wtorek, 31 października 2017

odc. 210.: NIE BÓJ NIC


- Kiedyś to był jeden „Społem” na dzielnicę i ludzie jakoś żyli. A teraz to co krok, co ulicę albo po kilka na jednej, wszędzie te Biedronki, Żabki, Małpki, chuje, muje, dzikie węże, a i tak są kolejki, no na co to komu, kurwa… - Poskarżył się światu młody facet stojący w koszmarnie długiej kolejce do kasy. 
Na siedem stanowisk tylko połowa zawierała kasjerkę płci obojga, więc kolejki nie malały, lecz ustawiały się mężnie wzdłuż alejek dyskontu mieszczącego się w podziemiach dawnego „Kameleona” przy ulicy Szewskiej.
- No, a niby pokazywali w radiu, że ludzie się nie rodzą. 
- Mówią, że nikomu nie przyrasta, kurwa.
- Tu się nie rodzą, to w Chinach nadrobią, nie bój nic. Ale skąd tu teraz tyle wiary?
- Bo masło tańsze.
Wobec tak oczywistej prawdy obaj rozmówcy pokiwali głowami i zamilkli na chwilę. Starszy w garniturze, młodszy w kurtce skórzanej, jakby od jednego stylisty symetrycznie wygoleni na głowach, brodaci na twarzach, z nagimi kostkami (to już chyba jakaś epidemia). 
- A co dzisiaj tankujesz?
- Łychę.
- Jaką?
- Z colą.
- Kurwa, porzygałbym się – skrytykował starszy. – Marnujesz procenty, leszczu.
- Na czysto nie mogę, bo muszę wstać o piątej, kurwa. Jeszcze nic nie spakowałem, ale muszę dzisiaj, bo rano nie będzie czasu. Czyli dzisiaj tylko kontrolnie drinkujemy, nie.
- Spoko, dolecimy i nadrobimy, nie bój nic.
- Rok temu w Turcji przez tydzień leżałem najebany, nic kurwa nie pamiętam z wakacji.
- Zrobimy zdjęcia, nie bój nic.

wtorek, 3 października 2017

odc.209.: TERAPIA WSTRZĄSOWA


W opozycji do szalenie popularnego od kilku lat, wielce słusznego (gdy zachować stosowne proporcje) trendu slow, obecnego w wielu dziedzinach życia - od podejścia do pracy, relacji międzyludzkich, jedzenia, zakupów, jakości snu, aż po dobór skarpetek na dany dzień i lekkiej medytacji nad kolorem tychże - bardzo dzielnie trzymają się obecne wszędzie, potępiane równie często jak odwiedzane, ochrzczone mianem niezdrowych, globalne marki zwane sieciówkami. 
Jak wiadomo, z jednej strony korzystać z nich się nie godzi, bo wyzyskują pracowników, niszczą drobny handel, wciskają towary niskiej jakości oraz troskliwie drenujący kieszenie kit, a także unifikują i wtłaczają w mundurkowe ramy wszystko to, co tylko upupić się da, zaś z drugiej zapewniają asortyment kojący duszę i zmęczenie, jak również odpowiadają na podstawowe potrzeby konsumenckie, zwłaszcza gdy goni czas, dzieci wyją o soczek, w portfelu panuje cisza, a w głowie i gardle męczy zasmarkane sfrustrowanie październikiem, choć ten ledwo się zaczął.
Prawdopodobnie z tego powodu pomimo złej sławy i braku wartości odżywczych bary tzw. szybkiej obsługi cieszą się niesłabnącym powodzeniem wśród wszystkich klas, warstw i przedstawicieli społeczeństwa, choć jeśli kogoś zapytać czy tam bywa i jada, to oburzy się i natychmiast zaprzeczy, a może i lutnie z liścia w lampę, ogarnięty hipokryzją i lękiem, że rzecz się wyda. Możliwe, że również z tej samej przyczyny sieciowe dyskonty potrafią wzbudzić w pozornie spokojnych, praworządnych obywatelach emocje godne finału mistrzostw piłki jakiejkolwiek, gdy ogłaszają promocję na towary teoretycznie luksusowe w cenach skandalicznie niskich, aż wspomniani statystycznie niewyróżniający się osobnicy rzucają się sobie nawzajem do gardeł i wyszarpują bliźnim z rąk markowe torebki, kombinezony dziecięce lub telewizory trzy de zasłaniające ściany w em cztery. 
A prozaiczna prawda jest taka, że kiedy los lub biuro podróży rzuci na drugi, bardziej egzotyczny koniec świata, to można mieć nadzieję, że posiłek spożyty w knajpie ze znajomym logo da mniejsze szanse na kilkudniową biegunkę niż ten zakupiony od ulicznego kucharza specjalizującego się w panierowanych świerszczach, choć kalorii w zestawie będzie tyle, że foka brzuszna urośnie na samą myśl. 
Jednym słowem, czasami nie ma wyboru. Bywa też, że sieciówka to ostatnia deska ratunku albo po prostu coś na tyle znajomego, że w obcym otoczeniu, w nowych okolicznościach przyrody lub w wielkim, przerażająco zaplątanym ulicami mieście będzie to coś kojącego nerwy, a wszak niekiedy tyle wystarczy, by jakoś przetrwać dzień. Zwłaszcza na początku października, gdy Wrocław zapełnia się studentami, z których znakomita większość pochodzi z mniejszych miast i zrozumiałe jest, że zachłystują się nowością, ogromem wyboru z szerokiego wachlarza tutejszych możliwości.
Tramwaj linii „33” przechylił się lekko i zgrabnie wziął zakręt, żegnając Park Szczytnicki i zmuszając pasażerów do wykonania niespodziewanego gibnięcia kolanem, co wyglądało, jakby wszyscy pilnie i synchronicznie ćwiczyli ten sam taneczny krok bez muzyki.
- A tam, za tamtą ulicą, jak pójdziesz prosto i skręcisz w lewo, a potem jeszcze dalej prosto, na pewno trafisz, to tam jest taki bar z pierogami. – Powiedział modnie zarośnięty młodzian w stylowym kaszkiecie, wskazując za oknem tramwaju kierunek. Oprowadzany w ten werbalny sposób po Wrocławiu rozmówca słuchał swego przewodnika z otwartymi ustami nieco szklistym wzrokiem, przyciskając do wątłego korpusu plecaczek z naszywkami zespołów heavymetalowych i grunge’owych, drżąc lekko z emocji oraz braku ciepłych skarpet, które mogłyby uchronić jego nagie kostki przed zamarznięciem.
- Ruskimi? Bardzo lubię ruskie pierogi – wyznał nieśmiało fan Nirvany.
- Chyba gruzińskimi albo chińskimi, ale wszystko jedno, tanie i najesz się. Tu jest Kredka, tam Ołówek, a ty gdzie będziesz mieszkał?
- Na razie u kuzyna, a potem chyba coś poszukam.
- Aha. U rodziny to przejebane, ale przynajmniej na żarciu oszczędzisz.
Młodszy spojrzał na starszego kolegę pełen podziwu i wdzięczności za zdradzanie tajników ekonomii.
- Kasy mam mało, będę kombinował. A tam co jest?
- Rondo, Pasaż, same sieciówy, lepiej to omijaj. – Rzucił pogardliwie właściciel kaszkietu. – Lepiej zjeść pierogi niż te ich kurczaki klonowane. Ja tam w ogóle nie chodzę, no chyba że jest mega w chuj promocja.
- No jasne. Ale tam w ogóle dość tanio chyba, co?
- Pieniądze to nie wszystko. Wysiadamy tutaj – rozkazał – a jak postawisz browara, to powiem ci, gdzie jest tanie ksero.
I poszli, odkrywać i zdobywać świat. 
Tymczasem w pobliskiej Biedronce dwie kobiety, bardzo do siebie podobne, z loczkami na głowach, jedna bardziej blond, druga raczej rudawa, za to obie w szarych spódnicach z motywem panterki, z brązowymi torebkami i fantazyjnymi wzorkami z cekinów na bluzkach, stały w kolejce do kasy i głośno omawiały wspomnienia z urlopu ich wspólnej znajomej.
- Nie wiem, ile wywalili na tę Maderę, ale podobno mogli za to kupić drugie auto.
- Chyba Majorkę?
- Wszystko jedno…
- A oni nie mają już dwóch aut? Juras mówił, że muszą trzymać rowery dzieci w ogrodzie, bo w garażu nie ma już miejsca, odkąd Marysia nauczyła się tam wjeżdżać tą swoją pięćsetką.
- Możliwe, ale słuchaj, bo tamto nieważne, ja ci teraz powiem hiciora, to ci majtki spadną – blondyna ściszyła głos z górnej skali śpiewaczki operowej do poziomu średniej ekscytacji u komentatora sportowego. – Sam pobyt tysiąc ojro, a do restauracji sobie chodzili, codziennie do innej, nie zwykły olikluzi, jak normalny człowiek. I nie ma sprawiedliwości na tym świecie, ja ci to mówię.
- Bo co? Zatruli się? – Spytała ruda z nadzieją.
- Żeby jeszcze, ale oni tam jedli jakieś takie wiesz, co normalny człowiek nie tknie, jakieś zmule, fuj. I w jednej tej, ostrydze takiej, tam znaleźli czarną perłę. A Marysia nawet mówiła, że we wszystkich tych miała te perły, ale ja jej nie wierzę.
- O kur…. I co? Otruli się?
- Żeby jeszcze, ale okazało się, że to jakieś wyjątkowe jest, te czarne perły, co miały przynieść nieszczęście, jak ktoś znajdzie, a im za nie tyle zapłacili, że się cały wyjazd zwrócił.
- No wiecie co, ludzie. – Westchnęła ruda. - A na biednego nie trafiło.
- Właśnie, to samo powiedziałam do mojego Zbynia, że biednemu to zawsze w oczy kole.
- Co racja, to racja. A twój Zbyniu znalazł już pracę?
- A coś ty, nawet nie wstaje z fotela. I tylko kanałami rzuca, piwo pije, ale on się za siebie weźmie, ja ci to mówię. Tylko musi odpocząć, bo te wakacje to nas wykończyły. – Blondyna pokręciła głową, po czym umilkła na chwilę, zapatrzywszy się w regał z mocnymi trunkami.
- A co ty się tak na te nalewki patrzysz, jakby ci ślina ciekła?
- A nie, ja tych nie mogę – blondynę z lekka otelepało - bo ostatnio po tej jagodowej to ze Zbyniem ani w tę, ani wewtę, tak nas zamuliło.
- O, matko – ucieszyła się ruda.
- I mamy nauczkę, żeby tylko porządną wódkę, a nie te jakieś wynalazki. I tak tu patrzę, że baterie są, a mnie zegarek nie działa.
- To kup, co nie. Ty nie taka szczęśliwa, żeby czasu nie liczyć.
- A może i kupię, bo od miesiąca mam kupić, ale się coś zebrać nie mogę. Wszystko po kolei się psuje i nie działa. Ani zegarek, ani mąż, lodówka jakoś szumi, mówię ci.
- Zegarek, Zbyniu… To weź pierdolnij młotkiem – zachichotała ruda.
- Zbynia?
- Zegarek też, każdemu przyda się terapia wstrząsowa – zaśmiały się obie, ale ruda nagle spoważniała i rzuciła oschle do kasjerki: - Nie, nie mam waszej karty, bo ja bynajmniej tu nie kupuję, chyba że jest jakaś promocja w gazetce. 
- No, ja też nie kupuję – zadeklarowała blondynka, chowając za sobą koszyk obficie zapełniony produktami. – Chyba, że się opłaca.
Na szczęście nikt nie dosłyszał odpowiedzi kasjerki, bo zapewne wtedy któraś z dam z lokami mogłaby powiedzieć coś, czego żałowałyby obie strony.


piątek, 25 sierpnia 2017

odc.208: Z GŁOWY


Letnie zadurzenie, miłosne oszołomienie, opętanie z podwyższonym ciśnieniem, rozszerzonymi źrenicami i rumieńcem, to częsty przypadek wakacyjnego podtrzymywania tradycji. Od wieków nasz gatunek z pierwszym cieplejszym dniem brał się do puszenia się przed płcią przeciwną, jak gołąb nadymający szyję i zamiatający chodnik przed ukochaną. Wiosenny lub letni taniec godowy, poszukiwanie partnera idealnego, wiedzie niekiedy na szlak z dala od domu, do którego jednakowoż w końcu się wraca i od razu bum! Zderzenie z brutalną rzeczywistością - nagłym przypomnieniem faktu istnienia odległości, która osłabia pamięć oraz uczucia. Poza tym, kiedy obiekt afektu jest daleko, uwielbienie słabnie, a myśli zaczynają krążyć wokół innych spraw i niekiedy naprędce skonstruowana więź znika. I nawet nie wyśle SMS!
Rozgrzany i prawdopodobnie lekko żarzący się tramwaj starego typu bez klimatyzacji, ozdobiony odrapaną „10”, zaskakująco gładko wziął zakręt na placu Bema, przechylając zawartość.
Puff, drzwi sapnęły i otworzyły się, odsuwając plecak młodziana na plecy starszej kobiety, która stała na stopniu za nim. Widocznie dotyk spoconego ciężaru nie był tym, czego kobiecina oczekiwała w miłe upalne wrocławskie popołudnie, bo odwróciła się i gniewnie spojrzała, aż chłopaka cofnęło.
- Uważa pan, uważa – oznajmiła.
Młodzian oddalił się czym prędzej na tył tramwaju, ciągnąc za sobą dziewczę o znudzonym wyrazie twarzy, która zdaje się była przyzwyczajona do tego właśnie grymasu, przybierając go bez wysiłku, odruchowo, jakby świat niczym nie mógł zaskoczyć siedemnastoleniej łamaczki serc. Wyprasowane włosy grzecznie przylegały do ramion, harmonijnie współgrając z obowiązkowym wystrzyżeniem jej lubego. Całości stylówki dopełnił jej ekstrawagancki warkoczyk lila ostry fiolet oraz jego wywalone na system, o czym świadczył napis na koszulce.
Przysiedli na tyłach tramwaju. Chłopak wydawał się być szczerze załamany, cierpiący za miliony co najmniej, a na dodatek miał prawdziwy powód.
- Pamiętam, pamiętam – powiedziała dziewczyna bez emocji – ale tu jest prawdziwe życie, a nie wakacje na Helu. Potrzymaj mi telefon – podała chłopakowi smartfona, włączywszy aparat fotograficzny na opcji selfie i przeglądając się w telefonie jak w lusterku. Wyjęła szminkę.
- Dałabym się zabić za ten odcień.
- Ja też – szepnął chłopiec z telefonicznym lustrem.
- Ty? Nie wiesz nawet, jaki lubię najbardziej…
- Nieprawda – chłopak potrząsnął bojowo grzywą i wyjął swój telefon. – O, tu mam zapisane, nie myśl sobie. Wszystko to, co o tobie wiem, co lubisz, czego nie lubisz...
- O kurwa. Seryjnie? – Dziewczyna była naprawdę zaskoczona, po czym okazało się, że również poirytowana.
- O kurwa. Ale jesteś freak. Wypierdalam z tego związku, mam to z głowy. I teraz stąd wypierdalasz. Żebym cię więcej, zboku.
Chłopak próbował coś tłumaczyć, wyjaśniać, ale było widać, że nie ma najmniejszych szans. Z miną obrazującą największe cierpienie wysiadł na placu Nankiera. Luba nawet mu nie pomachała, za to pogłaskała telefon, przytuliła do policzka i zaczęła wykład o życiu i związkach.
Czasem w tramwaju można poznać prawdziwe życie, aż się człowiek nie spodziewa.
- Mówiłam, kurwa, to paranoja, a nie miłość, ale mam go z głowy. Chyba nie będzie mnie śledził? Z Bydgoszczy przyjechał, kurwa, mówiłam, że to nie jest dobra opcja. Ale mam go z głowy. Jakby coś, to poproszę moich ziomków, żeby z nim wiesz. No. A teraz zapierdalam na dobry mecz. Co, kto gra? Nikt, kurwa, match to znaczy znaleźć kogoś idealnego, drugą połowę. Dlatego kurwa jadę, bo to łatwe na iwencie z pracy, znam ich od miesiąca, ale widać, że to są ziomy z kulturą. Najpierw idę do Maca, przecież nie będę piła na pusty żołądek. No, buźka.

piątek, 11 sierpnia 2017

odc.207.: LUDZKA RZECZ


Są takie miejsca na tej planecie, w których człowiek może bez problemu, wstydu czy zażenowania okazać uczucie lub cechę, których w innej sytuacji i okolicznościach nigdy nie chciałby uzewnętrznić. Przykładowo – niedyskretny ślinotok przy foodtrucku z burgerami. Zjawisko obrzydliwe wizualnie, a jednak atawizm odgórnie wgrany w nasz gatunek jest w stanie to wybaczyć. Podobnie reagujemy na publiczne szlochanie na ślubach, śpiewy na weselach, letnie pocenie się nie tylko na plaży oraz coś, czego nie wstydzą się nawet prawdziwi mężczyźni, którzy (jak powszechnie wiadomo) nie jedzą miodu, tylko żują ul. Mianowicie wszyscy normalni ludzie ze zrozumieniem, współczuciem oraz sporą dozą wyrozumiałości traktują lęk przed tym, co jest związane z gabinetem dentystycznym, czyli: wizytą tamże, odgłosami zza drzwi słyszanymi w poczekalni, obawą przed zapachem, jaki roztacza stomatolog, a przede wszystkim przed bólem, który niby został całkowicie wyeliminowany przez zdobycze medycyny w XXI wieku, ale…
No właśnie, strach pozostał. Na samą myśl o borowaniu, kanałówce, uzupełnieniu, wypełnieniu lub prozaicznym ściąganiu kamienia, pojawia się lekki dreszcz emocji na karku, następnie akrobatyczne spięcie trzewi oraz natychmiastowa chęć ucieczki lub co najmniej przełożenia wizyty. 
Niestety, czasami nie ma wyboru, trzeba opanować demony w głowie, bo ząb napierd… Znaczy się, boli coś w szczęce i potrzebna jest pomoc. 
Do poczekalni dentystycznej w państwowej przychodni nieopodal centrum Wrocławia weszła starsza, nieco zaniedbana pani, podpierając się odrapaną laską, wyraźnie kulejąc.
- Bry, za kim jestem? – Pytanie pozornie pozbawione sensu zawisło znacząco w przestrzeni poczekalni przed gabinetem stomatologicznym. Zamiast udzielić werbalnej odpowiedzi młoda, nieco otyła kobieta w kapeluszu machnęła zrezygnowanym gestem, dając znać, że do tej pory ona właśnie była na końcu kolejki i z chęcią zrzeknie się tej zaszczytnej funkcji.
Dama z laską zaakceptowała fakt, że przed nią do gabinetu wejdzie jeszcze milion osób, więc musi chwilę zaczekać, po czym usiadła na roztelepanym krzesełku (standard NFZ) i zaczęła rozsupływać zaplataną torbę foliową. Czynność ta zajęła jej dłuższą chwilę, ale nie przejęła się tym, jak również nie zwróciła uwagi na to, że bacznie obserwują ją wszyscy zgromadzeni w poczekalni potencjalni pacjenci.
- Pomoże mi pani? - Zwróciła się do kobiety w kapeluszu, która kiwnęła głową, posłusznie sięgnęła ręką do torby i ku swemu zdumieniu wyjęła stamtąd klasyczną małpkę wódki i małą colę.
Starsza pani z lekkim zniecierpliwieniem ponagliła właścicielkę kapelusza.
- No, proszę otworzyć colę. Muszę trochę wypić, bo się nie zmieści. – Upiła łyk napoju o barwie kałuży i podała z powrotem zdziwionej pomocnicy plastikową butelkę. – A teraz tu wlać, tylko ostrożnie.
Kobieta pod kapeluszem miała tak zaskoczony wyraz twarzy, że i karp świąteczny by się nie powstydził, i podobnie jak wspomniany bożonarodzeniowy straceniec, tak ona teraz dramatycznie łapała powietrze podczas precyzyjnego wlewania wódki do coli. Oddała drinka właścicielce, która energicznie zamieszała zawartość, po czym jednym chaustem obaliła połowę i cicho beknęła.
W poczekalni rozległ się dzwonek telefonu, co nieszczęśnicy oczekujący na borowaną egzekucję powitali z radością.
- Haaalo… Nie przyleciała jeszcze, nie wiem… A pewnie siedzi na dupie, ludzka rzecz – powiedział do telefonu młody mężczyzna w czapce z daszkiem. – Mówi, że ma dwie zmiany. No raz ma jakichś starszych, a raz baby sitter, wiesz jak jest. Niby coś konkretnego robi, ale kto ją tam wie. Najważniejsze, że kasę ma i przywozi, bo jakby tylko jeździła i wracała, to od razu bym wykminił, że się kur… - Urwał, czując na sobie baczne spojrzenie całej poczekalni. – Uhm, no właśnie. Wraca za tydzień, to pogadamy, ale na razie się nie opłaca tu pracować. No, ucałuj ciocię, pa.
- Kto następny? – Z gabinetu wychyliła się kobieta w fartuchu. Bez entuzjazmu, ale z pewną dozą determinacji, kobieta w kapeluszu weszła do środka., odprowadzona wzrokiem pełnym podziwu i lęku jednocześnie.
- A ja to rano tylko ugryzłam kabanoska – starsza pani z drinkiem poczuła chęć do zwierzeń – i od razu jebut! Aż wszystkich świętych zobaczyłam! I tylko byle jakie spodnie na dupę założyłam – czknęła dyskretnie – i przyszłam. Nie ma co czekać, aż wypadnie. Ból to taki sygnał, że… No, że coś boli, nie.
Starszy facet w rozpiętej do pępka koszuli, odsłaniającej futro godne niedźwiedzia polarnego i biust teoretycznie męski przytaknął i klepnął się dłonią w udo, zapewne dla dodania sobie animuszu.
- Święte słowa, nie ma co czekać, proszę panią. Ból, wie pani, to ludzka rzecz, nie ma co się bić wiatrakiem. Mnie to kiedyś w plecach tak kur… Zabolało, jak przesunąłem szafkę i malowanie robiłem – wstał, żeby zademonstrować. – O, tutaj – pokazał na miejsce, w którym plecy od ponad 10 cm się tak nie nazywają – i niżej, aż płakałem, proszę panią, jak matkę kocham. I przyszedł sąsiad, on jest kręgarz, proszę panią. I on mnie tak tu naciągnął, tu wyprostował. Tanio, bo to dobry sąsiad, mogę dać pani numer, proszę panią.
- I co, pomogło?
- I to jak! No, jak młody koń byłem albo bóg, albo jeszcze lepiej, jak ten z filmu z mieczami, co bzyczą i się świecą, proszę panią, ten, no, mistrz joga. I wszystko robiłem, remont i jeszcze nawet tak mogłem, proszę panią, głowę zgiąć aż do kolan – faktycznie schylił się, zgiął w pasie, aż coś mu mięsiście chrupnęło w plecach. – Ożesz, kur…
Młody facet siedzący obok przestał gapić się w telefon i pomógł starszemu panu usiąść. Na chwilę zapanowała cisza, aż zza ściany słychać było ciche jęki i odgłosy borowania. Po kilku minutach drzwi gabinetu znowu się otworzyły i ze zbolałą miną wyszła kobieta w kapeluszu. 
- Kto następny? – Spytała znudzona dama w fartuchu.
Młody facet się poderwał.
- Ja ten… Zostawiłem auto na gazie – sapnął i wybiegł.
- No. To chyba ja. – Powiedział mężnie starszy mężczyzna, z lekką zazdrością spoglądając na kobietę z laską, która sprawnie dokończyła drinka. Westchnął cicho i wszedł do środka, a podchmielona kobiecina zaczęła nucić coś skocznego, prawdopodobnie aby nie słyszeć tego, co za chwilę rozlegnie się w gabinecie. 

środa, 5 lipca 2017

odc.206.: PRAWDZIWA WOLNOŚĆ


Tym razem rzecz działa się nie w wielkim city, tylko w Kłodzku malowniczo ulokowanym około 100 km od Wrocławia, blisko chodnika przy ulicy prowadzącej z centrum na osiedle położone na wzgórzu, gdzie pod wielkim drzewem, w krzakach oprócz śmieci różnego rodzaju, koloru i pochodzenia, spoczywało sobie wygodnie, jak na pikniku, delektując się lipcowym słońcem oraz chmielowym napojem dwóch facetów. Młodszy, z fantazyjnie przekręconą tyłem do przodu czapką z daszkiem, w bluzie rozpiętej swobodnie, mocno pobrudzonych skate'owych sztruksach, z kilkudniowym zarostem na twarzy, zaś drugi z kompanów - starszy, mocno zniszczony używaniem życia i tego, czego grzeczne dzieci i młodzież używać nie powinny, w stroju naddartym tu i ówdzie, rozczochrany, wygnieciony, słowem - niejedno w życiu widział i wypił.
Siedzieli swobodnie, nie kryjąc się przed światem, w cieniu drzewa, popijając piwo i gawędząc na różne tematy. 
- I wsiadasz do autobusu... - zachrypiał niewyraźnie młodszy.
- Kasy nie mam, mówiłem...
- No to idziesz na stopa, mówię ci, dobrzy ludzie zawiozą cię, gdzie będziesz chciał. Ja tak robię, kurwa i byłem nad morzem, w górach, gdzie chcesz jedziesz.
- I niby mi tak pomogą za frajer?
- Człowieku, ja ci też pomogę, jeśli ty sam będziesz chciał sobie pomóc, nie. To ja ci pomogę i inni ludzie też. I pojedziesz, gdzie tylko chcesz. 
- To się nazywa prawdziwa wolność...
Zadumali się nad tą myślą, w marzeniach planując wakacyjną podróż, kompletnie ignorując oburzone spojrzenia emerytów kursujących między pobliskim marketem i kościołem oraz mijające ich, wielce zaciekawione dzieci, które dopytywały się ku zakłopotaniu rodziców, dlaczego panowie siedzą w krzakach i czy one też mogą, bo tam chyba jest fajnie.

niedziela, 4 czerwca 2017

odc.205.: W PORZĄDKU


Siły co najmniej herkulesowej potrzeba do otwarcia drzwi wejściowych, prowadzących do pozornie archaicznej instytucji, jaką jest poczta, w tej konkretnej zakurzonej placówce, mieszczącej się na styku wrocławskiego Starego Miasta, Szczepina i Popowic. Prozaicznej więc czynności wkraczania do środka oraz próbom wydostania się na zewnątrz towarzyszą tu nieprzyzwoicie kojarzące się stęknięcia, jęki, okrzyki, prychnięcia i westchnienia, wspomagane przez rozmaite wyrazy nacechowane emocjonalnie, niekiedy niecenzuralne. To nikomu nie poprawia humoru – ani znużonemu do granic możliwości i służbowo obrażonemu personelowi, ani tym bardziej klientom, muszącym odstać swoje w obowiązkowych kolejkach, które tajemniczym sposobem nie znikają od otwarcia do zamknięcia tego sentymentalnie zatrzymanego w czasie przybytku pełnego zrozumiałych w tym miejscu znaczków i kopert, a także mieszanki towarów pasujących bardziej do stoiska wielobranżowego, takich jak na przykład gazet, zabawek, puzzli, słodyczy, napojów, koszulek z patriotycznymi napisami, rajstop, długopisów i wielu innych.
Przypuszczalnie specjalnie drzwi wejściowe obciążono czymś w rodzaju maksymalnie przyblokowanego opóźniacza, żeby wykluczyć ewentualne próby trzaskania nimi, co zapewne niejednemu petentowi przyszło do głowy po wizycie i próbie wykonania prostej czynności, jaką jest na przykład nadanie przesyłki uprzednio opłaconej przez Internet, z wydrukowanym i naklejonym znaczkiem.
- Nie mogę zeskanować – poskarżyła się nieszczęśliwym tonem znużona brunetka w pogniecionej koszuli z logo poczty.
- Na potwierdzeniu nadania jest ten sam kod, prawda? – Zasugerował uprzejmie pogodnie uśmiechnięty młodzian. - To może tam się da?
Pani z okienka łypnęła podejrzliwie okiem.
- Tu też się nie da, bo zamazane. I mokre.
- Wie pani, pada deszcz – młodzian próbował się tłumaczyć i na dowód swych słów potrząsnął mokrym kokiem i nogawkami przykrótkich spodni, aby spłynęły na podłogę pozostałości ulewy, która faktycznie w to wtorkowe popołudnie pieczołowicie umyła Wrocław.
- Czy mimo to można nadać tę przesyłkę? Bardzo mi na tym zależy. Już opłacone…
Okienko westchnęło.
- Wpiszę ręcznie.
- Bardzo pani dziękuję…
Za młodzianem formowała się coraz dłuższa kolejka, pomimo kilku czynnych okienek.
- Teraz kupić znaczek to problem – starsza pani głośno westchnęła i machnęła parasolką w kierunku młodziana – a kiedyś to człowiek przychodził, kupował i komu to przeszkadzało?... O, Marysiu!!!
Wszyscy drgnęli, bo głos starowinki z parasolem sięgnął wysokiego C, aż uszy zabolały.
Młoda kobieta stojąca w kolejce obejrzała i uśmiechnęła.
- A, to pani, dzień dobry.
- Marysiu, a ja myślałam o tobie. Jak się mama czuje?
- Dobrze już, dziękuję.
- Ale była chora przecież – dopytywała się starowinka – nawet sąsiadka mówiła, że w zeszłym tygodniu pogotowie u was było i wszyscy się bardzo martwimy. Bardzo!
- Wszystko już jest w porządku, naprawdę
- Teraz wszyscy albo chorują i umierają w domu, albo gdzieś jadą i tam ktoś ich zabija.
- Proszę się nie martwić, z mamą już dobrze, to nic groźnego.
- Groźnie to było u nas ostatnio na Zielonogórskiej. Widziała pani w nocy, jak spalili śmietnik? A w telewizorze mówią, że nie znamy dnia ani…
- Już wszystko jest w porządku – młoda kobieta ucięła te dociekania. – Teraz moja kolej, do widzenia.
Podeszła do okienka.
- Dostałam SMS, że jest już moja przesyłka do odebrania.
- Dowód perosz.
- Oj, nie wzięłam torebki – wyciągnęła z kieszeni telefon, pogłaskała ekran palcem i pokazała w kierunku okienka. – Ale w SMS nie ma nazwiska, tylko numer przesyłki, to po co dowód?
- Żeby panią zidentyfikować.
- A co ja jestem, zwłoki? – Mruknęła kobieta do siebie. – Nie można bez dowodu? Mam numer przesyłki.
- Jest dowód?
- Nie, ale zaraz wracam – kobieta obrzuciła kolejkę wzrokiem pełnym rezygnacji. – A będę musiała drugi raz stać w kolejce?
- Każdy musi stać w kolejce, chyba że kombatant albo w ciąży.
- Przepraszam – zza regału z czasopismami wyłoniła się bardzo wysoka, niezwykle szczupła i blada dama w kapeluszu. – A ja tylko chcę u państwa nabyć prasę. – Machnęła gazetą i plikiem krzyżówek. – Czy w tym celu również muszę stać w kolejce?
Kolejka prychnęła z różnym stopniem irytacji, a z okienka powtórnie nadano komunikat:
- Każdy musi stać w kolejce, chyba że kombatant albo w ciąży.
Dama pacnęła rzeczoną prasą o stolik, wzbijając tumany kurzu.
- W tym kraju nigdy do niczego nie dojdziemy! – Stęknęła ze złością, siłując się z drzwiami. Na szczęście z pomocą przyszły jej dwie kobiety, które właśnie wygrały walkę z klamką. Towarzyszyły im kilkuletnie dzieci, które natychmiast podbiegły do półki z książeczkami i kolorowankami.
- …mieliśmy jechać w góry albo nad morze. Leon, zostaw to.
- I co? Lenka, odłóż.
- Nad morzem co tam masz za widok? Nic nie widać, bo wszędzie te parawany.
- To nie rozkładaj.
- Leon, zostaw to. Inni mają, to my też, przecież nie po to jadę nad morze, żeby się na mnie obcy ludzie gapili.
- Teraz to nie wiadomo na kogo się trafi. Lenka, odłóż.
- No właśnie a w górach wszędzie daleko i ciągle trzeba chodzić pod górę. Leon, zostaw to. A wy gdzie? Polska czy gdzieś dalej?
- A ja nie wiem czy gdzieś będziemy jechać. Lenka, odłóż.
Młodzian przy okienku odebrał potwierdzenie nadania i sięgnął do kieszeni.
- Przy okazji chcę odebrać przesyłkę, mam tu awizo.
- Poproszę awizo… Pan tu podpisze, tylko wyraźnie.
- Oczywiście, ale przecież pani mnie zna, a nawet potrafi zidentyfikować… - Dodał z uśmiechem, wzbudzając konsternację zgromadzonych, jakby żart nie pasował do skostniałej instytucji lub był źródłem niebezpieczeństwa.
- Ale co pan?...
- Nic, już nic. Wszystko jest w porządku. 

sobota, 15 kwietnia 2017

odc. 204.: DO BÓLU


Każdy ma własny, sprawdzony, przećwiczony przez lata, częściowo skuteczny sposób na wiosenne przygotowania przedświąteczne - na uczestniczenie lub unikanie czegokolwiek z tym związanego. Wedle indywidualnej chęci i potrzeby, bo przecież jedni gorliwie rzucają się na główkę w wir sprzątania, kupowania, potraw w ilości hurtowej gotowania oraz życzeń wysyłania, zaś inni preferują niemrawe spoglądanie w dal lub telewizor albo wyjazd het, z dala od święconki, dyngusowej gorączki i szału zakupów.
Zastanawiające jest, że przed każdymi świętami niezwykłego uroku nabierają właściwie wszystkie rodzaje sklepów, które jak magnes przyciągają klientów, nie wysilając się specjalnie na okazje cenowe, ale angażując zmysły kupujących promocjami akcentującymi świąteczne powinności, takie jak np. „każda porządna pani domu ma…”, „najlepsze święta tylko z…” i tak dalej w tym tonie, wpędzającym w poczucie winy z powodu nieumytych okien tym konkretnym płynem albo nie skorzystania ze sposobności, by bliscy mieli cudowne święta dzięki błyskawicznej pożyczce gotówkowej.
Należy więc się ubrać w coś nowego, ugotować mnóstwo tradycyjnego, zaprosić tego i owego, przystroić świątecznie stół, siebie i dzieci, a następnie jak co roku udawać zainteresowanie opowieściami krewnych, którzy tłumnie zwalają się na głowę, często traktując wielkanocne tournee po rodzinie jako rozgrzewkę przed majowymi długoweekendowymi wycieczkami.
Sprzedawcy zacierają ręce, bo utarg sam pcha się do kasy, choć trudno samemu zadbać o przygotowania, kiedy interes kwitnie, a drzwi się nie zamykają.
Zaledwie kwadrans na piechotę od wrocławskiego Rynku mieści się przyjemna, zielona wiosną dzielnica Szczepin, gdzie malutkie bloki typu punktowce oraz wysokie wieżowce zamieszkują ludzie starsi, młodsi i w średnim wieku, w ciszy typowej dla mniejszego miasta, a jednak niemalże w samym sercu Wrocławia. Tamże właśnie w osiedlowym outlecie odzieżowym, potocznie zwanym lumpeksem (ale nie przy którejkolwiek ze sprzedawczyń, bo reakcją może być skarcenie słowne lub zgromienie wzrokiem) młoda dziewczyna przechodziła swój chrzest bojowy przy kasie fiskalnej, pod bacznym okiem starszej kobiety, szefowej interesu, która długim, chudym palcem stukała w blat w rytm przeboju Donny Summer, lecącego w radiu i cierpliwie tłumaczyła, co się liczy w życiu.
- W życiu, ale czy ty mnie słuchasz, Marzenko? W życiu liczy się moment.
- Tak, pani Janino.
- Na przykład teraz pewnie myślisz, Marzenko, że zaraz zamykamy, za moment właśnie, ale się mylisz.
- Ale przecież za pół godziny będzie szósta?
- Będzie, więc za moment wejdą przymierzacze. Wejdą, nabiorą tyle wieszaków, ile się da udźwignąć i… Czy ty mnie słuchasz, Marzenko?
- Tak, pani Janino. I co zrobią? Ukradną? – Dziewczę przeraziło się na dobre wizją tak okrutnej zbrodni. Starsza pani zaśmiała się z satysfakcją.
- Nie, ale na pewno bałagan zrobią. I szukaj potem, bluzka wepchnięta w pościel, spodnie rurki w dziecięcych śpioszkach, zawsze tak robią. Przymierzają, chowają i wracają za kilka dni jak będzie większa obniżka w promocji.
- Przymierzają na zapas?
- No tak.
- Ale teraz? Przed świętami? Ja to bym musiała dwa numery większe mierzyć, żeby się zmieścić po świętach. Jak matka wszystkiego nagotuje, ciotka swoje wędliny ze wsi przywiezie, babcia ciast napiecze…
- Co racja, to racja, dobrze kombinujesz dziecko. Ale narobią nam tutaj, święta, nie święta. Dlatego jak zamykamy, to trzeba wszystko przepatrzeć, powiesić na miejsce. Jak wejdą, to ja ci ich pokażę i będziesz czekać na… Czy ty mnie słuchasz, Marzenko?
- Tak, pani Janinko. Mam czekać na ten moment, jak będą chować, tak?
- Właśnie, na moment. Bo jak przegapisz, dziecko, to oni to wykorzystają do bólu, a ty potem szukaj do wieczora i płacz, dziewczyno. Zobacz, zaraz przyjdą…
Dziewczyna posłusznie zagapiła się na drzwi wejściowe, jakby były ze złota.
Do środka weszła para nastolatków, którzy zanurkowali w kontenerach z ciuchami, a zaraz za nimi dwie kobiety około czterdziestki.
- Mówiłam, kup mi gazetę, to nie, kupił wszystko oprócz gazety.
- A w tamtym sklepie „Wyborczej” nie dowieźli i sprzedawczyni mówiła, że z dzisiejszych mają tylko „Fakt” i „Super Express”.
- Tego to się nie da czytać przecież.
- Nakręcają głupotami do bólu, a potem tylko przegrywają procesy i odszczekują.
- Czasami coś opowiadałam mężowi i on pyta gdzie to wyczytałam, czy w „Fakcie”, czy w „Super Expresie”.
- A on co czyta?
- Nic nie czyta, telewizję ogląda. A jak odpowiedziałam, że w „Newsweeku”, a może w „Polityce”, to odparł, że się nie spodziewał, że jego żona czyta takie poważne czasopisma…
Tymczasem na zewnątrz wiosna twardo robiła swoje, kwitnąc i podduszając alergików, serwując na zmianę deszcz i słońce.
Kilka przecznic dalej, pod pospołemowskimi delikatesami stało dwóch stałych bywalców, ogorzałych od słońca, woniejących miastem i niejedną przygodą, z butelkami piwa w dłoniach.
- Patrz, kurwa, tamten kupił „Wyborczą”.
- Nie wiedziałem, że ktoś to jeszcze kupuje. Nawet bym się tym nie podtarł…
- To jakiś liberał, kurwa. O, na rower wsiada, mówiłem, kurwa. Kto w deszczu jeździ na rowerze?
- Trzeba być pojebanym - zgodził się kolega, który zapewne od ponad dekady nie ruszył się spod sklepu.
- Może coś wszamamy?
- Jak piję, to nie jem, bo mnie kurwa nie stać. Dlatego nie mam nic na krechę. I tak by mi ta stara nie dała na kredyt.
- Mi też nie daje, kurwa.
- No to nie jemy?
- To zdrowo, mało jeść, nie. Chyba że jestem na imprezie z korytem, wtedy jem ile dają, na zapas i do bólu, żeby wystarczyło na następną najebkę.
Przez chwilę obaj chwiali się w rytmie porywistego wiosennego wiatru umilanego falami delikatnie tnącego atmosferę deszczu, gibiąc się na boki w ciszy, przerywanej okrzykami dzieci grających w piłkę obok sklepu.
Na parkingu przed delikatesami dwóch młodzieńców pakowało zakupy do bagażnika.
- Cholera, przegapiłem jak w biedrze było na wina 20%.
- Teraz to powinieneś pilnować takich promocji na wina, a może na wódki bardziej, bo kto z twoich te wina wypije?
- Prędzej wódkę. I na wędlinę, sery…
- Na wszystko.
- Jutro idziemy na te pierwsze nauki.
- O rany, a ile to potrwa?
- Dwa jebane miesiące.
- A nie da się bez?
- Próbowaliśmy, nawet ojciec poszedł do proboszcza załatwić, ale tyle wydaliśmy na wesele, że już nas nie stać i musimy tam chodzić do bólu… O, przestaje padać, pewnie nad miastem będzie tęcza.
W powietrzu zawirowały płatki z dzikiej wiśni rosnącej przy sklepie, a w krzakach rozćwierkały się wróble, opowiadając światu o czymś przyjemnie pierwotnym, odlotowo przyziemnym i niezwiązanym z promocjami, świętami czy zakupowymi szaleństwami.
A nad miastem faktycznie na moment zawisła tęcza, niepewna czy nikt jej tego nie zabroni, kolorowa i bezczelnie tęczowa, do bólu.

środa, 15 marca 2017

odc.203.: CIĄGLE COŚ


Największe skrzyżowania w metropoliach bywają albo reprezentacyjnie ozdobione znacząco napakowanymi w funkcje i instytucje budynkami, pełnymi ławek skwerami zielonymi oraz możliwościami przesiadkowymi, albo są zaplątane w serpentynowe estakady, obtłuczone murki z podjazdami i schodami lub przejścia podziemne pokryte graffiti w tylu warstwach, że nikt z żyjących nie pamięta już, jaki oryginalny kolor miały te cudeńka architektury. 
Wszystkie te elementy można znaleźć w okolicy wrocławskiego Placu Społecznego, na który surowo spogląda monumentalna bryła Urzędu Wojewódzkiego, nie dorównująca urodzie klasycznej elewacji pobliskiego Muzeum Narodowego, które jakiś czas temu weszło w symbiozę wizualną z pokrywającym je bluszczem, z korzyścią estetyczną dla obu stron. Nitki komunikacji miejskiej przecinają ów plac jak pajęczyna wyprodukowana na niezłej bani, wnikając w miasto stanowczo i z domieszką chaosu miejskiego. Tramwaje mkną pod betonowymi konstrukcjami, na których kierowcy autobusów i samochodów solidarnie (sic!) przeklinają korki, a piesi i rowerzyści gubią się w gąszczu przejść. Nieopodal wybrzeża Odry, blisko Impartu, rozsiadło się wielkie wesołe miasteczko, z karuzelami, światełkami, autkami, diabelskim młynem i obłędnie piskliwą muzyczką, które wbrew swojej nazwie wygląda na mocno przygnębione śladową frekwencją i nikłą szansą na odzyskanie dawnej atrakcyjności. Dużo większą popularnością cieszą się zmieniające często lokalizacje foodtrucki, które skutecznie polują na zgłodniałych przechodniów, a kiedy tylko pierwsze wiosenne słońce nieśmiało wyjrzy zza smogu, kuszą leżakami i możliwością spożycia modnego posiłku w warunkach spartańskich, na stoliku z palet, ale za to z szansą na zdobycie lajków za selfie z bułą na tle błotnistych skwerków, co z powodzeniem przyciąga studentów, turystów i miłośników jedzenia w pozycji co najmniej niewygodnej.
Pomimo sporej ilości przecinających się w tym miejscu tras tramwajowych i autobusowych, na przystanku przy Urzędzie Grunwaldzkim zazwyczaj nie ma tłumów, być może ze względu na bliskość city, do którego jest stąd kilka minut spacerem, przez Park Słowackiego lub bulwarem nad Odrą, z widokiem na Bibliotekę Uniwersytecką.
- Nie wiem, kiedy się będą przeprowadzać – powiedziała do telefonu kobieta w makijażu bliskim charakteryzacji do filmu o szalonych klaunach. Obrażony ton poparła pstryknięciem zapalniczki i nie zwracając uwagi na syknięcie młodych ludzi stojących tuż obok niej na przystanku tramwajowym w stronę Mostu Grunwaldzkiego, dreptała na obcasach tam i z powrotem, okadzając wiatę nikotyną.
- Tu noga złamana, tu kaszanka zaszkodziła, a teraz ona mówi, że nie chce go znać, bo zobaczyła jakieś zdjęcie. No wiesz, selfie. Nie ona, tylko on sobie zrobił. Na imprezie jakiejś, NIE z nią, tylko z inną, rozumiesz. I ciągle coś. No, to pa.
Telefon schowała do torebki, niedopałek zgniotła obcasem, przysiadła na ławce. 
- A od dawna robisz jako modelka?
Kobietę z makijażem aż poderwało na myśl o takiej karierze, ale okazało się, że pytanie nie było skierowane do niej, tylko do młodej, prześlicznej dziewczyny, która usiadła obok niej. Zadał je chłopiec, który zapewne nigdy nie zostanie atletą, ale w cuglach wygrałby konkurs na naśladowanie stylu opadającego liścia. 
Jeżeli na świecie nie ma jeszcze lekarza specjalizującego się w leczeniu dolegliwości spowodowanych obnażaniem kostek niezależnie od pory roku i warunków pogodowych, to warto się zastanowić nad wyborem takiej specjalizacji, bo sadząc po ilości za krótkich lub podwiniętych spodni wśród młodych ludzi, wkrótce stanie się to dochodowe. 
Młodziutka modelka miała wielkie ciemne okulary, niesamowicie puszyste kasztanowe włosy, długie i lśniące, cerę nieskazitelnie budzącą zazdrość każdej normalnej dorosłej kobiety oraz figurę, której kontur był nonszalancko zarysowany dobranymi spodniami, płaszczykiem i zgrabnymi trampkami. 
- No, ile miałaś lat jak zaczynałaś? – Młodzieniec nie odpuszczał.
- Jakieś 14, to było 3 lata temu – dziewczyna rozciągała leniwie głoski jak gumę do żucia, choć jej dykcji nie można było nic zarzucić. 
- I sama sobie robiłaś zdjęcia?
- Modeling to nie jakieś głupie selfie – odparła pobłażliwie – nie myśl sobie. To ciągła praca nad sobą, nad wyglądem, włosy, twarz, ciągle coś. Najpierw kuzynka mi zrobiła, bo jest full pro fotografem i stylistką. No a potem miałam portfolio i mogłam się zgłaszać na castingi. Założyłam stronę…
- A nie bałaś się psycholi?
- Najpierw chodziłam z koleżanką, ale potem się pokłóciłyśmy, bo była zazdrosna i teraz pracuję sama – w głosie dziewczyny przebijał się gorzki ton doświadczonej profesjonalistki, dziwnie kontrastujący z jej anielskim wyglądem.
- A mama ci pozwoliła? – Walnął chłopak z grubej rury, z niedowierzaniem.
- Mama nic nie wiedziała, coś ty. Mówiłam jej, że to projekt na lekcje. Człowieku, wszystko miałam przemyślane, bo bez planu człowiek byłby w dupie. A wiesz, raz trafiłam na psychola.
Chłopak się zaciekawił, kobieta siedząca obok również, choć makijaż skutecznie maskował emocje.
Dziewczyna mimo to nie ściszyła głosu.
- Czekał aż się przebiorę do zdjęć w drugim pomieszczeniu, obok. I jak weszłam, to był nagi. Cały, nawet tego, no wiesz, miał na wierzchu. Na szczęście byłam z koleżanką, zagroziłyśmy policją i nas wypuścił.
- O kurwa – chłopiec rozdziawił buzię tkniętą puchem, który za dekadę będzie zarostem.
- Był też taki drugi, co mnie śledził, bo ja mu napisałam, że odwołuję i poszłam do galerii na szoping, a on odpisał, że jestem śliczna jak robię zakupy i wiedział gdzie.
- Taki chuj – podziw chłopca był coraz większy.
- Teraz zawsze jestem z kimś, bo wiesz, ciągle coś – dziewczyna westchnęła i odgarnęła włosy z czoła gestem divy z dwudziestolecia międzywojennego.
Kobiecie z makijażem zatelepała się torebka, w której telefon wesolutko nucił melodię z discopolowego przeboju o tym, która chciała, a która i nie, a może o tym, kto kogo i dlaczego - kto to wie?
- No właśnie, dzwoniłam do ciebie – powiedziała kobieta triumfująco. – No wiem, ciągle coś. A ty wiesz, że mąż Natalii jest w szpitalu? Nie wiedzą co mu jest. Słuchaj, bo ona go zapisała na siłownię. Nie, ani za gruby, ani za chudy, taki w sobie niepozorny. Ona chciała, żeby on chodził na siłownię, żeby mogła mówić, że wiesz, zdrowy tryb, kiełki, dupełki, stringi, feng szuje i … No właśnie. I on tam na tej siłowni poznał trenera, co mu jakieś te odżywki kazał pić. Kupę kasy wydali na karnet, odżywki i pojechał w delegację z pracy. A tam go zabrało pogotowie, bo jak zemdlał, to myśleli, że zapił, ale nie. Teraz jest tutaj w szpitalu i lekarze pytają co on pił, bo ma fatalne wyniki, FATALNE. I Natalia wyobraź sobie poszła do tej siłowni, bo trener nie odbiera telefonu, a on zniknął i nikt nie wie co było w tych odżywkach. No właśnie, może jakieś narkotyki. Nie dość, ze w zeszłym roku z tymi szybami popłynęli, mało że córka wagaruje, to teraz jeszcze ten szpital i nie wiadomo co gorsze, jak ciągle coś. Lecę, bo mój jedzie.
Popędziła do tramwaju, a milcząca przez cały ten monolog dziewczyna zdjęła ciemne okulary i prychnęła lekceważąco.
- Też mi zdrowy tryb życia…
- No, ja to bym nigdy na jakąś siłownię nie szedł – przytaknął chłopak.
- Bez sensu te odżywki. Ja nic nie jem i żyję, wyglądam świetnie i zarabiam, bo taki mam plan na siebie…

piątek, 24 lutego 2017

odc. 202.: NA WCZORAJ



Koniec zimy, która wbrew zapowiedziom niektórych prognostów mimo wszystko nadeszła i była obecna jakiś czas, ale nie spełniła gróźb wynikających z miana „zimy stulecia”, dał się odczuć w city dzięki huraganowym wiatrom, które ganiają po mieście przechodniów z wywijającymi się na wszystkie strony parasolami i uciekającymi szalikami, turlają kolejnymi ostrymi powiewami śmieci, często środkiem drogi między pędzącymi autami i rowerzystami w maseczkach antysmogowych, a także regularnie uderzają deszczem i zamarzającym złem w okna oraz twarze mieszkańców.
Od czasu do czasu spomiędzy chmur gnanych jak owce po hali wyjrzy słońce, ostre i zdecydowane ocieplić łyse drzewa i krzaki, kiełkujące trawniki z organicznymi ozdobami rozmaitego pochodzenia i treści żołądkowej. Promienie światła leniwie omiatają zmarznięte ulice, chodniki zaskoczone ociepleniem powietrza o 10-15 stopni, a także ludzi, którzy w różnym tempie przystosowują się do zmian w aurze, co skutkuje tym, że zimowe kurtki puchowe mijają się w warzywniaku czy monopolowym z kusymi spódniczkami, a trampki niechcący nadeptują w autobusie na stopy obute w kozaki. Według kalendarza pod koniec lutego jest zima, ale mimo wiatru i sporadycznych opadów robi się coraz cieplej, głównie ze względu na zmiany klimatyczne, które nijak nie chcą odpowiadać teoriom zwolenników faktów alternatywnych.
Na ławce przy boisku szkolnym na granicy Starego Miasta i Szczepina, łączącym miejsce do gry w piłkę nożną z koszykówką, ze względu na obecność bramki oraz kosza, siedziało rozbawione towarzystwo w wieku postgimnazjalnym. Młode buzie dziewczyn były pieczołowicie pokryte makijażem, co skutecznie niwelowało młodzieńczy urok, zaś chłopcy dumnie prezentowali światu swoje świeżo zapuszczone wątłe brody, co wyglądało, jakby młodzi mnisi zerwali się na chwilę z zajęć, by między jednym a drugim różańcem zająć się godowym tańcem.
Żadne z nich nie kwapiło się do skorzystania z piłki do koszykówki, którą niemrawo turlali między sobą. Przysiedli na ławce, palili papierosy i gawędzili.
- Nie można powiedzieć, żeby nas wczoraj poniósł melanż – zaśmiała się jedna z dziewczyn, mrużąc mocno pomalowane oczy. Jedną ręką grzebała w torebce.
- No, a widziałaś te kafle?
- Paździerz, a ona sama tam mieszka?
- Mówiła, że z jakimś gościem, ale nikt go nie widział.
- I żeby te żurawinowe Reddsy podać, to już naprawdę bieda – skwitowała dziewczyna w jasnych spodniach i gołych kostkach, które świtały znad trampek na koturnie.
- Muszę już iść. – Ta z torebką podniosła się, a towarzyszący jej chłopak pstryknął niedopałkiem na błotnisty trawnik.
- Czekaj, pójdę z tobą. A idziesz się uczyć?
- Nie, jak myślę o sesji, że tam wszystko jest na wczoraj, to mnie osłabia, kurwa.
- I co, uczysz się wtedy?
- Nie, dzwonię do Kaśki, bo ona zawsze mi opowiada, że jeszcze się nic nie uczyła albo że ma poprawkę. I od razu mi jakoś lepiej. No pa, narka.
Dwie dziewczyny i jeden chłopak oddalili się, a na boisku została ich koleżanka oraz drugi chłopak, który nie wiedział co ma zrobić z rękami, więc najpierw skubał rękaw kurtki, a potem zapalił kolejnego papierosa, zdejmując przy tym kaptur z głowy i odsłaniając wielkiego sińca na czole.
Dziewczyna przyjrzała się uważnie koledze.
- Co ci się stało?
- A, nie powiem, bo będziesz na mnie krzyczeć.
- Ej, czy ja kiedyś na ciebie krzyczałam?
- Ostatnio jak jebnąłem tamtemu gnojowi…
- To była inna historia, powiedz, no.
- A to u nas, wczoraj, stałem spokojnie po robocie, ostro robiliśmy, bo szef kazał na wczoraj i nagle leszczu podchodzi i mówi, żebym spierdalał.
- Kto?
- A taki jeden, szef mówi o nim, że to morderca z baraku i zawsze mu odbija, jak wiatr wieje tak mocno.
- I co?
- Nie chciałem kłopotów, bo znowu będzie zjebka i kurator się wkurwi, ale gostek jebnął mi z kastetu i musiałem oddać.
- I co?
- Wybiłem mu zęba i ma dzisiaj wrócić. Powiem mu, żeby sobie wsadził, a szef mnie poparł, bo robiliśmy dobrze na wczoraj.
- Tylko uważaj, bo za tydzień mamy iść na wesele, żebyś wyglądał jakoś. Wiosna zaraz…

środa, 1 lutego 2017

odc. 201.: RĘCE OPADAJĄ


Zimowe oblicze miasta ubogo i niechlujnie prezentuje się w city, gdzie sól, której z uporem maniaka służby miejskie, ciecie i rozmaici nadgorliwcy systematycznie używają do zasypywania chodników i dróg, wnika w przestrzeń i niszczy nie tylko potencjalne zaspy śniegu, zwały lodu oraz inne miłe dla oka mroźne efekty specjalne. W rezultacie mokra, zimna, brudna breja molestuje obuwie, sięgając niekiedy do kostek i ochlapując przechodniów z kałuż, na które niestety często nie zwracają uwagi kierowcy samochodów oraz autobusów miejskich. Na szczęście istnieją we Wrocławiu miejsca piękne zimową porą, enklawy brutalnego uroku z naszkicowanymi mrozem śnieżnobiałymi gałązkami, nietkniętymi ludzką stopą ni spalinową odśnieżarką zaspami, zastygnięte w zamarzniętym nieruchomym pięknie, jakby brały udział w plenerowym mannequin challenge. Wystarczy minąć Pasaż Grunwaldzki i pomknąć tramwajem lub czymkolwiek innym w stronę Parku Szczytnickiego albo dowolnie wybranego z wielu wrocławskich skupisk zieleni, które ostały się jeszcze, pomimo zamiłowania gatunku ludzkiego do smrodliwych pojazdów na czterech kółkach oraz wycinania drzew, czynności popularnej w czasach dobrej zmiany, połączonej ze strzelaniem do fauny ginącej, ścigania osobników płci każdej, legalnie manifestujących poglądy - ale o tym kiedy indziej.
- Nie chcesz dzisiaj wyjść? ALE NA PEWNO? I CO, TAK W DOMU?... – Dopytywał przez telefon młodzieniec, coraz głośniej, bo przejeżdżające w pobliżu auta nie sprzyjały cichej pogawędce. Cienka kurteczka, czapka czołgisty ZSRR, wielobarwny szalik, musztardowe kuse spodnie, gołe kostki, na widok których myśli zamarzają, wiosenne trampeczki i niemrawy zarost czyniły go typowym przedstawicielem współczesnej młodzieży w wieku studenckim. Jego kompan ubrany był zastanawiająco podobnie, jakby obowiązywał ich dress code z jakiegoś tajnego klubu, nakazującego członkom narażanie kończyn dolnych na odmrożenie.
Na przystanku komunikacji miejskiej przy ulicy Kochanowskiego, tuż obok ściany zieleni, ale z towarzyszeniem huku aut, nowocześnie łączącym autobusowy z tramwajowym, z nieśmiertelnym kioskiem z prasą, przekąskami, napojami, wyrobami nikotynowymi i odrapaną wiatą, śnieg przebywał w postaci szaroburych i brązowawych kopczyków, upchanych po kątach, a także świeżej warstewki, która radośnie przyprószyła miasto przed południem i nadal nadciągała nieregularnymi falami, w miarę jak nad miasto napływały kolejne ołowiane chmury. Wraz z wiatrem nasilał się przenikliwy ziąb, który kłócił się z gołymi kostkami młodzieńców oraz dziewcząt stojących pod wiatą, tuż obok kobiet odzianych w wielgachne futra, zapewne sprzed kilku dekad, podobnie jak właścicielki.
- A, Netlixa oglądasz, no kumam. Ale wiesz, może jednak? WIEM, ŻE JEST SMOG, PRZECIEŻ NIE NA SPACER, TYLKO DO LOKALU. Bym wziął. Ciebie. – Dukał po jednym słowie, bo zęby zaczęły znacząco szczękać o siebie. Kolega łypnął okiem spod swojej czapki i prychnął.
- No dobra. To pa, będę dzwonił. – Rozłączył się. – No ręce opadają.
- Zmieniłeś się stary. W swojego ojca się zmieniłeś.
- Pierdolisz, sam miękniesz jak cipa jak ta twoja do Ciebie dzwoni. Tiu tiu i jak plastelina jesteś.
- Mówię, jak jest. Nie oceniam, kurwa, tylko stwierdzam fakt.
- Kiedyś bym ją pewnie ostro przeruchał na drugiej randce. Ale wiesz, teraz chcę głębokiej relacji. Z matką mnie pozna, z ojcem, z siostrą, może wreszcie coś będzie na dłużej niż dwa tygodnie. – Chłopak westchnął, jakby bagaż doświadczeń kilkudziesięciu lat obciążał mu barki i myśli, gdy w rzeczywistości wąs ledwo mu się sypał pod nosem. - Może masz rację, zmieniłem się…
- A pamiętasz, jak obracałeś na promie tę dziwkę z Norwegii?
- Chciała brać ślub, pamiętam, kurwa. A czy ja wyglądam na służbistę?
- Na artystę raczej, nie służbistę.
Wybuchnęli śmiechem, przerywanym kaszlem oskrzelowym zza obydwu kolorowych szalików.
Wesoło było również dziewczętom pod wiatą, podskakującym z zimna, podobnie jak chłopcy błyskając gołymi kostkami znad półkozaczków.
- …no i teraz mam szlaban na alkohol.
- Od kiedy?
- No odkąd tak mi się niechcący cofnęło przy rodzicach jak wróciłam.
- Przejebane, a myślałam, że nic, bo nie było widać.
- Po mnie nie widać jak się nie odzywam. Po moim kuzynie zawsze można poznać, bo robi się niemiły. Matka wyszła do przedpokoju, było późno, on zjebał jej piżamę i wtedy puściłam pawia.
Wzrok kobiety w futrze zgasił dalszą część młodocianej wymiany zdań i dziewczęta zatopiły się w telefonie jednej z nich. Jedna z kobiet zerknęła na tablicę z wyświetlonymi godzinami odjazdu kolejnych środków transportu publicznego.
- Zaraz będzie. Albo wsiądziemy w inny i zaraz się przesiądziemy, ale ogrzejemy się przynajmniej na sekundę.
- Jezusie jak zimno.
- Masz naklejkę WOŚP, byłaś?
- Nie, to z zeszłego roku, ale nie ściągam, żeby się odczepili.
- No, ja w tym roku poszłam z dziećmi na plac Nowy Targ.
- Jak było?
- Jakieś koncerty, hałas, pełno śniegu, ludzi, wszędzie ci z puszkami, jakieś stare auta i mój zwariował, poleciał tam i z synem pół godziny siedzieli, nie mogłam ich odciągnąć, motory jakieś, gry i zwariować można.
- No, wszystko dla tych ludzi tam zrobili.
- Ręce opadają.

środa, 11 stycznia 2017

Bez szufladek w archiwum GADKI kłopot gotowy

Noworoczne wyprzedaże jak co roku pozwalają na chwilę wytchnienia między mroźnym marszem do spożywczego a rundką po okolicznych lumpeksach, gdyż sprzyjają temu ceny z okazji okazji, promocji i rozprzedaży (czymkolwiek by nie były, kojarzą się z wyuzdanymi i rozpasanymi erotycznie wyprzedażami, czyż nie?).
Młodsi szukają czegoś wyjątkowego, a starsi czegokolwiek, na co ich stać, łącznie z możliwością otworzenia ust do kogoś innego niż odbicie w lustrze. 
Dziwnym trafem najstarsze odcinki cyklu z docinkami układają się zgodnie, wspólnie i w porozumieniu, parami lub w trójkąty, jak zawsze mające na celu wyłącznie relaks. Poniższe mają prawie 3 lata, choć dotąd publikowane były w szczątkowych wersjach.

Gadka w city odc.13: BEZ SZUFLADEK



- Patrz, szafka. Fajna, ale dziwna. Jak dla pojebanych, ani wzoru żadnego, ani koloru. Ale w końcu  to dla teściowej... Miśku, a biała pasuje? – Kobieta w fioletowym jaskrawym dresie przysiadła na jednym z krzeseł z ekspozycji sklepu meblowego na poziomie -1 w Domarze. Postukała nerwowo w wielki telefon w obudowie z cekinkami i zapatrzyła się na niewielką komódkę.
- Nie wiem.
– To dla twojej matki, nie mojej, to kto ma wiedzieć, Miśku?
- Ona wie. Nie ja. Nie trzeba było odbierać telefonu.
- Jak raz nie odbiorę to będzie tysiąc lat gadania, Miśku. Co chce twoja matka? Wolałabym coś bardziej… trendi, no, bardziej takiego jak wiesz, bo lepiej coś, co nie wszyscy mają. Ale twoja mama prosiła, żeby to było coś… Pamiętasz, Miśku?
- Nie.
- Bez szufladek, lita przestrzeń, no przecież mówiła kilka razy, Miśku.
Dres lila róż pani w typie 50+ pasował do właścicielki zapatrzonej w komódkę, jak słonica do małego Fiata, ale nosiła tę garderobę z dumą i wprawą. Precyzyjnie dobrane kolorystycznie trampki w kształcie szpilek, stały hit sklepów sportowych, pasowały do torebki barwy biskupiej w rozmiarze dobranym pod wystającego z niej pieska z różową kokardką. Całość wizerunku znakomicie uzupełniała twarz wskazująca na regularne nadużywanie solarium. Pani, nie pieska.
- Ochujałaś chyba.
- Co mówisz, Miśku? Nie podoba ci się?
-To ma szuflady. – Towarzyszący pani w dresie mężczyzna postury kilkupiętrowego biurowca (również w dresie i – słowo honoru – ze złotym łańcuchem na karku) nie był, zdaje się, fanem tego rodzaju mebli, czemu dał wyraz, chrząkając z dezaprobatą.
- A, o to mi chodziło. Nie wiedziałam co mi w tym nie gra, a to te szuflady. Miała być bez szuflad, Miśku. – Prosiaczkowata w barwie kobieta podniosła się ze stęknięciem, jakby właśnie wychodziła po treningu.
Spomiędzy półek wyjrzała nieśmiało twarz młodzieńca z obsługi sklepu, ale widok łańcucha ciasno opinającego byczy kark z trudem mieszczącego się w dresie natychmiast spowodował, że młody człowiek zmienił zdanie i nie zaproponował, że w czymś mógłby pomóc.
Piesek spojrzał na ukrywającego się nieudolnie sprzedawcę wzrokiem dość pogardliwym, po czym fuknął i schował się do torebki. Jego właścicielka ciężko oparła się o szafkę obok, a ta zatrzeszczała.
– To chodź tam, do windy, Miśku, bo mi nogi odpadną.
- Nic tu nie ma, po chu…steczki przyjechaliśmy.
- Zwariowałeś, sam se szukaj – zdenerwowała się i wyjęła z torebki fukającego pieska. – Moja Niunia musi się wysiusiać, prawda? – Zasepleniła do Niuni, która przyjmowała te względy ze wzgardą. – Sisiu sisiu. Nie do tolebki, prawda? Miśku, a może kupimy od razu ten stojak do kominka? Na pogrzebacz?
Złoty łańcuch błysnął, gdy mężczyzna odwrócił się i ruszył w stronę windy.
- Wyślemy kogoś. Bierz tego szczura i jedziemy, interesy mam dzisiaj. A jak mi naszcza do auta to zabiję jak psa.

Gadka w city odc.14: KŁOPOT GOTOWY


- A witam, witam. Co pani tak tu się chowa? W głowie się pomieszało, słyszałam? Dawno pani nie widziałam, pani rzadko wychodzi, słyszałam?
- Co? Co pani sąsiadka słyszała i od kogo? – Spytała niezbyt uprzejmie szczupła staruszka w rodzaju tych zasuszonych, z godnością cesarzowej, prychając na taką zaczepkę jak poirytowana kotka. Za nią przystanęła grubawa rówieśniczka, odziana w płaszcz koloru kałuży i spojrzała na półki z ozdobami, bibelotami, durnostojkami i uroczymi drobiazgami, które gromadzą się w mieszkaniach latami, przyciągając tony kurzu, wspomnień, spojrzeń i zapachów.
- A to wie pani, jacy są ludzie, ale ja to nie słucham tego, nie słucham, ja to tylko z… Troski – sapnęła z triumfem, odnajdując właściwe słowo wytrych. – Z troską, z sercem na widelcu, pani kochana sąsiadko, dzień dobry.
– Dzień dobry. Oglądam, prezentu dla synowej szukam.
Tęga staruszka omiotła półki wzrokiem, nie słysząc odpowiedzi.
- Tak, tak, ja też oglądam. Tak leje, że człowiek wchodzi tu, żeby się ogrzać, co? A gdzieś trzeba spacerować, lekarz kazał. Od rana leku na serce szukałam, już całe miasto zleciałam, wie pani, mam nadciśnienie i ledwo chodzę, nogi puchną. Ledwo człowiek z domu się ruszy, to już nogami powłóczy…
- A jednak całe miasto obleciane – mruknęła cesarzowa, odwracając się z powrotem w stronę półek.
- No, bo taka drożyzna w tych aptekach, ale wiadomo, kryzys. A spacerować trzeba, tak, tak… A co pani ogląda? Dla synowej, to kłopot wielki, zmartwienie takie, czy się spodoba, czy się nie obrazi? Pani chora była, słyszałam?
- Przeziębiłam się i miałam katar – ucięła szczupła – i przeżyłam, jak widać. O, a to ładne, jak by z secesji, ciekawe po ile to – wzięła z półki małe pozłacane kaczki wspierające metalowy świecznik i rozejrzała się za jakimś sprzedawcą, ale akurat nikogo nie było w pobliżu.
Gruba machnęła ręką.
- A, to drogie na pewno. A po co to pani, to ciężkie, kurzy się.
- Żeby mi gazety ze stołu nie frunęły, jak się przeciąg zrobi. Albo synowej. Też lubi czytać gazety.
- A, gazety. A to wie pani, ja już nie czytam, bo oczy mnie bolą. Ciągle mrużę, a lekarz mówi, żeby nie mrużyć. A ksiądz mówił w niedzielę, że w tych gazetach kłamią, to i po co oczy męczyć, wie pani.
- Nie wiem, nie męczę się czytaniem, bo nie słucham księdza. Bez męki mi lepiej, wolę poczytać. Muszę się dowiedzieć o cenę, pani wybaczy, do widzenia.
- A do widzenia, do widzenia, a na co to komu, a po co, a kłopot tylko gotowy…. – Mamrotała kobiecina do siebie, z przyzwyczajenia, pośród mebli ze sklejki, świątecznych ozdób w promocji i wykładzin w autka.

wtorek, 10 stycznia 2017

Z archiwum GADKI W CITY: lans miejski w 3 odsłonach

Dobry lans to podstawa miejskiej egzystencji u niektórych przedstawicieli ludzkiego gatunku. Akceptacja w grupie lub własnej głowie to szczytny cel i aby go osiągnąć, wskazane są odpowiednie fryzury, barwy wojenne zwane makijażem, a także strój adekwatny do sytuacji. Poza tym dbanie o siebie to niezła opcja na poprawę nastroju o tej porze roku.
Wobec tego maseczki na twarz, lakier na paznokcie i zapraszam do relaksującej lektury. Jeszcze ciepłe, z archiwum, po lekkiej stylizacji i drzemce dla urody, odcinki 10, 11 i 12.

Gadka w city odc. 10: SKROMNY PREZENT


Dwie fryzjerki z trwałymi godnie reprezentującymi główny profil działalności niewielkiego salonu urody i zabiegów rozmaitych z ciałem związanych, mieszczącego się na wrocławskim Szczepinie, zasiadły z kubkami parującej, aromatycznej kawy i szeptały w kącie salonu, co chwilę podnosząc głos, uciszając się nawzajem i klnąc jak bosman co najmniej. Młodsza o dekadę lub dwie trzecia dziewczyna z naturalnie jasnymi włosami, o policzkach rumianych jak dojrzały owoc i posturze podobnie apetycznej, w kuszącym fartuszku fryzjerskim, strzygła uszami w kierunku koleżanek z salonu, ale nie mogła uczestniczyć w pogawędce być może służbowej, bo miała akurat klientkę, której ścinała, farbowała i upinała włosy, parzyła kawę, podawała telefon, wysłuchiwała tyrad pouczająco-moralizatorskich. Generalnie od ponad 2 godzin tkwiła przy tej kobiecie i miała serdecznie dość uszczypliwych uwag. Bardzo chciała usłyszeć, o czym mówią koleżanki, co nieco rozpraszało koncentrację na tym, które pasemko ma być jaśniejsze, a które wpadać w ciemniejszy ton.
- …że niby koc to za mało, focha będzie miała albo gorzej i obrazi się…
-… ja chciałam kupić kosz…
-…kosmetyczka taka z kremami, próbkami, chujami, ale jak ma, to ma, efektów nie widać, bo ryj ma jak z dupy świni…
-…i wychodzi na to, że się wszystkie złożyły, a teraz ta pinda mówi…
Zadzwonił telefon, ale personel starszy stażem był zajęty rozmową, żadna nie przejawiła chęci do odebrania.
- Przepraszam panią, odbiorę i zaraz wracam – najmłodsza fryzjerka z ulgą odłożyła nożyczki i popędziła do telefonu.
- Tak, słucham, salon… - Zakryła słuchawkę i scenicznym szeptem syknęła do koleżanek, zawzięcie dyskutujących nieopodal – ja się drugi raz nie składam, pierdolę taki interes i włażenie w dupę. Szefowa niech sobie sama kupuje prezenty, może jeszcze kurwa wycieczkę na Karaiby jej kupcie, kurwa, mówiłam, że ten kosz z owocami spoko albo kosmetyki z mydlarni też spoko, skromny prezent. No zwariowałyście chyba, a jak szefowa ma focha, to ja jej kurwa w dupę maszynkę włożę i suszarką popchnę, to wreszcie pójdzie na tę emeryturę, a wy zagryziecie się o jej stołek!
W salonie na moment zapanowała rzadko spotykana tu cisza, z lekkimi akcentami pstrykającej, bzyczącej w tle świetlówki, o którą z uporem obijała się oszołomiona, tłusta mucha.
- Tak, słucham pana, przepraszam. Co? Coś szumi, powtórzy… Nie, to damski salon, panów nie obsługujemy.

Gadka w city odc.11: KARTON LANSU



- Jakim cudem stać cię na normalne fajki? – Pytanie było skierowane do świeżo wystrzyżonej, uczesanej, natapirowanej modnie dziewczyny w zielonym szaliku, wyraźnie kojarzącym się z kibicami wrocławskiej drużyny. Jej towarzysze w zielonych bluzach, czapkach i szalikach zarechotali, przytupując z zimna na przystanku tramwajowym. Zagadnięta zaciągnęła się papierosem i wzruszyła ramionami tak cienkimi, że studenci anatomii byliby zdumieni precyzją, z jaką ewolucja je udoskonaliła, by raczyły sobie radzić mając do dyspozycji mięśnie w postaci szczątkowej.
- Z normalnych chyba tylko bez filtra jeszcze mają cenę, taką kurwa do przyjęcia. Reszta kurewsko dużo kasy kosztuje, w chuj.
- Drogie są, kurwa dobre, no.
- Nie tylko mam normalne, to na dodatek, kurwa Marlboro. – Kandydatka na modelkę dla patologów rzuciła niedopałek na ziemię. – Dobry lans to dobra fajka. Nie wierzcie nikomu, kto kręci z tytoniu, leszcze.
Zaśmiali się wszyscy, najwyraźniej złotousta wzbudzała podziw głębią uwag o życiu.
- Kurwa, skąd masz? – Jeden z jej towarzyszy wyraźnie się zirytował. – Jak one w chuj kosztują, to skąd niby masz, nie pierdol.
- Skąd masz tyle siana, ja pierdolę. – Inni towarzysze również zgłaszali wątpliwości, co nieco nadszarpnęło wizerunek królowej, więc natychmiast zaprotestowała, godnie się prostując.
- Z akademików załatwiam, karton z paczkami po 8 zeta, kurwa. Jakby ktoś chciał, to załatwię, nie pierdol mi tu, że pierdolę, kurwa. Dobry lans mam, kurwa. Zobaczycie, że warto było czekać jak robiłam włosy.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
- Ty, sorry, nie. Kurwa, daj fajkę, nie, bo ten jebany tramwaj nie jedzie i czekamy jak te, no. Po osiem, ja pierdolę.

Gadka w city odc. 12: KOLORY FLAMENCO



Drzwi salonu kosmetyczno-fryzjerskiego brzdęknęły analogowo tradycyjnym dzwoneczkiem, gdy łysy tramwajarz mieszkający w pobliskim wieżowcu, niespodziewanie kończącym adresy kwalifikujące się do wrocławskiego Starego Miasta, wszedł do środka. Obok lady postawił małą suczkę z kokardką na podłodze i stwierdził, że dzisiaj to się nie godzi psa na zewnątrz wyrzucać.
- Ale ja musiałem, tak, tak, musiałem przyjść, bo ja po farbę jadę. Taka szara, taka dobra, tak, tak. Tanio będzie, bo ja załatwiam, tak, tak.
Fryzjerka z lokiem w eksperymentalnym kolorze cappuccino wyjrzała niemrawo zza kotary oddzielającej jej kącik socjalny, zawierający ekspres do kawy, stolik i krzesło, od reszty salonu.
- Co pan znowu wymyślił? Szefowej trzeba pytać. Jaką farbę? – Spytała bez entuzjazmu.
- Farbę, farbę, taka tu będzie pasować, jasna taka, szara, pasuje do tej, o, tu czerwonej, na kontrast panie pójdą, ja załatwię, taniutko będzie.
- No, ja nie wiem. My tu malowałyśmy kilka miesięcy temu, kolory flamenco. Szefowej trzeba pytać.
- Co? Czego?
- Wiosną malowałyśmy – kosmetyczka, która właśnie robiła klientce manicure odezwała się spokojnie, nie podnosząc wzroku znad precyzyjnego odsuwania skórek i natłuszczania ich oliwką. – Ładnie jeszcze jest. Chyba, że więcej kolorów flamenco pan znajdzie.
- Flamę?... Ale jaka to? Flamenco? – Trochę się zdziwił i zapatrzył na kosmetyczkę, młodą dziewczynę o urodzie blond piersiastej. – Do tego tu? Czy do tej szarej?
- W sumie to ja nie wiem, szefowej trzeba pytać. A gdzie pan tę tanią farbę znalazł?
- Zna się ludzi, wie pani, jak to jest. Tyle lat jeżdżę, to znam. Nie chcę się chwalić, ale znam dużo ludzi i mi mówią, wie pani – sąsiad wypiął wątłą klatę, piesek szczeknął krótko, jakby na potwierdzenie słów pana. Od lat jest motorniczym, typ społecznika, zasiada w radzie osiedla. Często zdarza mu się proponować, że coś będzie załatwiał, porozmawia w czyjejś sprawie i choć zdarza się, że nic z tego nie wyniknie, będzie z siebie bardzo zadowolony. Jak tylko wiosna zawita za oknem, facet jest gotowy do remontów, myje auto i przyczepę, lata, załatwia, tu zagai, tam zaczepi, z pieskiem się miota i rozmawia w windzie do siebie i otoczenia. Na przykład o tym, że miał kupić świetlówki, ale nie kupił, a nawet nic straconego, bo jutro jeszcze będą, to może i więcej kupi, bo warto mieć zapas.
- A pan tę szarą kupuje do domu? – Fryzjerka nadal wyglądała zza kotary i widać było tylko jej głowę, jak pacynki w teatrzyku dziecięcym. – Nie pasuje do domu, taka szara.
- Hmmm… - Zmieszał się i przyciągnął smycz z pieskiem, który radośnie obwąchiwał mały kosz na śmieci z obciętymi włosami. - Mam dzisiaj wolne, nie jeżdżę, a kolega dzwonił, że jest super tania farba, taka szara. – Powtórzył, nadal zmieszany – myślałem, że tu się przyda, paniom, że pomalować można…
- Bo taka szara to naprawdę w domu nie pasuje – kosmetyczka nadal nie patrzyła na sąsiada, zajęta pracą. Wysunęła lekko język z przejęcia i z dokładnością chirurga naczyniowego malowała paznokieć po paznokciu krótkimi, zdecydowanymi muśnięciami pędzelka. – Tutaj, rzeczywiście, jako kontrast, ale tylko z flamenco. Szefowej trzeba pytać.
- Kontrast?
- Wie pan, jaki? Taki ognisty. Jak… jak corrida. Taniec, krew, ciała wirują. Byk, szarżuje, kobiety mdleją…
Facet przełknął ślinę.
- Żeby się tam, wie pan, działo coś na tej ścianie. Ale to szefowej trzeba pytać.
- Acha – wyglądał na lekko ogłuszonego wizją flamenco, wirujących ciał oraz szarżującego byka. Wziął pieska na ręce. – Poszukam, pewnie, tak, tak, poszukam. Jak nie tam się znajdzie, to gdzieś indziej, tak, tak, ja znam ludzi, powiedzą mi.
- I żonę pan pozdrowi – mruknęła fryzjerka, dopijając kawę za kotarą. – Była wczoraj, włosy jej zrobiłam. Nowy kolor na wiosnę. Ognista kobieta.
Nie usłyszał, w drzwiach zderzył się z korpulentną kobietą w kanarkowym płaszczu.
- O, przepraszam – stęknął, piesek szczeknął krótko.
- Sąsiedzie, sąsiad to zawsze potrafi wziąć w obroty!...
I już go nie było, tylko brzdęknął dzwonek przy wejściu.

niedziela, 8 stycznia 2017

zagłuszone i odkurzone - z archiwum 7, 8 i 9

Tyle jest w mieście do zagłuszenia, jeśli człowiek chce porozmawiać jak człowiek. Wyją silniki samochodów, których kierowcy hojnie obdarzają bliźnich klaksonem, poza tym klekoczą i dzwonią tramwaje, autobusy na każdym przystanku głośno informują o swojej pozycji w czasoprzestrzeni międzyprzystankowej, a do tego społeczeństwo pokrzykuje i przekrzykuje wyżej wymienione źródła dźwięków uciążliwych, do telefonu lub pomimo tego.

Z archiwum dialogu miejskiego, prosto z gadką odświeżoną choć zagłuszaną, odcinki 7, 8 oraz 9.

⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼

Gadka w city odc. 7: POZDROWIENIA DLA CIOCI



- Halo? Honorata?? HALO?? – Zdyszany, lekko poczerwieniały staruszek ryknął znienacka, o mało nie wypuszczając przy tym telefonu. Zasapany, po gonitwie do „7”, rozglądał się za wolnym miejscem. Tramwaj ruszył z lekkim szarpnięciem.
- Przejeżdżam obok i dzwonię, żeby pozdrowić. TRAMWAJEM! No tak, ja wiem, że nie jesteś głucha, ale... I pozdrowić chciałem… Honorato, ja nie mogę wieczorem. Ja tylko chciałem zapytać o ciocię. Honorato, PROSZĘ CIĘ. A czy ciocia dzisiaj dobrze się czuje? Nie, NIE DAWAJ MI JEJ… Halo, ciociu… Tak… JESTEM W TRAMWAJU, od fryzjera wracam, pozdrowić chciałem – westchnął, zmęczony, odkaszlnął kilka razy. Szarpnęło nim nieco na zakręcie, chwycił mocniej torbę i usiadł, z wdzięcznością kiwając głową do chłopaka, który mu ustąpił miejsca. 
– OD FRYZJERA! – Wrzasnął, zmęczony jeszcze bardziej, rozkaszlał się, a cały tramwaj spojrzał na jego łysawą głowę i jaśniejące w wiosennym słońcu siwe, wątłe pasma. Niezbyt imponujące, ale zdaje się nie z winy fryzjera. - Jadę tramwajem i nie słyszę, jak ciocia mi mówi, że mnie nie słyszy! Bo nic nie słychać! 

Gadka w city odc.8: GŁUCHY PAZUR


- Ja nie wiem, gdzie ty trzymasz ten telefon – powiedziała z niesmakiem natapirowana, woniejąca połową Sephory kobieta z bardzo długimi paznokciami, które nieco jej przeszkadzały w obsłudze smartfonu. – Nic nie słyszę. NIE SŁYSZĘ CIĘ, rozumiesz? Co za absurd, no. Nie słyszę cię! – powiedziała zdenerwowana, trzymając wielki telefon przed sobą i stukając w ekran ze zniecierpliwieniem.
- NIE SŁYSZĘ CIĘ – krzyknęła, nadal mając aparat przed sobą. – I co ja mam zrobić? – Rzuciła w przestrzeń płaczliwie, po czym schowała telefon do torebki. – Porozmawiamy w domu – dodała mściwie.


Gadka w city odc.9: CZASEM PRZERYWA


Dwoje młodych ludzi w wieku wczesnostudenckim wsiadło do pociągu. Z bagażami, w nastrojach najedzonych i wypoczętych. Ponieważ do odjazdu było jeszcze kilka minut, rozmawiali przez okno z rodzicami. To chyba ich pierwszy rok wyjazdów z domu, bo rodzice mocno zdenerwowani, a młodzież podekscytowana. To mija po kilku latach wożenia słoików, ale na początku rzeczywiście cieszy perspektywa podróży, imprezy i ogólnie pojętej wolności od nakazów i zakazów. Ale od czego są telefony.
- Masz telefon? Naładowany? Jak nie, to dam ci moją starą Nokię…
- Mam, mamo daj spokój. Mam ten nowy od taty i jeszcze mój stary.
- Ale naładowałaś? Bo ja będę dzwonić. A ty też masz?
- Mam, mamo no. Siostra też ma, no. Tato weź jej powiedz.
- Rzeczywiście, daj im już spokój, telefony, każdy ma teraz telefon.
- Ostatnio, jak dzwoniłam, to coś przerywało, dlatego pytam.
- Mamo, bo czasem przerywa, no. Byłam na skajtałerze, to nie słyszałam.
- Mówisz tak od tygodni, ja chcę normalnie czasem z tobą porozmawiać.
- Codziennie dzwonisz, to czasem przerywa, no mamo, no.
- Daj im spokój, kochanie, mają telefony, nie żyją na pustyni. Była na skajtałerze, słyszałaś. No. A często ci przerywa? To może weź mój nowy, a ten mi daj.
- Ale tato, ja już mam twój nowy.
- Ja też chcę nowy, jak ona ma!
- Spokój! A ten stary twój mi daj. Często ci przerywa?
- Tylko jak mama dzwoni.
- To biorę. Mówisz, że na skajtałerze nie ma zasięgu?...