, siada z kawą…
- No i co? Rozmawiacie?
- Nie, za daleko i głupio jakoś krzyczeć przez okno, jeszcze ktoś usłyszy i coś sobie pomyśli… Kilka razy podchodził do okna i myślałam, że coś powie albo pomacha… Ja też się nad tym zastanawiałam. I nic, ale patrzymy sobie. Najpierw udawaliśmy, że nas nie ma, ale po jakimś czasie okazało się, że jesteśmy codziennie, oprócz weekendów, bo wtedy u mnie ziomki, a u niego dzieci, jakaś żona. Za to w tygodniu ja siedzę, on siedzi i tak sobie jemy razem. Codziennie rano.
- No to nieźle, jak z jakiegoś starego filmu. I co, tak tylko patrzycie?
- Właściwie to tak, ale… W tym jest coś więcej. Czuje, że nikt nie zna mnie tak dobrze, jak on. I to od dwóch lat, czujesz?
- Aha. Ale mówiłaś, że ma żonę, dzieci?
- No ej, luz, ja nic więcej nie chcę. To najlepszy mój związek, wiesz…
- No ja myślę, przecież nie zamieniliście ani słowa!
Obie zaczęły się śmiać, perliście i szczerze, a na koniec z lekko zachrypniętą, odrobinę histeryczną nutą.
- Związek idealny, ty to jak coś powiesz – energiczna otarła roześmianą łzę.
- Widzi mnie rano, w pidżamie, rozczochraną, bez makijażu, zaspaną. I uśmiecha się, tak normalnie. Ja jego też przecież widuję w pidżamie, czasem w koszulce i spodenkach. I nie zawsze jest tak samo. Ostatnio miałam gazetę. Jak to zobaczył, to poszedł gdzieś na chwilę i też wrócił z gazetą, aż się zaczęliśmy oboje śmiać, bo miał tę samą.
- A jak spotkasz go na ulicy albo w sklepie?
- No właśnie nigdy się nie spotkaliśmy. Nie zależy mi zresztą. Jest dobrze tak, jak jest, kiedy się nie znamy, nie mam go na fejsie, nie wiem co robi, tylko jemy razem śniadania…
- To i tak spędzacie razem więcej czasu niż ja z moim. Ostatnio ciągle się mijamy…
Podjechał rozkołysany przegubowiec, do którego obie wsiadły. Bez pośpiechu, rozgrzane słońcem.

czwartek, 1 listopada 2018

odc.216.: ŚWIĘTY SPOKÓJ


 
- A kto się tutaj tak rozkłada? Tutaj nie wolno się rozkładać! – Wrzask kobiety w puchowej kamizelce było słychać przy głównym wejściu na wrocławski Cmentarz Grabiszyński i nie tylko, mimo sporego hałasu i ogromnego tłumu, gdyż wiele głów w oddali obróciło się ze zdziwieniem. Jakże to, wszak na cmentarzu rozkład jest, jakby nie patrzeć, dość powszechny…?
Adresat tych pretensji nawet okiem nie mrugnął, spokojnie rozkładając stoisko ze zniczami, między stołem z awanturującą się sprzedawczynią kwiatów, a ludźmi handlującymi obok słodyczami zza wschodniej granicy, ciastkami, chałwą i innymi smakołykami, które wzbudzały ogromny entuzjazm u dzieci.
- Nie słyszy, jak mówię?? – Kobieta w puchówce zawyła jak syrena, ryzykując, że wkurzy nie tylko żywych.
- No ale o co te krzyki? Umarłego by obudziła, kurwa… – Mruknął facet ze zniczami. – Było miejsce, to towar rozstawiam. Dajże mnie kobito święty spokój… Sama się rozłożyła, a innym broni.
- O, święty się znalazł, ale tu nie wolno, auta jak przejadą, no jak?
- Bokiem.
- Gdzie bokiem, gdzie bokiem, cwaniak się znalazł, tu wyraźnie pisze, że nie wolno!
- Zapłaciłem za miejsce i się rozkładam, a jak się nie podoba, to…
Dalszej dyskusji i ewentualnym rękoczynom zapobiegł policjant, który zainteresował się źródłem hałasów i podszedł, by załagodzić sytuację.
Stoisk przed cmentarzem było mnóstwo, jak każdego roku przed Świętem Zmarłych. Kwiaty prawdziwe i sztuczne, stroiki z iglaków, znicze każdego koloru i kształtu, przekąski, napoje, wszystko to, czego naród zapomniał kupić w supermarkecie, dyskoncie lub na poczcie (tak, na poczcie też można nabyć znicze).
Jesienne barwy liści, których nie oberwały ostatnie wichury, dodatkowo przepięknie oświetlone przez wiosennie przygrzewające słońce, mogłyby zmylić nawet doświadczonego meteorologa, a co dopiero zwykłego obywatela, który wiedzę o pogodzie czerpie z telewizji lub stosownej apki. Ciepłe, zimowe kurtki i płaszcze występowały więc zgodnie w towarzystwie lekkich jeansowych kurtek, zaś kuse spódniczki i gołe kostki wystające spod spodni typu rurki oraz trampki żwawo kontrastowały z kozakami, ocieplanymi traperkami i czapkami. Jednych trochę przewiało, inni spocili się obficie w szalach i rękawiczkach, jakby pogoda postanowiła każdemu spłatać figiel. Brak dostosowania ubioru do pogody, co obecnie wymaga umiejętności wróżki i cyrkowych akrobacji w szafie, nie wpływa uspokajająco na atmosferę zadumy i refleksji.
- A czemu Gośka się tak na ciebie złości?
- A bo ja wiem. Teściowa to nigdy mnie nie lubiła.
- No ale o coś musi jej chodzić. Dzwoniła?
- Nie, ale ona nigdy nie dzwoniła i ja też nie.
- To co za różnica?
- Taka, że teraz wiem na pewno, że już nie zadzwoni.
- No to masz już święty spokój przynajmniej…
Dwie panie w ciepłych płaszczach z widocznym wysiłkiem taszczyły wielkie torby z donicami i zniczami, zatrzymując się co chwilę na odpoczynek. Przystanęły obok stoiska ze stroikami, którego chudy jak tyczka właściciel splunął kiepem za siebie i podskoczył do nich.
- Ile pani chce?
- Ja? Nic, ja już mam wszystko.
- Dam dobrą cenę. Zielone mam, srebrne, wszystkie mam. Ładne, długo postoi.
- Ale ja naprawdę nie potrzebuję – broniła się kobieta, spływając potem pod futrzanym kołnierzem płaszcza.
- A pani?
- Ja też nie. Poza tym to wygląda na łamane w lesie, w radio mówili.
- Jakie łamane, to z tej, no, z hodowli!
- Chodź już, bo nam spokoju nie da – jedna drugą pociągnęła za rękaw i poszły.
- A, cholera – facet wyciągnął kolejnego papierosa i mruknął do sprzedawcy obok – już bym to sprzedał wszystko, zrobił jeszcze raz groby i do domu pojechał. Potem rodzina przyjedzie i weekend z głowy. A może dla szanownego pana takie gałązki? Na grobie położyć i wygląda od razu.
- A po ile to?
- Dogadamy się, a ile pan chce? Pani szanowna pomoże wybrać, co damskie oko wypatrzy…
- Piotruś, ja nie wiem czy my to chcemy. Chcemy takie?– Rozłożysta dama w bluzie z kapturem i trampkach uwiesiła się na swoim mężu, uzbrojonym w jaskrawy t-shirt i łysą głowę, świecącą jak latarnia morska. Facet lekko stęknął, czując na grzbiecie znajomy ciężar, ale zniósł to po męsku i w skupieniu oglądał gałązki stroików.
- No. Cztery takie, tylko różne i na tamtym jeszcze więcej gałązek. I jeszcze znicze.
- A to kolega obok ma, zaraz podam, małe, duże?
- Po 10 jednych i drugich.
- Piotruś – zagruchała dama zza szerokich pleców swej życiowej podpory – co ja bym bez ciebie zrobiła. Bo wie pan – zagaiła do sprzedawcy – ja bez męża, to wszystkie głowy bym pogubiła.
- Mówi pani…
- Jeszcze tamtych pan zapakuje, po trzy, chryzantemy pan ma?
- A zaraz przyniosę, to z drugiej strony…
- Ja bez męża to jak bez ręki… Piotrusiu, ty to jesteś, zawsze taki zdecydowany…
- Mówi pani…
- Tamto nie, bo zwiędnięte. No to ile to razem?
- Jak pan weźmie jeszcze jeden, to rabat dam.
- No to niech pan dołoży i będzie święty spokój.
- Tylko zapakuję…
- Piotrusiu, a nie za małą masz tę torbę? Może pan da drugą, bo się urwie?
- Wystarczy. Reszty nie trzeba. Marzena, zejdź ze mnie, idziemy. Później uderzymy na galerię.
- A to ja już nic nie mówię, Piotrusiu.
- I dobrze. – Poszli w stronę głównej bramy, a sprzedawca uśmiechnął się do siebie i zapalił papierosa, powoli pakując puste opakowania.
Tłum płynął we wszystkich kierunkach. Z samochodów, tramwajów i autobusów wylewały się kolejne dostawy ludzi, handel kwitł w najlepsze, znajomi trafiali na siebie po latach niewidzenia się poza Facebookiem, krewni łypali na członków rodziny zastanawiając się, kto w tym roku przyjedzie i o czym będą rozmawiać nad grobami.
Dopiero gdy zapadnie zmierzch i nadejdzie listopadowa noc, a nozdrza poczują znajomy od lat zapach dopalających się zniczy i oczy zmrużą się od łuny widocznej z daleka, dopiero wtedy pojawi się myśl o tym, co udało się upolować na specyficzną cmentarną rewię mody. Pamięć przywoła wspomnienie o tym, co powiedział wujek szwagierce 20 lat temu lub zaledwie przed chwilą. Codzienność zniknie na kilka sekund, dosłownie na moment i przypomną się twarze i głosy tych, dla których tego dnia warto zapalić świeczkę i pomyśleć.

sobota, 11 sierpnia 2018

odc. 215.: Z LEPSZEJ STRONY



Nawet przelotne deszcze, które od dwóch dni pojawiały się w city tu i tam, zgodnie ze swą nazwą przelatując w niemalże seksualnym sensie spalone słońcem ulice, chodniki i czoła przechodniów, nie odstraszyły miłośników kina od wybrania się w piątkowy wieczór do Centrum Historii Zajezdnia na plenerowy seans. Po wielu dniach bez ani jednej kropli wody z nieba, wtem, nagle pojawiło się wytchnienie, odrobina tlenu i w tej sytuacji prawdopodobnie wyłącznie potężna ulewa okraszona gradobiciem mogłaby skłonić publiczność do zmiany planów na wieczór. Ulewy jednak nie było, za to na chwilę pojawiła się tęcza.
Większość leżaków rozstawionych przed ekranem na placu przy CHZ była już zajęta, choć do rozpoczęcia seansu została jeszcze godzina. Na ekranie było wyraźnie napisane, że o 21.30 zostanie wyświetlony film pt. „Mustang”, co jednak nie przeszkodziło kilku osobom w gorączkowym dopytywaniu się o tytuł obrazu i godzinę seansu, jako że zaniedbana przez całe dekady sztuka czytania ze zrozumieniem zanika równie łatwo, jak narzędzia demokratycznego ustroju, cztery klarowne pory roku oraz smukła talia w okolicach czterdziestki.
- Będzie padać? – Rzuciła w przestrzeń starsza kobieta z termosem, przykrywając stopy kocykiem, o których rozłożenie na leżakach zadbali troskliwi organizatorzy kina, za co chwała im i wdzięczność.
- Tylko kropi – odpowiedziały wesoło dwie dziewczyny spod parasola. Jedna pociągnęła solidny łyk piwa z butelki i dodała, że to nic, bo i tak jest fajnie.
Starsza kobieta nic nie odpowiedziała, za to z tylnego rzędu rozległ się donośny, lekko zachrypnięty głos chłopaka odzianego w dres, koszulkę i klapki.
- Nie wiem, siedzę tu. Bo ma być jakiś film o koniach. No, zjebany jestem, to odpocznę. Ale się napracowali z tymi leżakami, krzesłami, a w Miliczu to przynajmniej można było pobiegać. Nie będę biegał, kurwa, zjebany jestem i czekam. A z nimi ni będę się już bujał, bo nie wiem za co po mordzie zebrałem, na żywca. Za to, że mu powiedziałem, że jak będzie szmaciarz takie rzeczy o babci opowiadać, to go zajebię. I on jest teraz dla mnie kurwa skończony. JAK MOŻNA O BABCI TAKIE RZECZY? No właśnie. Do babci trzeba mieć szacunek, nie. Jakaś muza napierdala tutaj i dlatego TAK KRZYCZĘ. Co ty mi na tej kamerce dajesz? Nic kurwa nie widzę, a ciebie bym chciał zobaczyć. Z jakiej drugiej strony, z tej lepszej strony, twojej lepszej strony. Z DRUGIEJ? Tam nic nie ma, ciemno i chuj. I czekam tu, czekam, bo film ma być. Film będę oglądał, kurwa. Ciebie wolałbym oglądać… Ty zostaw kurwa ten materac. No w folii zostaw, to razem wypróbujemy. Mówiłem ci, nie wyjeżdżaj z Wrocławia, bo tu jest fajnie. Kurwa, ten materac ma dla nas zostać! I po chuj go odpalasz? Tylko go kurwa powybijasz, a potem będziesz jęczeć, że się o ziemię obijasz. A KTÓRĄ MASZ  TAM GODZINĘ? Za dziesięć dziewiąta? O kurwa, to się najebałem. Idę polatać, bo na ten film to się kurwa nie doczekam…
Jak powiedział, tak zrobił, ku wyraźnej uciesze starszego pana, który siedział na leżaku tuż przed amatorem nierozpakowanych materaców. Dżentelmen w wyprasowanych spodniach i letniej kurtce. Zaczeska przygładzona stylowo, twarz ogolona, wodą kolońską obficie skropiona. Wyjął telefon, zadzwonił.
- Jestem już i czekam. Ależ nie poganiam cię, nie, tylko trzymam dla ciebie miejsce. W drugim rzędzie na leżaku. A, wolisz krzesło? Nie? Czyli leżak może być? Koce są też, mam parasol i jeszcze mam herbatę w termosie. Nie, kawy nie mam. Za późno na kawę, tak, masz rację, moja droga. Czyli herbata może być? To ja cię zawołam, jak zobaczę. Nie martw się, ja cię wszędzie poznam. Z każdej strony cię poznam. Z lepszej strony, tak oczywiście, ze znam cię z lepszej strony. A za ile będziesz? No nie poganiam cię, czekam spokojnie, nie śpiesz się.
Rozłączył się, po czym wyjął parasol, sprawdził czy się otwiera i zamyka. Odkręcił termos, nalał sobie odrobinę herbaty, spróbował. Rozłożył koc na leżaku obok, po czym zmienił zdanie i złożył koc z powrotem w kostkę. Wstał wygładził spodnie, przetarł chustką buty, przygładził włosy i przez cały czas się rozglądał. Wreszcie twarz rozjaśniła mu się w uśmiechu, pomachał ręką.
- Tutaj, tu, tutaj jestem i mam miejsce dla ciebie!
- A co ty tak się afiszujesz i krzyczysz – syknęła starsza kobieta w krótkiej sukience.
- O tu, tu usiądź, ja ci ten leżak ułożę, tu ma trzy wysokości do wyboru, chcesz środkową czy wolisz niżej?
- Przyszłam oglądać film, a nie spać. Zostaw ten leżak, lepiej parasol daj, bo zaczyna padać.
- Już, już…
- Ależ się źle ubrałam.
- Ależ co ty mówisz, wyglądasz zachwycająco…
- Nogi mi zmarzną i plecy.
- Masz tu jeszcze mój koc – zaczął ją troskliwie okrywać, a ona przyjmowała te hołdy z lekko zniecierpliwioną miną oraz słabo maskowaną niechęcią.
- No, zobaczymy co za film wybrałeś.
- Spodoba ci się, jest o młodości i miłości.
- Jednego już nie mam, a drugiego…
- O, już nie pada. Zobacz, jaki piękny wieczór. Może później…
- Ciiicho, już się zaczyna. Przyszłam na film, nie do kina. I złóż ten parasol.

piątek, 29 czerwca 2018

odc. 214.: KRÓTKA PIŁKA



Podduszające afrykańskimi temperaturami skwarozy słoneczne, jakie nam funduje początek wakacji, nieco namolnie, acz uroczo przeplatane są gradobiciem oraz czyszczącą miasto, kanalizację, auta i pozornie niewinnych przechodniów ścianą wody zwaną niegdyś letnim deszczem, wraz z grzmotami, jakich nie powstydziłby się Zeus (zapewne ku uciesze małżonki Hery). Kiedyś przeplatał kwiecień, a teraz czerwiec też, a co ma sobie żałować. Jak wiadomo, nie tylko karaluchy potrafią się do wszystkiego przyzwyczaić – ludzie też. Tak też praktykują mieszkańcy wrocławskiego city, którzy rzadko ze stoickim spokojem, a częściej z objawami słabo tłumionej furii przyjmują na klatę spektakularne awarie komunikacji miejskiej, korki wywołane remontami i paraliżem głównych arterii miasta, jak również żenującą porażkę reprezentacji kraju na mistrzostwach wiadomych, do czego jednak nie warto wracać, bo nic się nie stało.
- Nie wiem dlaczego do tego wracasz. W kółko, ciągle, po chuj tak wracać? Dla mnie to zamknięty temat i nie ma co tego ciągnąć. Krótka piłka, nie to nie, nie będzie więcej żadnych kurwa telefonów! I bardzo bym chciał kurwa wiedzieć, co ty tam z nim robiłaś, jak nie miałaś na sobie prawie nic!
Tu publiczność (zgromadzona na przystanku autobusowym przy placu Strzegomskim z okazji kolejnego utknięcia tramwajów w malowniczym sznureczku) wstrzymała oddech w oczekiwaniu na ciąg dalszy oraz opis wspomnianego prawie nic.
Wykrzyczał te słowa facet łysy jak niektóre kolana, przebywający w zestawie urlopowym, czyli koszulce z napisem „Keep calm & keep calm”, zdecydowanie za krótkich, odsłaniających część ud spodenkach i japonkach. Był bardzo blady, jak ktoś, kto dopiero zaczyna przygodę ze słońcem po kilku dekadach spędzonych w krypcie. Opierał się o wiatę przystanku i bardzo głośno tłumaczył, dlaczego nie warto już do tego wracać.
- A ja to poruszam, bo zastanawiam się, jak to będzie, kiedy mnie znowu posmyrasz po głowie. Jego też smyrasz?! – Usiłował warknąć, ale zamiast tego wyrwał mu się lekko zrozpaczony skowyt. Westchnął. – Jedzie coś, może wsiądę. Nie wiem, kurwa, bo wszyscy teraz chcą…
Faktycznie, prawdę mówił i może warto mu z tej okazji coś polać, bo wyglądał na odwodnionego. Wraz z nim do autobusu nr 132 usiłowało wsiąść tak na oko pół miasta, co z racji gabarytów pojazdu oraz wyraźnego defektu tegoż (nie jest z gumy), wielu osobom po prostu się nie udało.
Poirytowany i częściowo zrezygnowany tłum ruszył więc chodnikiem w kierunku placu JP II, w podgrupach, jakie często można spotkać w mieście, typu człowiek idący, częściowo wyprostowany, czule wpatrzony w telefon.
Na przystanku została spora grupa ludzi. Stale dołączali też nowi, którzy szczęśliwie wydostali się z tramwajów nadal tkwiących w awaryjnym szeregu lub po prostu akurat skończyli pracę w pobliskim wrocławskim Mordorze.
- Teraz to kiła i mogiła, patrz, kurwa – powiedział pryszczaty chłopak z plecakiem, w koszulce z wizerunkiem zespołu, którego członkowie mogliby bez charakteryzacji zagrać w ekranizacji którejś z powieści Lovecrafta.
- No, jak auto MPK stoi na torach, to wszystko chuj strzelił. Posiedzimy tu. – Przytaknął kolega o podobnie wulkanicznej karnacji, również ubrany w t-shirt odstraszający płeć jakąkolwiek i bojówki moro, po czym przysiadł na murku za przystankiem. – To mówisz, że teraz jest inaczej?
- No. I teraz, bez tego, to jakbym odkrywał wszystko na nowo. Niby znam, ale jakby mi spadły łuski z oczu. Wszystko smakuje zupełnie inaczej.
- Lepiej?
- Kurwa, o wiele lepiej. Teraz będę musiał się jakoś przyzwyczaić, żyć od nowa jakoś, kompletnie inaczej.
- Mówiłem ci, że to krótka piłka. Tak działa nowa jakość. Jakbyś się przesiadł z Golfa do S-klasy, niby jedziesz, ale to inna jazda, kurwa. Diabeł tkwi w szczegółach…
- No.  
- Dobra, dość pierdolenia, chodź na następny przystanek. Może coś się ruszy.
- Albo coś zjemy po drodze.
- O, to bardziej.
Na przystanku nadal nie ubywało ludzi, mimo że kolejne autobusy co chwilę dzielnie pochłaniały kolejne porcje pasażerów. Zaczął mżyć lekki deszcz, co mocno zagęściło sytuację pod wiatą rozmiarów nikczemnych, jakby produkowano je w celu zmieszczenia tam tłumu chomików, nie kilku osobników gatunku ludzkiego. Część społeczeństwa zrezygnowała z prób wmanewrowania się pod dach i pozostawała na orbicie przystanku, dzielnie wystawiając twarz i inne części ciała na coraz bardziej mżące warunki atmosferyczne.
- Zawsze tak jest – wyjaśniła piękna dziewczyna w czerwonej sukience i zaciągnęła się papierosem.
- Jak yyy jest? – Towarzyszący jej facet bardzo starał się skoncentrować na słowach dziewczyny, ale kompletnie nie sprzyjały mu okoliczności, częściowo odsłonięte przez dekolt sukienki. Wysoki, przystojny brunet, fajnie ubrany, nerwowo przełykał ślinę i nie odrywał oczu od sylwetki z kształtami.
- Spieszysz się, ubierasz, lecisz, a tu awaria i krótka piłka… Nieważne. Dzisiaj to chyba pójdziemy do ciebie?
- A… Aha, no… Tak. Dobrze – ocknął się, nagle bardzo ucieszony, po czym rzucił okiem na papierosa. – Chyba, że będziesz jeszcze dzisiaj palić.
- Może później jeszcze jednego, tak na kolację. Przed deserem.
- A…. Aha. Tak. Dobrze… To co, idziemy?
- Kawałek możemy się przejść, ale nie za długo, bo jak zmoknę, to będzie mi wszystko widać.
Dziewczyna zgniotła niedopałek obcasem, podczas gdy jej towarzysz usiłował odzyskać oddech. Na szczęście udało mu się i poszli, a mżawka w parującym latem mieście była przez chwilę odrobinę bardziej naelektryzowana niż zwykle.

środa, 6 czerwca 2018

odc.213.: POZA ZASIĘGIEM



Można pomyśleć, że świat zwariował i aby dojść do tego wniosku wcale nie trzeba koniecznie  wcześniej zapoznawać się z treścią medialnych doniesień ani dogłębnie analizować opracowań naukowych dotyczących rzekomych, acz niezaprzeczalnie odczuwalnych zmian klimatycznych. Wystarczy rzucić okiem niedaleko, ot, przez okno. A tam dumnie w stylu letnim zamiast wiosennie prezentują się kwitnące lipy, które już od końca maja postanowiły dać upust chęci prezentowania miastu swych walorów, więc kwitną sobie, półtora miesiąca przed terminowym planem, który, jak sama nazwa wskazuje, przyzwoitość nakazywałaby wykonać dopiero w lipcu. Ludzki kalendarz sobie, a natura sobie, bo niezbadane są ścieżki, prawdaż.
Zatem skwaroza w pełni, co skutkuje przepięknymi kwiatami, relaksującymi piknikami, niestrawnością po obfitych grillach, ale też radością z okazji owoców, bo przecież można oszaleć ze szczęścia, gdy człowiek się wypcha truskawkami, które podobno sprzedawcy sprowadzają z drugiego końca świata i tylko podpisują, że to nasze.  Tylko patrzeć, aż pojawią się truskawki „rzemieślnicze” lub „kraftowe”, skoro są już takie piwa, lody i inne naganne rozrywki. Społeczeństwo świętuje kolejne fale upałów i długie weekendy cieszącymi oko widokami, takimi jak np. dekolty (głównie damskie, bo co do męskich, to zdania są co najmniej podzielone oraz nadal dyskusyjną jest kwestia dlaczego owłosione biusty męskie mogą się legalnie prezentować światu, podczas gdy powaby dam winny być zakryte).
Na szczęście są jeszcze na tym zwariowanym, nietrzymającym się kalendarza świecie zjawiska w miarę stałe, stabilnie występujące, takie jak na przykład beztroska i niefrasobliwe podejście do rzeczywistości, cechujące głównie osobniki młode. Młodości, podaj mi skrzydła, chciałoby się zakrzyknąć, gdy się stoi w korku…
Na przejściu dla pieszych przy skrzyżowaniu nieopodal placu JP II przystanęły dwie odrobinę pogniecione, śliczne dziewczyny, stylowo podfarbowane na siwo i różowo, z drobną ilością kolczyków tu i ówdzie oraz z plecakami, sugerującymi młodzieńczą wędrówkę podczas długiego weekendu. Zdaje się, że usiłowały strojami zamaskować dojrzewającą kobiecość, na szczęście bez powodzenia, bo obcisłe t-shirty i kuse spodenki, choć wyplamione i naddarte, jednak odsłaniały to, czego zakryć nie mogły.
- Chodzimy po tym Wrocławiu trzeci dzień…
- Czwarty. Przedwczoraj przespałaś w hostelu na kacu, to ci się pojebało.
- Czwarty. I rzadko trafiamy dwa razy w to samo miejsce. A może już tu byłyśmy? Kurwa, znowu jesteśmy poza zasięgiem, nic mi tu nie łapie i nie ogarniam gdzie jestem. A ty?
- Nie wiem. Tam coś pisze, czekaj… Jana… Pawła…
- Jakiego Pawła?
- Jana. Skąd mam wiedzieć, jak jestem poza zasięgiem w centrum miasta!
- Ale to nie może być tutaj, bo to już raz było tam.
- Chyba, że z drugiej strony, bo tam inaczej to wygląda.
- A „20” tędy jedzie”?
- Nie wiem. A może wsiądziemy w cokolwiek i zobaczymy?
- Bo twoje życiowe motto brzmi „na przypale albo wcale”…
- Jedzie coś, lecimy!
Ruszyły ostro, skokiem, co zostało nagrodzone dopędzeniem wagonu i dostaniem się do środka, przy milczącym aplauzie soczystych spojrzeń dwóch chłopaków, którzy dopiero w tej chwili się zmaterializowali i odkleili od wiaty na przystanku, aby w milczeniu zbadać oczami walory oddalających się dziewczyn. Chłopcy nawet nie mrugnęli i w ogóle zaprezentowali zero oznak życia dopóki dziewczyny były na horyzoncie, najwyraźniej dusząc w sobie chęć natychmiastowego pognania za krągłościami, które wraz z właścicielkami odjechały w siną dal lub w kierunku Pilczyc, jak sugerował napis na pojeździe.
Jeden z młodzianów głęboko westchnął, nie wiedząc, że niniejszym oddaje hołd wielkiej polskiej tradycji romantycznych uniesień, po czym wystudiowanym gestem odgarnął prawie sarmacką grzywkę i zerknął badawczo na kumpla, który odkleiwszy wzrok od dziewczyn, natychmiast zatopił się w czeluściach telefonu.
- Bądź Januszem swojego losu. – Powiało sentencją, a raczej skrótem myślowym obrazującym chwilową niemożność przekucia młodzieńczych pragnień w czyny, co na szczęście niektórym jednostkom przechodzi z wiekiem.
- Kurwa, znowu mam nieogar poza zasięgiem… Ty, Janusz, sam to wymyśliłeś? – Prychnięcie znad telefonu, lekko podszyte irytacją.
- No, jakby. – Lekkie zbicie z tropu.
- To słychać… - Męska, szorstka czułość.
- Spierdalaj. – Cięta riposta.
-…bo nawet dobre. O, już łapie, no. – Czyli jednak pakt o nieagresji i można z powrotem kontemplować kształty pobliskich osobniczek płci wręcz przeciwnej albo bezpiecznie grzebać w telefonie. Tam bezpieczniej, pszczoła nie użądli, tramwaj nie ucieknie ani dziewczyna nie spojrzy śmiało i bezczelnie, aż człowieka coś wzburzy hormonalnie od gardła po sznurówki. Wszak lato dopiero przed nami.

środa, 11 kwietnia 2018

odc.212.: NORMALNI LUDZIE



- A ja to jej nie lubię, wiesz.
- Dlaczego? Wszyscy ją lubią.
- Ona jest taka… Taka… Dziwna, kurwa, no. Wszystko robi, na wszystko ma czas. Normalni ludzie tak nie robią.
Ustaliwszy zeznania dotyczące definicji normalności i tego, kogo wobec tego można obdarzyć cieplejszym uczuciem lub ukarać niechęcią i obrobieniem tylnej części ciała, dwie kobiety w wieku dojrzale uśrednionym wysiadły z tramwaju, razem ze swoimi niezadowolonymi minami, kozakami mimo eksplodującej wiosny, płaszczami, szalami, upiętymi wysoko fryzurami i makijażami rozmazanymi w stylu popołudniowo zmęczonym, jak to bywa między pracą służbową a domowym kieratem.
Jak się okazuje, normalność w odniesieniu do wiosny w XXI wieku to rzecz względna, kwestia gustu i okoliczności. Cóż tam astronomiczne nakazy i kalendarzowe terminy, skoro wiosna i tak kieruje się własnym zdaniem i pojawia się wtedy, kiedy społeczeństwo niemalże straciło nadzieję. Ledwo minął tydzień (no, może dwa) od ostatnich porządnych przymrozków, powiewów deszczu z elementami śniegu zamarzającego bezczelnie na twarzach udręczonych przechodniów, a tu nagle tadaaam! Wtem! Wszystko kwitnie, świergoli, pachnie już nie wyziewami z pieców i rur wydechowych, zatykając oskrzela i tętniczki, ale prawdziwymi, kolorowymi kwiatami, pączkami na drzewach i tylko patrzeć, aż nosy opalą się na czerwono i wesołe piegi obsypią policzki i ramiona.
Każda pora roku ma swój charakterystyczny zapach, w którego skład wchodzą elementy przyrody wyżej wymienionej oraz niestety wonie społeczeństwa, bardziej ludzkie - ujmując rzecz bardziej dosadnie - co da się wyczuć zwłaszcza w komunikacji miejskiej, która podobno posiada klimatyzację, ale zapewne zachowuje jej eksploatację na jakieś wyjątkowe okoliczności, bo ledwo pojawiło się porządnie przygrzewające słońce, to już w większości tramwajów i autobusów MPK da się wyczuć wiele zapachów wskazujących na nikłe zużycie mydła, odwrotnie proporcjonalne do powszechnego, nader obfitego korzystania z perfum. Cóż, niestety nie zawsze i wszędzie można podjechać na rowerze…
Dwóch młodzieńców w czapkach z daszkiem, nisko skanalizowanych spodniach i koszulkach ze spranymi stylowo napisami rozsiadło się wygodnie na miejscach zwolnionych przez damy w płaszczach i rozpoczęli dość donośne omawianie swoich przewidywań na temat wyników ostatniego kolokwium z algebry. Temat ten był dla obu rozmówców nieco przygnębiający, rychło więc go porzucili, przechodząc do spraw weselszych.
- A zdarzyło ci się kiedyś zacząć imprezę w jednym mieście, a skończyć w drugim?
- Nie, aż tak grubo, to nie. Raz tylko zgubiłem buty.
- A my ostatnio z ekipą, wiesz, to jeszcze ludzie ze starej klasy byli, najpierw waliliśmy tutaj, u mnie i byli wszyscy oprócz mojego zjebanego współlokatora, ale on kurwa nie jest normalny, nie. Potem chcieliśmy coś zjeść i wyszliśmy na miasto. Jeden ziomek nie pił i miał auto, to pojechaliśmy do Poznania.
- Nie mogliście kurwa tutaj zjeść?
- Jakoś nie pomyśleliśmy. I słuchaj dalej, bo tam coś jedliśmy, waliliśmy ostro dalej, nie. I kurwa zapomnieliśmy gdzie zostawiliśmy auto, no, nawet ten ziomek, co nie pił, nie pamiętał. I patrzymy,  a tu policjanci stoją na skrzyżowaniu. To on do nich podbija, nie, i pyta czy wiedzą, gdzie są takie te, no, jakby reniferki, czy inne jakieś kurwa jelenie. A oni w śmiech i mówią, że to są kurwa koziołki. No to on bajera, że dzięki i w ogóle, i czy wiedzą, gdzie jest ulica świętego Macieja czy Mikołaja, a oni normalnie się prawie przekręcili ze śmiechu i mówią, że świętego Marcina, że tam, no to ziomek pociął przez skrzyżowanie, a my za nim, a oni krzyczeli, żeby po pasach, ale nas już kurwa nie było.
- No to grubo. Dobrze, że nie kazali mu dmuchać. Czekaj, pani stoi, to wstajemy.
Grzecznie ustąpili miejsca staruszce i jej torbom z zakupami, po czym nie mogąc się oddalić ze względu na tramwajowy tłum, obaj złapali górne uchwyty i zawiśli synchronicznie nad starszą panią, prezentując odurzające wonie studenckich pach muśniętych słońcem.
- Ten ziomek trzeźwy był.
- On nie pije?
- Nie, bo normalnie jest tak pierdolnięty, że nie musi.
- Spoko. U nas też ostatnio była akcja z glinami.
- Sąsiedzi wezwali?
- Chyba tak, chociaż żadnej imprezy nie było, tylko siedzieliśmy i gadaliśmy, jak normalni ludzie. I dzień był, nie, kurwa.
- To dlaczego?
- A bo kiedyś mieliśmy z nimi akcję i teraz ciągle wzywają. Akurat wychodziliśmy na miasto, wiesz, byli ludzie z roku i jakieś panny, nie. I wychodzimy z bramy, nie, a oni że my chyba do państwa. My mówimy, że po co, kurwa, bo właśnie wychodzimy. Jeden kolo był napruty i chciał ich bić, ale go trzymaliśmy z tyłu. Oni mówią, że są trzy opcje: sprawa kurwa karna, mandat albo pouczenie i którą wybieramy. I kurwa ten napruty krzyczy, że wszystkie trzy opcje są chujowe!
- No ja pierdolę, co za młotek.
- Na szczęście jego panna ich zbajerowała, wzięła od jednego numer telefonu i umówiła się z nim za trzy tygodnie na DeMono. Mówił, że po służbie może iść.
- Jasne, kurwa, teraz to dopiero się zacznie biba w plenerze.
Umilkli, zapewne ukojeni wizją miłych chwil, które ich wkrótce czekają, po czym wysiedli przy Rynku, a tramwaj poniósł ich młodzieńcze wonie dalej w miasto.

środa, 7 marca 2018

odc. 211.: ŚMIERDZĄCA SPRAWA


- Panie! Panie, pan otworzy! PANIE, bo ja tu pukam! –Starsza pani w gustownym płaszczu i kolorowym berecie energicznie zastukała w szybkę oddzielającą motorniczego od reszty społeczeństwa. Tramwaj właśnie zatrzymał się przy ul. Kochanowskiego, pasażerowie wsiadali, wysiadali, a deszcz ze śniegiem padał ostro, zawiewany wichurą w poziomie, jak to bywa na początku marca, zwłaszcza że od listopada trwa listopad.
- A co pani chce? – Motorniczy uchylił okienko i zerknął z lekką dozą irytacji.
- Numer! Numer chcę!
- Linia 33, przecież tam pisze – westchnął motorniczy, którego życie było pasmem udręk, starć z namolnymi podróżnymi, taborem pochodzącym z poprzedniego stulecia oraz dziurawymi szynami, które pracę w MPK czyniły niekiedy podobną do ścigania się na rowerach górskich, jeśli wziąć pod uwagę stopień ryzyka, ilość wybojów na trasie i innych niebezpiecznych okoliczności. Wobec braku odzewu ze strony starszej pani, którą ewidentnie jego odpowiedź nieco zbiła z tropu, motorniczy westchnął jeszcze raz, nieco głębiej, jakby miał w genach co najmniej Wertera, po czym usiłował zamknąć okienko, ale starsza pani ocknęła się z letargu i stanowczo przyblokowała szybę łokciem.
- Na te znalezione, to jaki numer jest? Pan mi powie? Na te, zgubione, jaki? Ja torbę zostawiłam w dziewiątce, co jechała w drugą stronę i chciałam poczekać tu, ale chyba wyjechał drugą stroną od Olimpijskiego i nic, myślę, zapytam następnego, pan wie?
- Ale co?
- Jaki jest numer telefonu, jak się coś zgubi w tramwaju! Mówię i pukam przecież!
- A ma pani gdzie zapisać? Ja muszę już ruszać, ale podyktuję pani.
- O matko, zaraz sprawdzę – starsza pani zaczęła wysypywać na siedzenie zawartość małej, acz zaskakująco pojemnej torebki. – Tam było, no nic tam nie było, trochę jedzenia, to tam na straty, ale papiery! O matko, te papiery są ważne, to znaczy dla innych nieważne, ale dla mnie, o matko, to taka śmierdząca sprawa…
W końcu wygrzebała stary paragon i długopis.
- Mam! Mam, pan mówi!
- Kierunkowy siedem, jeden…
- O matko, nie pisze!
- Pani da, ja pani zapiszę…
Motorniczy zapisał kobiecie ten nieszczęsny numer telefonu, jednocześnie unikając kolizji zarówno z autobusem, którego kierowca ze sporą dozą fantazji i luźnym stosunkiem do odległości wjechał na bus pas, jak i zderzenia z nowiuteńkim mercedesem, gdzie za kółkiem siedział facet tak bardzo zajęty pokazywaniem damie obok czegoś strasznie zabawnego na telefonie, że jednoczesne zwracanie uwagi na to, co dzieje się tuż przed maską jego auta najwyraźniej przekraczało jego możliwości percepcyjne.
- Panie! Ja panu dziękuję! Może nikt tam nie ukradł, o matko, niech panu w dzieciach wynagrodzi! Już tam dzwonię, już, żeby te papiery, bo wie pan, to taka śmierdząca…
Szybka z trzaskiem się zamknęła, a tramwaj z ulgą ruszył w kierunku placu Grunwaldzkiego.
Dwie dziewczyny przyglądały się tej scenie ze współczuciem i lekkim politowaniem. Wyższa, z różowymi pasemkami na fioletowych włosach i szminką w kolorze dorodnego nieboszczyka szturchnęła koleżankę ramieniem.
- Ty, ja to bym się chyba zabiła, jakbym miała być w tym wieku i tak nie ogarniać.
- No…
- Jak moja babcia, wiesz… Ostatnio jakoś inaczej pachnie, jakby… Śmierdziała nawet, wiesz.
- No…
- A wiesz, od wczoraj jestem z Marlonem.
- No?
- I pocałowaliśmy się, w ogóle, wiesz.
- No!
- A jak skończyliśmy, to się pytam o co w ogóle chodzi, wiesz, bo kiedyś już do mnie uderzał.
- No?
- I powiedział, że już dawno chciał mnie pocałować, ale się bał, że się ujebie moją szminką. A wczoraj zapomniałam się pomalować i od razu był seks.
- No!
W dalszej części tramwaju, przy nowym i jak na razie dość enigmatycznym w obsłudze biletomacie vel kasowniku, stylowo czarnym i pachnącym jeszcze nowością, stali dwaj młodzieńcy, odziani kontrastowo, nie wobec siebie nawzajem, ale tak, jakby góra stroju każdego z nich była adekwatna do aktualnej pory roku, zaś dół miał być dopasowany do wiosny, która nadejdzie za tydzień lub miesiąc. Czapki, szaliki, ciepłe kurtki – to wszystko pasowało do aury za oknem. Z kolei trampki, kuse, bardzo cienkie spodnie, brak skarpetek lub ich minimalna długość, zakrywająca stopy zapewne do połowy – ten widok wołał o pomstę gdziekolwiek i wywoływał dygot wewnętrzny u zgromadzonej publiczności oraz automatyczne drapanie w gardle lub kichnięcie.
Miny mieli zatroskane i zniesmaczone zarazem.
- On mówił, że jedzie mu wpierdolić. Nie pogadać, nie bić, tylko wpierdolić.
- O kurwa… A DżejDżej?
- Do niego nic nie miał.
- Zero problemu? Nic, kurwa?
- Mówił, że DżejDżej nie ogarnia ani świata, ani swoich problemów, to co mu da jakiś wpierdol, nic.
Na chwilę zapadło milczenie, zakłócone suchym komunikatem systemu o treści „następny przystanek: Galeria Dominikańska”.
- A te burgery jadłeś?
- Które?
- No te nowe, na maksa czy coś takiego.
- Ta, cenowo da się lubić, ale bez urwania dupy.
- Ziomal z mojej grupy mi mówił, że wszystkie te z galerii śmierdzą.
- Sam kurwa śmierdzisz.
- To nie ja, kurwa, spierdalaj. To ten tramwaj, sam zobacz.
Obaj napięli wątłe klatki piersiowe i solidnie sztachnęli się społeczeństwem, zatęchłą atmosferą zaparowanego tramwaju, brazylionem wirusów, bakterii, wyziewów miejskich i innych aromatów typowych dla Wrocławia we wtorkowy wieczór w marcu.
- Coś tu śmierdzi, kurwa, ale seryjnie.
- To miasto wali po czaszce, jak z rury, człowieku. Nie wiesz, że Wrocław jest cały ujebany w pyłach? Bez maski lepiej nie wychodzić.
- Kurwa, nawet moja matka mówi, że miasto to śmierdząca sprawa. Ojciec chce, żebym się przeniósł gdzieś indziej na studia i pojechał gdzieś do Norwegii, kurwa.
-  Normalnie to bym nawet nie jechał tramwajem.
- A czym jeździsz na wydział?
- Rowerem albo longboardem.
- W masce?
- Taa, mam taką z czaszką i drugą, jak kibole łażą po mieście, żeby się odpierdolili, no ale dzisiaj to kurwa nie ma opcji.
- Kurwa, przecież jak pijemy, to bez maski. A masz tego elektronicznego…?
- Taaa. Teraz się nie zaciągaj, wysiadamy…
Pojazd zatrzymał się na skrzyżowaniu ulic Świdnickiej i Kazimierza Wielkiego, a drzwi tramwaju się otworzyły, wpuszczając do środka orzeźwiająco toksyczne powiewy tego, co w tajnych rządowych laboratoriach kiedyś zapewne służyło za przykład śmiercionośnej broni.

wtorek, 31 października 2017

odc. 210.: NIE BÓJ NIC


- Kiedyś to był jeden „Społem” na dzielnicę i ludzie jakoś żyli. A teraz to co krok, co ulicę albo po kilka na jednej, wszędzie te Biedronki, Żabki, Małpki, chuje, muje, dzikie węże, a i tak są kolejki, no na co to komu, kurwa… - Poskarżył się światu młody facet stojący w koszmarnie długiej kolejce do kasy. 
Na siedem stanowisk tylko połowa zawierała kasjerkę płci obojga, więc kolejki nie malały, lecz ustawiały się mężnie wzdłuż alejek dyskontu mieszczącego się w podziemiach dawnego „Kameleona” przy ulicy Szewskiej.
- No, a niby pokazywali w radiu, że ludzie się nie rodzą. 
- Mówią, że nikomu nie przyrasta, kurwa.
- Tu się nie rodzą, to w Chinach nadrobią, nie bój nic. Ale skąd tu teraz tyle wiary?
- Bo masło tańsze.
Wobec tak oczywistej prawdy obaj rozmówcy pokiwali głowami i zamilkli na chwilę. Starszy w garniturze, młodszy w kurtce skórzanej, jakby od jednego stylisty symetrycznie wygoleni na głowach, brodaci na twarzach, z nagimi kostkami (to już chyba jakaś epidemia). 
- A co dzisiaj tankujesz?
- Łychę.
- Jaką?
- Z colą.
- Kurwa, porzygałbym się – skrytykował starszy. – Marnujesz procenty, leszczu.
- Na czysto nie mogę, bo muszę wstać o piątej, kurwa. Jeszcze nic nie spakowałem, ale muszę dzisiaj, bo rano nie będzie czasu. Czyli dzisiaj tylko kontrolnie drinkujemy, nie.
- Spoko, dolecimy i nadrobimy, nie bój nic.
- Rok temu w Turcji przez tydzień leżałem najebany, nic kurwa nie pamiętam z wakacji.
- Zrobimy zdjęcia, nie bój nic.

wtorek, 3 października 2017

odc.209.: TERAPIA WSTRZĄSOWA


W opozycji do szalenie popularnego od kilku lat, wielce słusznego (gdy zachować stosowne proporcje) trendu slow, obecnego w wielu dziedzinach życia - od podejścia do pracy, relacji międzyludzkich, jedzenia, zakupów, jakości snu, aż po dobór skarpetek na dany dzień i lekkiej medytacji nad kolorem tychże - bardzo dzielnie trzymają się obecne wszędzie, potępiane równie często jak odwiedzane, ochrzczone mianem niezdrowych, globalne marki zwane sieciówkami. 
Jak wiadomo, z jednej strony korzystać z nich się nie godzi, bo wyzyskują pracowników, niszczą drobny handel, wciskają towary niskiej jakości oraz troskliwie drenujący kieszenie kit, a także unifikują i wtłaczają w mundurkowe ramy wszystko to, co tylko upupić się da, zaś z drugiej zapewniają asortyment kojący duszę i zmęczenie, jak również odpowiadają na podstawowe potrzeby konsumenckie, zwłaszcza gdy goni czas, dzieci wyją o soczek, w portfelu panuje cisza, a w głowie i gardle męczy zasmarkane sfrustrowanie październikiem, choć ten ledwo się zaczął.
Prawdopodobnie z tego powodu pomimo złej sławy i braku wartości odżywczych bary tzw. szybkiej obsługi cieszą się niesłabnącym powodzeniem wśród wszystkich klas, warstw i przedstawicieli społeczeństwa, choć jeśli kogoś zapytać czy tam bywa i jada, to oburzy się i natychmiast zaprzeczy, a może i lutnie z liścia w lampę, ogarnięty hipokryzją i lękiem, że rzecz się wyda. Możliwe, że również z tej samej przyczyny sieciowe dyskonty potrafią wzbudzić w pozornie spokojnych, praworządnych obywatelach emocje godne finału mistrzostw piłki jakiejkolwiek, gdy ogłaszają promocję na towary teoretycznie luksusowe w cenach skandalicznie niskich, aż wspomniani statystycznie niewyróżniający się osobnicy rzucają się sobie nawzajem do gardeł i wyszarpują bliźnim z rąk markowe torebki, kombinezony dziecięce lub telewizory trzy de zasłaniające ściany w em cztery. 
A prozaiczna prawda jest taka, że kiedy los lub biuro podróży rzuci na drugi, bardziej egzotyczny koniec świata, to można mieć nadzieję, że posiłek spożyty w knajpie ze znajomym logo da mniejsze szanse na kilkudniową biegunkę niż ten zakupiony od ulicznego kucharza specjalizującego się w panierowanych świerszczach, choć kalorii w zestawie będzie tyle, że foka brzuszna urośnie na samą myśl. 
Jednym słowem, czasami nie ma wyboru. Bywa też, że sieciówka to ostatnia deska ratunku albo po prostu coś na tyle znajomego, że w obcym otoczeniu, w nowych okolicznościach przyrody lub w wielkim, przerażająco zaplątanym ulicami mieście będzie to coś kojącego nerwy, a wszak niekiedy tyle wystarczy, by jakoś przetrwać dzień. Zwłaszcza na początku października, gdy Wrocław zapełnia się studentami, z których znakomita większość pochodzi z mniejszych miast i zrozumiałe jest, że zachłystują się nowością, ogromem wyboru z szerokiego wachlarza tutejszych możliwości.
Tramwaj linii „33” przechylił się lekko i zgrabnie wziął zakręt, żegnając Park Szczytnicki i zmuszając pasażerów do wykonania niespodziewanego gibnięcia kolanem, co wyglądało, jakby wszyscy pilnie i synchronicznie ćwiczyli ten sam taneczny krok bez muzyki.
- A tam, za tamtą ulicą, jak pójdziesz prosto i skręcisz w lewo, a potem jeszcze dalej prosto, na pewno trafisz, to tam jest taki bar z pierogami. – Powiedział modnie zarośnięty młodzian w stylowym kaszkiecie, wskazując za oknem tramwaju kierunek. Oprowadzany w ten werbalny sposób po Wrocławiu rozmówca słuchał swego przewodnika z otwartymi ustami nieco szklistym wzrokiem, przyciskając do wątłego korpusu plecaczek z naszywkami zespołów heavymetalowych i grunge’owych, drżąc lekko z emocji oraz braku ciepłych skarpet, które mogłyby uchronić jego nagie kostki przed zamarznięciem.
- Ruskimi? Bardzo lubię ruskie pierogi – wyznał nieśmiało fan Nirvany.
- Chyba gruzińskimi albo chińskimi, ale wszystko jedno, tanie i najesz się. Tu jest Kredka, tam Ołówek, a ty gdzie będziesz mieszkał?
- Na razie u kuzyna, a potem chyba coś poszukam.
- Aha. U rodziny to przejebane, ale przynajmniej na żarciu oszczędzisz.
Młodszy spojrzał na starszego kolegę pełen podziwu i wdzięczności za zdradzanie tajników ekonomii.
- Kasy mam mało, będę kombinował. A tam co jest?
- Rondo, Pasaż, same sieciówy, lepiej to omijaj. – Rzucił pogardliwie właściciel kaszkietu. – Lepiej zjeść pierogi niż te ich kurczaki klonowane. Ja tam w ogóle nie chodzę, no chyba że jest mega w chuj promocja.
- No jasne. Ale tam w ogóle dość tanio chyba, co?
- Pieniądze to nie wszystko. Wysiadamy tutaj – rozkazał – a jak postawisz browara, to powiem ci, gdzie jest tanie ksero.
I poszli, odkrywać i zdobywać świat. 
Tymczasem w pobliskiej Biedronce dwie kobiety, bardzo do siebie podobne, z loczkami na głowach, jedna bardziej blond, druga raczej rudawa, za to obie w szarych spódnicach z motywem panterki, z brązowymi torebkami i fantazyjnymi wzorkami z cekinów na bluzkach, stały w kolejce do kasy i głośno omawiały wspomnienia z urlopu ich wspólnej znajomej.
- Nie wiem, ile wywalili na tę Maderę, ale podobno mogli za to kupić drugie auto.
- Chyba Majorkę?
- Wszystko jedno…
- A oni nie mają już dwóch aut? Juras mówił, że muszą trzymać rowery dzieci w ogrodzie, bo w garażu nie ma już miejsca, odkąd Marysia nauczyła się tam wjeżdżać tą swoją pięćsetką.
- Możliwe, ale słuchaj, bo tamto nieważne, ja ci teraz powiem hiciora, to ci majtki spadną – blondyna ściszyła głos z górnej skali śpiewaczki operowej do poziomu średniej ekscytacji u komentatora sportowego. – Sam pobyt tysiąc ojro, a do restauracji sobie chodzili, codziennie do innej, nie zwykły olikluzi, jak normalny człowiek. I nie ma sprawiedliwości na tym świecie, ja ci to mówię.
- Bo co? Zatruli się? – Spytała ruda z nadzieją.
- Żeby jeszcze, ale oni tam jedli jakieś takie wiesz, co normalny człowiek nie tknie, jakieś zmule, fuj. I w jednej tej, ostrydze takiej, tam znaleźli czarną perłę. A Marysia nawet mówiła, że we wszystkich tych miała te perły, ale ja jej nie wierzę.
- O kur…. I co? Otruli się?
- Żeby jeszcze, ale okazało się, że to jakieś wyjątkowe jest, te czarne perły, co miały przynieść nieszczęście, jak ktoś znajdzie, a im za nie tyle zapłacili, że się cały wyjazd zwrócił.
- No wiecie co, ludzie. – Westchnęła ruda. - A na biednego nie trafiło.
- Właśnie, to samo powiedziałam do mojego Zbynia, że biednemu to zawsze w oczy kole.
- Co racja, to racja. A twój Zbyniu znalazł już pracę?
- A coś ty, nawet nie wstaje z fotela. I tylko kanałami rzuca, piwo pije, ale on się za siebie weźmie, ja ci to mówię. Tylko musi odpocząć, bo te wakacje to nas wykończyły. – Blondyna pokręciła głową, po czym umilkła na chwilę, zapatrzywszy się w regał z mocnymi trunkami.
- A co ty się tak na te nalewki patrzysz, jakby ci ślina ciekła?
- A nie, ja tych nie mogę – blondynę z lekka otelepało - bo ostatnio po tej jagodowej to ze Zbyniem ani w tę, ani wewtę, tak nas zamuliło.
- O, matko – ucieszyła się ruda.
- I mamy nauczkę, żeby tylko porządną wódkę, a nie te jakieś wynalazki. I tak tu patrzę, że baterie są, a mnie zegarek nie działa.
- To kup, co nie. Ty nie taka szczęśliwa, żeby czasu nie liczyć.
- A może i kupię, bo od miesiąca mam kupić, ale się coś zebrać nie mogę. Wszystko po kolei się psuje i nie działa. Ani zegarek, ani mąż, lodówka jakoś szumi, mówię ci.
- Zegarek, Zbyniu… To weź pierdolnij młotkiem – zachichotała ruda.
- Zbynia?
- Zegarek też, każdemu przyda się terapia wstrząsowa – zaśmiały się obie, ale ruda nagle spoważniała i rzuciła oschle do kasjerki: - Nie, nie mam waszej karty, bo ja bynajmniej tu nie kupuję, chyba że jest jakaś promocja w gazetce. 
- No, ja też nie kupuję – zadeklarowała blondynka, chowając za sobą koszyk obficie zapełniony produktami. – Chyba, że się opłaca.
Na szczęście nikt nie dosłyszał odpowiedzi kasjerki, bo zapewne wtedy któraś z dam z lokami mogłaby powiedzieć coś, czego żałowałyby obie strony.


piątek, 25 sierpnia 2017

odc.208: Z GŁOWY


Letnie zadurzenie, miłosne oszołomienie, opętanie z podwyższonym ciśnieniem, rozszerzonymi źrenicami i rumieńcem, to częsty przypadek wakacyjnego podtrzymywania tradycji. Od wieków nasz gatunek z pierwszym cieplejszym dniem brał się do puszenia się przed płcią przeciwną, jak gołąb nadymający szyję i zamiatający chodnik przed ukochaną. Wiosenny lub letni taniec godowy, poszukiwanie partnera idealnego, wiedzie niekiedy na szlak z dala od domu, do którego jednakowoż w końcu się wraca i od razu bum! Zderzenie z brutalną rzeczywistością - nagłym przypomnieniem faktu istnienia odległości, która osłabia pamięć oraz uczucia. Poza tym, kiedy obiekt afektu jest daleko, uwielbienie słabnie, a myśli zaczynają krążyć wokół innych spraw i niekiedy naprędce skonstruowana więź znika. I nawet nie wyśle SMS!
Rozgrzany i prawdopodobnie lekko żarzący się tramwaj starego typu bez klimatyzacji, ozdobiony odrapaną „10”, zaskakująco gładko wziął zakręt na placu Bema, przechylając zawartość.
Puff, drzwi sapnęły i otworzyły się, odsuwając plecak młodziana na plecy starszej kobiety, która stała na stopniu za nim. Widocznie dotyk spoconego ciężaru nie był tym, czego kobiecina oczekiwała w miłe upalne wrocławskie popołudnie, bo odwróciła się i gniewnie spojrzała, aż chłopaka cofnęło.
- Uważa pan, uważa – oznajmiła.
Młodzian oddalił się czym prędzej na tył tramwaju, ciągnąc za sobą dziewczę o znudzonym wyrazie twarzy, która zdaje się była przyzwyczajona do tego właśnie grymasu, przybierając go bez wysiłku, odruchowo, jakby świat niczym nie mógł zaskoczyć siedemnastoleniej łamaczki serc. Wyprasowane włosy grzecznie przylegały do ramion, harmonijnie współgrając z obowiązkowym wystrzyżeniem jej lubego. Całości stylówki dopełnił jej ekstrawagancki warkoczyk lila ostry fiolet oraz jego wywalone na system, o czym świadczył napis na koszulce.
Przysiedli na tyłach tramwaju. Chłopak wydawał się być szczerze załamany, cierpiący za miliony co najmniej, a na dodatek miał prawdziwy powód.
- Pamiętam, pamiętam – powiedziała dziewczyna bez emocji – ale tu jest prawdziwe życie, a nie wakacje na Helu. Potrzymaj mi telefon – podała chłopakowi smartfona, włączywszy aparat fotograficzny na opcji selfie i przeglądając się w telefonie jak w lusterku. Wyjęła szminkę.
- Dałabym się zabić za ten odcień.
- Ja też – szepnął chłopiec z telefonicznym lustrem.
- Ty? Nie wiesz nawet, jaki lubię najbardziej…
- Nieprawda – chłopak potrząsnął bojowo grzywą i wyjął swój telefon. – O, tu mam zapisane, nie myśl sobie. Wszystko to, co o tobie wiem, co lubisz, czego nie lubisz...
- O kurwa. Seryjnie? – Dziewczyna była naprawdę zaskoczona, po czym okazało się, że również poirytowana.
- O kurwa. Ale jesteś freak. Wypierdalam z tego związku, mam to z głowy. I teraz stąd wypierdalasz. Żebym cię więcej, zboku.
Chłopak próbował coś tłumaczyć, wyjaśniać, ale było widać, że nie ma najmniejszych szans. Z miną obrazującą największe cierpienie wysiadł na placu Nankiera. Luba nawet mu nie pomachała, za to pogłaskała telefon, przytuliła do policzka i zaczęła wykład o życiu i związkach.
Czasem w tramwaju można poznać prawdziwe życie, aż się człowiek nie spodziewa.
- Mówiłam, kurwa, to paranoja, a nie miłość, ale mam go z głowy. Chyba nie będzie mnie śledził? Z Bydgoszczy przyjechał, kurwa, mówiłam, że to nie jest dobra opcja. Ale mam go z głowy. Jakby coś, to poproszę moich ziomków, żeby z nim wiesz. No. A teraz zapierdalam na dobry mecz. Co, kto gra? Nikt, kurwa, match to znaczy znaleźć kogoś idealnego, drugą połowę. Dlatego kurwa jadę, bo to łatwe na iwencie z pracy, znam ich od miesiąca, ale widać, że to są ziomy z kulturą. Najpierw idę do Maca, przecież nie będę piła na pusty żołądek. No, buźka.

piątek, 11 sierpnia 2017

odc.207.: LUDZKA RZECZ


Są takie miejsca na tej planecie, w których człowiek może bez problemu, wstydu czy zażenowania okazać uczucie lub cechę, których w innej sytuacji i okolicznościach nigdy nie chciałby uzewnętrznić. Przykładowo – niedyskretny ślinotok przy foodtrucku z burgerami. Zjawisko obrzydliwe wizualnie, a jednak atawizm odgórnie wgrany w nasz gatunek jest w stanie to wybaczyć. Podobnie reagujemy na publiczne szlochanie na ślubach, śpiewy na weselach, letnie pocenie się nie tylko na plaży oraz coś, czego nie wstydzą się nawet prawdziwi mężczyźni, którzy (jak powszechnie wiadomo) nie jedzą miodu, tylko żują ul. Mianowicie wszyscy normalni ludzie ze zrozumieniem, współczuciem oraz sporą dozą wyrozumiałości traktują lęk przed tym, co jest związane z gabinetem dentystycznym, czyli: wizytą tamże, odgłosami zza drzwi słyszanymi w poczekalni, obawą przed zapachem, jaki roztacza stomatolog, a przede wszystkim przed bólem, który niby został całkowicie wyeliminowany przez zdobycze medycyny w XXI wieku, ale…
No właśnie, strach pozostał. Na samą myśl o borowaniu, kanałówce, uzupełnieniu, wypełnieniu lub prozaicznym ściąganiu kamienia, pojawia się lekki dreszcz emocji na karku, następnie akrobatyczne spięcie trzewi oraz natychmiastowa chęć ucieczki lub co najmniej przełożenia wizyty. 
Niestety, czasami nie ma wyboru, trzeba opanować demony w głowie, bo ząb napierd… Znaczy się, boli coś w szczęce i potrzebna jest pomoc. 
Do poczekalni dentystycznej w państwowej przychodni nieopodal centrum Wrocławia weszła starsza, nieco zaniedbana pani, podpierając się odrapaną laską, wyraźnie kulejąc.
- Bry, za kim jestem? – Pytanie pozornie pozbawione sensu zawisło znacząco w przestrzeni poczekalni przed gabinetem stomatologicznym. Zamiast udzielić werbalnej odpowiedzi młoda, nieco otyła kobieta w kapeluszu machnęła zrezygnowanym gestem, dając znać, że do tej pory ona właśnie była na końcu kolejki i z chęcią zrzeknie się tej zaszczytnej funkcji.
Dama z laską zaakceptowała fakt, że przed nią do gabinetu wejdzie jeszcze milion osób, więc musi chwilę zaczekać, po czym usiadła na roztelepanym krzesełku (standard NFZ) i zaczęła rozsupływać zaplataną torbę foliową. Czynność ta zajęła jej dłuższą chwilę, ale nie przejęła się tym, jak również nie zwróciła uwagi na to, że bacznie obserwują ją wszyscy zgromadzeni w poczekalni potencjalni pacjenci.
- Pomoże mi pani? - Zwróciła się do kobiety w kapeluszu, która kiwnęła głową, posłusznie sięgnęła ręką do torby i ku swemu zdumieniu wyjęła stamtąd klasyczną małpkę wódki i małą colę.
Starsza pani z lekkim zniecierpliwieniem ponagliła właścicielkę kapelusza.
- No, proszę otworzyć colę. Muszę trochę wypić, bo się nie zmieści. – Upiła łyk napoju o barwie kałuży i podała z powrotem zdziwionej pomocnicy plastikową butelkę. – A teraz tu wlać, tylko ostrożnie.
Kobieta pod kapeluszem miała tak zaskoczony wyraz twarzy, że i karp świąteczny by się nie powstydził, i podobnie jak wspomniany bożonarodzeniowy straceniec, tak ona teraz dramatycznie łapała powietrze podczas precyzyjnego wlewania wódki do coli. Oddała drinka właścicielce, która energicznie zamieszała zawartość, po czym jednym chaustem obaliła połowę i cicho beknęła.
W poczekalni rozległ się dzwonek telefonu, co nieszczęśnicy oczekujący na borowaną egzekucję powitali z radością.
- Haaalo… Nie przyleciała jeszcze, nie wiem… A pewnie siedzi na dupie, ludzka rzecz – powiedział do telefonu młody mężczyzna w czapce z daszkiem. – Mówi, że ma dwie zmiany. No raz ma jakichś starszych, a raz baby sitter, wiesz jak jest. Niby coś konkretnego robi, ale kto ją tam wie. Najważniejsze, że kasę ma i przywozi, bo jakby tylko jeździła i wracała, to od razu bym wykminił, że się kur… - Urwał, czując na sobie baczne spojrzenie całej poczekalni. – Uhm, no właśnie. Wraca za tydzień, to pogadamy, ale na razie się nie opłaca tu pracować. No, ucałuj ciocię, pa.
- Kto następny? – Z gabinetu wychyliła się kobieta w fartuchu. Bez entuzjazmu, ale z pewną dozą determinacji, kobieta w kapeluszu weszła do środka., odprowadzona wzrokiem pełnym podziwu i lęku jednocześnie.
- A ja to rano tylko ugryzłam kabanoska – starsza pani z drinkiem poczuła chęć do zwierzeń – i od razu jebut! Aż wszystkich świętych zobaczyłam! I tylko byle jakie spodnie na dupę założyłam – czknęła dyskretnie – i przyszłam. Nie ma co czekać, aż wypadnie. Ból to taki sygnał, że… No, że coś boli, nie.
Starszy facet w rozpiętej do pępka koszuli, odsłaniającej futro godne niedźwiedzia polarnego i biust teoretycznie męski przytaknął i klepnął się dłonią w udo, zapewne dla dodania sobie animuszu.
- Święte słowa, nie ma co czekać, proszę panią. Ból, wie pani, to ludzka rzecz, nie ma co się bić wiatrakiem. Mnie to kiedyś w plecach tak kur… Zabolało, jak przesunąłem szafkę i malowanie robiłem – wstał, żeby zademonstrować. – O, tutaj – pokazał na miejsce, w którym plecy od ponad 10 cm się tak nie nazywają – i niżej, aż płakałem, proszę panią, jak matkę kocham. I przyszedł sąsiad, on jest kręgarz, proszę panią. I on mnie tak tu naciągnął, tu wyprostował. Tanio, bo to dobry sąsiad, mogę dać pani numer, proszę panią.
- I co, pomogło?
- I to jak! No, jak młody koń byłem albo bóg, albo jeszcze lepiej, jak ten z filmu z mieczami, co bzyczą i się świecą, proszę panią, ten, no, mistrz joga. I wszystko robiłem, remont i jeszcze nawet tak mogłem, proszę panią, głowę zgiąć aż do kolan – faktycznie schylił się, zgiął w pasie, aż coś mu mięsiście chrupnęło w plecach. – Ożesz, kur…
Młody facet siedzący obok przestał gapić się w telefon i pomógł starszemu panu usiąść. Na chwilę zapanowała cisza, aż zza ściany słychać było ciche jęki i odgłosy borowania. Po kilku minutach drzwi gabinetu znowu się otworzyły i ze zbolałą miną wyszła kobieta w kapeluszu. 
- Kto następny? – Spytała znudzona dama w fartuchu.
Młody facet się poderwał.
- Ja ten… Zostawiłem auto na gazie – sapnął i wybiegł.
- No. To chyba ja. – Powiedział mężnie starszy mężczyzna, z lekką zazdrością spoglądając na kobietę z laską, która sprawnie dokończyła drinka. Westchnął cicho i wszedł do środka, a podchmielona kobiecina zaczęła nucić coś skocznego, prawdopodobnie aby nie słyszeć tego, co za chwilę rozlegnie się w gabinecie.