środa, 6 czerwca 2018

odc.213.: POZA ZASIĘGIEM



Można pomyśleć, że świat zwariował i aby dojść do tego wniosku wcale nie trzeba koniecznie  wcześniej zapoznawać się z treścią medialnych doniesień ani dogłębnie analizować opracowań naukowych dotyczących rzekomych, acz niezaprzeczalnie odczuwalnych zmian klimatycznych. Wystarczy rzucić okiem niedaleko, ot, przez okno. A tam dumnie w stylu letnim zamiast wiosennie prezentują się kwitnące lipy, które już od końca maja postanowiły dać upust chęci prezentowania miastu swych walorów, więc kwitną sobie, półtora miesiąca przed terminowym planem, który, jak sama nazwa wskazuje, przyzwoitość nakazywałaby wykonać dopiero w lipcu. Ludzki kalendarz sobie, a natura sobie, bo niezbadane są ścieżki, prawdaż.
Zatem skwaroza w pełni, co skutkuje przepięknymi kwiatami, relaksującymi piknikami, niestrawnością po obfitych grillach, ale też radością z okazji owoców, bo przecież można oszaleć ze szczęścia, gdy człowiek się wypcha truskawkami, które podobno sprzedawcy sprowadzają z drugiego końca świata i tylko podpisują, że to nasze.  Tylko patrzeć, aż pojawią się truskawki „rzemieślnicze” lub „kraftowe”, skoro są już takie piwa, lody i inne naganne rozrywki. Społeczeństwo świętuje kolejne fale upałów i długie weekendy cieszącymi oko widokami, takimi jak np. dekolty (głównie damskie, bo co do męskich, to zdania są co najmniej podzielone oraz nadal dyskusyjną jest kwestia dlaczego owłosione biusty męskie mogą się legalnie prezentować światu, podczas gdy powaby dam winny być zakryte).
Na szczęście są jeszcze na tym zwariowanym, nietrzymającym się kalendarza świecie zjawiska w miarę stałe, stabilnie występujące, takie jak na przykład beztroska i niefrasobliwe podejście do rzeczywistości, cechujące głównie osobniki młode. Młodości, podaj mi skrzydła, chciałoby się zakrzyknąć, gdy się stoi w korku…
Na przejściu dla pieszych przy skrzyżowaniu nieopodal placu JP II przystanęły dwie odrobinę pogniecione, śliczne dziewczyny, stylowo podfarbowane na siwo i różowo, z drobną ilością kolczyków tu i ówdzie oraz z plecakami, sugerującymi młodzieńczą wędrówkę podczas długiego weekendu. Zdaje się, że usiłowały strojami zamaskować dojrzewającą kobiecość, na szczęście bez powodzenia, bo obcisłe t-shirty i kuse spodenki, choć wyplamione i naddarte, jednak odsłaniały to, czego zakryć nie mogły.
- Chodzimy po tym Wrocławiu trzeci dzień…
- Czwarty. Przedwczoraj przespałaś w hostelu na kacu, to ci się pojebało.
- Czwarty. I rzadko trafiamy dwa razy w to samo miejsce. A może już tu byłyśmy? Kurwa, znowu jesteśmy poza zasięgiem, nic mi tu nie łapie i nie ogarniam gdzie jestem. A ty?
- Nie wiem. Tam coś pisze, czekaj… Jana… Pawła…
- Jakiego Pawła?
- Jana. Skąd mam wiedzieć, jak jestem poza zasięgiem w centrum miasta!
- Ale to nie może być tutaj, bo to już raz było tam.
- Chyba, że z drugiej strony, bo tam inaczej to wygląda.
- A „20” tędy jedzie”?
- Nie wiem. A może wsiądziemy w cokolwiek i zobaczymy?
- Bo twoje życiowe motto brzmi „na przypale albo wcale”…
- Jedzie coś, lecimy!
Ruszyły ostro, skokiem, co zostało nagrodzone dopędzeniem wagonu i dostaniem się do środka, przy milczącym aplauzie soczystych spojrzeń dwóch chłopaków, którzy dopiero w tej chwili się zmaterializowali i odkleili od wiaty na przystanku, aby w milczeniu zbadać oczami walory oddalających się dziewczyn. Chłopcy nawet nie mrugnęli i w ogóle zaprezentowali zero oznak życia dopóki dziewczyny były na horyzoncie, najwyraźniej dusząc w sobie chęć natychmiastowego pognania za krągłościami, które wraz z właścicielkami odjechały w siną dal lub w kierunku Pilczyc, jak sugerował napis na pojeździe.
Jeden z młodzianów głęboko westchnął, nie wiedząc, że niniejszym oddaje hołd wielkiej polskiej tradycji romantycznych uniesień, po czym wystudiowanym gestem odgarnął prawie sarmacką grzywkę i zerknął badawczo na kumpla, który odkleiwszy wzrok od dziewczyn, natychmiast zatopił się w czeluściach telefonu.
- Bądź Januszem swojego losu. – Powiało sentencją, a raczej skrótem myślowym obrazującym chwilową niemożność przekucia młodzieńczych pragnień w czyny, co na szczęście niektórym jednostkom przechodzi z wiekiem.
- Kurwa, znowu mam nieogar poza zasięgiem… Ty, Janusz, sam to wymyśliłeś? – Prychnięcie znad telefonu, lekko podszyte irytacją.
- No, jakby. – Lekkie zbicie z tropu.
- To słychać… - Męska, szorstka czułość.
- Spierdalaj. – Cięta riposta.
-…bo nawet dobre. O, już łapie, no. – Czyli jednak pakt o nieagresji i można z powrotem kontemplować kształty pobliskich osobniczek płci wręcz przeciwnej albo bezpiecznie grzebać w telefonie. Tam bezpieczniej, pszczoła nie użądli, tramwaj nie ucieknie ani dziewczyna nie spojrzy śmiało i bezczelnie, aż człowieka coś wzburzy hormonalnie od gardła po sznurówki. Wszak lato dopiero przed nami.

środa, 11 kwietnia 2018

odc.212.: NORMALNI LUDZIE



- A ja to jej nie lubię, wiesz.
- Dlaczego? Wszyscy ją lubią.
- Ona jest taka… Taka… Dziwna, kurwa, no. Wszystko robi, na wszystko ma czas. Normalni ludzie tak nie robią.
Ustaliwszy zeznania dotyczące definicji normalności i tego, kogo wobec tego można obdarzyć cieplejszym uczuciem lub ukarać niechęcią i obrobieniem tylnej części ciała, dwie kobiety w wieku dojrzale uśrednionym wysiadły z tramwaju, razem ze swoimi niezadowolonymi minami, kozakami mimo eksplodującej wiosny, płaszczami, szalami, upiętymi wysoko fryzurami i makijażami rozmazanymi w stylu popołudniowo zmęczonym, jak to bywa między pracą służbową a domowym kieratem.
Jak się okazuje, normalność w odniesieniu do wiosny w XXI wieku to rzecz względna, kwestia gustu i okoliczności. Cóż tam astronomiczne nakazy i kalendarzowe terminy, skoro wiosna i tak kieruje się własnym zdaniem i pojawia się wtedy, kiedy społeczeństwo niemalże straciło nadzieję. Ledwo minął tydzień (no, może dwa) od ostatnich porządnych przymrozków, powiewów deszczu z elementami śniegu zamarzającego bezczelnie na twarzach udręczonych przechodniów, a tu nagle tadaaam! Wtem! Wszystko kwitnie, świergoli, pachnie już nie wyziewami z pieców i rur wydechowych, zatykając oskrzela i tętniczki, ale prawdziwymi, kolorowymi kwiatami, pączkami na drzewach i tylko patrzeć, aż nosy opalą się na czerwono i wesołe piegi obsypią policzki i ramiona.
Każda pora roku ma swój charakterystyczny zapach, w którego skład wchodzą elementy przyrody wyżej wymienionej oraz niestety wonie społeczeństwa, bardziej ludzkie - ujmując rzecz bardziej dosadnie - co da się wyczuć zwłaszcza w komunikacji miejskiej, która podobno posiada klimatyzację, ale zapewne zachowuje jej eksploatację na jakieś wyjątkowe okoliczności, bo ledwo pojawiło się porządnie przygrzewające słońce, to już w większości tramwajów i autobusów MPK da się wyczuć wiele zapachów wskazujących na nikłe zużycie mydła, odwrotnie proporcjonalne do powszechnego, nader obfitego korzystania z perfum. Cóż, niestety nie zawsze i wszędzie można podjechać na rowerze…
Dwóch młodzieńców w czapkach z daszkiem, nisko skanalizowanych spodniach i koszulkach ze spranymi stylowo napisami rozsiadło się wygodnie na miejscach zwolnionych przez damy w płaszczach i rozpoczęli dość donośne omawianie swoich przewidywań na temat wyników ostatniego kolokwium z algebry. Temat ten był dla obu rozmówców nieco przygnębiający, rychło więc go porzucili, przechodząc do spraw weselszych.
- A zdarzyło ci się kiedyś zacząć imprezę w jednym mieście, a skończyć w drugim?
- Nie, aż tak grubo, to nie. Raz tylko zgubiłem buty.
- A my ostatnio z ekipą, wiesz, to jeszcze ludzie ze starej klasy byli, najpierw waliliśmy tutaj, u mnie i byli wszyscy oprócz mojego zjebanego współlokatora, ale on kurwa nie jest normalny, nie. Potem chcieliśmy coś zjeść i wyszliśmy na miasto. Jeden ziomek nie pił i miał auto, to pojechaliśmy do Poznania.
- Nie mogliście kurwa tutaj zjeść?
- Jakoś nie pomyśleliśmy. I słuchaj dalej, bo tam coś jedliśmy, waliliśmy ostro dalej, nie. I kurwa zapomnieliśmy gdzie zostawiliśmy auto, no, nawet ten ziomek, co nie pił, nie pamiętał. I patrzymy,  a tu policjanci stoją na skrzyżowaniu. To on do nich podbija, nie, i pyta czy wiedzą, gdzie są takie te, no, jakby reniferki, czy inne jakieś kurwa jelenie. A oni w śmiech i mówią, że to są kurwa koziołki. No to on bajera, że dzięki i w ogóle, i czy wiedzą, gdzie jest ulica świętego Macieja czy Mikołaja, a oni normalnie się prawie przekręcili ze śmiechu i mówią, że świętego Marcina, że tam, no to ziomek pociął przez skrzyżowanie, a my za nim, a oni krzyczeli, żeby po pasach, ale nas już kurwa nie było.
- No to grubo. Dobrze, że nie kazali mu dmuchać. Czekaj, pani stoi, to wstajemy.
Grzecznie ustąpili miejsca staruszce i jej torbom z zakupami, po czym nie mogąc się oddalić ze względu na tramwajowy tłum, obaj złapali górne uchwyty i zawiśli synchronicznie nad starszą panią, prezentując odurzające wonie studenckich pach muśniętych słońcem.
- Ten ziomek trzeźwy był.
- On nie pije?
- Nie, bo normalnie jest tak pierdolnięty, że nie musi.
- Spoko. U nas też ostatnio była akcja z glinami.
- Sąsiedzi wezwali?
- Chyba tak, chociaż żadnej imprezy nie było, tylko siedzieliśmy i gadaliśmy, jak normalni ludzie. I dzień był, nie, kurwa.
- To dlaczego?
- A bo kiedyś mieliśmy z nimi akcję i teraz ciągle wzywają. Akurat wychodziliśmy na miasto, wiesz, byli ludzie z roku i jakieś panny, nie. I wychodzimy z bramy, nie, a oni że my chyba do państwa. My mówimy, że po co, kurwa, bo właśnie wychodzimy. Jeden kolo był napruty i chciał ich bić, ale go trzymaliśmy z tyłu. Oni mówią, że są trzy opcje: sprawa kurwa karna, mandat albo pouczenie i którą wybieramy. I kurwa ten napruty krzyczy, że wszystkie trzy opcje są chujowe!
- No ja pierdolę, co za młotek.
- Na szczęście jego panna ich zbajerowała, wzięła od jednego numer telefonu i umówiła się z nim za trzy tygodnie na DeMono. Mówił, że po służbie może iść.
- Jasne, kurwa, teraz to dopiero się zacznie biba w plenerze.
Umilkli, zapewne ukojeni wizją miłych chwil, które ich wkrótce czekają, po czym wysiedli przy Rynku, a tramwaj poniósł ich młodzieńcze wonie dalej w miasto.

środa, 7 marca 2018

odc. 211.: ŚMIERDZĄCA SPRAWA


- Panie! Panie, pan otworzy! PANIE, bo ja tu pukam! –Starsza pani w gustownym płaszczu i kolorowym berecie energicznie zastukała w szybkę oddzielającą motorniczego od reszty społeczeństwa. Tramwaj właśnie zatrzymał się przy ul. Kochanowskiego, pasażerowie wsiadali, wysiadali, a deszcz ze śniegiem padał ostro, zawiewany wichurą w poziomie, jak to bywa na początku marca, zwłaszcza że od listopada trwa listopad.
- A co pani chce? – Motorniczy uchylił okienko i zerknął z lekką dozą irytacji.
- Numer! Numer chcę!
- Linia 33, przecież tam pisze – westchnął motorniczy, którego życie było pasmem udręk, starć z namolnymi podróżnymi, taborem pochodzącym z poprzedniego stulecia oraz dziurawymi szynami, które pracę w MPK czyniły niekiedy podobną do ścigania się na rowerach górskich, jeśli wziąć pod uwagę stopień ryzyka, ilość wybojów na trasie i innych niebezpiecznych okoliczności. Wobec braku odzewu ze strony starszej pani, którą ewidentnie jego odpowiedź nieco zbiła z tropu, motorniczy westchnął jeszcze raz, nieco głębiej, jakby miał w genach co najmniej Wertera, po czym usiłował zamknąć okienko, ale starsza pani ocknęła się z letargu i stanowczo przyblokowała szybę łokciem.
- Na te znalezione, to jaki numer jest? Pan mi powie? Na te, zgubione, jaki? Ja torbę zostawiłam w dziewiątce, co jechała w drugą stronę i chciałam poczekać tu, ale chyba wyjechał drugą stroną od Olimpijskiego i nic, myślę, zapytam następnego, pan wie?
- Ale co?
- Jaki jest numer telefonu, jak się coś zgubi w tramwaju! Mówię i pukam przecież!
- A ma pani gdzie zapisać? Ja muszę już ruszać, ale podyktuję pani.
- O matko, zaraz sprawdzę – starsza pani zaczęła wysypywać na siedzenie zawartość małej, acz zaskakująco pojemnej torebki. – Tam było, no nic tam nie było, trochę jedzenia, to tam na straty, ale papiery! O matko, te papiery są ważne, to znaczy dla innych nieważne, ale dla mnie, o matko, to taka śmierdząca sprawa…
W końcu wygrzebała stary paragon i długopis.
- Mam! Mam, pan mówi!
- Kierunkowy siedem, jeden…
- O matko, nie pisze!
- Pani da, ja pani zapiszę…
Motorniczy zapisał kobiecie ten nieszczęsny numer telefonu, jednocześnie unikając kolizji zarówno z autobusem, którego kierowca ze sporą dozą fantazji i luźnym stosunkiem do odległości wjechał na bus pas, jak i zderzenia z nowiuteńkim mercedesem, gdzie za kółkiem siedział facet tak bardzo zajęty pokazywaniem damie obok czegoś strasznie zabawnego na telefonie, że jednoczesne zwracanie uwagi na to, co dzieje się tuż przed maską jego auta najwyraźniej przekraczało jego możliwości percepcyjne.
- Panie! Ja panu dziękuję! Może nikt tam nie ukradł, o matko, niech panu w dzieciach wynagrodzi! Już tam dzwonię, już, żeby te papiery, bo wie pan, to taka śmierdząca…
Szybka z trzaskiem się zamknęła, a tramwaj z ulgą ruszył w kierunku placu Grunwaldzkiego.
Dwie dziewczyny przyglądały się tej scenie ze współczuciem i lekkim politowaniem. Wyższa, z różowymi pasemkami na fioletowych włosach i szminką w kolorze dorodnego nieboszczyka szturchnęła koleżankę ramieniem.
- Ty, ja to bym się chyba zabiła, jakbym miała być w tym wieku i tak nie ogarniać.
- No…
- Jak moja babcia, wiesz… Ostatnio jakoś inaczej pachnie, jakby… Śmierdziała nawet, wiesz.
- No…
- A wiesz, od wczoraj jestem z Marlonem.
- No?
- I pocałowaliśmy się, w ogóle, wiesz.
- No!
- A jak skończyliśmy, to się pytam o co w ogóle chodzi, wiesz, bo kiedyś już do mnie uderzał.
- No?
- I powiedział, że już dawno chciał mnie pocałować, ale się bał, że się ujebie moją szminką. A wczoraj zapomniałam się pomalować i od razu był seks.
- No!
W dalszej części tramwaju, przy nowym i jak na razie dość enigmatycznym w obsłudze biletomacie vel kasowniku, stylowo czarnym i pachnącym jeszcze nowością, stali dwaj młodzieńcy, odziani kontrastowo, nie wobec siebie nawzajem, ale tak, jakby góra stroju każdego z nich była adekwatna do aktualnej pory roku, zaś dół miał być dopasowany do wiosny, która nadejdzie za tydzień lub miesiąc. Czapki, szaliki, ciepłe kurtki – to wszystko pasowało do aury za oknem. Z kolei trampki, kuse, bardzo cienkie spodnie, brak skarpetek lub ich minimalna długość, zakrywająca stopy zapewne do połowy – ten widok wołał o pomstę gdziekolwiek i wywoływał dygot wewnętrzny u zgromadzonej publiczności oraz automatyczne drapanie w gardle lub kichnięcie.
Miny mieli zatroskane i zniesmaczone zarazem.
- On mówił, że jedzie mu wpierdolić. Nie pogadać, nie bić, tylko wpierdolić.
- O kurwa… A DżejDżej?
- Do niego nic nie miał.
- Zero problemu? Nic, kurwa?
- Mówił, że DżejDżej nie ogarnia ani świata, ani swoich problemów, to co mu da jakiś wpierdol, nic.
Na chwilę zapadło milczenie, zakłócone suchym komunikatem systemu o treści „następny przystanek: Galeria Dominikańska”.
- A te burgery jadłeś?
- Które?
- No te nowe, na maksa czy coś takiego.
- Ta, cenowo da się lubić, ale bez urwania dupy.
- Ziomal z mojej grupy mi mówił, że wszystkie te z galerii śmierdzą.
- Sam kurwa śmierdzisz.
- To nie ja, kurwa, spierdalaj. To ten tramwaj, sam zobacz.
Obaj napięli wątłe klatki piersiowe i solidnie sztachnęli się społeczeństwem, zatęchłą atmosferą zaparowanego tramwaju, brazylionem wirusów, bakterii, wyziewów miejskich i innych aromatów typowych dla Wrocławia we wtorkowy wieczór w marcu.
- Coś tu śmierdzi, kurwa, ale seryjnie.
- To miasto wali po czaszce, jak z rury, człowieku. Nie wiesz, że Wrocław jest cały ujebany w pyłach? Bez maski lepiej nie wychodzić.
- Kurwa, nawet moja matka mówi, że miasto to śmierdząca sprawa. Ojciec chce, żebym się przeniósł gdzieś indziej na studia i pojechał gdzieś do Norwegii, kurwa.
-  Normalnie to bym nawet nie jechał tramwajem.
- A czym jeździsz na wydział?
- Rowerem albo longboardem.
- W masce?
- Taa, mam taką z czaszką i drugą, jak kibole łażą po mieście, żeby się odpierdolili, no ale dzisiaj to kurwa nie ma opcji.
- Kurwa, przecież jak pijemy, to bez maski. A masz tego elektronicznego…?
- Taaa. Teraz się nie zaciągaj, wysiadamy…
Pojazd zatrzymał się na skrzyżowaniu ulic Świdnickiej i Kazimierza Wielkiego, a drzwi tramwaju się otworzyły, wpuszczając do środka orzeźwiająco toksyczne powiewy tego, co w tajnych rządowych laboratoriach kiedyś zapewne służyło za przykład śmiercionośnej broni.

wtorek, 31 października 2017

odc. 210.: NIE BÓJ NIC


- Kiedyś to był jeden „Społem” na dzielnicę i ludzie jakoś żyli. A teraz to co krok, co ulicę albo po kilka na jednej, wszędzie te Biedronki, Żabki, Małpki, chuje, muje, dzikie węże, a i tak są kolejki, no na co to komu, kurwa… - Poskarżył się światu młody facet stojący w koszmarnie długiej kolejce do kasy. 
Na siedem stanowisk tylko połowa zawierała kasjerkę płci obojga, więc kolejki nie malały, lecz ustawiały się mężnie wzdłuż alejek dyskontu mieszczącego się w podziemiach dawnego „Kameleona” przy ulicy Szewskiej.
- No, a niby pokazywali w radiu, że ludzie się nie rodzą. 
- Mówią, że nikomu nie przyrasta, kurwa.
- Tu się nie rodzą, to w Chinach nadrobią, nie bój nic. Ale skąd tu teraz tyle wiary?
- Bo masło tańsze.
Wobec tak oczywistej prawdy obaj rozmówcy pokiwali głowami i zamilkli na chwilę. Starszy w garniturze, młodszy w kurtce skórzanej, jakby od jednego stylisty symetrycznie wygoleni na głowach, brodaci na twarzach, z nagimi kostkami (to już chyba jakaś epidemia). 
- A co dzisiaj tankujesz?
- Łychę.
- Jaką?
- Z colą.
- Kurwa, porzygałbym się – skrytykował starszy. – Marnujesz procenty, leszczu.
- Na czysto nie mogę, bo muszę wstać o piątej, kurwa. Jeszcze nic nie spakowałem, ale muszę dzisiaj, bo rano nie będzie czasu. Czyli dzisiaj tylko kontrolnie drinkujemy, nie.
- Spoko, dolecimy i nadrobimy, nie bój nic.
- Rok temu w Turcji przez tydzień leżałem najebany, nic kurwa nie pamiętam z wakacji.
- Zrobimy zdjęcia, nie bój nic.

wtorek, 3 października 2017

odc.209.: TERAPIA WSTRZĄSOWA


W opozycji do szalenie popularnego od kilku lat, wielce słusznego (gdy zachować stosowne proporcje) trendu slow, obecnego w wielu dziedzinach życia - od podejścia do pracy, relacji międzyludzkich, jedzenia, zakupów, jakości snu, aż po dobór skarpetek na dany dzień i lekkiej medytacji nad kolorem tychże - bardzo dzielnie trzymają się obecne wszędzie, potępiane równie często jak odwiedzane, ochrzczone mianem niezdrowych, globalne marki zwane sieciówkami. 
Jak wiadomo, z jednej strony korzystać z nich się nie godzi, bo wyzyskują pracowników, niszczą drobny handel, wciskają towary niskiej jakości oraz troskliwie drenujący kieszenie kit, a także unifikują i wtłaczają w mundurkowe ramy wszystko to, co tylko upupić się da, zaś z drugiej zapewniają asortyment kojący duszę i zmęczenie, jak również odpowiadają na podstawowe potrzeby konsumenckie, zwłaszcza gdy goni czas, dzieci wyją o soczek, w portfelu panuje cisza, a w głowie i gardle męczy zasmarkane sfrustrowanie październikiem, choć ten ledwo się zaczął.
Prawdopodobnie z tego powodu pomimo złej sławy i braku wartości odżywczych bary tzw. szybkiej obsługi cieszą się niesłabnącym powodzeniem wśród wszystkich klas, warstw i przedstawicieli społeczeństwa, choć jeśli kogoś zapytać czy tam bywa i jada, to oburzy się i natychmiast zaprzeczy, a może i lutnie z liścia w lampę, ogarnięty hipokryzją i lękiem, że rzecz się wyda. Możliwe, że również z tej samej przyczyny sieciowe dyskonty potrafią wzbudzić w pozornie spokojnych, praworządnych obywatelach emocje godne finału mistrzostw piłki jakiejkolwiek, gdy ogłaszają promocję na towary teoretycznie luksusowe w cenach skandalicznie niskich, aż wspomniani statystycznie niewyróżniający się osobnicy rzucają się sobie nawzajem do gardeł i wyszarpują bliźnim z rąk markowe torebki, kombinezony dziecięce lub telewizory trzy de zasłaniające ściany w em cztery. 
A prozaiczna prawda jest taka, że kiedy los lub biuro podróży rzuci na drugi, bardziej egzotyczny koniec świata, to można mieć nadzieję, że posiłek spożyty w knajpie ze znajomym logo da mniejsze szanse na kilkudniową biegunkę niż ten zakupiony od ulicznego kucharza specjalizującego się w panierowanych świerszczach, choć kalorii w zestawie będzie tyle, że foka brzuszna urośnie na samą myśl. 
Jednym słowem, czasami nie ma wyboru. Bywa też, że sieciówka to ostatnia deska ratunku albo po prostu coś na tyle znajomego, że w obcym otoczeniu, w nowych okolicznościach przyrody lub w wielkim, przerażająco zaplątanym ulicami mieście będzie to coś kojącego nerwy, a wszak niekiedy tyle wystarczy, by jakoś przetrwać dzień. Zwłaszcza na początku października, gdy Wrocław zapełnia się studentami, z których znakomita większość pochodzi z mniejszych miast i zrozumiałe jest, że zachłystują się nowością, ogromem wyboru z szerokiego wachlarza tutejszych możliwości.
Tramwaj linii „33” przechylił się lekko i zgrabnie wziął zakręt, żegnając Park Szczytnicki i zmuszając pasażerów do wykonania niespodziewanego gibnięcia kolanem, co wyglądało, jakby wszyscy pilnie i synchronicznie ćwiczyli ten sam taneczny krok bez muzyki.
- A tam, za tamtą ulicą, jak pójdziesz prosto i skręcisz w lewo, a potem jeszcze dalej prosto, na pewno trafisz, to tam jest taki bar z pierogami. – Powiedział modnie zarośnięty młodzian w stylowym kaszkiecie, wskazując za oknem tramwaju kierunek. Oprowadzany w ten werbalny sposób po Wrocławiu rozmówca słuchał swego przewodnika z otwartymi ustami nieco szklistym wzrokiem, przyciskając do wątłego korpusu plecaczek z naszywkami zespołów heavymetalowych i grunge’owych, drżąc lekko z emocji oraz braku ciepłych skarpet, które mogłyby uchronić jego nagie kostki przed zamarznięciem.
- Ruskimi? Bardzo lubię ruskie pierogi – wyznał nieśmiało fan Nirvany.
- Chyba gruzińskimi albo chińskimi, ale wszystko jedno, tanie i najesz się. Tu jest Kredka, tam Ołówek, a ty gdzie będziesz mieszkał?
- Na razie u kuzyna, a potem chyba coś poszukam.
- Aha. U rodziny to przejebane, ale przynajmniej na żarciu oszczędzisz.
Młodszy spojrzał na starszego kolegę pełen podziwu i wdzięczności za zdradzanie tajników ekonomii.
- Kasy mam mało, będę kombinował. A tam co jest?
- Rondo, Pasaż, same sieciówy, lepiej to omijaj. – Rzucił pogardliwie właściciel kaszkietu. – Lepiej zjeść pierogi niż te ich kurczaki klonowane. Ja tam w ogóle nie chodzę, no chyba że jest mega w chuj promocja.
- No jasne. Ale tam w ogóle dość tanio chyba, co?
- Pieniądze to nie wszystko. Wysiadamy tutaj – rozkazał – a jak postawisz browara, to powiem ci, gdzie jest tanie ksero.
I poszli, odkrywać i zdobywać świat. 
Tymczasem w pobliskiej Biedronce dwie kobiety, bardzo do siebie podobne, z loczkami na głowach, jedna bardziej blond, druga raczej rudawa, za to obie w szarych spódnicach z motywem panterki, z brązowymi torebkami i fantazyjnymi wzorkami z cekinów na bluzkach, stały w kolejce do kasy i głośno omawiały wspomnienia z urlopu ich wspólnej znajomej.
- Nie wiem, ile wywalili na tę Maderę, ale podobno mogli za to kupić drugie auto.
- Chyba Majorkę?
- Wszystko jedno…
- A oni nie mają już dwóch aut? Juras mówił, że muszą trzymać rowery dzieci w ogrodzie, bo w garażu nie ma już miejsca, odkąd Marysia nauczyła się tam wjeżdżać tą swoją pięćsetką.
- Możliwe, ale słuchaj, bo tamto nieważne, ja ci teraz powiem hiciora, to ci majtki spadną – blondyna ściszyła głos z górnej skali śpiewaczki operowej do poziomu średniej ekscytacji u komentatora sportowego. – Sam pobyt tysiąc ojro, a do restauracji sobie chodzili, codziennie do innej, nie zwykły olikluzi, jak normalny człowiek. I nie ma sprawiedliwości na tym świecie, ja ci to mówię.
- Bo co? Zatruli się? – Spytała ruda z nadzieją.
- Żeby jeszcze, ale oni tam jedli jakieś takie wiesz, co normalny człowiek nie tknie, jakieś zmule, fuj. I w jednej tej, ostrydze takiej, tam znaleźli czarną perłę. A Marysia nawet mówiła, że we wszystkich tych miała te perły, ale ja jej nie wierzę.
- O kur…. I co? Otruli się?
- Żeby jeszcze, ale okazało się, że to jakieś wyjątkowe jest, te czarne perły, co miały przynieść nieszczęście, jak ktoś znajdzie, a im za nie tyle zapłacili, że się cały wyjazd zwrócił.
- No wiecie co, ludzie. – Westchnęła ruda. - A na biednego nie trafiło.
- Właśnie, to samo powiedziałam do mojego Zbynia, że biednemu to zawsze w oczy kole.
- Co racja, to racja. A twój Zbyniu znalazł już pracę?
- A coś ty, nawet nie wstaje z fotela. I tylko kanałami rzuca, piwo pije, ale on się za siebie weźmie, ja ci to mówię. Tylko musi odpocząć, bo te wakacje to nas wykończyły. – Blondyna pokręciła głową, po czym umilkła na chwilę, zapatrzywszy się w regał z mocnymi trunkami.
- A co ty się tak na te nalewki patrzysz, jakby ci ślina ciekła?
- A nie, ja tych nie mogę – blondynę z lekka otelepało - bo ostatnio po tej jagodowej to ze Zbyniem ani w tę, ani wewtę, tak nas zamuliło.
- O, matko – ucieszyła się ruda.
- I mamy nauczkę, żeby tylko porządną wódkę, a nie te jakieś wynalazki. I tak tu patrzę, że baterie są, a mnie zegarek nie działa.
- To kup, co nie. Ty nie taka szczęśliwa, żeby czasu nie liczyć.
- A może i kupię, bo od miesiąca mam kupić, ale się coś zebrać nie mogę. Wszystko po kolei się psuje i nie działa. Ani zegarek, ani mąż, lodówka jakoś szumi, mówię ci.
- Zegarek, Zbyniu… To weź pierdolnij młotkiem – zachichotała ruda.
- Zbynia?
- Zegarek też, każdemu przyda się terapia wstrząsowa – zaśmiały się obie, ale ruda nagle spoważniała i rzuciła oschle do kasjerki: - Nie, nie mam waszej karty, bo ja bynajmniej tu nie kupuję, chyba że jest jakaś promocja w gazetce. 
- No, ja też nie kupuję – zadeklarowała blondynka, chowając za sobą koszyk obficie zapełniony produktami. – Chyba, że się opłaca.
Na szczęście nikt nie dosłyszał odpowiedzi kasjerki, bo zapewne wtedy któraś z dam z lokami mogłaby powiedzieć coś, czego żałowałyby obie strony.


piątek, 25 sierpnia 2017

odc.208: Z GŁOWY


Letnie zadurzenie, miłosne oszołomienie, opętanie z podwyższonym ciśnieniem, rozszerzonymi źrenicami i rumieńcem, to częsty przypadek wakacyjnego podtrzymywania tradycji. Od wieków nasz gatunek z pierwszym cieplejszym dniem brał się do puszenia się przed płcią przeciwną, jak gołąb nadymający szyję i zamiatający chodnik przed ukochaną. Wiosenny lub letni taniec godowy, poszukiwanie partnera idealnego, wiedzie niekiedy na szlak z dala od domu, do którego jednakowoż w końcu się wraca i od razu bum! Zderzenie z brutalną rzeczywistością - nagłym przypomnieniem faktu istnienia odległości, która osłabia pamięć oraz uczucia. Poza tym, kiedy obiekt afektu jest daleko, uwielbienie słabnie, a myśli zaczynają krążyć wokół innych spraw i niekiedy naprędce skonstruowana więź znika. I nawet nie wyśle SMS!
Rozgrzany i prawdopodobnie lekko żarzący się tramwaj starego typu bez klimatyzacji, ozdobiony odrapaną „10”, zaskakująco gładko wziął zakręt na placu Bema, przechylając zawartość.
Puff, drzwi sapnęły i otworzyły się, odsuwając plecak młodziana na plecy starszej kobiety, która stała na stopniu za nim. Widocznie dotyk spoconego ciężaru nie był tym, czego kobiecina oczekiwała w miłe upalne wrocławskie popołudnie, bo odwróciła się i gniewnie spojrzała, aż chłopaka cofnęło.
- Uważa pan, uważa – oznajmiła.
Młodzian oddalił się czym prędzej na tył tramwaju, ciągnąc za sobą dziewczę o znudzonym wyrazie twarzy, która zdaje się była przyzwyczajona do tego właśnie grymasu, przybierając go bez wysiłku, odruchowo, jakby świat niczym nie mógł zaskoczyć siedemnastoleniej łamaczki serc. Wyprasowane włosy grzecznie przylegały do ramion, harmonijnie współgrając z obowiązkowym wystrzyżeniem jej lubego. Całości stylówki dopełnił jej ekstrawagancki warkoczyk lila ostry fiolet oraz jego wywalone na system, o czym świadczył napis na koszulce.
Przysiedli na tyłach tramwaju. Chłopak wydawał się być szczerze załamany, cierpiący za miliony co najmniej, a na dodatek miał prawdziwy powód.
- Pamiętam, pamiętam – powiedziała dziewczyna bez emocji – ale tu jest prawdziwe życie, a nie wakacje na Helu. Potrzymaj mi telefon – podała chłopakowi smartfona, włączywszy aparat fotograficzny na opcji selfie i przeglądając się w telefonie jak w lusterku. Wyjęła szminkę.
- Dałabym się zabić za ten odcień.
- Ja też – szepnął chłopiec z telefonicznym lustrem.
- Ty? Nie wiesz nawet, jaki lubię najbardziej…
- Nieprawda – chłopak potrząsnął bojowo grzywą i wyjął swój telefon. – O, tu mam zapisane, nie myśl sobie. Wszystko to, co o tobie wiem, co lubisz, czego nie lubisz...
- O kurwa. Seryjnie? – Dziewczyna była naprawdę zaskoczona, po czym okazało się, że również poirytowana.
- O kurwa. Ale jesteś freak. Wypierdalam z tego związku, mam to z głowy. I teraz stąd wypierdalasz. Żebym cię więcej, zboku.
Chłopak próbował coś tłumaczyć, wyjaśniać, ale było widać, że nie ma najmniejszych szans. Z miną obrazującą największe cierpienie wysiadł na placu Nankiera. Luba nawet mu nie pomachała, za to pogłaskała telefon, przytuliła do policzka i zaczęła wykład o życiu i związkach.
Czasem w tramwaju można poznać prawdziwe życie, aż się człowiek nie spodziewa.
- Mówiłam, kurwa, to paranoja, a nie miłość, ale mam go z głowy. Chyba nie będzie mnie śledził? Z Bydgoszczy przyjechał, kurwa, mówiłam, że to nie jest dobra opcja. Ale mam go z głowy. Jakby coś, to poproszę moich ziomków, żeby z nim wiesz. No. A teraz zapierdalam na dobry mecz. Co, kto gra? Nikt, kurwa, match to znaczy znaleźć kogoś idealnego, drugą połowę. Dlatego kurwa jadę, bo to łatwe na iwencie z pracy, znam ich od miesiąca, ale widać, że to są ziomy z kulturą. Najpierw idę do Maca, przecież nie będę piła na pusty żołądek. No, buźka.

piątek, 11 sierpnia 2017

odc.207.: LUDZKA RZECZ


Są takie miejsca na tej planecie, w których człowiek może bez problemu, wstydu czy zażenowania okazać uczucie lub cechę, których w innej sytuacji i okolicznościach nigdy nie chciałby uzewnętrznić. Przykładowo – niedyskretny ślinotok przy foodtrucku z burgerami. Zjawisko obrzydliwe wizualnie, a jednak atawizm odgórnie wgrany w nasz gatunek jest w stanie to wybaczyć. Podobnie reagujemy na publiczne szlochanie na ślubach, śpiewy na weselach, letnie pocenie się nie tylko na plaży oraz coś, czego nie wstydzą się nawet prawdziwi mężczyźni, którzy (jak powszechnie wiadomo) nie jedzą miodu, tylko żują ul. Mianowicie wszyscy normalni ludzie ze zrozumieniem, współczuciem oraz sporą dozą wyrozumiałości traktują lęk przed tym, co jest związane z gabinetem dentystycznym, czyli: wizytą tamże, odgłosami zza drzwi słyszanymi w poczekalni, obawą przed zapachem, jaki roztacza stomatolog, a przede wszystkim przed bólem, który niby został całkowicie wyeliminowany przez zdobycze medycyny w XXI wieku, ale…
No właśnie, strach pozostał. Na samą myśl o borowaniu, kanałówce, uzupełnieniu, wypełnieniu lub prozaicznym ściąganiu kamienia, pojawia się lekki dreszcz emocji na karku, następnie akrobatyczne spięcie trzewi oraz natychmiastowa chęć ucieczki lub co najmniej przełożenia wizyty. 
Niestety, czasami nie ma wyboru, trzeba opanować demony w głowie, bo ząb napierd… Znaczy się, boli coś w szczęce i potrzebna jest pomoc. 
Do poczekalni dentystycznej w państwowej przychodni nieopodal centrum Wrocławia weszła starsza, nieco zaniedbana pani, podpierając się odrapaną laską, wyraźnie kulejąc.
- Bry, za kim jestem? – Pytanie pozornie pozbawione sensu zawisło znacząco w przestrzeni poczekalni przed gabinetem stomatologicznym. Zamiast udzielić werbalnej odpowiedzi młoda, nieco otyła kobieta w kapeluszu machnęła zrezygnowanym gestem, dając znać, że do tej pory ona właśnie była na końcu kolejki i z chęcią zrzeknie się tej zaszczytnej funkcji.
Dama z laską zaakceptowała fakt, że przed nią do gabinetu wejdzie jeszcze milion osób, więc musi chwilę zaczekać, po czym usiadła na roztelepanym krzesełku (standard NFZ) i zaczęła rozsupływać zaplataną torbę foliową. Czynność ta zajęła jej dłuższą chwilę, ale nie przejęła się tym, jak również nie zwróciła uwagi na to, że bacznie obserwują ją wszyscy zgromadzeni w poczekalni potencjalni pacjenci.
- Pomoże mi pani? - Zwróciła się do kobiety w kapeluszu, która kiwnęła głową, posłusznie sięgnęła ręką do torby i ku swemu zdumieniu wyjęła stamtąd klasyczną małpkę wódki i małą colę.
Starsza pani z lekkim zniecierpliwieniem ponagliła właścicielkę kapelusza.
- No, proszę otworzyć colę. Muszę trochę wypić, bo się nie zmieści. – Upiła łyk napoju o barwie kałuży i podała z powrotem zdziwionej pomocnicy plastikową butelkę. – A teraz tu wlać, tylko ostrożnie.
Kobieta pod kapeluszem miała tak zaskoczony wyraz twarzy, że i karp świąteczny by się nie powstydził, i podobnie jak wspomniany bożonarodzeniowy straceniec, tak ona teraz dramatycznie łapała powietrze podczas precyzyjnego wlewania wódki do coli. Oddała drinka właścicielce, która energicznie zamieszała zawartość, po czym jednym chaustem obaliła połowę i cicho beknęła.
W poczekalni rozległ się dzwonek telefonu, co nieszczęśnicy oczekujący na borowaną egzekucję powitali z radością.
- Haaalo… Nie przyleciała jeszcze, nie wiem… A pewnie siedzi na dupie, ludzka rzecz – powiedział do telefonu młody mężczyzna w czapce z daszkiem. – Mówi, że ma dwie zmiany. No raz ma jakichś starszych, a raz baby sitter, wiesz jak jest. Niby coś konkretnego robi, ale kto ją tam wie. Najważniejsze, że kasę ma i przywozi, bo jakby tylko jeździła i wracała, to od razu bym wykminił, że się kur… - Urwał, czując na sobie baczne spojrzenie całej poczekalni. – Uhm, no właśnie. Wraca za tydzień, to pogadamy, ale na razie się nie opłaca tu pracować. No, ucałuj ciocię, pa.
- Kto następny? – Z gabinetu wychyliła się kobieta w fartuchu. Bez entuzjazmu, ale z pewną dozą determinacji, kobieta w kapeluszu weszła do środka., odprowadzona wzrokiem pełnym podziwu i lęku jednocześnie.
- A ja to rano tylko ugryzłam kabanoska – starsza pani z drinkiem poczuła chęć do zwierzeń – i od razu jebut! Aż wszystkich świętych zobaczyłam! I tylko byle jakie spodnie na dupę założyłam – czknęła dyskretnie – i przyszłam. Nie ma co czekać, aż wypadnie. Ból to taki sygnał, że… No, że coś boli, nie.
Starszy facet w rozpiętej do pępka koszuli, odsłaniającej futro godne niedźwiedzia polarnego i biust teoretycznie męski przytaknął i klepnął się dłonią w udo, zapewne dla dodania sobie animuszu.
- Święte słowa, nie ma co czekać, proszę panią. Ból, wie pani, to ludzka rzecz, nie ma co się bić wiatrakiem. Mnie to kiedyś w plecach tak kur… Zabolało, jak przesunąłem szafkę i malowanie robiłem – wstał, żeby zademonstrować. – O, tutaj – pokazał na miejsce, w którym plecy od ponad 10 cm się tak nie nazywają – i niżej, aż płakałem, proszę panią, jak matkę kocham. I przyszedł sąsiad, on jest kręgarz, proszę panią. I on mnie tak tu naciągnął, tu wyprostował. Tanio, bo to dobry sąsiad, mogę dać pani numer, proszę panią.
- I co, pomogło?
- I to jak! No, jak młody koń byłem albo bóg, albo jeszcze lepiej, jak ten z filmu z mieczami, co bzyczą i się świecą, proszę panią, ten, no, mistrz joga. I wszystko robiłem, remont i jeszcze nawet tak mogłem, proszę panią, głowę zgiąć aż do kolan – faktycznie schylił się, zgiął w pasie, aż coś mu mięsiście chrupnęło w plecach. – Ożesz, kur…
Młody facet siedzący obok przestał gapić się w telefon i pomógł starszemu panu usiąść. Na chwilę zapanowała cisza, aż zza ściany słychać było ciche jęki i odgłosy borowania. Po kilku minutach drzwi gabinetu znowu się otworzyły i ze zbolałą miną wyszła kobieta w kapeluszu. 
- Kto następny? – Spytała znudzona dama w fartuchu.
Młody facet się poderwał.
- Ja ten… Zostawiłem auto na gazie – sapnął i wybiegł.
- No. To chyba ja. – Powiedział mężnie starszy mężczyzna, z lekką zazdrością spoglądając na kobietę z laską, która sprawnie dokończyła drinka. Westchnął cicho i wszedł do środka, a podchmielona kobiecina zaczęła nucić coś skocznego, prawdopodobnie aby nie słyszeć tego, co za chwilę rozlegnie się w gabinecie. 

środa, 5 lipca 2017

odc.206.: PRAWDZIWA WOLNOŚĆ


Tym razem rzecz działa się nie w wielkim city, tylko w Kłodzku malowniczo ulokowanym około 100 km od Wrocławia, blisko chodnika przy ulicy prowadzącej z centrum na osiedle położone na wzgórzu, gdzie pod wielkim drzewem, w krzakach oprócz śmieci różnego rodzaju, koloru i pochodzenia, spoczywało sobie wygodnie, jak na pikniku, delektując się lipcowym słońcem oraz chmielowym napojem dwóch facetów. Młodszy, z fantazyjnie przekręconą tyłem do przodu czapką z daszkiem, w bluzie rozpiętej swobodnie, mocno pobrudzonych skate'owych sztruksach, z kilkudniowym zarostem na twarzy, zaś drugi z kompanów - starszy, mocno zniszczony używaniem życia i tego, czego grzeczne dzieci i młodzież używać nie powinny, w stroju naddartym tu i ówdzie, rozczochrany, wygnieciony, słowem - niejedno w życiu widział i wypił.
Siedzieli swobodnie, nie kryjąc się przed światem, w cieniu drzewa, popijając piwo i gawędząc na różne tematy. 
- I wsiadasz do autobusu... - zachrypiał niewyraźnie młodszy.
- Kasy nie mam, mówiłem...
- No to idziesz na stopa, mówię ci, dobrzy ludzie zawiozą cię, gdzie będziesz chciał. Ja tak robię, kurwa i byłem nad morzem, w górach, gdzie chcesz jedziesz.
- I niby mi tak pomogą za frajer?
- Człowieku, ja ci też pomogę, jeśli ty sam będziesz chciał sobie pomóc, nie. To ja ci pomogę i inni ludzie też. I pojedziesz, gdzie tylko chcesz. 
- To się nazywa prawdziwa wolność...
Zadumali się nad tą myślą, w marzeniach planując wakacyjną podróż, kompletnie ignorując oburzone spojrzenia emerytów kursujących między pobliskim marketem i kościołem oraz mijające ich, wielce zaciekawione dzieci, które dopytywały się ku zakłopotaniu rodziców, dlaczego panowie siedzą w krzakach i czy one też mogą, bo tam chyba jest fajnie.

niedziela, 4 czerwca 2017

odc.205.: W PORZĄDKU


Siły co najmniej herkulesowej potrzeba do otwarcia drzwi wejściowych, prowadzących do pozornie archaicznej instytucji, jaką jest poczta, w tej konkretnej zakurzonej placówce, mieszczącej się na styku wrocławskiego Starego Miasta, Szczepina i Popowic. Prozaicznej więc czynności wkraczania do środka oraz próbom wydostania się na zewnątrz towarzyszą tu nieprzyzwoicie kojarzące się stęknięcia, jęki, okrzyki, prychnięcia i westchnienia, wspomagane przez rozmaite wyrazy nacechowane emocjonalnie, niekiedy niecenzuralne. To nikomu nie poprawia humoru – ani znużonemu do granic możliwości i służbowo obrażonemu personelowi, ani tym bardziej klientom, muszącym odstać swoje w obowiązkowych kolejkach, które tajemniczym sposobem nie znikają od otwarcia do zamknięcia tego sentymentalnie zatrzymanego w czasie przybytku pełnego zrozumiałych w tym miejscu znaczków i kopert, a także mieszanki towarów pasujących bardziej do stoiska wielobranżowego, takich jak na przykład gazet, zabawek, puzzli, słodyczy, napojów, koszulek z patriotycznymi napisami, rajstop, długopisów i wielu innych.
Przypuszczalnie specjalnie drzwi wejściowe obciążono czymś w rodzaju maksymalnie przyblokowanego opóźniacza, żeby wykluczyć ewentualne próby trzaskania nimi, co zapewne niejednemu petentowi przyszło do głowy po wizycie i próbie wykonania prostej czynności, jaką jest na przykład nadanie przesyłki uprzednio opłaconej przez Internet, z wydrukowanym i naklejonym znaczkiem.
- Nie mogę zeskanować – poskarżyła się nieszczęśliwym tonem znużona brunetka w pogniecionej koszuli z logo poczty.
- Na potwierdzeniu nadania jest ten sam kod, prawda? – Zasugerował uprzejmie pogodnie uśmiechnięty młodzian. - To może tam się da?
Pani z okienka łypnęła podejrzliwie okiem.
- Tu też się nie da, bo zamazane. I mokre.
- Wie pani, pada deszcz – młodzian próbował się tłumaczyć i na dowód swych słów potrząsnął mokrym kokiem i nogawkami przykrótkich spodni, aby spłynęły na podłogę pozostałości ulewy, która faktycznie w to wtorkowe popołudnie pieczołowicie umyła Wrocław.
- Czy mimo to można nadać tę przesyłkę? Bardzo mi na tym zależy. Już opłacone…
Okienko westchnęło.
- Wpiszę ręcznie.
- Bardzo pani dziękuję…
Za młodzianem formowała się coraz dłuższa kolejka, pomimo kilku czynnych okienek.
- Teraz kupić znaczek to problem – starsza pani głośno westchnęła i machnęła parasolką w kierunku młodziana – a kiedyś to człowiek przychodził, kupował i komu to przeszkadzało?... O, Marysiu!!!
Wszyscy drgnęli, bo głos starowinki z parasolem sięgnął wysokiego C, aż uszy zabolały.
Młoda kobieta stojąca w kolejce obejrzała i uśmiechnęła.
- A, to pani, dzień dobry.
- Marysiu, a ja myślałam o tobie. Jak się mama czuje?
- Dobrze już, dziękuję.
- Ale była chora przecież – dopytywała się starowinka – nawet sąsiadka mówiła, że w zeszłym tygodniu pogotowie u was było i wszyscy się bardzo martwimy. Bardzo!
- Wszystko już jest w porządku, naprawdę
- Teraz wszyscy albo chorują i umierają w domu, albo gdzieś jadą i tam ktoś ich zabija.
- Proszę się nie martwić, z mamą już dobrze, to nic groźnego.
- Groźnie to było u nas ostatnio na Zielonogórskiej. Widziała pani w nocy, jak spalili śmietnik? A w telewizorze mówią, że nie znamy dnia ani…
- Już wszystko jest w porządku – młoda kobieta ucięła te dociekania. – Teraz moja kolej, do widzenia.
Podeszła do okienka.
- Dostałam SMS, że jest już moja przesyłka do odebrania.
- Dowód perosz.
- Oj, nie wzięłam torebki – wyciągnęła z kieszeni telefon, pogłaskała ekran palcem i pokazała w kierunku okienka. – Ale w SMS nie ma nazwiska, tylko numer przesyłki, to po co dowód?
- Żeby panią zidentyfikować.
- A co ja jestem, zwłoki? – Mruknęła kobieta do siebie. – Nie można bez dowodu? Mam numer przesyłki.
- Jest dowód?
- Nie, ale zaraz wracam – kobieta obrzuciła kolejkę wzrokiem pełnym rezygnacji. – A będę musiała drugi raz stać w kolejce?
- Każdy musi stać w kolejce, chyba że kombatant albo w ciąży.
- Przepraszam – zza regału z czasopismami wyłoniła się bardzo wysoka, niezwykle szczupła i blada dama w kapeluszu. – A ja tylko chcę u państwa nabyć prasę. – Machnęła gazetą i plikiem krzyżówek. – Czy w tym celu również muszę stać w kolejce?
Kolejka prychnęła z różnym stopniem irytacji, a z okienka powtórnie nadano komunikat:
- Każdy musi stać w kolejce, chyba że kombatant albo w ciąży.
Dama pacnęła rzeczoną prasą o stolik, wzbijając tumany kurzu.
- W tym kraju nigdy do niczego nie dojdziemy! – Stęknęła ze złością, siłując się z drzwiami. Na szczęście z pomocą przyszły jej dwie kobiety, które właśnie wygrały walkę z klamką. Towarzyszyły im kilkuletnie dzieci, które natychmiast podbiegły do półki z książeczkami i kolorowankami.
- …mieliśmy jechać w góry albo nad morze. Leon, zostaw to.
- I co? Lenka, odłóż.
- Nad morzem co tam masz za widok? Nic nie widać, bo wszędzie te parawany.
- To nie rozkładaj.
- Leon, zostaw to. Inni mają, to my też, przecież nie po to jadę nad morze, żeby się na mnie obcy ludzie gapili.
- Teraz to nie wiadomo na kogo się trafi. Lenka, odłóż.
- No właśnie a w górach wszędzie daleko i ciągle trzeba chodzić pod górę. Leon, zostaw to. A wy gdzie? Polska czy gdzieś dalej?
- A ja nie wiem czy gdzieś będziemy jechać. Lenka, odłóż.
Młodzian przy okienku odebrał potwierdzenie nadania i sięgnął do kieszeni.
- Przy okazji chcę odebrać przesyłkę, mam tu awizo.
- Poproszę awizo… Pan tu podpisze, tylko wyraźnie.
- Oczywiście, ale przecież pani mnie zna, a nawet potrafi zidentyfikować… - Dodał z uśmiechem, wzbudzając konsternację zgromadzonych, jakby żart nie pasował do skostniałej instytucji lub był źródłem niebezpieczeństwa.
- Ale co pan?...
- Nic, już nic. Wszystko jest w porządku. 

sobota, 15 kwietnia 2017

odc. 204.: DO BÓLU


Każdy ma własny, sprawdzony, przećwiczony przez lata, częściowo skuteczny sposób na wiosenne przygotowania przedświąteczne - na uczestniczenie lub unikanie czegokolwiek z tym związanego. Wedle indywidualnej chęci i potrzeby, bo przecież jedni gorliwie rzucają się na główkę w wir sprzątania, kupowania, potraw w ilości hurtowej gotowania oraz życzeń wysyłania, zaś inni preferują niemrawe spoglądanie w dal lub telewizor albo wyjazd het, z dala od święconki, dyngusowej gorączki i szału zakupów.
Zastanawiające jest, że przed każdymi świętami niezwykłego uroku nabierają właściwie wszystkie rodzaje sklepów, które jak magnes przyciągają klientów, nie wysilając się specjalnie na okazje cenowe, ale angażując zmysły kupujących promocjami akcentującymi świąteczne powinności, takie jak np. „każda porządna pani domu ma…”, „najlepsze święta tylko z…” i tak dalej w tym tonie, wpędzającym w poczucie winy z powodu nieumytych okien tym konkretnym płynem albo nie skorzystania ze sposobności, by bliscy mieli cudowne święta dzięki błyskawicznej pożyczce gotówkowej.
Należy więc się ubrać w coś nowego, ugotować mnóstwo tradycyjnego, zaprosić tego i owego, przystroić świątecznie stół, siebie i dzieci, a następnie jak co roku udawać zainteresowanie opowieściami krewnych, którzy tłumnie zwalają się na głowę, często traktując wielkanocne tournee po rodzinie jako rozgrzewkę przed majowymi długoweekendowymi wycieczkami.
Sprzedawcy zacierają ręce, bo utarg sam pcha się do kasy, choć trudno samemu zadbać o przygotowania, kiedy interes kwitnie, a drzwi się nie zamykają.
Zaledwie kwadrans na piechotę od wrocławskiego Rynku mieści się przyjemna, zielona wiosną dzielnica Szczepin, gdzie malutkie bloki typu punktowce oraz wysokie wieżowce zamieszkują ludzie starsi, młodsi i w średnim wieku, w ciszy typowej dla mniejszego miasta, a jednak niemalże w samym sercu Wrocławia. Tamże właśnie w osiedlowym outlecie odzieżowym, potocznie zwanym lumpeksem (ale nie przy którejkolwiek ze sprzedawczyń, bo reakcją może być skarcenie słowne lub zgromienie wzrokiem) młoda dziewczyna przechodziła swój chrzest bojowy przy kasie fiskalnej, pod bacznym okiem starszej kobiety, szefowej interesu, która długim, chudym palcem stukała w blat w rytm przeboju Donny Summer, lecącego w radiu i cierpliwie tłumaczyła, co się liczy w życiu.
- W życiu, ale czy ty mnie słuchasz, Marzenko? W życiu liczy się moment.
- Tak, pani Janino.
- Na przykład teraz pewnie myślisz, Marzenko, że zaraz zamykamy, za moment właśnie, ale się mylisz.
- Ale przecież za pół godziny będzie szósta?
- Będzie, więc za moment wejdą przymierzacze. Wejdą, nabiorą tyle wieszaków, ile się da udźwignąć i… Czy ty mnie słuchasz, Marzenko?
- Tak, pani Janino. I co zrobią? Ukradną? – Dziewczę przeraziło się na dobre wizją tak okrutnej zbrodni. Starsza pani zaśmiała się z satysfakcją.
- Nie, ale na pewno bałagan zrobią. I szukaj potem, bluzka wepchnięta w pościel, spodnie rurki w dziecięcych śpioszkach, zawsze tak robią. Przymierzają, chowają i wracają za kilka dni jak będzie większa obniżka w promocji.
- Przymierzają na zapas?
- No tak.
- Ale teraz? Przed świętami? Ja to bym musiała dwa numery większe mierzyć, żeby się zmieścić po świętach. Jak matka wszystkiego nagotuje, ciotka swoje wędliny ze wsi przywiezie, babcia ciast napiecze…
- Co racja, to racja, dobrze kombinujesz dziecko. Ale narobią nam tutaj, święta, nie święta. Dlatego jak zamykamy, to trzeba wszystko przepatrzeć, powiesić na miejsce. Jak wejdą, to ja ci ich pokażę i będziesz czekać na… Czy ty mnie słuchasz, Marzenko?
- Tak, pani Janinko. Mam czekać na ten moment, jak będą chować, tak?
- Właśnie, na moment. Bo jak przegapisz, dziecko, to oni to wykorzystają do bólu, a ty potem szukaj do wieczora i płacz, dziewczyno. Zobacz, zaraz przyjdą…
Dziewczyna posłusznie zagapiła się na drzwi wejściowe, jakby były ze złota.
Do środka weszła para nastolatków, którzy zanurkowali w kontenerach z ciuchami, a zaraz za nimi dwie kobiety około czterdziestki.
- Mówiłam, kup mi gazetę, to nie, kupił wszystko oprócz gazety.
- A w tamtym sklepie „Wyborczej” nie dowieźli i sprzedawczyni mówiła, że z dzisiejszych mają tylko „Fakt” i „Super Express”.
- Tego to się nie da czytać przecież.
- Nakręcają głupotami do bólu, a potem tylko przegrywają procesy i odszczekują.
- Czasami coś opowiadałam mężowi i on pyta gdzie to wyczytałam, czy w „Fakcie”, czy w „Super Expresie”.
- A on co czyta?
- Nic nie czyta, telewizję ogląda. A jak odpowiedziałam, że w „Newsweeku”, a może w „Polityce”, to odparł, że się nie spodziewał, że jego żona czyta takie poważne czasopisma…
Tymczasem na zewnątrz wiosna twardo robiła swoje, kwitnąc i podduszając alergików, serwując na zmianę deszcz i słońce.
Kilka przecznic dalej, pod pospołemowskimi delikatesami stało dwóch stałych bywalców, ogorzałych od słońca, woniejących miastem i niejedną przygodą, z butelkami piwa w dłoniach.
- Patrz, kurwa, tamten kupił „Wyborczą”.
- Nie wiedziałem, że ktoś to jeszcze kupuje. Nawet bym się tym nie podtarł…
- To jakiś liberał, kurwa. O, na rower wsiada, mówiłem, kurwa. Kto w deszczu jeździ na rowerze?
- Trzeba być pojebanym - zgodził się kolega, który zapewne od ponad dekady nie ruszył się spod sklepu.
- Może coś wszamamy?
- Jak piję, to nie jem, bo mnie kurwa nie stać. Dlatego nie mam nic na krechę. I tak by mi ta stara nie dała na kredyt.
- Mi też nie daje, kurwa.
- No to nie jemy?
- To zdrowo, mało jeść, nie. Chyba że jestem na imprezie z korytem, wtedy jem ile dają, na zapas i do bólu, żeby wystarczyło na następną najebkę.
Przez chwilę obaj chwiali się w rytmie porywistego wiosennego wiatru umilanego falami delikatnie tnącego atmosferę deszczu, gibiąc się na boki w ciszy, przerywanej okrzykami dzieci grających w piłkę obok sklepu.
Na parkingu przed delikatesami dwóch młodzieńców pakowało zakupy do bagażnika.
- Cholera, przegapiłem jak w biedrze było na wina 20%.
- Teraz to powinieneś pilnować takich promocji na wina, a może na wódki bardziej, bo kto z twoich te wina wypije?
- Prędzej wódkę. I na wędlinę, sery…
- Na wszystko.
- Jutro idziemy na te pierwsze nauki.
- O rany, a ile to potrwa?
- Dwa jebane miesiące.
- A nie da się bez?
- Próbowaliśmy, nawet ojciec poszedł do proboszcza załatwić, ale tyle wydaliśmy na wesele, że już nas nie stać i musimy tam chodzić do bólu… O, przestaje padać, pewnie nad miastem będzie tęcza.
W powietrzu zawirowały płatki z dzikiej wiśni rosnącej przy sklepie, a w krzakach rozćwierkały się wróble, opowiadając światu o czymś przyjemnie pierwotnym, odlotowo przyziemnym i niezwiązanym z promocjami, świętami czy zakupowymi szaleństwami.
A nad miastem faktycznie na moment zawisła tęcza, niepewna czy nikt jej tego nie zabroni, kolorowa i bezczelnie tęczowa, do bólu.

środa, 15 marca 2017

odc.203.: CIĄGLE COŚ


Największe skrzyżowania w metropoliach bywają albo reprezentacyjnie ozdobione znacząco napakowanymi w funkcje i instytucje budynkami, pełnymi ławek skwerami zielonymi oraz możliwościami przesiadkowymi, albo są zaplątane w serpentynowe estakady, obtłuczone murki z podjazdami i schodami lub przejścia podziemne pokryte graffiti w tylu warstwach, że nikt z żyjących nie pamięta już, jaki oryginalny kolor miały te cudeńka architektury. 
Wszystkie te elementy można znaleźć w okolicy wrocławskiego Placu Społecznego, na który surowo spogląda monumentalna bryła Urzędu Wojewódzkiego, nie dorównująca urodzie klasycznej elewacji pobliskiego Muzeum Narodowego, które jakiś czas temu weszło w symbiozę wizualną z pokrywającym je bluszczem, z korzyścią estetyczną dla obu stron. Nitki komunikacji miejskiej przecinają ów plac jak pajęczyna wyprodukowana na niezłej bani, wnikając w miasto stanowczo i z domieszką chaosu miejskiego. Tramwaje mkną pod betonowymi konstrukcjami, na których kierowcy autobusów i samochodów solidarnie (sic!) przeklinają korki, a piesi i rowerzyści gubią się w gąszczu przejść. Nieopodal wybrzeża Odry, blisko Impartu, rozsiadło się wielkie wesołe miasteczko, z karuzelami, światełkami, autkami, diabelskim młynem i obłędnie piskliwą muzyczką, które wbrew swojej nazwie wygląda na mocno przygnębione śladową frekwencją i nikłą szansą na odzyskanie dawnej atrakcyjności. Dużo większą popularnością cieszą się zmieniające często lokalizacje foodtrucki, które skutecznie polują na zgłodniałych przechodniów, a kiedy tylko pierwsze wiosenne słońce nieśmiało wyjrzy zza smogu, kuszą leżakami i możliwością spożycia modnego posiłku w warunkach spartańskich, na stoliku z palet, ale za to z szansą na zdobycie lajków za selfie z bułą na tle błotnistych skwerków, co z powodzeniem przyciąga studentów, turystów i miłośników jedzenia w pozycji co najmniej niewygodnej.
Pomimo sporej ilości przecinających się w tym miejscu tras tramwajowych i autobusowych, na przystanku przy Urzędzie Grunwaldzkim zazwyczaj nie ma tłumów, być może ze względu na bliskość city, do którego jest stąd kilka minut spacerem, przez Park Słowackiego lub bulwarem nad Odrą, z widokiem na Bibliotekę Uniwersytecką.
- Nie wiem, kiedy się będą przeprowadzać – powiedziała do telefonu kobieta w makijażu bliskim charakteryzacji do filmu o szalonych klaunach. Obrażony ton poparła pstryknięciem zapalniczki i nie zwracając uwagi na syknięcie młodych ludzi stojących tuż obok niej na przystanku tramwajowym w stronę Mostu Grunwaldzkiego, dreptała na obcasach tam i z powrotem, okadzając wiatę nikotyną.
- Tu noga złamana, tu kaszanka zaszkodziła, a teraz ona mówi, że nie chce go znać, bo zobaczyła jakieś zdjęcie. No wiesz, selfie. Nie ona, tylko on sobie zrobił. Na imprezie jakiejś, NIE z nią, tylko z inną, rozumiesz. I ciągle coś. No, to pa.
Telefon schowała do torebki, niedopałek zgniotła obcasem, przysiadła na ławce. 
- A od dawna robisz jako modelka?
Kobietę z makijażem aż poderwało na myśl o takiej karierze, ale okazało się, że pytanie nie było skierowane do niej, tylko do młodej, prześlicznej dziewczyny, która usiadła obok niej. Zadał je chłopiec, który zapewne nigdy nie zostanie atletą, ale w cuglach wygrałby konkurs na naśladowanie stylu opadającego liścia. 
Jeżeli na świecie nie ma jeszcze lekarza specjalizującego się w leczeniu dolegliwości spowodowanych obnażaniem kostek niezależnie od pory roku i warunków pogodowych, to warto się zastanowić nad wyborem takiej specjalizacji, bo sadząc po ilości za krótkich lub podwiniętych spodni wśród młodych ludzi, wkrótce stanie się to dochodowe. 
Młodziutka modelka miała wielkie ciemne okulary, niesamowicie puszyste kasztanowe włosy, długie i lśniące, cerę nieskazitelnie budzącą zazdrość każdej normalnej dorosłej kobiety oraz figurę, której kontur był nonszalancko zarysowany dobranymi spodniami, płaszczykiem i zgrabnymi trampkami. 
- No, ile miałaś lat jak zaczynałaś? – Młodzieniec nie odpuszczał.
- Jakieś 14, to było 3 lata temu – dziewczyna rozciągała leniwie głoski jak gumę do żucia, choć jej dykcji nie można było nic zarzucić. 
- I sama sobie robiłaś zdjęcia?
- Modeling to nie jakieś głupie selfie – odparła pobłażliwie – nie myśl sobie. To ciągła praca nad sobą, nad wyglądem, włosy, twarz, ciągle coś. Najpierw kuzynka mi zrobiła, bo jest full pro fotografem i stylistką. No a potem miałam portfolio i mogłam się zgłaszać na castingi. Założyłam stronę…
- A nie bałaś się psycholi?
- Najpierw chodziłam z koleżanką, ale potem się pokłóciłyśmy, bo była zazdrosna i teraz pracuję sama – w głosie dziewczyny przebijał się gorzki ton doświadczonej profesjonalistki, dziwnie kontrastujący z jej anielskim wyglądem.
- A mama ci pozwoliła? – Walnął chłopak z grubej rury, z niedowierzaniem.
- Mama nic nie wiedziała, coś ty. Mówiłam jej, że to projekt na lekcje. Człowieku, wszystko miałam przemyślane, bo bez planu człowiek byłby w dupie. A wiesz, raz trafiłam na psychola.
Chłopak się zaciekawił, kobieta siedząca obok również, choć makijaż skutecznie maskował emocje.
Dziewczyna mimo to nie ściszyła głosu.
- Czekał aż się przebiorę do zdjęć w drugim pomieszczeniu, obok. I jak weszłam, to był nagi. Cały, nawet tego, no wiesz, miał na wierzchu. Na szczęście byłam z koleżanką, zagroziłyśmy policją i nas wypuścił.
- O kurwa – chłopiec rozdziawił buzię tkniętą puchem, który za dekadę będzie zarostem.
- Był też taki drugi, co mnie śledził, bo ja mu napisałam, że odwołuję i poszłam do galerii na szoping, a on odpisał, że jestem śliczna jak robię zakupy i wiedział gdzie.
- Taki chuj – podziw chłopca był coraz większy.
- Teraz zawsze jestem z kimś, bo wiesz, ciągle coś – dziewczyna westchnęła i odgarnęła włosy z czoła gestem divy z dwudziestolecia międzywojennego.
Kobiecie z makijażem zatelepała się torebka, w której telefon wesolutko nucił melodię z discopolowego przeboju o tym, która chciała, a która i nie, a może o tym, kto kogo i dlaczego - kto to wie?
- No właśnie, dzwoniłam do ciebie – powiedziała kobieta triumfująco. – No wiem, ciągle coś. A ty wiesz, że mąż Natalii jest w szpitalu? Nie wiedzą co mu jest. Słuchaj, bo ona go zapisała na siłownię. Nie, ani za gruby, ani za chudy, taki w sobie niepozorny. Ona chciała, żeby on chodził na siłownię, żeby mogła mówić, że wiesz, zdrowy tryb, kiełki, dupełki, stringi, feng szuje i … No właśnie. I on tam na tej siłowni poznał trenera, co mu jakieś te odżywki kazał pić. Kupę kasy wydali na karnet, odżywki i pojechał w delegację z pracy. A tam go zabrało pogotowie, bo jak zemdlał, to myśleli, że zapił, ale nie. Teraz jest tutaj w szpitalu i lekarze pytają co on pił, bo ma fatalne wyniki, FATALNE. I Natalia wyobraź sobie poszła do tej siłowni, bo trener nie odbiera telefonu, a on zniknął i nikt nie wie co było w tych odżywkach. No właśnie, może jakieś narkotyki. Nie dość, ze w zeszłym roku z tymi szybami popłynęli, mało że córka wagaruje, to teraz jeszcze ten szpital i nie wiadomo co gorsze, jak ciągle coś. Lecę, bo mój jedzie.
Popędziła do tramwaju, a milcząca przez cały ten monolog dziewczyna zdjęła ciemne okulary i prychnęła lekceważąco.
- Też mi zdrowy tryb życia…
- No, ja to bym nigdy na jakąś siłownię nie szedł – przytaknął chłopak.
- Bez sensu te odżywki. Ja nic nie jem i żyję, wyglądam świetnie i zarabiam, bo taki mam plan na siebie…

piątek, 24 lutego 2017

odc. 202.: NA WCZORAJ



Koniec zimy, która wbrew zapowiedziom niektórych prognostów mimo wszystko nadeszła i była obecna jakiś czas, ale nie spełniła gróźb wynikających z miana „zimy stulecia”, dał się odczuć w city dzięki huraganowym wiatrom, które ganiają po mieście przechodniów z wywijającymi się na wszystkie strony parasolami i uciekającymi szalikami, turlają kolejnymi ostrymi powiewami śmieci, często środkiem drogi między pędzącymi autami i rowerzystami w maseczkach antysmogowych, a także regularnie uderzają deszczem i zamarzającym złem w okna oraz twarze mieszkańców.
Od czasu do czasu spomiędzy chmur gnanych jak owce po hali wyjrzy słońce, ostre i zdecydowane ocieplić łyse drzewa i krzaki, kiełkujące trawniki z organicznymi ozdobami rozmaitego pochodzenia i treści żołądkowej. Promienie światła leniwie omiatają zmarznięte ulice, chodniki zaskoczone ociepleniem powietrza o 10-15 stopni, a także ludzi, którzy w różnym tempie przystosowują się do zmian w aurze, co skutkuje tym, że zimowe kurtki puchowe mijają się w warzywniaku czy monopolowym z kusymi spódniczkami, a trampki niechcący nadeptują w autobusie na stopy obute w kozaki. Według kalendarza pod koniec lutego jest zima, ale mimo wiatru i sporadycznych opadów robi się coraz cieplej, głównie ze względu na zmiany klimatyczne, które nijak nie chcą odpowiadać teoriom zwolenników faktów alternatywnych.
Na ławce przy boisku szkolnym na granicy Starego Miasta i Szczepina, łączącym miejsce do gry w piłkę nożną z koszykówką, ze względu na obecność bramki oraz kosza, siedziało rozbawione towarzystwo w wieku postgimnazjalnym. Młode buzie dziewczyn były pieczołowicie pokryte makijażem, co skutecznie niwelowało młodzieńczy urok, zaś chłopcy dumnie prezentowali światu swoje świeżo zapuszczone wątłe brody, co wyglądało, jakby młodzi mnisi zerwali się na chwilę z zajęć, by między jednym a drugim różańcem zająć się godowym tańcem.
Żadne z nich nie kwapiło się do skorzystania z piłki do koszykówki, którą niemrawo turlali między sobą. Przysiedli na ławce, palili papierosy i gawędzili.
- Nie można powiedzieć, żeby nas wczoraj poniósł melanż – zaśmiała się jedna z dziewczyn, mrużąc mocno pomalowane oczy. Jedną ręką grzebała w torebce.
- No, a widziałaś te kafle?
- Paździerz, a ona sama tam mieszka?
- Mówiła, że z jakimś gościem, ale nikt go nie widział.
- I żeby te żurawinowe Reddsy podać, to już naprawdę bieda – skwitowała dziewczyna w jasnych spodniach i gołych kostkach, które świtały znad trampek na koturnie.
- Muszę już iść. – Ta z torebką podniosła się, a towarzyszący jej chłopak pstryknął niedopałkiem na błotnisty trawnik.
- Czekaj, pójdę z tobą. A idziesz się uczyć?
- Nie, jak myślę o sesji, że tam wszystko jest na wczoraj, to mnie osłabia, kurwa.
- I co, uczysz się wtedy?
- Nie, dzwonię do Kaśki, bo ona zawsze mi opowiada, że jeszcze się nic nie uczyła albo że ma poprawkę. I od razu mi jakoś lepiej. No pa, narka.
Dwie dziewczyny i jeden chłopak oddalili się, a na boisku została ich koleżanka oraz drugi chłopak, który nie wiedział co ma zrobić z rękami, więc najpierw skubał rękaw kurtki, a potem zapalił kolejnego papierosa, zdejmując przy tym kaptur z głowy i odsłaniając wielkiego sińca na czole.
Dziewczyna przyjrzała się uważnie koledze.
- Co ci się stało?
- A, nie powiem, bo będziesz na mnie krzyczeć.
- Ej, czy ja kiedyś na ciebie krzyczałam?
- Ostatnio jak jebnąłem tamtemu gnojowi…
- To była inna historia, powiedz, no.
- A to u nas, wczoraj, stałem spokojnie po robocie, ostro robiliśmy, bo szef kazał na wczoraj i nagle leszczu podchodzi i mówi, żebym spierdalał.
- Kto?
- A taki jeden, szef mówi o nim, że to morderca z baraku i zawsze mu odbija, jak wiatr wieje tak mocno.
- I co?
- Nie chciałem kłopotów, bo znowu będzie zjebka i kurator się wkurwi, ale gostek jebnął mi z kastetu i musiałem oddać.
- I co?
- Wybiłem mu zęba i ma dzisiaj wrócić. Powiem mu, żeby sobie wsadził, a szef mnie poparł, bo robiliśmy dobrze na wczoraj.
- Tylko uważaj, bo za tydzień mamy iść na wesele, żebyś wyglądał jakoś. Wiosna zaraz…

środa, 1 lutego 2017

odc. 201.: RĘCE OPADAJĄ


Zimowe oblicze miasta ubogo i niechlujnie prezentuje się w city, gdzie sól, której z uporem maniaka służby miejskie, ciecie i rozmaici nadgorliwcy systematycznie używają do zasypywania chodników i dróg, wnika w przestrzeń i niszczy nie tylko potencjalne zaspy śniegu, zwały lodu oraz inne miłe dla oka mroźne efekty specjalne. W rezultacie mokra, zimna, brudna breja molestuje obuwie, sięgając niekiedy do kostek i ochlapując przechodniów z kałuż, na które niestety często nie zwracają uwagi kierowcy samochodów oraz autobusów miejskich. Na szczęście istnieją we Wrocławiu miejsca piękne zimową porą, enklawy brutalnego uroku z naszkicowanymi mrozem śnieżnobiałymi gałązkami, nietkniętymi ludzką stopą ni spalinową odśnieżarką zaspami, zastygnięte w zamarzniętym nieruchomym pięknie, jakby brały udział w plenerowym mannequin challenge. Wystarczy minąć Pasaż Grunwaldzki i pomknąć tramwajem lub czymkolwiek innym w stronę Parku Szczytnickiego albo dowolnie wybranego z wielu wrocławskich skupisk zieleni, które ostały się jeszcze, pomimo zamiłowania gatunku ludzkiego do smrodliwych pojazdów na czterech kółkach oraz wycinania drzew, czynności popularnej w czasach dobrej zmiany, połączonej ze strzelaniem do fauny ginącej, ścigania osobników płci każdej, legalnie manifestujących poglądy - ale o tym kiedy indziej.
- Nie chcesz dzisiaj wyjść? ALE NA PEWNO? I CO, TAK W DOMU?... – Dopytywał przez telefon młodzieniec, coraz głośniej, bo przejeżdżające w pobliżu auta nie sprzyjały cichej pogawędce. Cienka kurteczka, czapka czołgisty ZSRR, wielobarwny szalik, musztardowe kuse spodnie, gołe kostki, na widok których myśli zamarzają, wiosenne trampeczki i niemrawy zarost czyniły go typowym przedstawicielem współczesnej młodzieży w wieku studenckim. Jego kompan ubrany był zastanawiająco podobnie, jakby obowiązywał ich dress code z jakiegoś tajnego klubu, nakazującego członkom narażanie kończyn dolnych na odmrożenie.
Na przystanku komunikacji miejskiej przy ulicy Kochanowskiego, tuż obok ściany zieleni, ale z towarzyszeniem huku aut, nowocześnie łączącym autobusowy z tramwajowym, z nieśmiertelnym kioskiem z prasą, przekąskami, napojami, wyrobami nikotynowymi i odrapaną wiatą, śnieg przebywał w postaci szaroburych i brązowawych kopczyków, upchanych po kątach, a także świeżej warstewki, która radośnie przyprószyła miasto przed południem i nadal nadciągała nieregularnymi falami, w miarę jak nad miasto napływały kolejne ołowiane chmury. Wraz z wiatrem nasilał się przenikliwy ziąb, który kłócił się z gołymi kostkami młodzieńców oraz dziewcząt stojących pod wiatą, tuż obok kobiet odzianych w wielgachne futra, zapewne sprzed kilku dekad, podobnie jak właścicielki.
- A, Netlixa oglądasz, no kumam. Ale wiesz, może jednak? WIEM, ŻE JEST SMOG, PRZECIEŻ NIE NA SPACER, TYLKO DO LOKALU. Bym wziął. Ciebie. – Dukał po jednym słowie, bo zęby zaczęły znacząco szczękać o siebie. Kolega łypnął okiem spod swojej czapki i prychnął.
- No dobra. To pa, będę dzwonił. – Rozłączył się. – No ręce opadają.
- Zmieniłeś się stary. W swojego ojca się zmieniłeś.
- Pierdolisz, sam miękniesz jak cipa jak ta twoja do Ciebie dzwoni. Tiu tiu i jak plastelina jesteś.
- Mówię, jak jest. Nie oceniam, kurwa, tylko stwierdzam fakt.
- Kiedyś bym ją pewnie ostro przeruchał na drugiej randce. Ale wiesz, teraz chcę głębokiej relacji. Z matką mnie pozna, z ojcem, z siostrą, może wreszcie coś będzie na dłużej niż dwa tygodnie. – Chłopak westchnął, jakby bagaż doświadczeń kilkudziesięciu lat obciążał mu barki i myśli, gdy w rzeczywistości wąs ledwo mu się sypał pod nosem. - Może masz rację, zmieniłem się…
- A pamiętasz, jak obracałeś na promie tę dziwkę z Norwegii?
- Chciała brać ślub, pamiętam, kurwa. A czy ja wyglądam na służbistę?
- Na artystę raczej, nie służbistę.
Wybuchnęli śmiechem, przerywanym kaszlem oskrzelowym zza obydwu kolorowych szalików.
Wesoło było również dziewczętom pod wiatą, podskakującym z zimna, podobnie jak chłopcy błyskając gołymi kostkami znad półkozaczków.
- …no i teraz mam szlaban na alkohol.
- Od kiedy?
- No odkąd tak mi się niechcący cofnęło przy rodzicach jak wróciłam.
- Przejebane, a myślałam, że nic, bo nie było widać.
- Po mnie nie widać jak się nie odzywam. Po moim kuzynie zawsze można poznać, bo robi się niemiły. Matka wyszła do przedpokoju, było późno, on zjebał jej piżamę i wtedy puściłam pawia.
Wzrok kobiety w futrze zgasił dalszą część młodocianej wymiany zdań i dziewczęta zatopiły się w telefonie jednej z nich. Jedna z kobiet zerknęła na tablicę z wyświetlonymi godzinami odjazdu kolejnych środków transportu publicznego.
- Zaraz będzie. Albo wsiądziemy w inny i zaraz się przesiądziemy, ale ogrzejemy się przynajmniej na sekundę.
- Jezusie jak zimno.
- Masz naklejkę WOŚP, byłaś?
- Nie, to z zeszłego roku, ale nie ściągam, żeby się odczepili.
- No, ja w tym roku poszłam z dziećmi na plac Nowy Targ.
- Jak było?
- Jakieś koncerty, hałas, pełno śniegu, ludzi, wszędzie ci z puszkami, jakieś stare auta i mój zwariował, poleciał tam i z synem pół godziny siedzieli, nie mogłam ich odciągnąć, motory jakieś, gry i zwariować można.
- No, wszystko dla tych ludzi tam zrobili.
- Ręce opadają.