środa, 15 marca 2017

odc.203.: CIĄGLE COŚ


Największe skrzyżowania w metropoliach bywają albo reprezentacyjnie ozdobione znacząco napakowanymi w funkcje i instytucje budynkami, pełnymi ławek skwerami zielonymi oraz możliwościami przesiadkowymi, albo są zaplątane w serpentynowe estakady, obtłuczone murki z podjazdami i schodami lub przejścia podziemne pokryte graffiti w tylu warstwach, że nikt z żyjących nie pamięta już, jaki oryginalny kolor miały te cudeńka architektury. 
Wszystkie te elementy można znaleźć w okolicy wrocławskiego Placu Społecznego, na który surowo spogląda monumentalna bryła Urzędu Wojewódzkiego, nie dorównująca urodzie klasycznej elewacji pobliskiego Muzeum Narodowego, które jakiś czas temu weszło w symbiozę wizualną z pokrywającym je bluszczem, z korzyścią estetyczną dla obu stron. Nitki komunikacji miejskiej przecinają ów plac jak pajęczyna wyprodukowana na niezłej bani, wnikając w miasto stanowczo i z domieszką chaosu miejskiego. Tramwaje mkną pod betonowymi konstrukcjami, na których kierowcy autobusów i samochodów solidarnie (sic!) przeklinają korki, a piesi i rowerzyści gubią się w gąszczu przejść. Nieopodal wybrzeża Odry, blisko Impartu, rozsiadło się wielkie wesołe miasteczko, z karuzelami, światełkami, autkami, diabelskim młynem i obłędnie piskliwą muzyczką, które wbrew swojej nazwie wygląda na mocno przygnębione śladową frekwencją i nikłą szansą na odzyskanie dawnej atrakcyjności. Dużo większą popularnością cieszą się zmieniające często lokalizacje foodtrucki, które skutecznie polują na zgłodniałych przechodniów, a kiedy tylko pierwsze wiosenne słońce nieśmiało wyjrzy zza smogu, kuszą leżakami i możliwością spożycia modnego posiłku w warunkach spartańskich, na stoliku z palet, ale za to z szansą na zdobycie lajków za selfie z bułą na tle błotnistych skwerków, co z powodzeniem przyciąga studentów, turystów i miłośników jedzenia w pozycji co najmniej niewygodnej.
Pomimo sporej ilości przecinających się w tym miejscu tras tramwajowych i autobusowych, na przystanku przy Urzędzie Grunwaldzkim zazwyczaj nie ma tłumów, być może ze względu na bliskość city, do którego jest stąd kilka minut spacerem, przez Park Słowackiego lub bulwarem nad Odrą, z widokiem na Bibliotekę Uniwersytecką.
- Nie wiem, kiedy się będą przeprowadzać – powiedziała do telefonu kobieta w makijażu bliskim charakteryzacji do filmu o szalonych klaunach. Obrażony ton poparła pstryknięciem zapalniczki i nie zwracając uwagi na syknięcie młodych ludzi stojących tuż obok niej na przystanku tramwajowym w stronę Mostu Grunwaldzkiego, dreptała na obcasach tam i z powrotem, okadzając wiatę nikotyną.
- Tu noga złamana, tu kaszanka zaszkodziła, a teraz ona mówi, że nie chce go znać, bo zobaczyła jakieś zdjęcie. No wiesz, selfie. Nie ona, tylko on sobie zrobił. Na imprezie jakiejś, NIE z nią, tylko z inną, rozumiesz. I ciągle coś. No, to pa.
Telefon schowała do torebki, niedopałek zgniotła obcasem, przysiadła na ławce. 
- A od dawna robisz jako modelka?
Kobietę z makijażem aż poderwało na myśl o takiej karierze, ale okazało się, że pytanie nie było skierowane do niej, tylko do młodej, prześlicznej dziewczyny, która usiadła obok niej. Zadał je chłopiec, który zapewne nigdy nie zostanie atletą, ale w cuglach wygrałby konkurs na naśladowanie stylu opadającego liścia. 
Jeżeli na świecie nie ma jeszcze lekarza specjalizującego się w leczeniu dolegliwości spowodowanych obnażaniem kostek niezależnie od pory roku i warunków pogodowych, to warto się zastanowić nad wyborem takiej specjalizacji, bo sadząc po ilości za krótkich lub podwiniętych spodni wśród młodych ludzi, wkrótce stanie się to dochodowe. 
Młodziutka modelka miała wielkie ciemne okulary, niesamowicie puszyste kasztanowe włosy, długie i lśniące, cerę nieskazitelnie budzącą zazdrość każdej normalnej dorosłej kobiety oraz figurę, której kontur był nonszalancko zarysowany dobranymi spodniami, płaszczykiem i zgrabnymi trampkami. 
- No, ile miałaś lat jak zaczynałaś? – Młodzieniec nie odpuszczał.
- Jakieś 14, to było 3 lata temu – dziewczyna rozciągała leniwie głoski jak gumę do żucia, choć jej dykcji nie można było nic zarzucić. 
- I sama sobie robiłaś zdjęcia?
- Modeling to nie jakieś głupie selfie – odparła pobłażliwie – nie myśl sobie. To ciągła praca nad sobą, nad wyglądem, włosy, twarz, ciągle coś. Najpierw kuzynka mi zrobiła, bo jest full pro fotografem i stylistką. No a potem miałam portfolio i mogłam się zgłaszać na castingi. Założyłam stronę…
- A nie bałaś się psycholi?
- Najpierw chodziłam z koleżanką, ale potem się pokłóciłyśmy, bo była zazdrosna i teraz pracuję sama – w głosie dziewczyny przebijał się gorzki ton doświadczonej profesjonalistki, dziwnie kontrastujący z jej anielskim wyglądem.
- A mama ci pozwoliła? – Walnął chłopak z grubej rury, z niedowierzaniem.
- Mama nic nie wiedziała, coś ty. Mówiłam jej, że to projekt na lekcje. Człowieku, wszystko miałam przemyślane, bo bez planu człowiek byłby w dupie. A wiesz, raz trafiłam na psychola.
Chłopak się zaciekawił, kobieta siedząca obok również, choć makijaż skutecznie maskował emocje.
Dziewczyna mimo to nie ściszyła głosu.
- Czekał aż się przebiorę do zdjęć w drugim pomieszczeniu, obok. I jak weszłam, to był nagi. Cały, nawet tego, no wiesz, miał na wierzchu. Na szczęście byłam z koleżanką, zagroziłyśmy policją i nas wypuścił.
- O kurwa – chłopiec rozdziawił buzię tkniętą puchem, który za dekadę będzie zarostem.
- Był też taki drugi, co mnie śledził, bo ja mu napisałam, że odwołuję i poszłam do galerii na szoping, a on odpisał, że jestem śliczna jak robię zakupy i wiedział gdzie.
- Taki chuj – podziw chłopca był coraz większy.
- Teraz zawsze jestem z kimś, bo wiesz, ciągle coś – dziewczyna westchnęła i odgarnęła włosy z czoła gestem divy z dwudziestolecia międzywojennego.
Kobiecie z makijażem zatelepała się torebka, w której telefon wesolutko nucił melodię z discopolowego przeboju o tym, która chciała, a która i nie, a może o tym, kto kogo i dlaczego - kto to wie?
- No właśnie, dzwoniłam do ciebie – powiedziała kobieta triumfująco. – No wiem, ciągle coś. A ty wiesz, że mąż Natalii jest w szpitalu? Nie wiedzą co mu jest. Słuchaj, bo ona go zapisała na siłownię. Nie, ani za gruby, ani za chudy, taki w sobie niepozorny. Ona chciała, żeby on chodził na siłownię, żeby mogła mówić, że wiesz, zdrowy tryb, kiełki, dupełki, stringi, feng szuje i … No właśnie. I on tam na tej siłowni poznał trenera, co mu jakieś te odżywki kazał pić. Kupę kasy wydali na karnet, odżywki i pojechał w delegację z pracy. A tam go zabrało pogotowie, bo jak zemdlał, to myśleli, że zapił, ale nie. Teraz jest tutaj w szpitalu i lekarze pytają co on pił, bo ma fatalne wyniki, FATALNE. I Natalia wyobraź sobie poszła do tej siłowni, bo trener nie odbiera telefonu, a on zniknął i nikt nie wie co było w tych odżywkach. No właśnie, może jakieś narkotyki. Nie dość, ze w zeszłym roku z tymi szybami popłynęli, mało że córka wagaruje, to teraz jeszcze ten szpital i nie wiadomo co gorsze, jak ciągle coś. Lecę, bo mój jedzie.
Popędziła do tramwaju, a milcząca przez cały ten monolog dziewczyna zdjęła ciemne okulary i prychnęła lekceważąco.
- Też mi zdrowy tryb życia…
- No, ja to bym nigdy na jakąś siłownię nie szedł – przytaknął chłopak.
- Bez sensu te odżywki. Ja nic nie jem i żyję, wyglądam świetnie i zarabiam, bo taki mam plan na siebie…

piątek, 24 lutego 2017

odc. 202.: NA WCZORAJ



Koniec zimy, która wbrew zapowiedziom niektórych prognostów mimo wszystko nadeszła i była obecna jakiś czas, ale nie spełniła gróźb wynikających z miana „zimy stulecia”, dał się odczuć w city dzięki huraganowym wiatrom, które ganiają po mieście przechodniów z wywijającymi się na wszystkie strony parasolami i uciekającymi szalikami, turlają kolejnymi ostrymi powiewami śmieci, często środkiem drogi między pędzącymi autami i rowerzystami w maseczkach antysmogowych, a także regularnie uderzają deszczem i zamarzającym złem w okna oraz twarze mieszkańców.
Od czasu do czasu spomiędzy chmur gnanych jak owce po hali wyjrzy słońce, ostre i zdecydowane ocieplić łyse drzewa i krzaki, kiełkujące trawniki z organicznymi ozdobami rozmaitego pochodzenia i treści żołądkowej. Promienie światła leniwie omiatają zmarznięte ulice, chodniki zaskoczone ociepleniem powietrza o 10-15 stopni, a także ludzi, którzy w różnym tempie przystosowują się do zmian w aurze, co skutkuje tym, że zimowe kurtki puchowe mijają się w warzywniaku czy monopolowym z kusymi spódniczkami, a trampki niechcący nadeptują w autobusie na stopy obute w kozaki. Według kalendarza pod koniec lutego jest zima, ale mimo wiatru i sporadycznych opadów robi się coraz cieplej, głównie ze względu na zmiany klimatyczne, które nijak nie chcą odpowiadać teoriom zwolenników faktów alternatywnych.
Na ławce przy boisku szkolnym na granicy Starego Miasta i Szczepina, łączącym miejsce do gry w piłkę nożną z koszykówką, ze względu na obecność bramki oraz kosza, siedziało rozbawione towarzystwo w wieku postgimnazjalnym. Młode buzie dziewczyn były pieczołowicie pokryte makijażem, co skutecznie niwelowało młodzieńczy urok, zaś chłopcy dumnie prezentowali światu swoje świeżo zapuszczone wątłe brody, co wyglądało, jakby młodzi mnisi zerwali się na chwilę z zajęć, by między jednym a drugim różańcem zająć się godowym tańcem.
Żadne z nich nie kwapiło się do skorzystania z piłki do koszykówki, którą niemrawo turlali między sobą. Przysiedli na ławce, palili papierosy i gawędzili.
- Nie można powiedzieć, żeby nas wczoraj poniósł melanż – zaśmiała się jedna z dziewczyn, mrużąc mocno pomalowane oczy. Jedną ręką grzebała w torebce.
- No, a widziałaś te kafle?
- Paździerz, a ona sama tam mieszka?
- Mówiła, że z jakimś gościem, ale nikt go nie widział.
- I żeby te żurawinowe Reddsy podać, to już naprawdę bieda – skwitowała dziewczyna w jasnych spodniach i gołych kostkach, które świtały znad trampek na koturnie.
- Muszę już iść. – Ta z torebką podniosła się, a towarzyszący jej chłopak pstryknął niedopałkiem na błotnisty trawnik.
- Czekaj, pójdę z tobą. A idziesz się uczyć?
- Nie, jak myślę o sesji, że tam wszystko jest na wczoraj, to mnie osłabia, kurwa.
- I co, uczysz się wtedy?
- Nie, dzwonię do Kaśki, bo ona zawsze mi opowiada, że jeszcze się nic nie uczyła albo że ma poprawkę. I od razu mi jakoś lepiej. No pa, narka.
Dwie dziewczyny i jeden chłopak oddalili się, a na boisku została ich koleżanka oraz drugi chłopak, który nie wiedział co ma zrobić z rękami, więc najpierw skubał rękaw kurtki, a potem zapalił kolejnego papierosa, zdejmując przy tym kaptur z głowy i odsłaniając wielkiego sińca na czole.
Dziewczyna przyjrzała się uważnie koledze.
- Co ci się stało?
- A, nie powiem, bo będziesz na mnie krzyczeć.
- Ej, czy ja kiedyś na ciebie krzyczałam?
- Ostatnio jak jebnąłem tamtemu gnojowi…
- To była inna historia, powiedz, no.
- A to u nas, wczoraj, stałem spokojnie po robocie, ostro robiliśmy, bo szef kazał na wczoraj i nagle leszczu podchodzi i mówi, żebym spierdalał.
- Kto?
- A taki jeden, szef mówi o nim, że to morderca z baraku i zawsze mu odbija, jak wiatr wieje tak mocno.
- I co?
- Nie chciałem kłopotów, bo znowu będzie zjebka i kurator się wkurwi, ale gostek jebnął mi z kastetu i musiałem oddać.
- I co?
- Wybiłem mu zęba i ma dzisiaj wrócić. Powiem mu, żeby sobie wsadził, a szef mnie poparł, bo robiliśmy dobrze na wczoraj.
- Tylko uważaj, bo za tydzień mamy iść na wesele, żebyś wyglądał jakoś. Wiosna zaraz…

środa, 1 lutego 2017

odc. 201.: RĘCE OPADAJĄ


Zimowe oblicze miasta ubogo i niechlujnie prezentuje się w city, gdzie sól, której z uporem maniaka służby miejskie, ciecie i rozmaici nadgorliwcy systematycznie używają do zasypywania chodników i dróg, wnika w przestrzeń i niszczy nie tylko potencjalne zaspy śniegu, zwały lodu oraz inne miłe dla oka mroźne efekty specjalne. W rezultacie mokra, zimna, brudna breja molestuje obuwie, sięgając niekiedy do kostek i ochlapując przechodniów z kałuż, na które niestety często nie zwracają uwagi kierowcy samochodów oraz autobusów miejskich. Na szczęście istnieją we Wrocławiu miejsca piękne zimową porą, enklawy brutalnego uroku z naszkicowanymi mrozem śnieżnobiałymi gałązkami, nietkniętymi ludzką stopą ni spalinową odśnieżarką zaspami, zastygnięte w zamarzniętym nieruchomym pięknie, jakby brały udział w plenerowym mannequin challenge. Wystarczy minąć Pasaż Grunwaldzki i pomknąć tramwajem lub czymkolwiek innym w stronę Parku Szczytnickiego albo dowolnie wybranego z wielu wrocławskich skupisk zieleni, które ostały się jeszcze, pomimo zamiłowania gatunku ludzkiego do smrodliwych pojazdów na czterech kółkach oraz wycinania drzew, czynności popularnej w czasach dobrej zmiany, połączonej ze strzelaniem do fauny ginącej, ścigania osobników płci każdej, legalnie manifestujących poglądy - ale o tym kiedy indziej.
- Nie chcesz dzisiaj wyjść? ALE NA PEWNO? I CO, TAK W DOMU?... – Dopytywał przez telefon młodzieniec, coraz głośniej, bo przejeżdżające w pobliżu auta nie sprzyjały cichej pogawędce. Cienka kurteczka, czapka czołgisty ZSRR, wielobarwny szalik, musztardowe kuse spodnie, gołe kostki, na widok których myśli zamarzają, wiosenne trampeczki i niemrawy zarost czyniły go typowym przedstawicielem współczesnej młodzieży w wieku studenckim. Jego kompan ubrany był zastanawiająco podobnie, jakby obowiązywał ich dress code z jakiegoś tajnego klubu, nakazującego członkom narażanie kończyn dolnych na odmrożenie.
Na przystanku komunikacji miejskiej przy ulicy Kochanowskiego, tuż obok ściany zieleni, ale z towarzyszeniem huku aut, nowocześnie łączącym autobusowy z tramwajowym, z nieśmiertelnym kioskiem z prasą, przekąskami, napojami, wyrobami nikotynowymi i odrapaną wiatą, śnieg przebywał w postaci szaroburych i brązowawych kopczyków, upchanych po kątach, a także świeżej warstewki, która radośnie przyprószyła miasto przed południem i nadal nadciągała nieregularnymi falami, w miarę jak nad miasto napływały kolejne ołowiane chmury. Wraz z wiatrem nasilał się przenikliwy ziąb, który kłócił się z gołymi kostkami młodzieńców oraz dziewcząt stojących pod wiatą, tuż obok kobiet odzianych w wielgachne futra, zapewne sprzed kilku dekad, podobnie jak właścicielki.
- A, Netlixa oglądasz, no kumam. Ale wiesz, może jednak? WIEM, ŻE JEST SMOG, PRZECIEŻ NIE NA SPACER, TYLKO DO LOKALU. Bym wziął. Ciebie. – Dukał po jednym słowie, bo zęby zaczęły znacząco szczękać o siebie. Kolega łypnął okiem spod swojej czapki i prychnął.
- No dobra. To pa, będę dzwonił. – Rozłączył się. – No ręce opadają.
- Zmieniłeś się stary. W swojego ojca się zmieniłeś.
- Pierdolisz, sam miękniesz jak cipa jak ta twoja do Ciebie dzwoni. Tiu tiu i jak plastelina jesteś.
- Mówię, jak jest. Nie oceniam, kurwa, tylko stwierdzam fakt.
- Kiedyś bym ją pewnie ostro przeruchał na drugiej randce. Ale wiesz, teraz chcę głębokiej relacji. Z matką mnie pozna, z ojcem, z siostrą, może wreszcie coś będzie na dłużej niż dwa tygodnie. – Chłopak westchnął, jakby bagaż doświadczeń kilkudziesięciu lat obciążał mu barki i myśli, gdy w rzeczywistości wąs ledwo mu się sypał pod nosem. - Może masz rację, zmieniłem się…
- A pamiętasz, jak obracałeś na promie tę dziwkę z Norwegii?
- Chciała brać ślub, pamiętam, kurwa. A czy ja wyglądam na służbistę?
- Na artystę raczej, nie służbistę.
Wybuchnęli śmiechem, przerywanym kaszlem oskrzelowym zza obydwu kolorowych szalików.
Wesoło było również dziewczętom pod wiatą, podskakującym z zimna, podobnie jak chłopcy błyskając gołymi kostkami znad półkozaczków.
- …no i teraz mam szlaban na alkohol.
- Od kiedy?
- No odkąd tak mi się niechcący cofnęło przy rodzicach jak wróciłam.
- Przejebane, a myślałam, że nic, bo nie było widać.
- Po mnie nie widać jak się nie odzywam. Po moim kuzynie zawsze można poznać, bo robi się niemiły. Matka wyszła do przedpokoju, było późno, on zjebał jej piżamę i wtedy puściłam pawia.
Wzrok kobiety w futrze zgasił dalszą część młodocianej wymiany zdań i dziewczęta zatopiły się w telefonie jednej z nich. Jedna z kobiet zerknęła na tablicę z wyświetlonymi godzinami odjazdu kolejnych środków transportu publicznego.
- Zaraz będzie. Albo wsiądziemy w inny i zaraz się przesiądziemy, ale ogrzejemy się przynajmniej na sekundę.
- Jezusie jak zimno.
- Masz naklejkę WOŚP, byłaś?
- Nie, to z zeszłego roku, ale nie ściągam, żeby się odczepili.
- No, ja w tym roku poszłam z dziećmi na plac Nowy Targ.
- Jak było?
- Jakieś koncerty, hałas, pełno śniegu, ludzi, wszędzie ci z puszkami, jakieś stare auta i mój zwariował, poleciał tam i z synem pół godziny siedzieli, nie mogłam ich odciągnąć, motory jakieś, gry i zwariować można.
- No, wszystko dla tych ludzi tam zrobili.
- Ręce opadają.

środa, 11 stycznia 2017

Bez szufladek w archiwum GADKI kłopot gotowy

Noworoczne wyprzedaże jak co roku pozwalają na chwilę wytchnienia między mroźnym marszem do spożywczego a rundką po okolicznych lumpeksach, gdyż sprzyjają temu ceny z okazji okazji, promocji i rozprzedaży (czymkolwiek by nie były, kojarzą się z wyuzdanymi i rozpasanymi erotycznie wyprzedażami, czyż nie?).
Młodsi szukają czegoś wyjątkowego, a starsi czegokolwiek, na co ich stać, łącznie z możliwością otworzenia ust do kogoś innego niż odbicie w lustrze. 
Dziwnym trafem najstarsze odcinki cyklu z docinkami układają się zgodnie, wspólnie i w porozumieniu, parami lub w trójkąty, jak zawsze mające na celu wyłącznie relaks. Poniższe mają prawie 3 lata, choć dotąd publikowane były w szczątkowych wersjach.

Gadka w city odc.13: BEZ SZUFLADEK



- Patrz, szafka. Fajna, ale dziwna. Jak dla pojebanych, ani wzoru żadnego, ani koloru. Ale w końcu  to dla teściowej... Miśku, a biała pasuje? – Kobieta w fioletowym jaskrawym dresie przysiadła na jednym z krzeseł z ekspozycji sklepu meblowego na poziomie -1 w Domarze. Postukała nerwowo w wielki telefon w obudowie z cekinkami i zapatrzyła się na niewielką komódkę.
- Nie wiem.
– To dla twojej matki, nie mojej, to kto ma wiedzieć, Miśku?
- Ona wie. Nie ja. Nie trzeba było odbierać telefonu.
- Jak raz nie odbiorę to będzie tysiąc lat gadania, Miśku. Co chce twoja matka? Wolałabym coś bardziej… trendi, no, bardziej takiego jak wiesz, bo lepiej coś, co nie wszyscy mają. Ale twoja mama prosiła, żeby to było coś… Pamiętasz, Miśku?
- Nie.
- Bez szufladek, lita przestrzeń, no przecież mówiła kilka razy, Miśku.
Dres lila róż pani w typie 50+ pasował do właścicielki zapatrzonej w komódkę, jak słonica do małego Fiata, ale nosiła tę garderobę z dumą i wprawą. Precyzyjnie dobrane kolorystycznie trampki w kształcie szpilek, stały hit sklepów sportowych, pasowały do torebki barwy biskupiej w rozmiarze dobranym pod wystającego z niej pieska z różową kokardką. Całość wizerunku znakomicie uzupełniała twarz wskazująca na regularne nadużywanie solarium. Pani, nie pieska.
- Ochujałaś chyba.
- Co mówisz, Miśku? Nie podoba ci się?
-To ma szuflady. – Towarzyszący pani w dresie mężczyzna postury kilkupiętrowego biurowca (również w dresie i – słowo honoru – ze złotym łańcuchem na karku) nie był, zdaje się, fanem tego rodzaju mebli, czemu dał wyraz, chrząkając z dezaprobatą.
- A, o to mi chodziło. Nie wiedziałam co mi w tym nie gra, a to te szuflady. Miała być bez szuflad, Miśku. – Prosiaczkowata w barwie kobieta podniosła się ze stęknięciem, jakby właśnie wychodziła po treningu.
Spomiędzy półek wyjrzała nieśmiało twarz młodzieńca z obsługi sklepu, ale widok łańcucha ciasno opinającego byczy kark z trudem mieszczącego się w dresie natychmiast spowodował, że młody człowiek zmienił zdanie i nie zaproponował, że w czymś mógłby pomóc.
Piesek spojrzał na ukrywającego się nieudolnie sprzedawcę wzrokiem dość pogardliwym, po czym fuknął i schował się do torebki. Jego właścicielka ciężko oparła się o szafkę obok, a ta zatrzeszczała.
– To chodź tam, do windy, Miśku, bo mi nogi odpadną.
- Nic tu nie ma, po chu…steczki przyjechaliśmy.
- Zwariowałeś, sam se szukaj – zdenerwowała się i wyjęła z torebki fukającego pieska. – Moja Niunia musi się wysiusiać, prawda? – Zasepleniła do Niuni, która przyjmowała te względy ze wzgardą. – Sisiu sisiu. Nie do tolebki, prawda? Miśku, a może kupimy od razu ten stojak do kominka? Na pogrzebacz?
Złoty łańcuch błysnął, gdy mężczyzna odwrócił się i ruszył w stronę windy.
- Wyślemy kogoś. Bierz tego szczura i jedziemy, interesy mam dzisiaj. A jak mi naszcza do auta to zabiję jak psa.

Gadka w city odc.14: KŁOPOT GOTOWY


- A witam, witam. Co pani tak tu się chowa? W głowie się pomieszało, słyszałam? Dawno pani nie widziałam, pani rzadko wychodzi, słyszałam?
- Co? Co pani sąsiadka słyszała i od kogo? – Spytała niezbyt uprzejmie szczupła staruszka w rodzaju tych zasuszonych, z godnością cesarzowej, prychając na taką zaczepkę jak poirytowana kotka. Za nią przystanęła grubawa rówieśniczka, odziana w płaszcz koloru kałuży i spojrzała na półki z ozdobami, bibelotami, durnostojkami i uroczymi drobiazgami, które gromadzą się w mieszkaniach latami, przyciągając tony kurzu, wspomnień, spojrzeń i zapachów.
- A to wie pani, jacy są ludzie, ale ja to nie słucham tego, nie słucham, ja to tylko z… Troski – sapnęła z triumfem, odnajdując właściwe słowo wytrych. – Z troską, z sercem na widelcu, pani kochana sąsiadko, dzień dobry.
– Dzień dobry. Oglądam, prezentu dla synowej szukam.
Tęga staruszka omiotła półki wzrokiem, nie słysząc odpowiedzi.
- Tak, tak, ja też oglądam. Tak leje, że człowiek wchodzi tu, żeby się ogrzać, co? A gdzieś trzeba spacerować, lekarz kazał. Od rana leku na serce szukałam, już całe miasto zleciałam, wie pani, mam nadciśnienie i ledwo chodzę, nogi puchną. Ledwo człowiek z domu się ruszy, to już nogami powłóczy…
- A jednak całe miasto obleciane – mruknęła cesarzowa, odwracając się z powrotem w stronę półek.
- No, bo taka drożyzna w tych aptekach, ale wiadomo, kryzys. A spacerować trzeba, tak, tak… A co pani ogląda? Dla synowej, to kłopot wielki, zmartwienie takie, czy się spodoba, czy się nie obrazi? Pani chora była, słyszałam?
- Przeziębiłam się i miałam katar – ucięła szczupła – i przeżyłam, jak widać. O, a to ładne, jak by z secesji, ciekawe po ile to – wzięła z półki małe pozłacane kaczki wspierające metalowy świecznik i rozejrzała się za jakimś sprzedawcą, ale akurat nikogo nie było w pobliżu.
Gruba machnęła ręką.
- A, to drogie na pewno. A po co to pani, to ciężkie, kurzy się.
- Żeby mi gazety ze stołu nie frunęły, jak się przeciąg zrobi. Albo synowej. Też lubi czytać gazety.
- A, gazety. A to wie pani, ja już nie czytam, bo oczy mnie bolą. Ciągle mrużę, a lekarz mówi, żeby nie mrużyć. A ksiądz mówił w niedzielę, że w tych gazetach kłamią, to i po co oczy męczyć, wie pani.
- Nie wiem, nie męczę się czytaniem, bo nie słucham księdza. Bez męki mi lepiej, wolę poczytać. Muszę się dowiedzieć o cenę, pani wybaczy, do widzenia.
- A do widzenia, do widzenia, a na co to komu, a po co, a kłopot tylko gotowy…. – Mamrotała kobiecina do siebie, z przyzwyczajenia, pośród mebli ze sklejki, świątecznych ozdób w promocji i wykładzin w autka.

wtorek, 10 stycznia 2017

Z archiwum GADKI W CITY: lans miejski w 3 odsłonach

Dobry lans to podstawa miejskiej egzystencji u niektórych przedstawicieli ludzkiego gatunku. Akceptacja w grupie lub własnej głowie to szczytny cel i aby go osiągnąć, wskazane są odpowiednie fryzury, barwy wojenne zwane makijażem, a także strój adekwatny do sytuacji. Poza tym dbanie o siebie to niezła opcja na poprawę nastroju o tej porze roku.
Wobec tego maseczki na twarz, lakier na paznokcie i zapraszam do relaksującej lektury. Jeszcze ciepłe, z archiwum, po lekkiej stylizacji i drzemce dla urody, odcinki 10, 11 i 12.

Gadka w city odc. 10: SKROMNY PREZENT


Dwie fryzjerki z trwałymi godnie reprezentującymi główny profil działalności niewielkiego salonu urody i zabiegów rozmaitych z ciałem związanych, mieszczącego się na wrocławskim Szczepinie, zasiadły z kubkami parującej, aromatycznej kawy i szeptały w kącie salonu, co chwilę podnosząc głos, uciszając się nawzajem i klnąc jak bosman co najmniej. Młodsza o dekadę lub dwie trzecia dziewczyna z naturalnie jasnymi włosami, o policzkach rumianych jak dojrzały owoc i posturze podobnie apetycznej, w kuszącym fartuszku fryzjerskim, strzygła uszami w kierunku koleżanek z salonu, ale nie mogła uczestniczyć w pogawędce być może służbowej, bo miała akurat klientkę, której ścinała, farbowała i upinała włosy, parzyła kawę, podawała telefon, wysłuchiwała tyrad pouczająco-moralizatorskich. Generalnie od ponad 2 godzin tkwiła przy tej kobiecie i miała serdecznie dość uszczypliwych uwag. Bardzo chciała usłyszeć, o czym mówią koleżanki, co nieco rozpraszało koncentrację na tym, które pasemko ma być jaśniejsze, a które wpadać w ciemniejszy ton.
- …że niby koc to za mało, focha będzie miała albo gorzej i obrazi się…
-… ja chciałam kupić kosz…
-…kosmetyczka taka z kremami, próbkami, chujami, ale jak ma, to ma, efektów nie widać, bo ryj ma jak z dupy świni…
-…i wychodzi na to, że się wszystkie złożyły, a teraz ta pinda mówi…
Zadzwonił telefon, ale personel starszy stażem był zajęty rozmową, żadna nie przejawiła chęci do odebrania.
- Przepraszam panią, odbiorę i zaraz wracam – najmłodsza fryzjerka z ulgą odłożyła nożyczki i popędziła do telefonu.
- Tak, słucham, salon… - Zakryła słuchawkę i scenicznym szeptem syknęła do koleżanek, zawzięcie dyskutujących nieopodal – ja się drugi raz nie składam, pierdolę taki interes i włażenie w dupę. Szefowa niech sobie sama kupuje prezenty, może jeszcze kurwa wycieczkę na Karaiby jej kupcie, kurwa, mówiłam, że ten kosz z owocami spoko albo kosmetyki z mydlarni też spoko, skromny prezent. No zwariowałyście chyba, a jak szefowa ma focha, to ja jej kurwa w dupę maszynkę włożę i suszarką popchnę, to wreszcie pójdzie na tę emeryturę, a wy zagryziecie się o jej stołek!
W salonie na moment zapanowała rzadko spotykana tu cisza, z lekkimi akcentami pstrykającej, bzyczącej w tle świetlówki, o którą z uporem obijała się oszołomiona, tłusta mucha.
- Tak, słucham pana, przepraszam. Co? Coś szumi, powtórzy… Nie, to damski salon, panów nie obsługujemy.

Gadka w city odc.11: KARTON LANSU



- Jakim cudem stać cię na normalne fajki? – Pytanie było skierowane do świeżo wystrzyżonej, uczesanej, natapirowanej modnie dziewczyny w zielonym szaliku, wyraźnie kojarzącym się z kibicami wrocławskiej drużyny. Jej towarzysze w zielonych bluzach, czapkach i szalikach zarechotali, przytupując z zimna na przystanku tramwajowym. Zagadnięta zaciągnęła się papierosem i wzruszyła ramionami tak cienkimi, że studenci anatomii byliby zdumieni precyzją, z jaką ewolucja je udoskonaliła, by raczyły sobie radzić mając do dyspozycji mięśnie w postaci szczątkowej.
- Z normalnych chyba tylko bez filtra jeszcze mają cenę, taką kurwa do przyjęcia. Reszta kurewsko dużo kasy kosztuje, w chuj.
- Drogie są, kurwa dobre, no.
- Nie tylko mam normalne, to na dodatek, kurwa Marlboro. – Kandydatka na modelkę dla patologów rzuciła niedopałek na ziemię. – Dobry lans to dobra fajka. Nie wierzcie nikomu, kto kręci z tytoniu, leszcze.
Zaśmiali się wszyscy, najwyraźniej złotousta wzbudzała podziw głębią uwag o życiu.
- Kurwa, skąd masz? – Jeden z jej towarzyszy wyraźnie się zirytował. – Jak one w chuj kosztują, to skąd niby masz, nie pierdol.
- Skąd masz tyle siana, ja pierdolę. – Inni towarzysze również zgłaszali wątpliwości, co nieco nadszarpnęło wizerunek królowej, więc natychmiast zaprotestowała, godnie się prostując.
- Z akademików załatwiam, karton z paczkami po 8 zeta, kurwa. Jakby ktoś chciał, to załatwię, nie pierdol mi tu, że pierdolę, kurwa. Dobry lans mam, kurwa. Zobaczycie, że warto było czekać jak robiłam włosy.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
- Ty, sorry, nie. Kurwa, daj fajkę, nie, bo ten jebany tramwaj nie jedzie i czekamy jak te, no. Po osiem, ja pierdolę.

Gadka w city odc. 12: KOLORY FLAMENCO



Drzwi salonu kosmetyczno-fryzjerskiego brzdęknęły analogowo tradycyjnym dzwoneczkiem, gdy łysy tramwajarz mieszkający w pobliskim wieżowcu, niespodziewanie kończącym adresy kwalifikujące się do wrocławskiego Starego Miasta, wszedł do środka. Obok lady postawił małą suczkę z kokardką na podłodze i stwierdził, że dzisiaj to się nie godzi psa na zewnątrz wyrzucać.
- Ale ja musiałem, tak, tak, musiałem przyjść, bo ja po farbę jadę. Taka szara, taka dobra, tak, tak. Tanio będzie, bo ja załatwiam, tak, tak.
Fryzjerka z lokiem w eksperymentalnym kolorze cappuccino wyjrzała niemrawo zza kotary oddzielającej jej kącik socjalny, zawierający ekspres do kawy, stolik i krzesło, od reszty salonu.
- Co pan znowu wymyślił? Szefowej trzeba pytać. Jaką farbę? – Spytała bez entuzjazmu.
- Farbę, farbę, taka tu będzie pasować, jasna taka, szara, pasuje do tej, o, tu czerwonej, na kontrast panie pójdą, ja załatwię, taniutko będzie.
- No, ja nie wiem. My tu malowałyśmy kilka miesięcy temu, kolory flamenco. Szefowej trzeba pytać.
- Co? Czego?
- Wiosną malowałyśmy – kosmetyczka, która właśnie robiła klientce manicure odezwała się spokojnie, nie podnosząc wzroku znad precyzyjnego odsuwania skórek i natłuszczania ich oliwką. – Ładnie jeszcze jest. Chyba, że więcej kolorów flamenco pan znajdzie.
- Flamę?... Ale jaka to? Flamenco? – Trochę się zdziwił i zapatrzył na kosmetyczkę, młodą dziewczynę o urodzie blond piersiastej. – Do tego tu? Czy do tej szarej?
- W sumie to ja nie wiem, szefowej trzeba pytać. A gdzie pan tę tanią farbę znalazł?
- Zna się ludzi, wie pani, jak to jest. Tyle lat jeżdżę, to znam. Nie chcę się chwalić, ale znam dużo ludzi i mi mówią, wie pani – sąsiad wypiął wątłą klatę, piesek szczeknął krótko, jakby na potwierdzenie słów pana. Od lat jest motorniczym, typ społecznika, zasiada w radzie osiedla. Często zdarza mu się proponować, że coś będzie załatwiał, porozmawia w czyjejś sprawie i choć zdarza się, że nic z tego nie wyniknie, będzie z siebie bardzo zadowolony. Jak tylko wiosna zawita za oknem, facet jest gotowy do remontów, myje auto i przyczepę, lata, załatwia, tu zagai, tam zaczepi, z pieskiem się miota i rozmawia w windzie do siebie i otoczenia. Na przykład o tym, że miał kupić świetlówki, ale nie kupił, a nawet nic straconego, bo jutro jeszcze będą, to może i więcej kupi, bo warto mieć zapas.
- A pan tę szarą kupuje do domu? – Fryzjerka nadal wyglądała zza kotary i widać było tylko jej głowę, jak pacynki w teatrzyku dziecięcym. – Nie pasuje do domu, taka szara.
- Hmmm… - Zmieszał się i przyciągnął smycz z pieskiem, który radośnie obwąchiwał mały kosz na śmieci z obciętymi włosami. - Mam dzisiaj wolne, nie jeżdżę, a kolega dzwonił, że jest super tania farba, taka szara. – Powtórzył, nadal zmieszany – myślałem, że tu się przyda, paniom, że pomalować można…
- Bo taka szara to naprawdę w domu nie pasuje – kosmetyczka nadal nie patrzyła na sąsiada, zajęta pracą. Wysunęła lekko język z przejęcia i z dokładnością chirurga naczyniowego malowała paznokieć po paznokciu krótkimi, zdecydowanymi muśnięciami pędzelka. – Tutaj, rzeczywiście, jako kontrast, ale tylko z flamenco. Szefowej trzeba pytać.
- Kontrast?
- Wie pan, jaki? Taki ognisty. Jak… jak corrida. Taniec, krew, ciała wirują. Byk, szarżuje, kobiety mdleją…
Facet przełknął ślinę.
- Żeby się tam, wie pan, działo coś na tej ścianie. Ale to szefowej trzeba pytać.
- Acha – wyglądał na lekko ogłuszonego wizją flamenco, wirujących ciał oraz szarżującego byka. Wziął pieska na ręce. – Poszukam, pewnie, tak, tak, poszukam. Jak nie tam się znajdzie, to gdzieś indziej, tak, tak, ja znam ludzi, powiedzą mi.
- I żonę pan pozdrowi – mruknęła fryzjerka, dopijając kawę za kotarą. – Była wczoraj, włosy jej zrobiłam. Nowy kolor na wiosnę. Ognista kobieta.
Nie usłyszał, w drzwiach zderzył się z korpulentną kobietą w kanarkowym płaszczu.
- O, przepraszam – stęknął, piesek szczeknął krótko.
- Sąsiedzie, sąsiad to zawsze potrafi wziąć w obroty!...
I już go nie było, tylko brzdęknął dzwonek przy wejściu.

niedziela, 8 stycznia 2017

zagłuszone i odkurzone - z archiwum 7, 8 i 9

Tyle jest w mieście do zagłuszenia, jeśli człowiek chce porozmawiać jak człowiek. Wyją silniki samochodów, których kierowcy hojnie obdarzają bliźnich klaksonem, poza tym klekoczą i dzwonią tramwaje, autobusy na każdym przystanku głośno informują o swojej pozycji w czasoprzestrzeni międzyprzystankowej, a do tego społeczeństwo pokrzykuje i przekrzykuje wyżej wymienione źródła dźwięków uciążliwych, do telefonu lub pomimo tego.

Z archiwum dialogu miejskiego, prosto z gadką odświeżoną choć zagłuszaną, odcinki 7, 8 oraz 9.

⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼

Gadka w city odc. 7: POZDROWIENIA DLA CIOCI



- Halo? Honorata?? HALO?? – Zdyszany, lekko poczerwieniały staruszek ryknął znienacka, o mało nie wypuszczając przy tym telefonu. Zasapany, po gonitwie do „7”, rozglądał się za wolnym miejscem. Tramwaj ruszył z lekkim szarpnięciem.
- Przejeżdżam obok i dzwonię, żeby pozdrowić. TRAMWAJEM! No tak, ja wiem, że nie jesteś głucha, ale... I pozdrowić chciałem… Honorato, ja nie mogę wieczorem. Ja tylko chciałem zapytać o ciocię. Honorato, PROSZĘ CIĘ. A czy ciocia dzisiaj dobrze się czuje? Nie, NIE DAWAJ MI JEJ… Halo, ciociu… Tak… JESTEM W TRAMWAJU, od fryzjera wracam, pozdrowić chciałem – westchnął, zmęczony, odkaszlnął kilka razy. Szarpnęło nim nieco na zakręcie, chwycił mocniej torbę i usiadł, z wdzięcznością kiwając głową do chłopaka, który mu ustąpił miejsca. 
– OD FRYZJERA! – Wrzasnął, zmęczony jeszcze bardziej, rozkaszlał się, a cały tramwaj spojrzał na jego łysawą głowę i jaśniejące w wiosennym słońcu siwe, wątłe pasma. Niezbyt imponujące, ale zdaje się nie z winy fryzjera. - Jadę tramwajem i nie słyszę, jak ciocia mi mówi, że mnie nie słyszy! Bo nic nie słychać! 

Gadka w city odc.8: GŁUCHY PAZUR


- Ja nie wiem, gdzie ty trzymasz ten telefon – powiedziała z niesmakiem natapirowana, woniejąca połową Sephory kobieta z bardzo długimi paznokciami, które nieco jej przeszkadzały w obsłudze smartfonu. – Nic nie słyszę. NIE SŁYSZĘ CIĘ, rozumiesz? Co za absurd, no. Nie słyszę cię! – powiedziała zdenerwowana, trzymając wielki telefon przed sobą i stukając w ekran ze zniecierpliwieniem.
- NIE SŁYSZĘ CIĘ – krzyknęła, nadal mając aparat przed sobą. – I co ja mam zrobić? – Rzuciła w przestrzeń płaczliwie, po czym schowała telefon do torebki. – Porozmawiamy w domu – dodała mściwie.


Gadka w city odc.9: CZASEM PRZERYWA


Dwoje młodych ludzi w wieku wczesnostudenckim wsiadło do pociągu. Z bagażami, w nastrojach najedzonych i wypoczętych. Ponieważ do odjazdu było jeszcze kilka minut, rozmawiali przez okno z rodzicami. To chyba ich pierwszy rok wyjazdów z domu, bo rodzice mocno zdenerwowani, a młodzież podekscytowana. To mija po kilku latach wożenia słoików, ale na początku rzeczywiście cieszy perspektywa podróży, imprezy i ogólnie pojętej wolności od nakazów i zakazów. Ale od czego są telefony.
- Masz telefon? Naładowany? Jak nie, to dam ci moją starą Nokię…
- Mam, mamo daj spokój. Mam ten nowy od taty i jeszcze mój stary.
- Ale naładowałaś? Bo ja będę dzwonić. A ty też masz?
- Mam, mamo no. Siostra też ma, no. Tato weź jej powiedz.
- Rzeczywiście, daj im już spokój, telefony, każdy ma teraz telefon.
- Ostatnio, jak dzwoniłam, to coś przerywało, dlatego pytam.
- Mamo, bo czasem przerywa, no. Byłam na skajtałerze, to nie słyszałam.
- Mówisz tak od tygodni, ja chcę normalnie czasem z tobą porozmawiać.
- Codziennie dzwonisz, to czasem przerywa, no mamo, no.
- Daj im spokój, kochanie, mają telefony, nie żyją na pustyni. Była na skajtałerze, słyszałaś. No. A często ci przerywa? To może weź mój nowy, a ten mi daj.
- Ale tato, ja już mam twój nowy.
- Ja też chcę nowy, jak ona ma!
- Spokój! A ten stary twój mi daj. Często ci przerywa?
- Tylko jak mama dzwoni.
- To biorę. Mówisz, że na skajtałerze nie ma zasięgu?...

sobota, 7 stycznia 2017

Z niepublikowanego archiwum GADKI: 4, 5, 6

Rekonstrukcja, remastering, podrasowanie, wygładzenie - to owszem, dzieje się właśnie przy okazji wielkich porządków w archiwum i sprzyja konfabulacji, ale i tak można mieć pewność że około 95% rozmów przytoczonych we wszystkich 200 odcinkach jest prawdziwa.
Po raz pierwszy (na tym blogu i w takich wersjach) odcinki 4, 5 i 6, ku uciesze.
⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼

Gadka w city odc.4: RAZEM, ALE OSOBNO


Wsiadła pierwsza, podczas gdy on się zamyślił, z oczami przekrwionymi, zaparowanymi okularami. Stał chwilę dłużej na peronie oławskiego  PKS i przepuścił kilka osób w kolejce do autobusu podmiejskiego, pamiętającego ustrój nie tak znowu miniony.
Gdy dołączył do niej, zapytał czy może się przysiąść, oficjalnie, jakby się nie znali. Podniosła zaskoczona głowę i roześmiała się.
Wysoki, zgarbiony na plecach i nosie, z burzą rdzawych loków w stylu afro na głowie. Dziewczyna w typie pozornie szarej myszy, w okularach z czerwonymi oprawkami i w trampkach. Jednym zgrabnym, wytrenowanym ruchem wyciągnęli smartfony, po czym dalsza część podróży była okraszona scrollowaniem treści i mizianiem wyświetlaczy, z uwagami rzucanymi półgębkiem, niby bez znaczenia, a jednak dramat czasem tkwi w detalu.
- Z czym masz kanapkę? Głodna coś dzisiaj jestem.
- Z serem.
- Z tym samym, co wczoraj?
- Trudno określić.
- Jak to, trudno określić?
- A jaki był wczoraj?
- Niedobry.
- Z innym chyba.
- Codziennie ci zjadam.
- To dlatego chudnę. Matka mówiła, że zmizerniałem.
- Świnia, chcesz powiedzieć, że ja nie chudnę?!
- Nie, ja tylko… Chcesz tę kanapkę?
- Nie.
- Masz. Popatrz tutaj.
- Nie.
- Obraziłaś się?
- Nie. Za co?
- Za wczoraj?
- O co?
- O ten ser.
- Co?
- No, o ser?
- Chyba zwariowałeś. Nie.
Cisza trwała ponad pół godziny, aż do rogatek Wrocławia.
- Nie o ser, tylko nie pojechałeś ze mną i co ty sobie myślisz.
- Byłem na uczelni.
- Nie kłam, rozmawiałam z Aśką.
- Acha. No to byłem z Aśką.
- I nic mi nie powiesz?!
- Mówię właśnie, nie?
- No to cześć.
Podniosła się, kiedy bus zwolnił przy pętli tramwajowej. Musnęła ustami jego policzek, podskoczył i oderwał na chwilę szklisty wzrok od telefonu.
- Idziesz już?
- No.
- Acha.

Gadka w city odc.5.: NA BRAMCE


Wysoki na ponad dwa metry, czarno odziany fan męczącego brzmienia, długowłosy, w teoretycznie skórzanej kurtce, mrużył oczy przed słońcem, odbijającym się od blaszanej wiaty na odludziu, zapomnianym przez bogów i pracowników czyszczenia miasta. Z włosów zebranych w niechlujny kucyk na kark faceta kapała woda, płynąca następnie orzeźwiającą strużką po plecach.
Głośno rozmawiał przez telefon,
- Stary, jesteś na chodzie skurwelu? No, wstałem i jadę. Ledwo żyję po wczoraj, no. Skurwelu, ale było, no. Dzwoniłeś do mnie rano? Nie dzwoń do mnie rano, kurwa. Nie wiem, co robię w piątek. Ni chuja nie wiem, skurwelu. Do 22 jestem w pracy na bramce, a potem się okaże. Kapie mi, kurwa, z włosów. Sam jesteś mokra Włoszka, skurwelu. Jebany tir mnie przypierdolił z kałuży, skurwelu, leje mi się na plecy, kurwa. I chuj, jak gorąco – ściągnął kurtkę. Splunął z niesmakiem. - Stary, zostaniesz chwile dłużej teraz w robocie? Bo wiesz, spóźnię się, no. I pogadalibyśmy od razu o piątku, mogę potrzebować za jakiś czas przysługi, więc kto wie... No i zajebiście, skurwelu, tak mi mów. Widzimy się zaraz i tak mi będziesz mówić…
Podjechał tramwaj. Gotycki wojownik schował telefon, jednym susem wskoczył do drugiego wagonu starego pojazdu i wyciągnął się wygodnie na ostatnim krzesełku, najwyraźniej planując drzemkę.

Gadka w city odc.6.: RÓŻNICA



- Co włączyła? Ja pindole, ale przecież jej nie wolno? Mówiłaś, że nie umie? Skąd ja mam wiedzieć, pytam czy JEJ mówiłaś, a nie czy mnie mówiłaś albo komuś innemu! Mam w dupie, że ma sto lat – niemłoda kobieta o bardzo zmęczonym wyrazie twarzy opadła z tobołami na siedzisko w niemłodym, hałaśliwie klekoczącym przy każdym zakręcie, popiskującym jak mysz w pułapce, odrapanym tramwaju  i kontynuowała – niech ma, ja pindole, dwieście, rozumiesz, ja mam w dupie. No, a gaz jest włączony? A kurki? Nie grzyby, jakie kurwa grzyby, ja pindole, na kuchence czy kurki są odkręcone, rany boskie, w piekarniku wszystkie patelnie są, rany boskie. No to pięknie, ja pindole… Co? No to nie mógł być piekarnik, bo jest na dole. I wszystko całe, no to co ona włączyła? A, ja pindole, to nie piekarnik, debilko, tylko nawiew, to różnica, czy palisz, czy wieje, no. Ja mam w dupie, że ją boli, mortadeli się zachciało, jutro Józek zawiezie ja do dentysty, ja pindole… A ja mam w dupie, ile kosztuje, ja pindole, trzeba dentystę, bo ją boli. Ja jej nie będę nosić po schodach, ona ma sto lat, niech jej wyrwie i po kłopocie, niech jej wszystko wyrwie, ja pindole, nie dam rady już tak fruwać na każde skinienie… Wysiadam dopiero przy Astrze, muszę jej tej mortadeli świeżej nakupić, tam chyba mają? Muszę, bo będzie jęczeć do nocy i rano od nowa, ileż ta kobieta ma siły w gębie, szkoda że jej w nogi nie poszło, ja pindole…

piątek, 6 stycznia 2017

NA POCZĄTKU BYŁA GADKA - odcinki 1, 2, 3...

Z przyczyn różnych, głównie natury ambicjonalnej z gatunku niespełnionych, rozpoczęły się niemrawe i kompletnie niesystematyczne prace, polegające na poskładaniu 200 odcinków w jedną książkową całość. 
Przy okazji niespodziewanie odnalazły się w archiwach pełne, lekko tylko podrasowane wersje pierwszych 20 odcinków, dotąd nieopublikowanych na tymże blogu. Pojawiły się kiedyś w okrojonej, mniej soczystej formie na GADKASZMATKA NA BIS, ale sadzę, że warto sobie przypomnieć, skąd wzięła się GADKA W CITY.

Oto trzy pierwsze odcinki, a wkrótce w porcjach pojawią się kolejne, aż do pełnej, relaksującej 20. 
A potem zobaczymy.

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━

Gadka w city odc.1: KONIEC NA DACHU



- Jak to, jesteś na dachu? A co ty robisz na dachu!? – Wrzasnęła do telefonu kobieta w średnim wieku, z blond lokiem pamiętającym regularne tlenienie i trwałą, choć minioną. Powiewając szalem koloru łąki przysiadła na murku okalającym skwer przed Galerią Dominikańską.
Na chwilę zamilkła, najwyraźniej słuchając wyjaśnień rozmówcy w sprawie powodów obecności na dachu, co w żadnym wypadku jej nie uspokoiło.
- Cóż to za pomysł! – Syknęła. – Natychmiast złaź i szukaj tych papierów! Będą potrzebne za godzinę, wszyscy przyjadą, a ty jak ten koniec na dachu? Nie koniec, kołek, tfu, kurwa, nie wiem co jest na dachu, komin?? Jak to wygląda? Dlaczego mi to robisz, zawsze coś, w zeszłym miesiącu kominek, wcześniej noga na strychu, a teraz dach… Bo pożałujesz! Co?! Jak to, już żałujesz? A gdzie poleciała drabina?! Nikt ci nie chciał potrzymać, to sam sobie postawiłeś… Oszalałeś chyba, natychmiast złaź z tego dachu. Jak to jak, normalnie złaź, bo jak skoczysz, to słowo daję, przyjadę i cię sama zabiję!!! – Ryknęła, aż przechodzący starszy pan z siatką ze sprawunkami mimowolnie się wzdrygnął, słysząc silnie wyczuwalny ładunek prawdomównej furii.

Gadka w city odc.2: DWIE TORBY



- Jak kaleka albo jakaś pogięta wyglądam z tymi torbami. Dwie torby, pojebana sytuacja. – Lamentowała brunetka w wieku gimnazjalnym, starannie wycierając w chusteczkę dłonie tłustawe od substancji pokrywającej frytki i kawałki kurczaka. Szczególną uwagą obdarzyła długie, perwersyjnie krwistoczerwone imitacje szponów, którymi były ozdobione jej palce.
- No, kurwa, właśnie. – Tę bogatą acz esencjonalną wypowiedź koleżanka brunetki wzbogaciła o odgłos picia coli przez słomkę, z efektem końcowym w postaci cichego czknięcia. Odgarnęła rudawe kłaczki z czoła, rozejrzała się po lokalu szumnie zwanym restauracją, oferującym menu konsekwentnie obfitujące w produkty silnie uzależniające. Jak na wczesną południową porę, było tam zaskakująco dużo ludzi młodych, którzy demonstrowali luz, lekceważenie dla spraw nieistotnych oraz skłonność do kupowania za drogiej kawy.
Ruda czknęła cicho raz jeszcze i powiodła rozbawionym spojrzeniem spod rzęs tak obciążonych tuszem, że trzepotanie wzbudziłoby tsunami na Odrze.
- Dlatego zostawiłam te jebane torby w domu. Lulu napisała wczoraj na fejsie, że dzisiaj testu nie ma. Kurwa, ale ta szkoła jest pojebana, przysięgam.
- No. I wiesz, tak sobie, wiesz, sobie tak pomyślałam, kurwa, że wiesz, im bardziej bym chciała być w klipie, tym jestem za mało tak jakoś. – Ciemnowłosa wyjęła lusterko, przejrzała się i głęboko zamyśliła. – I mam za mało rzeczy. Tej lazurowej, w panterkę, wiesz, nie wzięłam.
Ruda zdziwiła się i wyjęła różowy telefon z futerału z cekinami.
- Przecież masz dwie torby, bicz. A błyszczyk mój masz?
- No. Chyba. Poszukam, czekaj. - Zanurzyła się w przepastnych tobołach z wysypującymi się fragmentami odzieży. - I będę z tymi torbami teraz do wieczora, no. Zgubię.
- A ja im mniej chcę żeby mnie filmował, to jestem na każdym…  - Ruda stukała ze zniecierpliwieniem długim, fioletowym paznokciem w telefon. - Kurwa, no… Na każdym, no ciągle jestem.
- A mnie gówno widać. Dobrze, że dużo kręcą…
- Szkoda, że to tylko ludzie z klasy, a nie na serio, wiesz.
- Fejm to fejm, nie pierdol, że żal.
- Żalu nie ma, kurwa, ale można mieć ambicję, nie?
Dziewczyny badawczo rozejrzały się po McDonald’sie mieszczącym się przy wrocławskim Rynku, z nadzieją, że w pobliżu jest jakiś łowca talentów.
- Tamtego nie znamy? To wiesz kurwa, kolega tamtej.
- Jacha, to ten grubszy Mateo. Siedzi sam, patrz.
- Słyszałam, jak jego dziewczyna mówiła, że lepiej jest ani nie obiecywać, ani nie przychodzić.
- Najlepiej albo obiecać i nie przyjść, albo...
- Nie obiecać i nie przyjść?
- A on robi jedno i drugie, to go ta bicz zostawiła…

Gadka w city odc.3.: PANI WIOSNA



Biblioteczną senną ciszę w filii miejskiej nr 57 przy ulicy Szewskiej zakłóciło głośne wtargnięcie kolorowo ubranej niewiasty, sądząc po zapachu, który się dookoła niej unosił, nieco zaniedbującej higienę osobistą. Dama wkroczyła obwieszona szalami, koralami, paciorkami z drewna, szkła, metalu, bursztynu i cholera raczy wiedzieć czego jeszcze, z wielobarwnymi torbami pełnymi rozmaitych przedmiotów, przez cały czas gniewnie mamrotała do siebie coś, dość niewyraźnie, a niekiedy nawet nuciła.
Jedna z przemiłych pań bibliotekarek czmychnęła między półki z „Historią PRL” a „Przewodniki, podróże”, zaś druga nie mogła się nigdzie schować, bo siedziała za biurkiem w czytelni i z męczeńską miną udawała, że wcale nie planuje ucieczki.
- No, to teraz się zacznie – ciche szepnięcie dobiegło spomiędzy półek.
Czytelnicy siedzący przy kilku stolikach pochylili się głęboko nad przeglądanymi książkami i gazetami, zaś barwna postać energicznie dotarła do biurka i tonem nieznoszącym sprzeciwu oznajmiła, że szuka książki.
- Ale nie takie byle co, co teraz wydają! Ooo! Świat się skończy, a płomienie wszystko zeżrą. Ja wiem, ja wiem. Ja byłam tam i tam, wiem. W galerii byłam, to obrazy widziałam, nie ma ładnych, brzydota teraz, zbrodnie, kradzieże, grzechy same, ja wiem. Ooo! I koniec będzie.
Bibliotekarka przewróciła oczami, jakby wzywając ów koniec, który jednakowoż ani myślał nadchodzić. Westchnęła i zapytała, o jaką książkę chodzi.
- Pani mi doradzi, ja wiem. Ooo! Pokaże nam ta książka, pokaże. Wiem, rano było jasno. Strzeżcie się! – Ryknęła nagle, aż wszyscy podskoczyli. - Ooo!
- Jakiś alarm chyba zamontujemy, żeby było wiadomo – westchnęło szepnięcie między półkami.
- Strzeżcie się! Ooo! Rano było jasno!
- I wiosna idzie – powiedziała bibliotekarka za biurkiem uspokajająco – i coraz częściej nas pani odwiedza. Ja pani dam te albumy zaraz, te same, co wczoraj? – Wstała i delikatnie skierowała czytelniczkę do stolika przy oknie. – Zaraz przyniosę.
- Jasno, jasno. Ooo!
- Wiosna. – Bibliotekarka, do tej pory ukryta między półkami, wyjrzała z lekką obawą – Albumy o Azji. Jak jest zima, to ogląda albumy o Afryce. A w galerii obok rzuca warzywami, widziałam. Wiosna idzie.O.

niedziela, 6 listopada 2016

odc.200: TAKIE BUTY


Jesienią zdarza się, nawet w spokojnym Wrocity ulokowanym w pozornie umiarkowanym i zdystansowanym od nagłych zmian klimacie, że deszcz pada podstępnie atakując przeciwnika z różnych stron. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że powinien przemieszczać się z góry na dół (dlatego ludzkość wymyśliła parasole), ale niekiedy zamarzająca ulewa postanawia wziąć sobie na wspólnika zbrodni porywisty wiatr, którego działalność w destrukcyjny sposób wpływa na fryzury i nastroje mieszkańców (nawet z ulic zasłoniętych wielgachnymi blokami), powodując dodatkowe atrakcje w postaci np. pirzgnięcia w twarz workiem foliowym wirującym filuternie obok warzywniaka, ewentualnie nagłe zamknięcie się parasola lub wywinięcie na zewnątrz, co dostarcza widowni wiele radości, zwłaszcza gdy dzieje się przy próbie upchnięcia się wewnątrz zatłoczonego autobusu.
Zatem w obliczu takich trudności, których codzienne pokonywanie niechybnie przywodzi na myśl zmagania pewnego Syzyfa na zboczu wzgórza, ludzie radzą sobie na różne sposoby i walczą z pierwszymi objawami depresji jesiennej, chandry na tle warunków atmosferycznych oraz ogólnie pojętych konsekwencji mniejszej ilości światła słonecznego docierającego do ośrodków produkcji witaminy D w organizmach żywych. Tak zwane najbardziej popularne sposoby, wywodzące się z mądrości ludowej, to oczywiście alkohol, tuczące pożywienie (na samą myśl zatykają się tętniczki) oraz towarzystwo bliskich osób, jeszcze bliższego koca, a nawet kota – niekoniecznie łącznie i w tej kolejności oraz dopuszcza się wymianę alkoholu na coś innego, wedle upodobań i zasług. Może być herbata. Z rumem.
To nie prozaiczne szukanie pretekstu do zaszycia się w domu w celu oddania się nagannym rozrywkom, ale raczej kwestia nabrania chęci i sił do przeżycia. Życia - jesienią na przykład.
Dlatego w celu zdobycia wyżej wymienionych składników kuracji antyjesiennej ludzkość ucieka się do różnych sztuczek. Wtedy objawiają się światu prawdziwi bohaterowie ciemnej strony roku: aby pozyskać pocieszające pożywienie, napoje rozweselające czy jakikolwiek inny powód do drobnej przyjemności, muszą czasem się porządnie wysilić i nie zawsze zwyciężają…
Choćby pewien dzielny staruszek, który jak przystało na prawdziwego króla szos ruszył maluchem z piskiem wiekowych opon spod małego osiedlowego sklepu, wjeżdżając od razu w wielką kałużę i ochlapując oburzonego kundla przywiązanego do latarni. Ledwo staruszek zaczął się oddalać, ze sklepu wyleciała sprzedawczyni w służbowym fartuszku i klapkach, z ćwiartką wódki w dłoniach i wyrazem ogromnego przejęcia na zmęczonej twarzy. Wrzeszczała za maluchem pyrkającym na zakręcie ulicy Legnickiej, tupała, machała rękami, jakby goniło ją całe stado wściekle poirytowanych os, aż w końcu osłabła, a samochód starszego pana zniknął, mozolnie włączywszy się do ruchu w kierunku placu Strzegomskiego.
Sprzedawczyni wróciła wolnym krokiem pod sklep, oglądając się co chwilę za siebie i kręcąc głową.
- Pani się nie martwi – rzucił chrapliwie zakonserwowany bywalec okolicznych podwórek, odziany w coś, co kiedyś było kocem, ale pokryte patyną miejską nabrało charakteru stroju ulicznego Beduina. 
- Ale panie, ostatnie drobne mi za to dał.
- Czyli mu zależało. No kurwa, to nie chleb, wróci.
Kobiecina łypnęła okiem, kiwnęła głową i weszła z powrotem do sklepu, bo zaczęło znowu siąpić mżawką, dla której nie wypada rozkładać parasola, ale która potrafi skutecznie ograniczyć widoczność każdemu okularnikowi.
Równie bohatersko nastawiona do rzeczywistości wydawała się objuczona do granic możliwości kobieta w wieku wiecznie zmęczonym, której najwyraźniej brakowało wolnej ręki lub też innej równie użytecznej kończyny, gdyż niosła trzy torby w jednej dłoni, w zgięciu łokcia piastowała wielką dynię, w drugiej ręce trzymała siatkę z grzechoczącymi o siebie zniczami, a między ramieniem a brodą uciskała telefon. Stała obok warzywniaka pod łysawym już kasztanowcem, najwyraźniej na kogoś czekając.
- Jechałam tramwajem… TRAMWAJEM! I nie mogłam… Dopiero wracamy… A, takie buty… NIE MOGŁAM!... To gdzie ty jesteś? A dlaczego u mnie? A DLACZEGO U MNIE? A co ty u mnie robisz? Idź sobie lepiej, bo ty tylko kradniesz. I spódnicę oddaj, bo nie mam co na siebie włożyć. Z DUPY MI ZEDRZYJ OSTATNIE GACIE, PASOŻYCIE! Patrzcie ją, takie buty… No czekam, bo chce golonkę, to niech sam ją sobie wystoi, ja nie będę szła po jedną golonkę, żeby się spocić… SPOCIĆ SIĘ… Jutro nie, bo sprzątamy. Mowy nie ma, sprzątamy. BO JEGO MATKA TO TAKA CZYSTA KOBIETA BYŁA! On teraz ani paproszka nie zniesie i sprzątamy. A ja? Nienawidzę sprzątania. Ale jakoś to będzie. JAKOŚ TO BĘDZIE! O, idzie mój, to kończę… KOŃCZĘ!
Ze sklepu wyszedł zażywny mężczyzna piastując czule worek przypuszczalnie zawierający rzeczoną golonkę, więc oboje oddalili się w kierunku wysokich szczepińskich bloków.
Do sklepu weszło dwóch młodych chłopców, wątłych z sylwetki oraz braku urody, symetrycznie pryszczatych, z pozornie lekceważącym wyrazem twarzy, w bluzach z kapturem i szerokich spodniach.
Chwilę krążyli wśród makaronów, zlustrowali chłodnię z nabiałem, na chwilę skupiając przelotną uwagę na lodówkach z piwem, po czym wzięli po paczce chipsów na łebka i ustawili się w dwóch różnych kolejkach do kas.
- I pani dorzuci Viceroye – rzucił chłopak w jasnej bluzie.
- Cienkie czy grube?
- Grube.
- Grubych nie mamy – odparła sprzedawczyni, zapewne siłą powstrzymując się od dodania „i co pan nam zrobi”.
- To cienkie.
- Grube to tu obok w monopolowym może mają. Tam pójdzie i sprawdzi.
- Byłem i tam mi nie chcieli… – urwał, widząc że się zagalopował, po czym mocny rumieniec zaczął mozolną wędrówkę od szyi chłopaka po policzki. 
Sprzedawczyni oparła się wygodniej na krześle, z miną szeryfa, który przyłapał koniokrada na gorącym uczynku.
- Dowodu nie ma?
- Ma… Tylko zaparkowałem auto za daleko, o tam, i nie będę się wracał… W deszczu…
- To ja nie sprzedam, jak dowodu nie ma.
Chłopak mamrotał coś o dowodzie zostawionym w samochodzie, ale jednocześnie szybko zapłacił za chipsy i wyszedł. 
Tymczasem jego kolega dotarł do drugiej kasy.
- To wszystko? – zapytała druga sprzedawczyni z długopisem wetkniętym w kok.
Chłopak spojrzał w kierunku półki z papierosami, jakby dopiero teraz je zauważył.
- Viceroye, mogą być te cienkie.
- A dowód ma czy też za daleko zaparkował?
Śmiech obu sprzedawczyń oraz przypadkowej publiczności w postaci kilkorga klientów odprowadził chłopaka do drzwi.
Walka jesieni z ludzkością trwa i możliwe, że minie (jak wszystkie negatywne zjawiska np. mniej lub bardziej dobre zmiany), a na pewno nie wolno zapominać, że nawet w tak miłym city jak Wrocław żadna ze stron nie bierze jeńców.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

odc.199.: TAK TO JEST


Dwóch stoi, po miejsku zakurzeni, zmarszczeni, wysuszeni, zakonserwowani, osmagani słońcem i napełnieni piwem, sprzedają wszystko i nic, rozmawiają o życiu, o kobietach, o pieniądzach i… O życiu.
- U mojej starej nie ma nic za darmo.
- Tu na targu?
- Ani na targu, ani w domu też, ani zupki, ani dupki...
- Tak to jest, nie ma nic za darmo.
Głośny, rubaszny śmiech dwóch weteranów tego boju utonął w narastającym gwarze, bo od rana przybywało ludzi na targu Świebodzkim, mimo coraz bardziej nachalnego upału, natarczywej duchoty zaplątanej w spalinach i pyle między torami, stoiskami, nawoływaniami sprzedawców i zapachami smażonego niekoniecznie dietetycznego zestawu dla koneserów, czyli frytek i kiełbasy.
- Coś słabo dzisiaj wyglądasz.
- Hę? – Ocknął się ryży nastolatek o anatomii rachitycznej antylopy.
Jego barczysty, porośnięty czarną szczeciną kolega przyglądał mu się, nieco zatroskany.
- Słabo wyglądasz, kaca masz?
- Nie, to przez to, że ostatnio odstawiłem wódkę.
- Ale jak, tak zupełnie?
- No raczej, wiesz, tak to jest, że mam postanowienie, a potem jest życie i chuj. Takie chcesz?
Oglądali buty sportowe, rozstawione na gibiącym się straganie, zza którego wyzierało zalotne spojrzenie dorodnej dziewuszki w typie bułgarskim, o pięknej twarzy i fryzurze niestety rozjaśnionej, a szkoda.
- Nie, mają taki tu, kurwa pasek różowy, co ja pedał jestem, żeby pasek na butach.
- No tak. I odstawiłem, ale wczoraj nie było czasu na śniadanie, to wypiłem piwo. Miałem szukać roboty.
- A potem?
- A potem drugie na obiad i wieczorem jak myślałem o kolacji i że miałem szukać roboty, i piłem trzecie, wpadł szwagier i robił mocne drinki, a teraz sam widzisz.
- Masakra, jak po świniobiciu.
- Jakim kurwa świniobiciu? Suszy mnie, i tyle. Ty świniobicia kurwa na oczy nie widziałeś, nie?
- No raczej, ja z miasta jestem, z Kozanowa, nie. Ale jak to jest, wszystkie świnie wprowadzacie do kałuży i jeb prądem?
- Coś ty, kurwa, to byłoby niehumanitarne. Tato gardła podrzyna, a potem przyjeżdża rzeźnik i robi kiełbasy, z filetem z kurczaka za dwie dychy.
- I dobre wychodzi?
- Najlepsze, tak to jest.
Panowie przesuwali się niemrawo wraz z falą tłumu, który mijał się zygzakami, powoli i wypatrując okazji i towarów „za ci zlote, pińć zloty”, a słońce postanowiło udowodnić wszystkim niedowiarkom, że to już półmetek lata.