piątek, 6 stycznia 2017

NA POCZĄTKU BYŁA GADKA - odcinki 1, 2, 3...

Z przyczyn różnych, głównie natury ambicjonalnej z gatunku niespełnionych, rozpoczęły się niemrawe i kompletnie niesystematyczne prace, polegające na poskładaniu 200 odcinków w jedną książkową całość. 
Przy okazji niespodziewanie odnalazły się w archiwach pełne, lekko tylko podrasowane wersje pierwszych 20 odcinków, dotąd nieopublikowanych na tymże blogu. Pojawiły się kiedyś w okrojonej, mniej soczystej formie na GADKASZMATKA NA BIS, ale sadzę, że warto sobie przypomnieć, skąd wzięła się GADKA W CITY.

Oto trzy pierwsze odcinki, a wkrótce w porcjach pojawią się kolejne, aż do pełnej, relaksującej 20. 
A potem zobaczymy.

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━

Gadka w city odc.1: KONIEC NA DACHU



- Jak to, jesteś na dachu? A co ty robisz na dachu!? – Wrzasnęła do telefonu kobieta w średnim wieku, z blond lokiem pamiętającym regularne tlenienie i trwałą, choć minioną. Powiewając szalem koloru łąki przysiadła na murku okalającym skwer przed Galerią Dominikańską.
Na chwilę zamilkła, najwyraźniej słuchając wyjaśnień rozmówcy w sprawie powodów obecności na dachu, co w żadnym wypadku jej nie uspokoiło.
- Cóż to za pomysł! – Syknęła. – Natychmiast złaź i szukaj tych papierów! Będą potrzebne za godzinę, wszyscy przyjadą, a ty jak ten koniec na dachu? Nie koniec, kołek, tfu, kurwa, nie wiem co jest na dachu, komin?? Jak to wygląda? Dlaczego mi to robisz, zawsze coś, w zeszłym miesiącu kominek, wcześniej noga na strychu, a teraz dach… Bo pożałujesz! Co?! Jak to, już żałujesz? A gdzie poleciała drabina?! Nikt ci nie chciał potrzymać, to sam sobie postawiłeś… Oszalałeś chyba, natychmiast złaź z tego dachu. Jak to jak, normalnie złaź, bo jak skoczysz, to słowo daję, przyjadę i cię sama zabiję!!! – Ryknęła, aż przechodzący starszy pan z siatką ze sprawunkami mimowolnie się wzdrygnął, słysząc silnie wyczuwalny ładunek prawdomównej furii.

Gadka w city odc.2: DWIE TORBY



- Jak kaleka albo jakaś pogięta wyglądam z tymi torbami. Dwie torby, pojebana sytuacja. – Lamentowała brunetka w wieku gimnazjalnym, starannie wycierając w chusteczkę dłonie tłustawe od substancji pokrywającej frytki i kawałki kurczaka. Szczególną uwagą obdarzyła długie, perwersyjnie krwistoczerwone imitacje szponów, którymi były ozdobione jej palce.
- No, kurwa, właśnie. – Tę bogatą acz esencjonalną wypowiedź koleżanka brunetki wzbogaciła o odgłos picia coli przez słomkę, z efektem końcowym w postaci cichego czknięcia. Odgarnęła rudawe kłaczki z czoła, rozejrzała się po lokalu szumnie zwanym restauracją, oferującym menu konsekwentnie obfitujące w produkty silnie uzależniające. Jak na wczesną południową porę, było tam zaskakująco dużo ludzi młodych, którzy demonstrowali luz, lekceważenie dla spraw nieistotnych oraz skłonność do kupowania za drogiej kawy.
Ruda czknęła cicho raz jeszcze i powiodła rozbawionym spojrzeniem spod rzęs tak obciążonych tuszem, że trzepotanie wzbudziłoby tsunami na Odrze.
- Dlatego zostawiłam te jebane torby w domu. Lulu napisała wczoraj na fejsie, że dzisiaj testu nie ma. Kurwa, ale ta szkoła jest pojebana, przysięgam.
- No. I wiesz, tak sobie, wiesz, sobie tak pomyślałam, kurwa, że wiesz, im bardziej bym chciała być w klipie, tym jestem za mało tak jakoś. – Ciemnowłosa wyjęła lusterko, przejrzała się i głęboko zamyśliła. – I mam za mało rzeczy. Tej lazurowej, w panterkę, wiesz, nie wzięłam.
Ruda zdziwiła się i wyjęła różowy telefon z futerału z cekinami.
- Przecież masz dwie torby, bicz. A błyszczyk mój masz?
- No. Chyba. Poszukam, czekaj. - Zanurzyła się w przepastnych tobołach z wysypującymi się fragmentami odzieży. - I będę z tymi torbami teraz do wieczora, no. Zgubię.
- A ja im mniej chcę żeby mnie filmował, to jestem na każdym…  - Ruda stukała ze zniecierpliwieniem długim, fioletowym paznokciem w telefon. - Kurwa, no… Na każdym, no ciągle jestem.
- A mnie gówno widać. Dobrze, że dużo kręcą…
- Szkoda, że to tylko ludzie z klasy, a nie na serio, wiesz.
- Fejm to fejm, nie pierdol, że żal.
- Żalu nie ma, kurwa, ale można mieć ambicję, nie?
Dziewczyny badawczo rozejrzały się po McDonald’sie mieszczącym się przy wrocławskim Rynku, z nadzieją, że w pobliżu jest jakiś łowca talentów.
- Tamtego nie znamy? To wiesz kurwa, kolega tamtej.
- Jacha, to ten grubszy Mateo. Siedzi sam, patrz.
- Słyszałam, jak jego dziewczyna mówiła, że lepiej jest ani nie obiecywać, ani nie przychodzić.
- Najlepiej albo obiecać i nie przyjść, albo...
- Nie obiecać i nie przyjść?
- A on robi jedno i drugie, to go ta bicz zostawiła…

Gadka w city odc.3.: PANI WIOSNA



Biblioteczną senną ciszę w filii miejskiej nr 57 przy ulicy Szewskiej zakłóciło głośne wtargnięcie kolorowo ubranej niewiasty, sądząc po zapachu, który się dookoła niej unosił, nieco zaniedbującej higienę osobistą. Dama wkroczyła obwieszona szalami, koralami, paciorkami z drewna, szkła, metalu, bursztynu i cholera raczy wiedzieć czego jeszcze, z wielobarwnymi torbami pełnymi rozmaitych przedmiotów, przez cały czas gniewnie mamrotała do siebie coś, dość niewyraźnie, a niekiedy nawet nuciła.
Jedna z przemiłych pań bibliotekarek czmychnęła między półki z „Historią PRL” a „Przewodniki, podróże”, zaś druga nie mogła się nigdzie schować, bo siedziała za biurkiem w czytelni i z męczeńską miną udawała, że wcale nie planuje ucieczki.
- No, to teraz się zacznie – ciche szepnięcie dobiegło spomiędzy półek.
Czytelnicy siedzący przy kilku stolikach pochylili się głęboko nad przeglądanymi książkami i gazetami, zaś barwna postać energicznie dotarła do biurka i tonem nieznoszącym sprzeciwu oznajmiła, że szuka książki.
- Ale nie takie byle co, co teraz wydają! Ooo! Świat się skończy, a płomienie wszystko zeżrą. Ja wiem, ja wiem. Ja byłam tam i tam, wiem. W galerii byłam, to obrazy widziałam, nie ma ładnych, brzydota teraz, zbrodnie, kradzieże, grzechy same, ja wiem. Ooo! I koniec będzie.
Bibliotekarka przewróciła oczami, jakby wzywając ów koniec, który jednakowoż ani myślał nadchodzić. Westchnęła i zapytała, o jaką książkę chodzi.
- Pani mi doradzi, ja wiem. Ooo! Pokaże nam ta książka, pokaże. Wiem, rano było jasno. Strzeżcie się! – Ryknęła nagle, aż wszyscy podskoczyli. - Ooo!
- Jakiś alarm chyba zamontujemy, żeby było wiadomo – westchnęło szepnięcie między półkami.
- Strzeżcie się! Ooo! Rano było jasno!
- I wiosna idzie – powiedziała bibliotekarka za biurkiem uspokajająco – i coraz częściej nas pani odwiedza. Ja pani dam te albumy zaraz, te same, co wczoraj? – Wstała i delikatnie skierowała czytelniczkę do stolika przy oknie. – Zaraz przyniosę.
- Jasno, jasno. Ooo!
- Wiosna. – Bibliotekarka, do tej pory ukryta między półkami, wyjrzała z lekką obawą – Albumy o Azji. Jak jest zima, to ogląda albumy o Afryce. A w galerii obok rzuca warzywami, widziałam. Wiosna idzie.O.

niedziela, 6 listopada 2016

odc.200: TAKIE BUTY


Jesienią zdarza się, nawet w spokojnym Wrocity ulokowanym w pozornie umiarkowanym i zdystansowanym od nagłych zmian klimacie, że deszcz pada podstępnie atakując przeciwnika z różnych stron. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że powinien przemieszczać się z góry na dół (dlatego ludzkość wymyśliła parasole), ale niekiedy zamarzająca ulewa postanawia wziąć sobie na wspólnika zbrodni porywisty wiatr, którego działalność w destrukcyjny sposób wpływa na fryzury i nastroje mieszkańców (nawet z ulic zasłoniętych wielgachnymi blokami), powodując dodatkowe atrakcje w postaci np. pirzgnięcia w twarz workiem foliowym wirującym filuternie obok warzywniaka, ewentualnie nagłe zamknięcie się parasola lub wywinięcie na zewnątrz, co dostarcza widowni wiele radości, zwłaszcza gdy dzieje się przy próbie upchnięcia się wewnątrz zatłoczonego autobusu.
Zatem w obliczu takich trudności, których codzienne pokonywanie niechybnie przywodzi na myśl zmagania pewnego Syzyfa na zboczu wzgórza, ludzie radzą sobie na różne sposoby i walczą z pierwszymi objawami depresji jesiennej, chandry na tle warunków atmosferycznych oraz ogólnie pojętych konsekwencji mniejszej ilości światła słonecznego docierającego do ośrodków produkcji witaminy D w organizmach żywych. Tak zwane najbardziej popularne sposoby, wywodzące się z mądrości ludowej, to oczywiście alkohol, tuczące pożywienie (na samą myśl zatykają się tętniczki) oraz towarzystwo bliskich osób, jeszcze bliższego koca, a nawet kota – niekoniecznie łącznie i w tej kolejności oraz dopuszcza się wymianę alkoholu na coś innego, wedle upodobań i zasług. Może być herbata. Z rumem.
To nie prozaiczne szukanie pretekstu do zaszycia się w domu w celu oddania się nagannym rozrywkom, ale raczej kwestia nabrania chęci i sił do przeżycia. Życia - jesienią na przykład.
Dlatego w celu zdobycia wyżej wymienionych składników kuracji antyjesiennej ludzkość ucieka się do różnych sztuczek. Wtedy objawiają się światu prawdziwi bohaterowie ciemnej strony roku: aby pozyskać pocieszające pożywienie, napoje rozweselające czy jakikolwiek inny powód do drobnej przyjemności, muszą czasem się porządnie wysilić i nie zawsze zwyciężają…
Choćby pewien dzielny staruszek, który jak przystało na prawdziwego króla szos ruszył maluchem z piskiem wiekowych opon spod małego osiedlowego sklepu, wjeżdżając od razu w wielką kałużę i ochlapując oburzonego kundla przywiązanego do latarni. Ledwo staruszek zaczął się oddalać, ze sklepu wyleciała sprzedawczyni w służbowym fartuszku i klapkach, z ćwiartką wódki w dłoniach i wyrazem ogromnego przejęcia na zmęczonej twarzy. Wrzeszczała za maluchem pyrkającym na zakręcie ulicy Legnickiej, tupała, machała rękami, jakby goniło ją całe stado wściekle poirytowanych os, aż w końcu osłabła, a samochód starszego pana zniknął, mozolnie włączywszy się do ruchu w kierunku placu Strzegomskiego.
Sprzedawczyni wróciła wolnym krokiem pod sklep, oglądając się co chwilę za siebie i kręcąc głową.
- Pani się nie martwi – rzucił chrapliwie zakonserwowany bywalec okolicznych podwórek, odziany w coś, co kiedyś było kocem, ale pokryte patyną miejską nabrało charakteru stroju ulicznego Beduina. 
- Ale panie, ostatnie drobne mi za to dał.
- Czyli mu zależało. No kurwa, to nie chleb, wróci.
Kobiecina łypnęła okiem, kiwnęła głową i weszła z powrotem do sklepu, bo zaczęło znowu siąpić mżawką, dla której nie wypada rozkładać parasola, ale która potrafi skutecznie ograniczyć widoczność każdemu okularnikowi.
Równie bohatersko nastawiona do rzeczywistości wydawała się objuczona do granic możliwości kobieta w wieku wiecznie zmęczonym, której najwyraźniej brakowało wolnej ręki lub też innej równie użytecznej kończyny, gdyż niosła trzy torby w jednej dłoni, w zgięciu łokcia piastowała wielką dynię, w drugiej ręce trzymała siatkę z grzechoczącymi o siebie zniczami, a między ramieniem a brodą uciskała telefon. Stała obok warzywniaka pod łysawym już kasztanowcem, najwyraźniej na kogoś czekając.
- Jechałam tramwajem… TRAMWAJEM! I nie mogłam… Dopiero wracamy… A, takie buty… NIE MOGŁAM!... To gdzie ty jesteś? A dlaczego u mnie? A DLACZEGO U MNIE? A co ty u mnie robisz? Idź sobie lepiej, bo ty tylko kradniesz. I spódnicę oddaj, bo nie mam co na siebie włożyć. Z DUPY MI ZEDRZYJ OSTATNIE GACIE, PASOŻYCIE! Patrzcie ją, takie buty… No czekam, bo chce golonkę, to niech sam ją sobie wystoi, ja nie będę szła po jedną golonkę, żeby się spocić… SPOCIĆ SIĘ… Jutro nie, bo sprzątamy. Mowy nie ma, sprzątamy. BO JEGO MATKA TO TAKA CZYSTA KOBIETA BYŁA! On teraz ani paproszka nie zniesie i sprzątamy. A ja? Nienawidzę sprzątania. Ale jakoś to będzie. JAKOŚ TO BĘDZIE! O, idzie mój, to kończę… KOŃCZĘ!
Ze sklepu wyszedł zażywny mężczyzna piastując czule worek przypuszczalnie zawierający rzeczoną golonkę, więc oboje oddalili się w kierunku wysokich szczepińskich bloków.
Do sklepu weszło dwóch młodych chłopców, wątłych z sylwetki oraz braku urody, symetrycznie pryszczatych, z pozornie lekceważącym wyrazem twarzy, w bluzach z kapturem i szerokich spodniach.
Chwilę krążyli wśród makaronów, zlustrowali chłodnię z nabiałem, na chwilę skupiając przelotną uwagę na lodówkach z piwem, po czym wzięli po paczce chipsów na łebka i ustawili się w dwóch różnych kolejkach do kas.
- I pani dorzuci Viceroye – rzucił chłopak w jasnej bluzie.
- Cienkie czy grube?
- Grube.
- Grubych nie mamy – odparła sprzedawczyni, zapewne siłą powstrzymując się od dodania „i co pan nam zrobi”.
- To cienkie.
- Grube to tu obok w monopolowym może mają. Tam pójdzie i sprawdzi.
- Byłem i tam mi nie chcieli… – urwał, widząc że się zagalopował, po czym mocny rumieniec zaczął mozolną wędrówkę od szyi chłopaka po policzki. 
Sprzedawczyni oparła się wygodniej na krześle, z miną szeryfa, który przyłapał koniokrada na gorącym uczynku.
- Dowodu nie ma?
- Ma… Tylko zaparkowałem auto za daleko, o tam, i nie będę się wracał… W deszczu…
- To ja nie sprzedam, jak dowodu nie ma.
Chłopak mamrotał coś o dowodzie zostawionym w samochodzie, ale jednocześnie szybko zapłacił za chipsy i wyszedł. 
Tymczasem jego kolega dotarł do drugiej kasy.
- To wszystko? – zapytała druga sprzedawczyni z długopisem wetkniętym w kok.
Chłopak spojrzał w kierunku półki z papierosami, jakby dopiero teraz je zauważył.
- Viceroye, mogą być te cienkie.
- A dowód ma czy też za daleko zaparkował?
Śmiech obu sprzedawczyń oraz przypadkowej publiczności w postaci kilkorga klientów odprowadził chłopaka do drzwi.
Walka jesieni z ludzkością trwa i możliwe, że minie (jak wszystkie negatywne zjawiska np. mniej lub bardziej dobre zmiany), a na pewno nie wolno zapominać, że nawet w tak miłym city jak Wrocław żadna ze stron nie bierze jeńców.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

odc.199.: TAK TO JEST


Dwóch stoi, po miejsku zakurzeni, zmarszczeni, wysuszeni, zakonserwowani, osmagani słońcem i napełnieni piwem, sprzedają wszystko i nic, rozmawiają o życiu, o kobietach, o pieniądzach i… O życiu.
- U mojej starej nie ma nic za darmo.
- Tu na targu?
- Ani na targu, ani w domu też, ani zupki, ani dupki...
- Tak to jest, nie ma nic za darmo.
Głośny, rubaszny śmiech dwóch weteranów tego boju utonął w narastającym gwarze, bo od rana przybywało ludzi na targu Świebodzkim, mimo coraz bardziej nachalnego upału, natarczywej duchoty zaplątanej w spalinach i pyle między torami, stoiskami, nawoływaniami sprzedawców i zapachami smażonego niekoniecznie dietetycznego zestawu dla koneserów, czyli frytek i kiełbasy.
- Coś słabo dzisiaj wyglądasz.
- Hę? – Ocknął się ryży nastolatek o anatomii rachitycznej antylopy.
Jego barczysty, porośnięty czarną szczeciną kolega przyglądał mu się, nieco zatroskany.
- Słabo wyglądasz, kaca masz?
- Nie, to przez to, że ostatnio odstawiłem wódkę.
- Ale jak, tak zupełnie?
- No raczej, wiesz, tak to jest, że mam postanowienie, a potem jest życie i chuj. Takie chcesz?
Oglądali buty sportowe, rozstawione na gibiącym się straganie, zza którego wyzierało zalotne spojrzenie dorodnej dziewuszki w typie bułgarskim, o pięknej twarzy i fryzurze niestety rozjaśnionej, a szkoda.
- Nie, mają taki tu, kurwa pasek różowy, co ja pedał jestem, żeby pasek na butach.
- No tak. I odstawiłem, ale wczoraj nie było czasu na śniadanie, to wypiłem piwo. Miałem szukać roboty.
- A potem?
- A potem drugie na obiad i wieczorem jak myślałem o kolacji i że miałem szukać roboty, i piłem trzecie, wpadł szwagier i robił mocne drinki, a teraz sam widzisz.
- Masakra, jak po świniobiciu.
- Jakim kurwa świniobiciu? Suszy mnie, i tyle. Ty świniobicia kurwa na oczy nie widziałeś, nie?
- No raczej, ja z miasta jestem, z Kozanowa, nie. Ale jak to jest, wszystkie świnie wprowadzacie do kałuży i jeb prądem?
- Coś ty, kurwa, to byłoby niehumanitarne. Tato gardła podrzyna, a potem przyjeżdża rzeźnik i robi kiełbasy, z filetem z kurczaka za dwie dychy.
- I dobre wychodzi?
- Najlepsze, tak to jest.
Panowie przesuwali się niemrawo wraz z falą tłumu, który mijał się zygzakami, powoli i wypatrując okazji i towarów „za ci zlote, pińć zloty”, a słońce postanowiło udowodnić wszystkim niedowiarkom, że to już półmetek lata.


wtorek, 26 lipca 2016

odc.198.: SZKODA GADAĆ



- Nie myśl sobie, że ja tu tak kurwa sobie tylko stoję, nie – powiedział z dumą facet w czapce z daszkiem i wielkim telefonem, opierając się leniwie o barierkę przy przystanku autobusowym na nowodworskiej krzyżówce i niedyskretnie spływając potem w słońcu palącym miasto. 
Facet pstryknął z wprawą niedopałkiem papierosa pod nadjeżdżające auta i podrapał się po brzuchu.
- Zarabiam, a co myślisz, od nocy do rana na zmianie robiłem, szkoda gadać. I zarabiam. W końcu to ja tu jestem mężczyzną, nie, kurwa. A ty? Opalaj mi się tam ładnie, no. Z każdej strony, tylko żeby cię nikt tam kurwa nie widział, bo wiesz, kurwa. No.
Rozłączył się i czknął bez entuzjazmu, co wzbudziło lekki niesmak na twarzy starszej kobiety, stojącej tuż obok. 
Starsza pani obróciła się do męża, który kontemplował okoliczne bloki osiedla Nowy Dwór, budynki szare i kolorowe, mniejsze i większe. 
- A co tam budują?
- Gdzie?
- O, tam. Trochę wystaje. 
- A nie wiem. W tym mieście ciągle coś z ziemi wyrasta, jak grzyby po deszczu. A to nad kamienicą na Ruskiej dobudują coś szarego, a to coś innego, brzydactwa takie, że szkoda gadać…
- Aha. Ale to chyba już z pół wieku budują, bo jak jeździmy do twojej siostry, to od lat widzę.
- I dopiero teraz pytasz co to jest?
- No i sama widzisz, zapytałem i robisz problem, no szkoda gadać.
- To kościół – wtrącił się facet w czapce z daszkiem. – Budują go od 30 lat. 
- Tak długo? – Zdziwiła się starsza pani – Myślałam, że w tym kraju kościoły powstają w mgnieniu oka, tylko świątyń prawdziwych nie ma – zakpiła.
Facet podrapał się znowu po brzuchu.
- Poprzedni proboszcz przegrał całą kasę w karty, bo był hazardzistą. I się przedłużyło to budowanie.
- W kasynie przegrał? – Zainteresował się starszy pan.
- Nie wiem, ku… No może w melinie, ale na pewno w karty.
- Co za historia, no proszę. – Starsza pani pokręciła głową i wyjęła z torebki chusteczkę, żeby wytrzeć czoło. - Nawet księży to nie omija. Ależ dzisiaj gorąc!
- A co ich ma omijać, też korzystają z życia, tylko po cichu.
- To może lepiej na głos nie mówić – doradziła milcząca dotąd kobieta siedząca na ławce pod wiatą, gdzie temperatura powietrza powodowała wrzenie mózgu i okolic.
- Racja – potwierdził starszy pan – bo czytałem, że na tych osiedlach to 80% głosuje na PiS. Jeszcze doniosą, komu trzeba i nieszczęście gotowe.
- A co tam jedzie?
- 142, skręca, to nie nasze.
- Aha. O, ale w tamten wsiadamy, to nasze.
Skwar się nasilał, jak to bywa w lipcu. Stosunkowo niedawno ukończony przystanek pękał w szwach, a kolejne autobusy gibały się i podskakiwały na zrytym koleinami buspasie, mimo że trasa powstała z okazji mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 roku. Przystanek przypominał rozgrzaną do granic możliwości scenę w antycznym teatrze, przez którą przewijali się kolejni aktorzy. Jedni znikają, pojawiają się następni, z monologami i dialogami, wygłaszanymi swobodnym językiem, bez skrępowania, okraszonym wyrazami i gestykulacją, a zamiast teatralnych masek mają spływający makijaż, ciemne okulary i zarost, mniej lub bardziej widoczny, w zależności od płci i tego, czym obdarzyła ich natura.
- Nie wiem czy zdążę – warknął wkurzony, ładnie zbudowany, nieudolnie brodaty blondyn ze sportową torbą na ramieniu, burgerem w jednej dłoni i telefonem w drugiej. – Zapierdalam teraz, to przez tę jebaną Dorotę i tę grę. Kurwa, odjebało wszystkim, że szkoda gadać! Jak to co, siostra zamknęła mnie w chacie na dolny zamek, to się nie otwiera od środka i nie mogłem wyjść, a ona kurwa nie odbierała, bo goniła pierdolone Pokemony po całym mieście. Co?! Odjebało wam wszystkim, jak nie przyjdziesz na trening z powodu gry, to trener cię kurwa zajebie! – Chłopak prychnął z wściekłością i kawałek posiłku pacnął mu na koszulkę. – Nożesz kurwa, no. Przez ciebie ujebałem się jak świnia. No jem teraz, przecież nie będę tak jak Piotrek, co po kardio jadł pizzę bez salami i mówił, że zdrowo bo hot-doga zje bez parówki i kebaba bez mięsa, kurwa jak będzie jadł samą kapustę, to mu kichy rozerwie, kurwa! Wegetariańskie parówki z miłością, kurwa, żeś wymyślił, gastrofaza z Gessler, kurwa, szkoda gadać. Masz zaraz włożyć dupę w auto i przyjechać na trening, Pokemon nie zając kurwa, jutro też będzie, podobno nawet w Oświęcimiu są, ogarniasz temat, że moja matka w to gra? Przyszła z pracy, kurwa i mówi, że nie było jej nawet żal, że pracuje w niedzielę i nawet lanczu nie wpierdoliła, bo grała sobie w Pokemona, bo u nich między budynkami są, potem po drodze też, a ja siedziałem w domu jak chuj, że szkoda gadać. Jedzie już mój autobus, widzimy się na treningu, bo inaczej w dupę sobie te Pokemony włóż, kurwa!
Blondyn zniknął z przystanku, za to w miejscu, gdzie przed chwilą stał młody brodacz, pojawiły się dwie kobiety. Obie ubrane bardzo podobnie, w ołówkowe spódnice, jasne bluzki z kołnierzykiem, w wielkich okularach przeciwsłonecznych i z torbami foliowymi pełnymi zakupów w rękach. Jedna bardzo opalona, a druga blada.
- Tam też było gorąco, ale inaczej.
- Ale ładnie wyglądasz, jakoś tak zdrowo, odpoczęłaś?
- Trochę, ale już jestem zmęczona, no szkoda gadać.
- Jak to, przecież dopiero wróciłaś do pracy?
- No tak, ale wcześniej myślałam, że zaraz tu wrócę i jeszcze o tym, co muszę najpierw zrobić, no i z dwóch tygodni na Krecie skorzystałam tylko na początku, a potem to już szkoda gadać, nie mogłam odpocząć, bo znowu byłam zmęczona.
- Ty ciągle jesteś zmęczona. Pewnie wolałabyś w ogóle nie chodzić do pracy…
- No jasne, że lepiej, ale co zrobić.
- A wiesz, ja to jak za długo siedzę sama w domu, to aż nie wiem w co mam sobie rękę włożyć.
- No, jedzie 122, to pa.
- Pa!
Obie ucałowały powietrze obok policzków i opalona odjechała, a blada została, kryjąc się przed promieniami słońca za plecami faceta w czapce z daszkiem, który tak się zapatrzył w telefon, że kompletnie przestał zwracać uwagę na mijające go w miejskim upale kolejne autobusy.


poniedziałek, 11 lipca 2016

odc.197.: NIE DOGODZISZ


Z tyłu głowy czasem błąka się nieśmiała, choć dość przerażająca myśl, że rzadko, bo rzadko, ale zdarza się, że windy spadają. Scena z filmu „Speed” przemyka przed oczami, niesprecyzowane w czasie doniesienia prasowe o urwanych głowach, kończynach, stłuczeniach i innych wyrafinowanych obrażeniach ciała przypominają się akurat w tym momencie, gdy drzwi windy rozsuwają się gładko, zapraszając do wnętrza. Wtedy nawet lekkie, niewinne szarpnięcia powodują, że włoski na karku jeżą się w atawistycznym, słusznym odruchu.
Dzieje się tak, kiedy z windy korzysta się sporadycznie, natomiast gdy trzeba nią jeździć codziennie, ludzki umysł skutecznie wypiera makabryczne wizje i niepotrzebne lęki, koncentrując zmysły na czymś innym, jak chociażby na domyślaniu się, gdzie sąsiad z szóstego piętra kupił takie ładne pomidory, skoro w warzywniaku nieopodal bloku są tylko jakieś imitacje pozbawione barwy i smaku również. Podczas jazdy przez miliony pięter można zerknąć dyskretnie i bezkarnie na biust sąsiadki z parteru, która nie przepada za stanikiem i dumnie wypina do przodu imponująco skonstruowaną część ciała, powodując arytmię u grubego sąsiada z czwartego oraz wzrok pełen świętego oburzenia u starszej damy z ostatniego piętra, której jazgoczący przeraźliwym ujadaniem pudelek drażni wszystkich w stopniu porównywalnym do emocji wywołanych oglądaniem państwowych, tfu, narodowych „Wiadomości”.
W windzie osiedlowej w city wszyscy mruczą do siebie grzecznościowe „bry” i „dzenia”, rozwijając niekiedy te niemrawe przejawy elokwencji w rytualne pogawędki o pogodzie lub o tym, że na drugim robią remont już chyba od trzech miesięcy i ciągle jest hałas, pył i ciekawe czy spółdzielnia wie o tym, że rozwalili ścianę między kuchnią a pokojem. Nie wszyscy wszystkich znają, ale kojarzą się z widzenia, co w erze przewijania kciukiem nagłówków bez zagłębiania się w treści jest chyba normalnym zjawiskiem.
- Dzień dobry – wysapała sąsiadka z ostatniego piętra, taszcząc trzy wielkie siaty z zakupami. Sprana trwała na głowie idealnie współgrała z rozmazanym makijażem zmęczonych oczu, codziennie wypatrujących wybryków męża, fana browarnictwa, regularnie koczującego z kumplami pod sklepem monopolowym.
Jako odpowiedź kobieta zarejestrowała entuzjastyczne szczekanie małego kundelka, łagodnie strofowanego przez starszą panią oraz podekscytowane „dzień dobry” małego chłopczyka i nieco burkliwe „bry” młodego ojca, a także mruknięcie chłopaka ze słuchawkami oraz wzruszenie ramion nastolatki, której policzek prawdopodobnie przykleił się do smartfona, ponieważ podobno nikt nigdy nie widział tej dziewczyny bez telefonu.
- Powiedziałam jej, że już wiem, że nie chciała krzywej akcji, a potem i tak się pokłóciłyśmy – nastolatka zawiadomiła piskliwie nie tylko rozmówcę, ale i całą grupę sąsiadów, oczekujących z nią na windę.
- Jeszcze ja, jeszcze ja, proszę przytrzymać! – Rozległo się przy bramie i po chwili obok skrzynek na listy pojawił się sąsiad aktywista, co to w każdej sprawie zadziała, zbierze podpisy, załatwi latarnię na parkingu, festyn na boisku szkolnym i ławkę dla emerytów przy sklepie, do wyboru, do koloru. Człowiek – orkiestra, pożyteczny w tym samym stopniu, co namolnie gadatliwy. Spotkanie z nim to co najmniej kwadrans z głowy, jeśli chce się zachować choćby pozory uprzejmości.
- Jeszcze ja, ale nas dużo! To się nie zmieszczę, to pojadę następną, ale to miło tak się spotkać, tak – paplał, nie zważając na kompletny brak zainteresowania ze strony słuchaczy. - Drugą windę remontują, to teraz wszyscy razem tu musimy przez kilka tygodni. Ciasno, ale raźniej, co?
- Tato, a czy golyle pływają? – Zapytał chłopczyk. – Bo mama mówiła, że szympansy pływają żabką. A golyle?
- Nie wiem, sprawdzimy – mruknął ojciec, przytrzymując brodą zgrzewkę wody mineralnej i usiłując odnaleźć klucze w torbie z zakupami.
- Tato, a człowiek się lobi z małpy? Bo mama mówiła, że z małpy. A jak pójdziemy do zoo, to tam będą małpy czy się zlobią ludziowie?
- Ludzie – odruchowo poprawił synka mężczyzna, śmiejąc się ukradkiem.
Sąsiad aktywista westchnął teatralnie.
- Teraz dzieci są takie wykształcone, panie tego, ja to miałem szczęście, że rodzice chcieli do szkół posłać i pamiętam, że…
- O, już jest winda, przepraszam! – Kobieta z torbami i niegdysiejszą trwałą przepchnęła się do wejścia.
Powoli cała grupa zapakowała się do środka, nieco przepychając się w drzwiach z osobami, które usiłowały najpierw wysiąść.
- Boszsz – starsza pani z pieskiem zmarszczyła nos i powachlowała się ulotką z Lidla. – Ależ tu…
Winda ruszyła.
- …bo powiedziała, że ona wie lepiej, bo jest już w drugiej liceum, a ja dopiero zaczynam i że w pierwszej klasie będę nikim, rozumiesz, nikim! – Dziewczyna z telefonem była na granicy płaczu. – Myślałam, że liczy się coś innego niż fejm…
Chłopak w słuchawkach zerknął z zaciekawieniem najpierw na twarz dziewczyny, potem na jej zgrabną sylwetkę, z półsekundowym przystankiem między szyją a płaskim brzuchem.
Dziewczyna zauważyła spojrzenie chłopaka i uśmiechnęła się, nieśmiało kącikiem ust.
Piesek zaszczekał niecierpliwie.
- Zaraz będziemy w domu, zaraz, nie denerwuj się, ja wiem, że tu śmierdzi – starsza pani wachlowała się z energią, która mogłaby wytworzyć prąd w całym Wrocławiu.
Przez chwilę panowała cisza.
- Jednym śmierdzi – stwierdziła kobieta z torbami – innym pachnie. Jedni się myją, inni perfumą poleją. Jedni pierdz… - Urwała, widząc zaciekawione spojrzenie chłopczyka i wzrok pełen oburzenia sędziwej matrony. - Ludziom nie dogodzisz…
Chłopczyk aż podskoczył z radości.
- A tata lano też pieldnął! Ale w tajemnicy, nie w windzie.
- Synku!
- To moje piętro, do widzenia – drzwi windy rozsunęły się i starsza pani wyciągnęła na korytarz pieska, który zaczął obwąchiwać zakupy sąsiadki.
- Do widzenia – powiedział zarumieniony ojciec chłopczyka.
Piesek prychnął, kobieta z torbami pogłaskała dziecko po głowie, zaś młodzież nie zauważyła niczego, zajęta tańcem godowym.

sobota, 25 czerwca 2016

odc.196.: ALE LIPA


-…i na koniec mu powiedziała, że jak teraz nie wróci, to za rok okaże się, że ktoś inny wychowuje jego dziecko, bo ona nikomu nie wypadła spod ogona.
- Patrz pani, a jak ja wychodziłam za mąż, to było wiadomo, że aż do śmierci.
- A mój mąż zawsze mówił, że dopóki moi krewni nas nie rozłączą.
Podobno gdzieś na świecie egzystują jeszcze społeczności, w których osobniki starsze obdarzane są szacunkiem i troską, ze względu na doświadczenie życiowe, zgromadzoną mądrość, a także ze zwykłej ludzkiej życzliwości. Z kolei literatura uczy nas, że czasami im człek starszy, tym więcej widział, ale nie wszystko dobrze kojarzy, o czym świadczą na przykład chaotyczne komentarze greckiego chóru oraz dyskusyjne w skutkach porady makbetowskich wiedźm, wsparte oparami z ziół, które ponoć wieki wcześniej pomagały w tworzeniu świętych pism (ale o tym sza, bo za takie insynuacje do sądu można trafić). 
W wersji rodzimej mamy do dyspozycji mędrców w literaturze, ławeczkę w telewizyjnym "Ranczu" oraz zbiorowy rechot medialny z fanatyczek przywdziewających moherowe nakrycia głowy, drżącymi dłońmi wysupłujących ostatnie grosze, by opłacić najnowszy model lśniącego samochodu dla ulubionego księdza... Niewiele ma to wspólnego z szacunkiem, mądrością czy czymkolwiek godnym podziwu, ponieważ w polskiej zbiorowej świadomości ludzie starsi funkcjonują na marginesie, w poczekalni przychodni lub czyhając na wolne miejsce w tramwaju. Jak każde zjawisko, to również ma dwie strony, bo wszak na szacunek trzeba sobie zapracować, a pogarda jest tania i łatwa w obsłudze. Samotne buzie pomarszczone w oknach, jak pokryte warstwą kurzu obrazy, to częsty widok na osiedlu w city, podobnie jak oblężenie ławek wokół placu zabaw, nie tylko przez okoliczną żulerię, ale starszyznę rodów rozmaitych, których przedstawicielki i reprezentanci regularnie się spotykają, omawiając stan zdrowia własny oraz majątkowy bliźnich. W rozmowach pojawiają się niekiedy wątki miłosne, okraszone zgorszeniem, gdy prowadzenie się bohaterów wzbudza wątpliwości natury moralnej. Osiedlowe grupy wsparcia są niedoceniane, ponieważ wyrywają z samotności, zasmucenia i sprzyjają wymianie myśli, co zapobiega demencji i rozpaczy. 
Nie ma to jak dobra, soczysta plotka, dla zdrowotności.
Kobieta odziana zaskakująco wielowarstwowo (sukienka, fartuch, kamizelka), jak na tropikalne warunki, które otoczyły Wrocław duszną aurą, przycupnęła jednym półdupkiem na ławce pod wielką lipą, tuż obok placu zabaw, na którym szalały maluchy, obserwowane czujnie przez rodziców usiłujących jednym okiem spoglądać na pociechy, drugim na ekrany smartfonów.
- A dzień dobry sąsiadce – zagaiła, zasapana, zmęczona, objuczona zakupami. – Na chwilę przysiądę, odpocznę, bo od rana na nogach jestem.
- A dzień dobry – odparła siwa kobieta siedząca na ławce, ukryta w podbródkach i fałdach wielkiej spódnicy, a druga dama, bardzo szczupła, pokiwała energicznie głową, na której chwiał się białoszary kok. – Ja też, od samego rana! Teraz, żeby ze wszystkim zdążyć, to bym musiała przed świtem się zrywać.
- Kiedyś tak się wstawało. – Rzuciła z przygnębieniem dama z kokiem. - Piąta, szósta, i dobrze było.
- Teraz zanim sklep obejdę, to już południe. I co ja mam z tego dnia? – Westchnęła, ocierając pot z czoła rękawem fartucha.
- Nakroiłam kapusty i na razie tak leży.
- Życie spowolniało i tryb też.
- A cytryny pani kupiła? Po 18 złoty, w biały dzień zwariowali!
- Bez smaku takie. Niby to cytryna, ale lipa, bo smaku nie ma za grosz. 
- Teraz to nie wiadomo czy jabłko, czy gruszka, wszystko smakuje tak samo. A co tak pachnie?
- Lipy, pani sąsiadko, lipy. Ale nie tak dusząco, jak tamten bez, tylko pięknie, jak to tylko lipa potrafi.
- Smaku nie ma… - Kontynuowała staruszka z kokiem w zamyśleniu – Bo pryskają, tyle pani powiem. Pszczoły umierają, jabłonki po 2-3 latach też, a kiedyś jak się posadziło jabłoń, to dwie dekady żyła, albo i dłużej, jak ja.
- Antonówka, szara reneta, papierówki piękne były, a teraz wszystko takie czerwone, ale lipa, bo smaku nie ma za grosz.
- Trzeba jeść to co jest i cieszyć się, że jest. Nie każdy tyle ma, żeby pojeść. A czereśni tez pani nakupiła? Pewnie nadziewana?
- Jakie nadziewana, wczoraj kupowałam, to ani jednego robaka nie było! – Oburzyła się staruszka w fartuchu. - To dzisiaj też nie będzie…
Kobieta z fałdami zaczęła się podnosić, co ze względu na tuszę było logistycznym wyzwaniem.
- Już pani idzie? Teraz się tak wszystkie rozejdziemy, każda w swoją stronę? – Zasmuciła się dama z kokiem.
- Jak otworzą na osiedlu klub samotnych serc, to pójdziemy razem – rzuciła kpiąco właścicielka miliona podbródków.
- Pani się śmieje, a mnie to syn kiedyś zabrał do takiego klubu – powiedziała z dumą staruszka z kokiem - do kasyna!
- To nie to samo chyba?
- Ale zobaczyłam, jak to może wyglądać. Napatrzyłam się, oj napatrzyłam. Nadymione, nakurzone, dolarami za jakieś żarcie trzeba płacić. A syn mówi: chciałaś wyjść, to zobaczyłaś i odechce ci się.
- Oj, tak, tak, nie każdemu to odpowiada.
- Mnie by odpowiadało – westchnęła spod fartucha starsza pani. – Ale nakupiłam sobie teraz truskawek i czereśni.
- No tak, klubu nie ma, to inaczej sobie dogodzimy – zaśmiała się sąsiadka spod koka. – Nawet jak nadziewane.
- Co pani mówi, ani jednego robaka!
- A ja to bym wolała nawet takie nadziewane niż te chrabąszcze, co te dzikusy gotują w telewizorze. Sąsiad mówił, że nawet jego pies by nie tknął.
- Ten, co ma podwójne drzwi?
- Mnie też namawiał, mówił do mnie, że panią okradną i do mnie przyjdą, ale co u mnie można ukraść, jak ja nic nie mam? Po co mi takie drzwi? Firanę mogłabym powiesić, i tak nic nie mam.
- Tymi drzwiami sam tylko kusi złodzieja. Od razu widać, że go stać i coś ukrywa. Jak tamci spod siódemki, co teraz pomarli i córka się sądzi z bratem o mieszkanie.
- Co pani powie, a tam nie było testamentu?
- Może był, a może nie, ten oszust wyniósł wszystkie papiery i teraz szukaj wiatru.
- A może zadłużone? – Zaciekawiła się dama z torbami pełnymi zakupów, tuląc siatkę z cytrynami do siebie.
- Takie też można sprzedać, jak wiadomo czyje to. I została ta córka teraz, mąż w Niemczech, syn też w Ameryce jakiejś czy innej Anglii, a ona sama w tym swoim mieszkaniu i teraz drugi kłopot.
- To ja już wolę nic nie mieć, żeby mnie nie okradli.
- Teraz nie włamują się, jak kiedyś, tylko ludzie sami ich zapraszają i dają oszustom.
- Na wnuczka, na strażaka…
- Na jakiego strażaka? Na policjanta dają, słyszałam w gazecie, co pani mówi.
- Strażak to ma ładniejszy mundur, takiemu to i herbaty bym zrobiła. A, posiedziałam – otrzepała fartuch i wstała – to teraz tylko wdrapię się na to moje czwarte piętro i zajdę, i odpocznę.
- A my pani sąsiadko, to jeszcze po te truskawki może podejdziemy, pojemy sobie? – Zapytała kobieta z kokiem.
- Co racja, to racja, nie ma klubu, to inaczej trzeba sobie dogodzić – między fałdami pojawił się uśmiech, po czym staruszki wzięły się pod ręce i powoli ruszyły w kierunku warzywniaka.
Zapach lipy niósł się z niemrawymi podmuchami wiatru, zapewne w poszukiwaniu cienia.

wtorek, 7 czerwca 2016

odc.195.: CO DO CZEGO


Odrobina kultury w city powiększyła się ostatnio do niespotykanych dotąd rozmiarów, ze względu na nagromadzenie projektów pączkujących w ramach ESK 2016. Wystawy, parady, instalacje artystyczne, koncerty, performance, przedstawienia, przedsięwzięcia małe i duże - sztuka atakuje wrocławian z każdej strony i nie ma jak się przed tym obronić. A jednak Polak potrafi i kulturze wysokiej przeciwstawi przaśne zwyczaje, artystów skonfrontuje z lokalną żulerią, a wyrafinowanym drinkom postawi browara. Na zdrowie i dla zdrowotności.
Ulica Szajnochy gościła niedawno miasto Lublin, które z okazji wyżej wymienionej postanowiło przysłać do Wrocławia aktorów, śpiewaków i innej maści sztukmistrzów, aby podkreślić rangę Koalicji Miast ESK 2016. Nad ulicą zawisły piękne kolorowe dekoracje, podejrzanie tęczowe słońce beztrosko dyndało uczepione na linie, a mieszczanie i turyści mogli delektować się sztuką przez duże Szszsz.
- Kurwa! Jak przyjdzie co do czego, to wszyscy pójdziemy z torbami! – Wrzasnęła do telefonu zdenerwowana blondynka, przepychając się przez tłum wpatrzony w przedstawienie.
- Co?! – Oburzyła się sędziwa matrona, potrącona przez blondynkę nie tylko werbalnie.
- Yyy, przepraszam! – Jasnowłosa zasuszona w służbowej wściekłości dziewczyna brnęła dalej przez tłum, sycząc do telefonu wyrazy, których kobiecie podobno nie przystoi wymawiać.
- Daje dupy, widziałam! Tylko szefowi robi dobrze, a nam po premii pojadą, jak zapłacimy przez nią podwójny podatek, mówiłam, że bez seksu z tym gnojem nie będzie premii!
Sędziwa matrona pokręciła głową z dezaprobatą, podczas gdy jej grubiutki, zarośnięty jak Święty Mikołaj mąż z zachwytem kontemplował kształtne pośladki znikającej w tłumie blondyny oraz wdzięki wielu innych młodych dam, zgromadzonych na ulicznym przedstawieniu. Matrona łypnęła surowo okiem.
- Stasiu nie gap się, to nieładnie. Te współczesne kobiety są takie… Wyuzdane… 
- Jakie?
- Takie… Otwarte?
- Otwarte są, tak! – Cieszył się Staś, zerkając na obfity biust hożej brunetki, która schyliła się, by wyjąć kamyk z sandałka córki.
- Nie gap się, bo cię więcej nie zabiorę między ludzi!
- Nie gapię się, oglądam przedstawienie. A długo to jeszcze potrwa? Nic nie rozumiem.
- Nie wiem, a co? Znowu jakiś mecz z kolegami? Widziałam, że zamiast pochodzić z psem poszedłeś do sklepu…
- Gapić się nie mogę, meczu oglądać nie mogę, to kupiłem dwa piwa i chciałbym je wypić w spokoju.
- Dwa? Trzeba było od razu kupić sześciopak, a jak przyjdzie co do czego, to schowam… Stasiu, znowu się gapisz!
Święty Mikołaj zapatrzył się na parę całującą się namiętnie, która przywarła do siebie jak glonojad do ścianki akwarium.
- Kiedyś, matka mi opowiadała, bo ja to za młoda jestem, żeby pamiętać… To nikt nie całował się na ulicy.
- Może nikt nie chciał cię tam całować?
- Stasiu, o matce mówię, ja za młoda… Lampy gazowe świeciły, aut jak na lekarstwo, tylko Księżyc był strażnikiem miłości – rozmarzyła się matrona, tracąc na moment fasadę surowości.
- A potem ten Księżyc wzięli i ukradli.
- Co? – Ocknęła się. – Kto ukradł Księżyc?
- Dwóch takich…
Huk braw, o dziwo pozbawionych zarówno buczenia, jak i gwizdów (widocznie w tłumie zabrakło obcokrajowców) zagłuszył ciąg dalszy wspomnień z młodości oraz zeznania dotyczące kradzieży Księżyca.
Obcowanie ze sztuką odrobinę za wysoką bywa męczące i jak powszechnie wiadomo, wysusza gardło, nic więc dziwnego, że w sklepie monopolowym nieopodal sceny tych jakże kulturalnych wydarzeń był tłok, szum i gwar, współtworzony przez wiele spragnionych dusz oraz ciał.
- A czemu aż tyle? – Zapytał z pretensją przykurzony jegomość w stroju wybitnie niedbałym.
- A bo za butelki policzyłam. Wypije, to odda.
- Mnie? Mnie pani policzyła? – Obruszył się władca kurzu ulicy. – Przecież ja tu codziennie jestem! Stały klient.
- No przepraszam, no. Jakaś taka bez energii dzisiaj jestem.
- Ja też – westchnął, aż kurz poleciał i z tyłu kolejki ktoś kaszlnął. – To mój pierwszy wolny dzień od trzech tygodni, a wstałem rano, jakbym szedł do roboty. 
Nie zwracając najmniejszej uwagi na ogromną kolejkę, sprzedawczyni oparła wielki biust o ladę i kontynuowała pogawędkę. 
- Jak mam wolne, to zmuszam się, żeby spać. Hałasują tymi sztukami, aż głowa boli. Ja tu mieszkam obok, wie pan, to wczoraj wieczorem spać nie mogłam i nawet jak skończyli, tak mi huczało. Rano też, chociaż na drugą zmianę miałam. To wstałam.
- Po co spać, trzeba wstawać, życia szkoda! Jak mogę spać, to i tak wstaję. Z domu wyjdę i z ludźmi pogadam. Ale że mi pani za butelki policzyła, no. I co teraz?
- Wypije, to przyniesie i odda. Po to paragon daję, niech weźmie.
- Pani wie, że jak ja to wypiję i przyjdzie co do czego, to nie będę pamiętał, po co mi te papiery w kieszeni. A pieniędzy żal…

czwartek, 26 maja 2016

odc.194.: NO TO BOMBA


Maj w city to czas ślubów, komunijnych uroczystości i chrztów, czyli hulanki, swawole, prezenty i białe sukienki oraz sesje fotograficzne w parkach. Między skwerkami pełnymi spacerowiczów z pieskami załatwiającymi swe potrzeby natury wiadomej, a placami zabaw obfitującymi w pełnych energii maluchów mniejszych i większych, błąkają się grupki wiedzione przez fotografa i asystentkę w poszukiwaniu najbardziej malowniczych plenerów. Powodzeniem cieszy się Ogród Japoński oraz Park Szczytnicki z bajkową Pergolą, podobnie w Parku Południowym i Zachodnim często widywane są białe sukienki, ślubne i komunijne, otoczone gronem osób spokrewnionych w różnym stopniu. Niekiedy są to ludzie, którzy nie znają się zbyt dobrze, co powoduje konieczność gawędzenia o tym, owym i niczym, o pogodzie, bo o polityce nie ma już sensu, zwłaszcza że pod ręką nie ma sztachety i nie wypada w miejscu publicznym lać się po pyskach. Piękny park pachnący lasem, zacieniony starymi drzewami, przestronny, z placami zabaw dla dzieci od 0 do 101 lat, to idealne miejsce wypoczynku wrocławian i pełen soczystych barw plener zdjęciowy.
- A sądziliśmy, że jesteśmy tacy bezpieczni – powiedział z goryczą starszy wąsisty facet, w za ciasnej ciemnej marynarce, która uwierała go pod pachami i nie dawała się zapiąć, mimo nagabywań asystentki fotografa. Dziewczyna podbiegała co chwilę do gwiazdy wydarzenia, szczupłej, lekko obrażonej na świat dziewczynki w stroju komunijnym, po czym za moment truchtała do kogoś z osób dorosłych, zajętych poprawianiem fryzur, spływaniem potem, wycieraniem czoła i utyskiwaniem na owady.
- Już go złapali, nic nam nie grozi. – Uspokajała kobieta ubrana w kostium Crystal z „Dynastii”, obcisły i wzorzysty, z poduszeczkami na ramionach. Przy każdym ruchu dzwoniła koralami, które miała na szyi, w uszach, na nadgarstku i w postaci broszy na froncie wydatnego biustu. - I jakoś się trzymamy, jakoś żyjemy.
- No to bomba. – Mruknął pod wąsem starszy facet.
- Nie bądź złośliwy, Ryszardzie. Jechałam tramwajem i zmienili trasę. Spóźniłam się…
- Pół miasta się wtedy spóźniło. Terroryści, proszę do czego doszło! 
- Ryszardzie, nie bądź zdenerwowany, nie jesteśmy w stodole. Widziałam kuzynkę wuja, jakoś się trzyma, jakoś żyje.
- No to bomba.
Asystentka fotografa poprosiła wszystkich zgromadzonych, żeby ustawili się dookoła bohaterki, która szeptem prosiła mamę o telefon, na co kobieta syczała, że najpierw zdjęcia. Za grupą stał sobie krzak, dość kłujący i skłonny do zaczepiania gałązkami o elementy garderoby, kapelusze, rękawy i inne zabawne fragmenty.
- Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi? – Wysoki, szczupły chłopak w za długiej grzywce niemal całkowicie przysłaniającej oczy oparł się o drzewo z telefonem, opędzając się od asystentki fotografa jak od natrętnej muchy. - Bo przecież na fejsie jesteśmy! Wszyscy już widzieli, ej, no.
- Nie do uwierzenia! – Krzyknęła kobieta w różowym stroju do drugiej w zielonej sukience i wielkim, gubiącym się na wietrze kapeluszem, po czym odrobinę ściszyła wokal. – Ona tam mieszka, ale ma faceta tutaj. I on wszystko przygotowuje, salę i orkiestrę, zapłacił za obrączki, to taki dobry chłopak, którego żadna wcześniej nie chciała. 
Wielki kapelusz przekrzywił się w ciepłym wietrze, właścicielka zdołała go opanować i pokiwała głową, nieco współczująco i jednocześnie z satysfakcją.
- I zwariował z miłości. A Bóg wie co ona tam robi w tych Niemczech i po co tyle tam siedzi. Nie dorobiła się, to pewne.
- To złudzenie społeczne, to bezpieczeństwo – pan Ryszard ruszył wąsem, ciągnięty za rękaw na drugą stronę krzaka przez stanowczą małżonkę w koralach. – Jesteśmy mięsem armatnim, nikt o nas nie dba – ciągnął złowieszczo. – No to bomba.
- Nie bądź przygnębiający, Ryszardzie. Taka pogoda, zobacz. I sam widziałeś, że nawet teściowa twojej siostry jakoś się trzyma, jakoś żyje. Widzisz?
- No, to bomba.
- No, mega, to już wszystko wiem – Ucieszył się chłopak z grzywą jak król dżungli, wcisnąwszy się z telefonem w krzak i symulując niewidzialność. – Jesteś w dla palących, dla niepalących, na patio, w kiblu? A, spoko, zaraz się urwę stąd. No, to bomba. A w tym roku masz jakieś plany na trip? Ja jadę na Rodos. Tam podobna niezła rozkmina i alkohol, chociaż podobno bez takiej atmosfery, jak na Ibizie. – Westchnął teatralnie. – Nie można mieć wszystkiego.

czwartek, 19 maja 2016

odc.193.: NAJLEPSZA POZYCJA




- Panowie, spokój ma być, bo nic wam nie sprzedam! – Huknęła stanowczo sprzedawczyni ze sklepu z milionem piw, który przeżywa ostatnio prawdziwe oblężenie, ze względu na wiosnę, która wreszcie zdecydowała się na dobre zawitać w city, a także trwające od kilku dni wieczorne zamieszki, budzące niepokój i zainteresowanie wielu wrocławian.
Oblężenie dotyczy nie tylko okolicznych sklepów monopolowych, ale głównie komisariatu policji Stare Miasto, na którym kilka dni temu zmarł 25-latek, co wzbudziło zrozumiałe niepokoje społeczne oraz nieoczekiwany, narastający z dnia na dzień zryw grup delektujących się rozróbą, żulerii z miasta i okolic, kiboli w charakterystycznych zielonych barwach, a także zwykłych chuliganów. Najpierw rodzina i przyjaciele zmarłego zorganizowali protest, zapalając pod komisariatem znicze, ze względu na – jak podają media – niejasne okoliczności zatrzymania i zgonu mężczyzny. Później organizatorzy protestu wycofali się i poprosili ludzi, by już nie przychodzili na akcję, ale jak to bywa, gdy do gry wkraczają emocje, nerwy i chęć zabłyśnięcia głupotą przed kolesiami, wydarzenia popłynęły wartko, jak ścieki w kanale.
Odkąd codziennie po 18 dochodzi do scen z udziałem uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy, policyjnej polewaczki i kamieni z torowiska, tłumy gapiów gromadzą się na chodnikach, trawnikach i ulicy Legnickiej. Przekrój wiekowy i społeczny publiczności jest niesamowicie szeroki: od mieszkańców pobliskiego osiedla, emerytów i rencistów, po rodziny z małymi dziećmi - najwyraźniej pozbawionymi wyobraźni i dobranocki w TV, a także niezdrowo podnieconych chorą sytuacją nastolatków i miejscowych pijaczków, zachwyconych że się coś dzieje, niezależnie od tego, czy dzieje się dobrze, czy źle.
Wielu przedstawicieli wyżej wymienionych ekip właśnie okupowało sklep, którego sprzedawczyni zachowywała dzielnie kamienną twarz, nie reagując na zaczepki, komentarze i idiotyczne uwagi, wkraczając do akcji jedynie wtedy, gdy kolejka spragnionych złocistego trunku zaczynała trzaskać drzwiami i pokrzykiwać w stronę policjantów. Słowo „mordercy” to najłagodniejsze i najbardziej cenzuralne z wielu określeń, które wirowały w powietrzu.
Słysząc ostrzeżenie sprzedawczyni, kolejka na moment zamilkła i wtedy tuż obok sklepu najpierw było słychać brzdęk rozbitej butelki, potem wrzask, zaś po kilku sekundach kilku policjantów powaliło na ziemię szamoczącego się podrostka, który wrzeszczał, że zajebie ich matki.
- Ja pierdolę! – Ryjnął grubawy, podstarzały facet z brudnymi resztkami włosów na głowie, w spodniach moro, które zleciałyby niechybnie, gdyby nie czerwone szelki. – Widzieliście, kurwa? Zajebali go! Mor-der-cy!
- Panowie… - zaczęła ostrzegawczo sprzedawczyni i pomruk pozostałych ucichł.
- Jesssteśmy sssspokojni – zadeklarował mocno podchmielony żul, zezując na ladę – nic już nnnie mmówimy, ale cco ssobie myślimy… To mmmyślimmmy…
- A ja wam mówię, że to same pedały! – Syknął jego kompan, a kolejka przytaknęła.
- O, tam siedzi jeden tajniak, na motorze, widzisz? Chodź, zajebiemy gnoja?
- Czekaj, bo kolejka minie i chuja wypijesz.
- Na rowerach teraz te pedały jeżdżą, patrz, kurwa!
- Ssame jebbane tajniaki na rowwwwerach, rooozpanoszyło się tttto pppedalsssstwo i lessssbijssstwo….
- Panowie!...
- Kieddddyś wszyssscy nnnormmalnie autttami, a teraz kkkurwa….
- Szary siedzi na latarni, ten to ma kurwa najlepszą pozycję!
- Jakkką kkkurwwwa pozzzycję, cała ekipa sąsiedzi tttam w ppparku i czeka na sssygnał…
- Pedały same, mówię wam. – Skwitował chłopak w zielonej bluzie z kapturem. - A jak ja rzuciłem kamieniem, to wszyscy za mną rzucili, nie? Widzieliście, kurwa?
- Nnno wwwszyssscy rzucali, to mmmy też, jebbbane pedały…
- Panowie!...
- Ale mmy jesteśmy sssspokojni, szefffowwwo…
- Powinni wyjść z komisariatu i przeprosić, nie? – Rzucił wysoki starszy mężczyzna w okularach. – Za komuny jak kogoś zabili, to przynajmniej przepraszali.
Pijany zezujący spojrzał na niego z podziwem.
- Nnnie wiedziałemmm, kurrrwa.
- Co pan opowiadasz – zirytowała się kobieta stojąca za nim w kolejce. – Za komuny nikt nikogo nie przepraszał!
- Pppani się nnnie zgadza i mmmy się nnnie zgadzammmmy….
- Mor-der-cy!
- Panowie!...
- Patrz, kurwa, wszyscy teraz telefonami kamerują. I nas, i ich. Kamerujcie ich, kamerujcie! – Krzyknął grubawy do stojących na zewnątrz ludzi kręcących komórkami filmiki z udziałem grupy policjantów, którzy wbiegli po schodach spod przejścia podziemnego i ustawili się w rzędzie z tarczami między pobliską kamienicą a kwiaciarnią.
- Panowie, bez wrzasków, co podać? – Spytała sprzedawczyni z naciskiem.
- Pppiwo, zzzarazzz oddam butelkę…
- Pan jest pijany, nie sprzedam alkoholu. Kto następny? – Groźnym spojrzeniem uciszyła tych, którzy zapewne przed chwilą bohatersko toczyli bój z uzbrojoną policją przy użyciu kamieni, patyków i petard. Zezujący odsunął się, robiąc miejsce dla grubawego kolegi.
- Jasiu, ppporatujesz?
- Cztery mocne i setkę.
- Mmmmeczu nnnie mmma i pppiwa tteż nnniedługo nnnie bbędzie, to chociaż pppopatrzymmmy ccco się dziejjje…
- Mam tu kurwa kilka kamieni – grubawy otworzył plecak – chcecie?
- Panowie!...

sobota, 14 maja 2016

odc.192.: NADLUDZKI WYSIŁEK




Wiosna różnie się objawia u mieszkańców city. Bywa, że ta niezwykle pociągająca nosem pora roku prowokuje łzy oraz dyskretne pokasływanie przechodzące w podduszające rzężenie w dolnych i górnych drogach oddechowych, połączone z przemysłowym wręcz zużyciem chusteczek higienicznych i galopującą hipochondrią. Niekiedy zdarza się też, że pozbawieni doznań natury alergicznej ludzie w różnym wieku wariują z miłości, odurzeni zapachem kwitnących drzew, a czasem panikują przed nadciągającymi maturami, sesją na studiach lub wizją grilla u teściowej. Tak czy inaczej, wiosna potrafi solidnie rzucić się na mózg oraz inne kluczowe organy.
Pewnego majowego popołudnia deptakiem na Podwalu dostojnie kroczyły trzy kaczory, wyraźnie tropiąc i wabiąc wyprzedzającą ich samicę, która udawała, że nie zwraca uwagi na absztyfikantów. Przy krasnalu radiowej „Trójki” z podobnie udawaną obojętnością przystanęły dwie ładne dziewczyny, zerkając na mijających je co kilka minut młodych chłopaków, którzy najwyraźniej trenowali biegi, ponieważ odziani w stroje obcisłe i według reklamy ściśle sportowe, truchtali deptakiem raz w jedną stronę, raz w drugą, niczym pan Dulski dookoła stołu.
- Blondyn. Nie lubię blondynów, sama nie wiem dlaczego – głośno powiedziała piękna dziewczyna w koszmarnie różowej bluzce, kiedy mijał ją jeden z chłopaków, powiewając stylowo podstrzyżoną jasną grzywką. Stopą podtrzymywała gubiącą się równie różową walizkę, ponieważ dłonie miała zajęte próbą zapalenia papierosa.
- No. Ja też – odparła równie donośnie jej koleżanka, ubrana w niepotrzebnie wyszczuplającą czerń. – A kto się dzisiaj opiekuje twoim kotem? Krzysiek?
- No. Mega klasa tamten w ciemnym, nie?
- Mega, no.
- Zapiliśmy wczoraj, to znaczy ja wróciłam koło północy, ale Krzysiek po trzeciej, najebany hałasował i dlatego jestem w mega nieogarze.
- A on mieszka u ciebie?
- Co jest, kurwa, z tą zapalniczką – wrzasnęła różowa nimfa, płosząc kaczki. – Dałam mu klucze, żeby się zajął kotem, to mógł wrócić, wziąć prysznic, ale nie musiał mnie budzić.
- Dobrze, że zdążyłaś na ten pociąg, to zawieziemy rzeczy i wrócimy tutaj.
- Będziemy pić na deptaku? Znowu?
- Nie, pójdziemy gdzieś na Juwenalia, zobaczymy jaki wiatr powieje.
- Zdążyłam, bo Krzysiek zrobił mega nadludzki wysiłek, wstał o trzynastej i przywiózł mi na zajęcia walizkę. Nawet wodę mi przywiózł.
- A pamiętasz, jak Sandra się w Wawie pakowała pijana? Mówiła „nie dam rady, nie dam rady” i kurwa dała radę.
- No, mega klasa, dała radę, taki nadludzki wysiłek.

wtorek, 29 marca 2016

odc.191.: W BIAŁY DZIEŃ


Przedpołudnie w Wielką Niedzielę zapowiadało się w mieście na konsumujące jaja w każdej postaci, rozstrzygające dylematy w rodzaju „żurek czy kiełbaska” i rozważające relaks po obżarstwie w pozycji horyzontalnej, ale wiosna wybuchła z tak zdecydowanym, ogłuszająco promiennym impetem, że kiedy tylko słonce na dobre rozbujało promienie, wtedy kto żyw i zdolny wstać od stołu, ten wyległ wraz z rodziną lub krewnymi na wrocławskie trasy spacerowe, place, do parków i w pobliże Odry, np. na świeżo wyremontowany Bulwar Xawerego Dunikowskiego.
Tłumy ludzi przesuwały się dostojnie, zapewne ze względu na niebezpieczeństwa związane z lekką niestrawnością i przeładowaniem pełnych brzuchów, co i rusz zatrzymując się w małych grupkach, by podziwiać przepiękny widok na Ostrów Tumski, dumnie snującą się w słońcu rzekę, a także statki wycieczkowe, na razie nieliczne z powodu rozpoczęcia sezonu.
Spore zgromadzenie rotacyjnie krążyło na zakręcie obok instalacji "Ptaki" Magdaleny Abakanowicz.
- To ptaki czy F-16?
- Jeśli ptaki, to bez łbów.
- Albo bez...
- Boeing to nie jest. Ani… Zostawcie mnie, przecież stąd widzę bardzo dobrze. Nie podejdę!
Czerwone ogniście loki powiewały malowniczo na tle Odry, kiedy kobieta walcząca z wiatrem burzącym fryzurę zapierała się pod rzeźbą i walczyła z rodziną, która w postaci siwawego męża oraz młodszej kobiety, również pofarbowanej w tym odcieniu, ciągnęli ją w stronę barierek.
- Mamo, to nie Giewont ani nie most, możesz podejść. Zobacz, jak jest bajkowo, taki widok.
- Tylko nie mów, że jesteś otoczona, nic z tych rzeczy.
- Otoczona to mało powiedziane, wy chcecie, żebym zeszła na zawał – teatralnie miauknęła kobieta, podczas gdy jej fryzura lśniła jak koafiura Meduzy.
- A nie mówiłem, kieliszek nalewki od ciotki Jagny i byłabyś już podeszła, a tak ludzie się patrzą.
- W biały dzień – warknęła ognista furia, zapierając się szpilką przy jednej z rzeźb. – Wstydu nie macie, ja stąd widzę, bardzo tu jest pięknie. Idziemy?
- Ale mamo – zaczęła negocjacje młodsza kobieta, podczas gdy jej matka odwróciła się i ruszyła energicznie bulwarem.
- No gdzie ty idziesz? – Starszy pan z wąsem godnym mistrza Zagłoby pomachał do niej. – Skoro zaraz idziemy tam! To tylko minutka!
Burza krwistych loków zerknęła z gniewem przez ramię, po czym zawróciła z powrotem do męża, utyskując.
- Na co mi te wasze racławickie? Te cholerne dominikańskie? Nie chcę! A tego twojego absztyfikanta to widziałam, w czapce był. Z daszkiem!

- Jakiego absztyfikanta? - Zdumiała się córka.
- Tego w czapce. Z daszkiem. Podobni jesteście, wiesz? Pewnie nie wie, ale on wie, widziałam to, dlatego zakłada czapkę, żeby się schować.
- Możliwe. Mamo, nie dokończyłaś mówić, że spotkałaś tę waszą dawną księgowa, i co? – Pojednawczo wtrąciła córka.
To wyraźnie udobruchało właścicielkę ogniska na głowie. Wzięła męża pod ramię i powoli dała się obrócić twarzą do rzeki. Głęboko odetchnęła.
- Jaka tu przestrzeń, jej. Spotkałam ją przedwczoraj i rzuciłam, a może by pani na herbatę, spracowana taka, a ona, że i owszem, no i przyszła zaraz, wyobrażasz to sobie? I ma czelność mówić mi, że ona u siebie to porobione ma wszystko, że, mówi, jak w laboratorium ma, popiekła, dla syna naszykowała też, te co on lubi, śledzie pod pierzynką i ani kawy nie robi dzisiaj, mówi, ani ten, herbaty, bo jak poplami obrusy, to ręka boska, no. A ja jej na to, pani ja nie mam żadnego pofiksum podyrdum – wykonała stosowny, okrężny ruch ręką, zakończony znaczącym pukaniem palcem w czoło – ani, jak to mówią, w bani…
- Mamo!
- No co? W telewizorze słyszałam. U mnie można jeść, pić i żyć. Dom to nie laboratorium! Trzeba umieć znaleźć czas na odpoczynek.
- Mówią – odezwał się wreszcie mąż spod sumiastego wąsa - że w święta to nie grzech, bo w święta trzeba wiedzieć, że Bóg też ma wolne.
- To chyba jednak ptaki.
- A jeśli jednak samoloty? Tylko nie wiem czy startują, czy lądują?
- Pikują, jak…
- Miało nie być w święta o polityce, tato!
- …aż im tyłki pourywało.

sobota, 19 marca 2016

odc.190.: CO TERAZ?


Zakaz palenia papierosów w barach, restauracjach, pubach i wielu innych miejscach nomen omen publicznych, wprowadzony w życie kilka lat temu, wygonił nałogowych amatorów nikotyny na zewnątrz w okolice wejść i wyjść, drzwi oraz prowizorycznie skonstruowanych palarni, ewentualnie w ramiona producentów elektronicznych wynalazków, którymi fascynuje się głównie młodzież w przedziale wiekowym zwanym pieszczotliwie gimbazą. Ów pozornie nieszkodliwy e-papieros w zamyśle miał być cudownym rozwiązaniem, bezwonnym i zaspokajającym głód nikotynowy bez negatywnych konsekwencji, ale jak to bywa z nowinkami - spór o jego wpływ na zdrowie użytkowników oraz ich otoczenia rozgorzał na dobre i trwa nadal, więc posiadacze rurek z aromatami do wdychania lądują poza lokalami, gdzie niezależnie od aktualnej pogody, niekoniecznie niepowtarzalnej, a częściej niesprzyjającej, marzną, mokną i telepią się na wietrze, oddając się grzesznemu nałogowi.
Tego dnia przedwiośnie postanowiło zawitać do Wrocławia i odwiedzić okolice Rynku, więc wiatr schował się gdzieś za miastem, wpuszczając słońce, oślepiające nieprzyzwyczajonych do takiej jasności mieszkańców i turystów. Pojawili się pierwsi uliczni artyści: mim, żongler oraz pianista w masce z głową konia i niewielkim keyboardem, wprawiający w zdumienie wyglądem oraz imitowaniem potrząsania grzywą przy co bardziej skocznych akordach.
Przy skrzyżowaniu ulic Wita Stwosza i Kuźniczej, prowadzącej w stronę Uniwersytetu Wrocławskiego, jakiś czas temu ustawiono kilka ławek, niestety dość nowoczesnych w formie i niespecjalnie wygodnych, a obecnie proszących się o czyszczenie, co kompletnie nie przeszkadzało siedzącej tam grupce młodych ludzi, którzy przysiedli, paląc papierosy i popijając napoje gazowane z puszek.
- Ta puszka Pepsi nawiązuje do tej sprzed lat – czknął postawny brunet w okularach, przypominający nieco Zbyszka Cybulskiego, podnosząc do góry puszkę napoju. – Niedawno wypuścili taką linię retro – wyraźnie smakował to ostatnie słowo, podobnie jak słodki napój. Niewykluczone, że nieco mniej rozkoszował się posmakiem dymu z elektronicznego papierosa, którym niemrawo gestykulował, od czasu do czasu puszczając niezdecydowanego dymka kątem ust. – Aż czuję, że życie mi wraca. Tylko co teraz?
Siedząca obok piękna blondynka skrzywiła się, a jasne jak słoma włosy rozsypały się, powiewając na tle czerwonego szalika. Ona dla odmiany paliła prawdziwego papierosa, choć o grubości wątłego źdźbła trawy.
- Ty jesteś dobry człowiek, tylko źle się prowadzisz – wydmuchała z dymem i dodała – takie nasze brakujące ogniwo…
Reszta grupy zaśmiała się, a postawny brunet wzruszył ramionami.
- Faktycznie, wczoraj przesadziłem z radością i dzisiaj jestem trochę… lichy.
- O której wczoraj wróciłeś?
- Nie wiem. Czy to ważne? Jesteś wierząca? – Zapytał znienacka.
- Nie wiem, czasami chyba tak, bo czuję, że Bóg się z nas śmieje. – Zgasiła niedopałek obcasem i spojrzała wyzywająco.
Teraz cała grupa patrzyła tylko na nich. Brunet chciał łyknąć pepsi i skrzywił się, bo puszka była pusta.
- Sama na to wpadłaś czy usłyszałaś w telewizji?
- No wiesz, sporo czytam. Nie siedzę ciągle na Discovery, jak Ty. Piwo, pilot, popcorn, to twoja filozofia życiowa trzy pe.
Grupka znowu się zaśmiała. Z apteki za rogiem wyszedł otyły chłopak i zbliżył się do nich. Ogolony na łyso, z kozią bródką, uśmiechnięty, wyglądał jak dobry krasnolud, który zgubił czapkę.
- Mam jakieś witaminy. Farmaceutka powiedziała, że nie ma lekarstwa na kaca. Trzeba dużo pić, zjeść aspirynę i witaminy.
- A kiedy zaczną działać?
- Dopiero jak kac minie!
Śmiech przestraszył stadko gołębi, które z furkotem skrzydeł i tumanami ulicznego kurzu wzbiły się w powietrze.

czwartek, 3 marca 2016

odc.189.: HANDEL KWITNIE


- Jakiś wielkich byznesów nie będę tam robił, cnie. – Syknął wysoki chłopak w bluzie z kapturem i puchowej kamizelce, a jego kolega podskoczył z radości. Niższy, nieporadny w gestykulacji jak żaba na lodzie, pryszczaty, najwyraźniej podekscytowany wyprawą. Obaj przepychali się przez powiększający się z każdą minutą tłum.
- I generalnie nie idziesz ze mną tam, koleś lubi jak jestem sam, bo mniej nerwów. Dlatego zaraz cię tutaj zostawię i masz kurwa na mnie czekać. Z jeszcze jednym takim. Kuzynem moim, pojebany, ale swój.
- Ile nas będzie?
- Was dwóch i ja, słuchaj kurwa, jak mówię. I nie poznacie Grześka, bo to moje źródło i nic wam kurwa do tego.
- A tylko mieszasz, czy też napełniasz na miejscu?
- Napełniam, wszystko robię, na najlepszym miejscu, kurwa i handel kwitnie.
- Super, zajebiście, super. – Młody cieszył się, aż zaczął podskakiwać. Brnęli w błocie i kluczyli jak dwa małe zakapturzone tarany, co chwilę kogoś potrącając.
- Spokój, kurwa. Daj buteleczkę, to ci takiego liquida skombinuję, że będziesz błagał o więcej. Dzisiaj kupuję arbuza i mięte, to będą nowe aromaty i handel kwitnie. Ale na drobno, żeby nikt niczego nie zauważył, bo jak ktoś jest za duży, to inni się przypierdalają po swoje. Pamiętaj, że najważniejsze w życiu jest kurwa to, żeby nikt nie chciał się do ciebie przypierdolić. Niech każdy pilnuje swojego końca dupy, to mu jej nie urwą.
- Sprytne, super, super – młody w ekstazie wdepnął w wielką kałużę i się poślizgnął, ale jakoś utrzymał równowagę i pędził za kolegą, nie zważając na to, że co chwilę wpada na kogoś, a jego przepłacone trampki przestały być śnieżnobiałe jakieś cztery kałuże temu.
Niedzielny targ na Dworcu Świebodzkim był w przedpołudniowej fazie obiecującego rozkręcania się, kiedy wszyscy mają nadzieję na dobry interes, udany zakup, korzystną sprzedaż, a jednocześnie obie strony zabawy (sprzedający i kupujący) są jeszcze w miarę trzeźwe.
Nietypowo jak na luty, bo w słońcu i z temperaturą powyżej plus 10, można było brnąć wzdłuż dawnych peronów i torów w dyskretnym, ale niestety wszechobecnym błocie i zerkać na towary poustawiane na ciągnących się w nieskończoność stoiskach. Pomimo wielu zapowiedzi likwidacji targowiska, nic się tutaj nie zmienia od lat. Ludzie przyjeżdżają, sprzedają, kupują, a życie toczy się swoim… torem.
Obowiązuje miejski styl wygodny i niekoniecznie niedzielno-elegancki, casual Sunday w wersji polskiej czyli rozdeptane adidasy, jeansy wyciągnięte na krągłościach lub sprany dres, koszulka z relaksującym napisem, niekiedy odsłaniająca nadmiar tkanki tłuszczowej w okolicy talii, za to zmęczone po sobocie spojrzenie można ukryć za wielkimi okularami przeciwsłonecznymi i od razu humor jakby żwawszy.
Menu również jest swobodne i niewyszukane: kiełbaski z grilla, frytki, kebab, napoje gazowane lub alkohol spożywany ukradkiem, ale nieśpiesznie, zwłaszcza w tej części targu, w której dominują przedmioty poszukujące drugiego życia. Niestety, żeby tam dotrzeć, trzeba przejść wiele alejek z asortymentem konfekcyjnym, opanowanym przez bułgarskich uśmiechniętych handlarzy, którzy zgodnie z południowym temperamentem wołają do klientów, zachęcając ciekawą ofertą, np.:
- Ci zloty, pińć zloty, prosię, prosię!
Wśród rekordowej ilości ciuchów - od bielizny, strojów sportowych, imprezowych, oficjalnych, po suknie, garnitury, obuwie i płaszcze, co niedziela można tam nabyć meble, warzywa, owoce, jajka, oscypki (te zdaje się, opanowały już wszystkie targi), rosyjskie słodycze np. chałwę, bułgarski Ajvar i oliwki, a także odkryć skarbnicę, czyli targ staroci, mieszczący się daleko za normalnymi stoiskami.
Wyższy z chłopaków potrącił faceta w kurtce przeciwdeszczowej, który w nabożnym skupieniu oglądał wojskową wielką lornetkę przy stoisku z militariami. Facet obejrzał się, mierząc nieżyczliwym spojrzeniem pryszczatego nastolatka, który pląsał za starszym kolegą jak źrebię.
- Przecież ustaliliśmy już, że nie potrzebujemy takich rzeczy. I co ja widzę? – W powietrzu zawisło pytanie kobiety z wąskimi ustami i było najwyraźniej retoryczne, bo mężczyzna posłusznie odłożył lornetkę na miejsce.
Kobieta wykonała kunsztowny zimny grymas, będący zapewne wersją jej uśmiechu rodem ze skandynawskich horrorów, a mężczyzna nerwowo podrapał się po brodzie.
- Tak, tak, nie potrzebujemy. Wspominałaś, że widziałaś tu serwis?
- To już nieaktualne. Kiedy ty sobie oglądałeś swoje zabawki, jakaś kobieta kupiła nasz serwis.
Pociągnęła męża tuż obok, na sąsiednią alejkę, gdzie stał sobie rzeczony serwis na prowizorycznym stoisku, składającym się z ekspozycji na kocu oraz sprzedawców w osobach dwóch dżentelmenów, w typie jeszcze nie żula, ale było widać, że w karierze filozofów i koneserów trunków niemalże na granicy otrucia zaszli naprawdę daleko.
Serwis był ładny, nie zniszczony, nie nadtłuczony: brązowe zgrabne filiżanki i talerzyki w dyskretny kwiecisty wzorek, a także cukierniczka, dzbanek, miska, zaś całość tworzyła przyjemny dla oka, praktyczny komplet deserowy, w stylu bolesławieckim, ale bez uduszenia kwiatami. Niezwykle zadowolona z siebie młoda kobieta, która ów serwis zakupiła, uśmiechała się od ucha do ucha.
Jeden ze sprzedawców chwiał się, poklepując drugiego i kierując wyrazy wdzięczności, chwaląc zakup i w ogóle wynosząc klientkę pod niebiosa, które niewątpliwie ją zesłały. I jego też, bo obie strony są zadowolone.
- Tylko zawiniemy to pani. W gazetki, Jasiu, daj no te co tam w plecaku, no – Jasiu posłusznie schylił się i wyciągnął mnóstwo pogniecionych fragmentów prasy, w który poczęli obaj zawijać poszczególne części serwisu i układać w torbach klientki, bardzo ostrożnie.
- A teraz pani prosto idzie z tym do domu i nigdzie nie chodzi, bo potłucze – doradził życzliwie Jasiu. – My wczoraj poszli w szkodę i w koszty, bo jak żesmy to nieśli, to Krzychu się potknął na schodach i drugi taki duży talerz rozjeb…
- Pani sobie poradzi – przerwał mu Krzychu. - Jeszcze raz całuję rączki, handel kwitnie i dogadalim się, aż się dzień udał, no!
Jasiu stęknął, schyliwszy się po ostatni kawałek gazety na dzbanuszek i podał drobiazg klientce.
- Szanowanie pani, pani powie koleżankom, że tu dogadać się można.
- I zawsze coś z ceny spuścimy!
- A teraz to my mamy za co zjeść, i wypić, a najważniejsze, że i palić co mamy, zaraz kupię tytoń, ej Krzychu, kupimy?
- Jasne, zaszalejemy, aż nas całe miasto usłyszy!