środa, 11 stycznia 2017

Bez szufladek w archiwum GADKI kłopot gotowy

Noworoczne wyprzedaże jak co roku pozwalają na chwilę wytchnienia między mroźnym marszem do spożywczego a rundką po okolicznych lumpeksach, gdyż sprzyjają temu ceny z okazji okazji, promocji i rozprzedaży (czymkolwiek by nie były, kojarzą się z wyuzdanymi i rozpasanymi erotycznie wyprzedażami, czyż nie?).
Młodsi szukają czegoś wyjątkowego, a starsi czegokolwiek, na co ich stać, łącznie z możliwością otworzenia ust do kogoś innego niż odbicie w lustrze. 
Dziwnym trafem najstarsze odcinki cyklu z docinkami układają się zgodnie, wspólnie i w porozumieniu, parami lub w trójkąty, jak zawsze mające na celu wyłącznie relaks. Poniższe mają prawie 3 lata, choć dotąd publikowane były w szczątkowych wersjach.

Gadka w city odc.13: BEZ SZUFLADEK



- Patrz, szafka. Fajna, ale dziwna. Jak dla pojebanych, ani wzoru żadnego, ani koloru. Ale w końcu  to dla teściowej... Miśku, a biała pasuje? – Kobieta w fioletowym jaskrawym dresie przysiadła na jednym z krzeseł z ekspozycji sklepu meblowego na poziomie -1 w Domarze. Postukała nerwowo w wielki telefon w obudowie z cekinkami i zapatrzyła się na niewielką komódkę.
- Nie wiem.
– To dla twojej matki, nie mojej, to kto ma wiedzieć, Miśku?
- Ona wie. Nie ja. Nie trzeba było odbierać telefonu.
- Jak raz nie odbiorę to będzie tysiąc lat gadania, Miśku. Co chce twoja matka? Wolałabym coś bardziej… trendi, no, bardziej takiego jak wiesz, bo lepiej coś, co nie wszyscy mają. Ale twoja mama prosiła, żeby to było coś… Pamiętasz, Miśku?
- Nie.
- Bez szufladek, lita przestrzeń, no przecież mówiła kilka razy, Miśku.
Dres lila róż pani w typie 50+ pasował do właścicielki zapatrzonej w komódkę, jak słonica do małego Fiata, ale nosiła tę garderobę z dumą i wprawą. Precyzyjnie dobrane kolorystycznie trampki w kształcie szpilek, stały hit sklepów sportowych, pasowały do torebki barwy biskupiej w rozmiarze dobranym pod wystającego z niej pieska z różową kokardką. Całość wizerunku znakomicie uzupełniała twarz wskazująca na regularne nadużywanie solarium. Pani, nie pieska.
- Ochujałaś chyba.
- Co mówisz, Miśku? Nie podoba ci się?
-To ma szuflady. – Towarzyszący pani w dresie mężczyzna postury kilkupiętrowego biurowca (również w dresie i – słowo honoru – ze złotym łańcuchem na karku) nie był, zdaje się, fanem tego rodzaju mebli, czemu dał wyraz, chrząkając z dezaprobatą.
- A, o to mi chodziło. Nie wiedziałam co mi w tym nie gra, a to te szuflady. Miała być bez szuflad, Miśku. – Prosiaczkowata w barwie kobieta podniosła się ze stęknięciem, jakby właśnie wychodziła po treningu.
Spomiędzy półek wyjrzała nieśmiało twarz młodzieńca z obsługi sklepu, ale widok łańcucha ciasno opinającego byczy kark z trudem mieszczącego się w dresie natychmiast spowodował, że młody człowiek zmienił zdanie i nie zaproponował, że w czymś mógłby pomóc.
Piesek spojrzał na ukrywającego się nieudolnie sprzedawcę wzrokiem dość pogardliwym, po czym fuknął i schował się do torebki. Jego właścicielka ciężko oparła się o szafkę obok, a ta zatrzeszczała.
– To chodź tam, do windy, Miśku, bo mi nogi odpadną.
- Nic tu nie ma, po chu…steczki przyjechaliśmy.
- Zwariowałeś, sam se szukaj – zdenerwowała się i wyjęła z torebki fukającego pieska. – Moja Niunia musi się wysiusiać, prawda? – Zasepleniła do Niuni, która przyjmowała te względy ze wzgardą. – Sisiu sisiu. Nie do tolebki, prawda? Miśku, a może kupimy od razu ten stojak do kominka? Na pogrzebacz?
Złoty łańcuch błysnął, gdy mężczyzna odwrócił się i ruszył w stronę windy.
- Wyślemy kogoś. Bierz tego szczura i jedziemy, interesy mam dzisiaj. A jak mi naszcza do auta to zabiję jak psa.

Gadka w city odc.14: KŁOPOT GOTOWY


- A witam, witam. Co pani tak tu się chowa? W głowie się pomieszało, słyszałam? Dawno pani nie widziałam, pani rzadko wychodzi, słyszałam?
- Co? Co pani sąsiadka słyszała i od kogo? – Spytała niezbyt uprzejmie szczupła staruszka w rodzaju tych zasuszonych, z godnością cesarzowej, prychając na taką zaczepkę jak poirytowana kotka. Za nią przystanęła grubawa rówieśniczka, odziana w płaszcz koloru kałuży i spojrzała na półki z ozdobami, bibelotami, durnostojkami i uroczymi drobiazgami, które gromadzą się w mieszkaniach latami, przyciągając tony kurzu, wspomnień, spojrzeń i zapachów.
- A to wie pani, jacy są ludzie, ale ja to nie słucham tego, nie słucham, ja to tylko z… Troski – sapnęła z triumfem, odnajdując właściwe słowo wytrych. – Z troską, z sercem na widelcu, pani kochana sąsiadko, dzień dobry.
– Dzień dobry. Oglądam, prezentu dla synowej szukam.
Tęga staruszka omiotła półki wzrokiem, nie słysząc odpowiedzi.
- Tak, tak, ja też oglądam. Tak leje, że człowiek wchodzi tu, żeby się ogrzać, co? A gdzieś trzeba spacerować, lekarz kazał. Od rana leku na serce szukałam, już całe miasto zleciałam, wie pani, mam nadciśnienie i ledwo chodzę, nogi puchną. Ledwo człowiek z domu się ruszy, to już nogami powłóczy…
- A jednak całe miasto obleciane – mruknęła cesarzowa, odwracając się z powrotem w stronę półek.
- No, bo taka drożyzna w tych aptekach, ale wiadomo, kryzys. A spacerować trzeba, tak, tak… A co pani ogląda? Dla synowej, to kłopot wielki, zmartwienie takie, czy się spodoba, czy się nie obrazi? Pani chora była, słyszałam?
- Przeziębiłam się i miałam katar – ucięła szczupła – i przeżyłam, jak widać. O, a to ładne, jak by z secesji, ciekawe po ile to – wzięła z półki małe pozłacane kaczki wspierające metalowy świecznik i rozejrzała się za jakimś sprzedawcą, ale akurat nikogo nie było w pobliżu.
Gruba machnęła ręką.
- A, to drogie na pewno. A po co to pani, to ciężkie, kurzy się.
- Żeby mi gazety ze stołu nie frunęły, jak się przeciąg zrobi. Albo synowej. Też lubi czytać gazety.
- A, gazety. A to wie pani, ja już nie czytam, bo oczy mnie bolą. Ciągle mrużę, a lekarz mówi, żeby nie mrużyć. A ksiądz mówił w niedzielę, że w tych gazetach kłamią, to i po co oczy męczyć, wie pani.
- Nie wiem, nie męczę się czytaniem, bo nie słucham księdza. Bez męki mi lepiej, wolę poczytać. Muszę się dowiedzieć o cenę, pani wybaczy, do widzenia.
- A do widzenia, do widzenia, a na co to komu, a po co, a kłopot tylko gotowy…. – Mamrotała kobiecina do siebie, z przyzwyczajenia, pośród mebli ze sklejki, świątecznych ozdób w promocji i wykładzin w autka.

wtorek, 10 stycznia 2017

Z archiwum GADKI W CITY: lans miejski w 3 odsłonach

Dobry lans to podstawa miejskiej egzystencji u niektórych przedstawicieli ludzkiego gatunku. Akceptacja w grupie lub własnej głowie to szczytny cel i aby go osiągnąć, wskazane są odpowiednie fryzury, barwy wojenne zwane makijażem, a także strój adekwatny do sytuacji. Poza tym dbanie o siebie to niezła opcja na poprawę nastroju o tej porze roku.
Wobec tego maseczki na twarz, lakier na paznokcie i zapraszam do relaksującej lektury. Jeszcze ciepłe, z archiwum, po lekkiej stylizacji i drzemce dla urody, odcinki 10, 11 i 12.

Gadka w city odc. 10: SKROMNY PREZENT


Dwie fryzjerki z trwałymi godnie reprezentującymi główny profil działalności niewielkiego salonu urody i zabiegów rozmaitych z ciałem związanych, mieszczącego się na wrocławskim Szczepinie, zasiadły z kubkami parującej, aromatycznej kawy i szeptały w kącie salonu, co chwilę podnosząc głos, uciszając się nawzajem i klnąc jak bosman co najmniej. Młodsza o dekadę lub dwie trzecia dziewczyna z naturalnie jasnymi włosami, o policzkach rumianych jak dojrzały owoc i posturze podobnie apetycznej, w kuszącym fartuszku fryzjerskim, strzygła uszami w kierunku koleżanek z salonu, ale nie mogła uczestniczyć w pogawędce być może służbowej, bo miała akurat klientkę, której ścinała, farbowała i upinała włosy, parzyła kawę, podawała telefon, wysłuchiwała tyrad pouczająco-moralizatorskich. Generalnie od ponad 2 godzin tkwiła przy tej kobiecie i miała serdecznie dość uszczypliwych uwag. Bardzo chciała usłyszeć, o czym mówią koleżanki, co nieco rozpraszało koncentrację na tym, które pasemko ma być jaśniejsze, a które wpadać w ciemniejszy ton.
- …że niby koc to za mało, focha będzie miała albo gorzej i obrazi się…
-… ja chciałam kupić kosz…
-…kosmetyczka taka z kremami, próbkami, chujami, ale jak ma, to ma, efektów nie widać, bo ryj ma jak z dupy świni…
-…i wychodzi na to, że się wszystkie złożyły, a teraz ta pinda mówi…
Zadzwonił telefon, ale personel starszy stażem był zajęty rozmową, żadna nie przejawiła chęci do odebrania.
- Przepraszam panią, odbiorę i zaraz wracam – najmłodsza fryzjerka z ulgą odłożyła nożyczki i popędziła do telefonu.
- Tak, słucham, salon… - Zakryła słuchawkę i scenicznym szeptem syknęła do koleżanek, zawzięcie dyskutujących nieopodal – ja się drugi raz nie składam, pierdolę taki interes i włażenie w dupę. Szefowa niech sobie sama kupuje prezenty, może jeszcze kurwa wycieczkę na Karaiby jej kupcie, kurwa, mówiłam, że ten kosz z owocami spoko albo kosmetyki z mydlarni też spoko, skromny prezent. No zwariowałyście chyba, a jak szefowa ma focha, to ja jej kurwa w dupę maszynkę włożę i suszarką popchnę, to wreszcie pójdzie na tę emeryturę, a wy zagryziecie się o jej stołek!
W salonie na moment zapanowała rzadko spotykana tu cisza, z lekkimi akcentami pstrykającej, bzyczącej w tle świetlówki, o którą z uporem obijała się oszołomiona, tłusta mucha.
- Tak, słucham pana, przepraszam. Co? Coś szumi, powtórzy… Nie, to damski salon, panów nie obsługujemy.

Gadka w city odc.11: KARTON LANSU



- Jakim cudem stać cię na normalne fajki? – Pytanie było skierowane do świeżo wystrzyżonej, uczesanej, natapirowanej modnie dziewczyny w zielonym szaliku, wyraźnie kojarzącym się z kibicami wrocławskiej drużyny. Jej towarzysze w zielonych bluzach, czapkach i szalikach zarechotali, przytupując z zimna na przystanku tramwajowym. Zagadnięta zaciągnęła się papierosem i wzruszyła ramionami tak cienkimi, że studenci anatomii byliby zdumieni precyzją, z jaką ewolucja je udoskonaliła, by raczyły sobie radzić mając do dyspozycji mięśnie w postaci szczątkowej.
- Z normalnych chyba tylko bez filtra jeszcze mają cenę, taką kurwa do przyjęcia. Reszta kurewsko dużo kasy kosztuje, w chuj.
- Drogie są, kurwa dobre, no.
- Nie tylko mam normalne, to na dodatek, kurwa Marlboro. – Kandydatka na modelkę dla patologów rzuciła niedopałek na ziemię. – Dobry lans to dobra fajka. Nie wierzcie nikomu, kto kręci z tytoniu, leszcze.
Zaśmiali się wszyscy, najwyraźniej złotousta wzbudzała podziw głębią uwag o życiu.
- Kurwa, skąd masz? – Jeden z jej towarzyszy wyraźnie się zirytował. – Jak one w chuj kosztują, to skąd niby masz, nie pierdol.
- Skąd masz tyle siana, ja pierdolę. – Inni towarzysze również zgłaszali wątpliwości, co nieco nadszarpnęło wizerunek królowej, więc natychmiast zaprotestowała, godnie się prostując.
- Z akademików załatwiam, karton z paczkami po 8 zeta, kurwa. Jakby ktoś chciał, to załatwię, nie pierdol mi tu, że pierdolę, kurwa. Dobry lans mam, kurwa. Zobaczycie, że warto było czekać jak robiłam włosy.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
- Ty, sorry, nie. Kurwa, daj fajkę, nie, bo ten jebany tramwaj nie jedzie i czekamy jak te, no. Po osiem, ja pierdolę.

Gadka w city odc. 12: KOLORY FLAMENCO



Drzwi salonu kosmetyczno-fryzjerskiego brzdęknęły analogowo tradycyjnym dzwoneczkiem, gdy łysy tramwajarz mieszkający w pobliskim wieżowcu, niespodziewanie kończącym adresy kwalifikujące się do wrocławskiego Starego Miasta, wszedł do środka. Obok lady postawił małą suczkę z kokardką na podłodze i stwierdził, że dzisiaj to się nie godzi psa na zewnątrz wyrzucać.
- Ale ja musiałem, tak, tak, musiałem przyjść, bo ja po farbę jadę. Taka szara, taka dobra, tak, tak. Tanio będzie, bo ja załatwiam, tak, tak.
Fryzjerka z lokiem w eksperymentalnym kolorze cappuccino wyjrzała niemrawo zza kotary oddzielającej jej kącik socjalny, zawierający ekspres do kawy, stolik i krzesło, od reszty salonu.
- Co pan znowu wymyślił? Szefowej trzeba pytać. Jaką farbę? – Spytała bez entuzjazmu.
- Farbę, farbę, taka tu będzie pasować, jasna taka, szara, pasuje do tej, o, tu czerwonej, na kontrast panie pójdą, ja załatwię, taniutko będzie.
- No, ja nie wiem. My tu malowałyśmy kilka miesięcy temu, kolory flamenco. Szefowej trzeba pytać.
- Co? Czego?
- Wiosną malowałyśmy – kosmetyczka, która właśnie robiła klientce manicure odezwała się spokojnie, nie podnosząc wzroku znad precyzyjnego odsuwania skórek i natłuszczania ich oliwką. – Ładnie jeszcze jest. Chyba, że więcej kolorów flamenco pan znajdzie.
- Flamę?... Ale jaka to? Flamenco? – Trochę się zdziwił i zapatrzył na kosmetyczkę, młodą dziewczynę o urodzie blond piersiastej. – Do tego tu? Czy do tej szarej?
- W sumie to ja nie wiem, szefowej trzeba pytać. A gdzie pan tę tanią farbę znalazł?
- Zna się ludzi, wie pani, jak to jest. Tyle lat jeżdżę, to znam. Nie chcę się chwalić, ale znam dużo ludzi i mi mówią, wie pani – sąsiad wypiął wątłą klatę, piesek szczeknął krótko, jakby na potwierdzenie słów pana. Od lat jest motorniczym, typ społecznika, zasiada w radzie osiedla. Często zdarza mu się proponować, że coś będzie załatwiał, porozmawia w czyjejś sprawie i choć zdarza się, że nic z tego nie wyniknie, będzie z siebie bardzo zadowolony. Jak tylko wiosna zawita za oknem, facet jest gotowy do remontów, myje auto i przyczepę, lata, załatwia, tu zagai, tam zaczepi, z pieskiem się miota i rozmawia w windzie do siebie i otoczenia. Na przykład o tym, że miał kupić świetlówki, ale nie kupił, a nawet nic straconego, bo jutro jeszcze będą, to może i więcej kupi, bo warto mieć zapas.
- A pan tę szarą kupuje do domu? – Fryzjerka nadal wyglądała zza kotary i widać było tylko jej głowę, jak pacynki w teatrzyku dziecięcym. – Nie pasuje do domu, taka szara.
- Hmmm… - Zmieszał się i przyciągnął smycz z pieskiem, który radośnie obwąchiwał mały kosz na śmieci z obciętymi włosami. - Mam dzisiaj wolne, nie jeżdżę, a kolega dzwonił, że jest super tania farba, taka szara. – Powtórzył, nadal zmieszany – myślałem, że tu się przyda, paniom, że pomalować można…
- Bo taka szara to naprawdę w domu nie pasuje – kosmetyczka nadal nie patrzyła na sąsiada, zajęta pracą. Wysunęła lekko język z przejęcia i z dokładnością chirurga naczyniowego malowała paznokieć po paznokciu krótkimi, zdecydowanymi muśnięciami pędzelka. – Tutaj, rzeczywiście, jako kontrast, ale tylko z flamenco. Szefowej trzeba pytać.
- Kontrast?
- Wie pan, jaki? Taki ognisty. Jak… jak corrida. Taniec, krew, ciała wirują. Byk, szarżuje, kobiety mdleją…
Facet przełknął ślinę.
- Żeby się tam, wie pan, działo coś na tej ścianie. Ale to szefowej trzeba pytać.
- Acha – wyglądał na lekko ogłuszonego wizją flamenco, wirujących ciał oraz szarżującego byka. Wziął pieska na ręce. – Poszukam, pewnie, tak, tak, poszukam. Jak nie tam się znajdzie, to gdzieś indziej, tak, tak, ja znam ludzi, powiedzą mi.
- I żonę pan pozdrowi – mruknęła fryzjerka, dopijając kawę za kotarą. – Była wczoraj, włosy jej zrobiłam. Nowy kolor na wiosnę. Ognista kobieta.
Nie usłyszał, w drzwiach zderzył się z korpulentną kobietą w kanarkowym płaszczu.
- O, przepraszam – stęknął, piesek szczeknął krótko.
- Sąsiedzie, sąsiad to zawsze potrafi wziąć w obroty!...
I już go nie było, tylko brzdęknął dzwonek przy wejściu.

niedziela, 8 stycznia 2017

zagłuszone i odkurzone - z archiwum 7, 8 i 9

Tyle jest w mieście do zagłuszenia, jeśli człowiek chce porozmawiać jak człowiek. Wyją silniki samochodów, których kierowcy hojnie obdarzają bliźnich klaksonem, poza tym klekoczą i dzwonią tramwaje, autobusy na każdym przystanku głośno informują o swojej pozycji w czasoprzestrzeni międzyprzystankowej, a do tego społeczeństwo pokrzykuje i przekrzykuje wyżej wymienione źródła dźwięków uciążliwych, do telefonu lub pomimo tego.

Z archiwum dialogu miejskiego, prosto z gadką odświeżoną choć zagłuszaną, odcinki 7, 8 oraz 9.

⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼

Gadka w city odc. 7: POZDROWIENIA DLA CIOCI



- Halo? Honorata?? HALO?? – Zdyszany, lekko poczerwieniały staruszek ryknął znienacka, o mało nie wypuszczając przy tym telefonu. Zasapany, po gonitwie do „7”, rozglądał się za wolnym miejscem. Tramwaj ruszył z lekkim szarpnięciem.
- Przejeżdżam obok i dzwonię, żeby pozdrowić. TRAMWAJEM! No tak, ja wiem, że nie jesteś głucha, ale... I pozdrowić chciałem… Honorato, ja nie mogę wieczorem. Ja tylko chciałem zapytać o ciocię. Honorato, PROSZĘ CIĘ. A czy ciocia dzisiaj dobrze się czuje? Nie, NIE DAWAJ MI JEJ… Halo, ciociu… Tak… JESTEM W TRAMWAJU, od fryzjera wracam, pozdrowić chciałem – westchnął, zmęczony, odkaszlnął kilka razy. Szarpnęło nim nieco na zakręcie, chwycił mocniej torbę i usiadł, z wdzięcznością kiwając głową do chłopaka, który mu ustąpił miejsca. 
– OD FRYZJERA! – Wrzasnął, zmęczony jeszcze bardziej, rozkaszlał się, a cały tramwaj spojrzał na jego łysawą głowę i jaśniejące w wiosennym słońcu siwe, wątłe pasma. Niezbyt imponujące, ale zdaje się nie z winy fryzjera. - Jadę tramwajem i nie słyszę, jak ciocia mi mówi, że mnie nie słyszy! Bo nic nie słychać! 

Gadka w city odc.8: GŁUCHY PAZUR


- Ja nie wiem, gdzie ty trzymasz ten telefon – powiedziała z niesmakiem natapirowana, woniejąca połową Sephory kobieta z bardzo długimi paznokciami, które nieco jej przeszkadzały w obsłudze smartfonu. – Nic nie słyszę. NIE SŁYSZĘ CIĘ, rozumiesz? Co za absurd, no. Nie słyszę cię! – powiedziała zdenerwowana, trzymając wielki telefon przed sobą i stukając w ekran ze zniecierpliwieniem.
- NIE SŁYSZĘ CIĘ – krzyknęła, nadal mając aparat przed sobą. – I co ja mam zrobić? – Rzuciła w przestrzeń płaczliwie, po czym schowała telefon do torebki. – Porozmawiamy w domu – dodała mściwie.


Gadka w city odc.9: CZASEM PRZERYWA


Dwoje młodych ludzi w wieku wczesnostudenckim wsiadło do pociągu. Z bagażami, w nastrojach najedzonych i wypoczętych. Ponieważ do odjazdu było jeszcze kilka minut, rozmawiali przez okno z rodzicami. To chyba ich pierwszy rok wyjazdów z domu, bo rodzice mocno zdenerwowani, a młodzież podekscytowana. To mija po kilku latach wożenia słoików, ale na początku rzeczywiście cieszy perspektywa podróży, imprezy i ogólnie pojętej wolności od nakazów i zakazów. Ale od czego są telefony.
- Masz telefon? Naładowany? Jak nie, to dam ci moją starą Nokię…
- Mam, mamo daj spokój. Mam ten nowy od taty i jeszcze mój stary.
- Ale naładowałaś? Bo ja będę dzwonić. A ty też masz?
- Mam, mamo no. Siostra też ma, no. Tato weź jej powiedz.
- Rzeczywiście, daj im już spokój, telefony, każdy ma teraz telefon.
- Ostatnio, jak dzwoniłam, to coś przerywało, dlatego pytam.
- Mamo, bo czasem przerywa, no. Byłam na skajtałerze, to nie słyszałam.
- Mówisz tak od tygodni, ja chcę normalnie czasem z tobą porozmawiać.
- Codziennie dzwonisz, to czasem przerywa, no mamo, no.
- Daj im spokój, kochanie, mają telefony, nie żyją na pustyni. Była na skajtałerze, słyszałaś. No. A często ci przerywa? To może weź mój nowy, a ten mi daj.
- Ale tato, ja już mam twój nowy.
- Ja też chcę nowy, jak ona ma!
- Spokój! A ten stary twój mi daj. Często ci przerywa?
- Tylko jak mama dzwoni.
- To biorę. Mówisz, że na skajtałerze nie ma zasięgu?...

sobota, 7 stycznia 2017

Z niepublikowanego archiwum GADKI: 4, 5, 6

Rekonstrukcja, remastering, podrasowanie, wygładzenie - to owszem, dzieje się właśnie przy okazji wielkich porządków w archiwum i sprzyja konfabulacji, ale i tak można mieć pewność że około 95% rozmów przytoczonych we wszystkich 200 odcinkach jest prawdziwa.
Po raz pierwszy (na tym blogu i w takich wersjach) odcinki 4, 5 i 6, ku uciesze.
⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼⎼

Gadka w city odc.4: RAZEM, ALE OSOBNO


Wsiadła pierwsza, podczas gdy on się zamyślił, z oczami przekrwionymi, zaparowanymi okularami. Stał chwilę dłużej na peronie oławskiego  PKS i przepuścił kilka osób w kolejce do autobusu podmiejskiego, pamiętającego ustrój nie tak znowu miniony.
Gdy dołączył do niej, zapytał czy może się przysiąść, oficjalnie, jakby się nie znali. Podniosła zaskoczona głowę i roześmiała się.
Wysoki, zgarbiony na plecach i nosie, z burzą rdzawych loków w stylu afro na głowie. Dziewczyna w typie pozornie szarej myszy, w okularach z czerwonymi oprawkami i w trampkach. Jednym zgrabnym, wytrenowanym ruchem wyciągnęli smartfony, po czym dalsza część podróży była okraszona scrollowaniem treści i mizianiem wyświetlaczy, z uwagami rzucanymi półgębkiem, niby bez znaczenia, a jednak dramat czasem tkwi w detalu.
- Z czym masz kanapkę? Głodna coś dzisiaj jestem.
- Z serem.
- Z tym samym, co wczoraj?
- Trudno określić.
- Jak to, trudno określić?
- A jaki był wczoraj?
- Niedobry.
- Z innym chyba.
- Codziennie ci zjadam.
- To dlatego chudnę. Matka mówiła, że zmizerniałem.
- Świnia, chcesz powiedzieć, że ja nie chudnę?!
- Nie, ja tylko… Chcesz tę kanapkę?
- Nie.
- Masz. Popatrz tutaj.
- Nie.
- Obraziłaś się?
- Nie. Za co?
- Za wczoraj?
- O co?
- O ten ser.
- Co?
- No, o ser?
- Chyba zwariowałeś. Nie.
Cisza trwała ponad pół godziny, aż do rogatek Wrocławia.
- Nie o ser, tylko nie pojechałeś ze mną i co ty sobie myślisz.
- Byłem na uczelni.
- Nie kłam, rozmawiałam z Aśką.
- Acha. No to byłem z Aśką.
- I nic mi nie powiesz?!
- Mówię właśnie, nie?
- No to cześć.
Podniosła się, kiedy bus zwolnił przy pętli tramwajowej. Musnęła ustami jego policzek, podskoczył i oderwał na chwilę szklisty wzrok od telefonu.
- Idziesz już?
- No.
- Acha.

Gadka w city odc.5.: NA BRAMCE


Wysoki na ponad dwa metry, czarno odziany fan męczącego brzmienia, długowłosy, w teoretycznie skórzanej kurtce, mrużył oczy przed słońcem, odbijającym się od blaszanej wiaty na odludziu, zapomnianym przez bogów i pracowników czyszczenia miasta. Z włosów zebranych w niechlujny kucyk na kark faceta kapała woda, płynąca następnie orzeźwiającą strużką po plecach.
Głośno rozmawiał przez telefon,
- Stary, jesteś na chodzie skurwelu? No, wstałem i jadę. Ledwo żyję po wczoraj, no. Skurwelu, ale było, no. Dzwoniłeś do mnie rano? Nie dzwoń do mnie rano, kurwa. Nie wiem, co robię w piątek. Ni chuja nie wiem, skurwelu. Do 22 jestem w pracy na bramce, a potem się okaże. Kapie mi, kurwa, z włosów. Sam jesteś mokra Włoszka, skurwelu. Jebany tir mnie przypierdolił z kałuży, skurwelu, leje mi się na plecy, kurwa. I chuj, jak gorąco – ściągnął kurtkę. Splunął z niesmakiem. - Stary, zostaniesz chwile dłużej teraz w robocie? Bo wiesz, spóźnię się, no. I pogadalibyśmy od razu o piątku, mogę potrzebować za jakiś czas przysługi, więc kto wie... No i zajebiście, skurwelu, tak mi mów. Widzimy się zaraz i tak mi będziesz mówić…
Podjechał tramwaj. Gotycki wojownik schował telefon, jednym susem wskoczył do drugiego wagonu starego pojazdu i wyciągnął się wygodnie na ostatnim krzesełku, najwyraźniej planując drzemkę.

Gadka w city odc.6.: RÓŻNICA



- Co włączyła? Ja pindole, ale przecież jej nie wolno? Mówiłaś, że nie umie? Skąd ja mam wiedzieć, pytam czy JEJ mówiłaś, a nie czy mnie mówiłaś albo komuś innemu! Mam w dupie, że ma sto lat – niemłoda kobieta o bardzo zmęczonym wyrazie twarzy opadła z tobołami na siedzisko w niemłodym, hałaśliwie klekoczącym przy każdym zakręcie, popiskującym jak mysz w pułapce, odrapanym tramwaju  i kontynuowała – niech ma, ja pindole, dwieście, rozumiesz, ja mam w dupie. No, a gaz jest włączony? A kurki? Nie grzyby, jakie kurwa grzyby, ja pindole, na kuchence czy kurki są odkręcone, rany boskie, w piekarniku wszystkie patelnie są, rany boskie. No to pięknie, ja pindole… Co? No to nie mógł być piekarnik, bo jest na dole. I wszystko całe, no to co ona włączyła? A, ja pindole, to nie piekarnik, debilko, tylko nawiew, to różnica, czy palisz, czy wieje, no. Ja mam w dupie, że ją boli, mortadeli się zachciało, jutro Józek zawiezie ja do dentysty, ja pindole… A ja mam w dupie, ile kosztuje, ja pindole, trzeba dentystę, bo ją boli. Ja jej nie będę nosić po schodach, ona ma sto lat, niech jej wyrwie i po kłopocie, niech jej wszystko wyrwie, ja pindole, nie dam rady już tak fruwać na każde skinienie… Wysiadam dopiero przy Astrze, muszę jej tej mortadeli świeżej nakupić, tam chyba mają? Muszę, bo będzie jęczeć do nocy i rano od nowa, ileż ta kobieta ma siły w gębie, szkoda że jej w nogi nie poszło, ja pindole…

piątek, 6 stycznia 2017

NA POCZĄTKU BYŁA GADKA - odcinki 1, 2, 3...

Z przyczyn różnych, głównie natury ambicjonalnej z gatunku niespełnionych, rozpoczęły się niemrawe i kompletnie niesystematyczne prace, polegające na poskładaniu 200 odcinków w jedną książkową całość. 
Przy okazji niespodziewanie odnalazły się w archiwach pełne, lekko tylko podrasowane wersje pierwszych 20 odcinków, dotąd nieopublikowanych na tymże blogu. Pojawiły się kiedyś w okrojonej, mniej soczystej formie na GADKASZMATKA NA BIS, ale sadzę, że warto sobie przypomnieć, skąd wzięła się GADKA W CITY.

Oto trzy pierwsze odcinki, a wkrótce w porcjach pojawią się kolejne, aż do pełnej, relaksującej 20. 
A potem zobaczymy.

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━

Gadka w city odc.1: KONIEC NA DACHU



- Jak to, jesteś na dachu? A co ty robisz na dachu!? – Wrzasnęła do telefonu kobieta w średnim wieku, z blond lokiem pamiętającym regularne tlenienie i trwałą, choć minioną. Powiewając szalem koloru łąki przysiadła na murku okalającym skwer przed Galerią Dominikańską.
Na chwilę zamilkła, najwyraźniej słuchając wyjaśnień rozmówcy w sprawie powodów obecności na dachu, co w żadnym wypadku jej nie uspokoiło.
- Cóż to za pomysł! – Syknęła. – Natychmiast złaź i szukaj tych papierów! Będą potrzebne za godzinę, wszyscy przyjadą, a ty jak ten koniec na dachu? Nie koniec, kołek, tfu, kurwa, nie wiem co jest na dachu, komin?? Jak to wygląda? Dlaczego mi to robisz, zawsze coś, w zeszłym miesiącu kominek, wcześniej noga na strychu, a teraz dach… Bo pożałujesz! Co?! Jak to, już żałujesz? A gdzie poleciała drabina?! Nikt ci nie chciał potrzymać, to sam sobie postawiłeś… Oszalałeś chyba, natychmiast złaź z tego dachu. Jak to jak, normalnie złaź, bo jak skoczysz, to słowo daję, przyjadę i cię sama zabiję!!! – Ryknęła, aż przechodzący starszy pan z siatką ze sprawunkami mimowolnie się wzdrygnął, słysząc silnie wyczuwalny ładunek prawdomównej furii.

Gadka w city odc.2: DWIE TORBY



- Jak kaleka albo jakaś pogięta wyglądam z tymi torbami. Dwie torby, pojebana sytuacja. – Lamentowała brunetka w wieku gimnazjalnym, starannie wycierając w chusteczkę dłonie tłustawe od substancji pokrywającej frytki i kawałki kurczaka. Szczególną uwagą obdarzyła długie, perwersyjnie krwistoczerwone imitacje szponów, którymi były ozdobione jej palce.
- No, kurwa, właśnie. – Tę bogatą acz esencjonalną wypowiedź koleżanka brunetki wzbogaciła o odgłos picia coli przez słomkę, z efektem końcowym w postaci cichego czknięcia. Odgarnęła rudawe kłaczki z czoła, rozejrzała się po lokalu szumnie zwanym restauracją, oferującym menu konsekwentnie obfitujące w produkty silnie uzależniające. Jak na wczesną południową porę, było tam zaskakująco dużo ludzi młodych, którzy demonstrowali luz, lekceważenie dla spraw nieistotnych oraz skłonność do kupowania za drogiej kawy.
Ruda czknęła cicho raz jeszcze i powiodła rozbawionym spojrzeniem spod rzęs tak obciążonych tuszem, że trzepotanie wzbudziłoby tsunami na Odrze.
- Dlatego zostawiłam te jebane torby w domu. Lulu napisała wczoraj na fejsie, że dzisiaj testu nie ma. Kurwa, ale ta szkoła jest pojebana, przysięgam.
- No. I wiesz, tak sobie, wiesz, sobie tak pomyślałam, kurwa, że wiesz, im bardziej bym chciała być w klipie, tym jestem za mało tak jakoś. – Ciemnowłosa wyjęła lusterko, przejrzała się i głęboko zamyśliła. – I mam za mało rzeczy. Tej lazurowej, w panterkę, wiesz, nie wzięłam.
Ruda zdziwiła się i wyjęła różowy telefon z futerału z cekinami.
- Przecież masz dwie torby, bicz. A błyszczyk mój masz?
- No. Chyba. Poszukam, czekaj. - Zanurzyła się w przepastnych tobołach z wysypującymi się fragmentami odzieży. - I będę z tymi torbami teraz do wieczora, no. Zgubię.
- A ja im mniej chcę żeby mnie filmował, to jestem na każdym…  - Ruda stukała ze zniecierpliwieniem długim, fioletowym paznokciem w telefon. - Kurwa, no… Na każdym, no ciągle jestem.
- A mnie gówno widać. Dobrze, że dużo kręcą…
- Szkoda, że to tylko ludzie z klasy, a nie na serio, wiesz.
- Fejm to fejm, nie pierdol, że żal.
- Żalu nie ma, kurwa, ale można mieć ambicję, nie?
Dziewczyny badawczo rozejrzały się po McDonald’sie mieszczącym się przy wrocławskim Rynku, z nadzieją, że w pobliżu jest jakiś łowca talentów.
- Tamtego nie znamy? To wiesz kurwa, kolega tamtej.
- Jacha, to ten grubszy Mateo. Siedzi sam, patrz.
- Słyszałam, jak jego dziewczyna mówiła, że lepiej jest ani nie obiecywać, ani nie przychodzić.
- Najlepiej albo obiecać i nie przyjść, albo...
- Nie obiecać i nie przyjść?
- A on robi jedno i drugie, to go ta bicz zostawiła…

Gadka w city odc.3.: PANI WIOSNA



Biblioteczną senną ciszę w filii miejskiej nr 57 przy ulicy Szewskiej zakłóciło głośne wtargnięcie kolorowo ubranej niewiasty, sądząc po zapachu, który się dookoła niej unosił, nieco zaniedbującej higienę osobistą. Dama wkroczyła obwieszona szalami, koralami, paciorkami z drewna, szkła, metalu, bursztynu i cholera raczy wiedzieć czego jeszcze, z wielobarwnymi torbami pełnymi rozmaitych przedmiotów, przez cały czas gniewnie mamrotała do siebie coś, dość niewyraźnie, a niekiedy nawet nuciła.
Jedna z przemiłych pań bibliotekarek czmychnęła między półki z „Historią PRL” a „Przewodniki, podróże”, zaś druga nie mogła się nigdzie schować, bo siedziała za biurkiem w czytelni i z męczeńską miną udawała, że wcale nie planuje ucieczki.
- No, to teraz się zacznie – ciche szepnięcie dobiegło spomiędzy półek.
Czytelnicy siedzący przy kilku stolikach pochylili się głęboko nad przeglądanymi książkami i gazetami, zaś barwna postać energicznie dotarła do biurka i tonem nieznoszącym sprzeciwu oznajmiła, że szuka książki.
- Ale nie takie byle co, co teraz wydają! Ooo! Świat się skończy, a płomienie wszystko zeżrą. Ja wiem, ja wiem. Ja byłam tam i tam, wiem. W galerii byłam, to obrazy widziałam, nie ma ładnych, brzydota teraz, zbrodnie, kradzieże, grzechy same, ja wiem. Ooo! I koniec będzie.
Bibliotekarka przewróciła oczami, jakby wzywając ów koniec, który jednakowoż ani myślał nadchodzić. Westchnęła i zapytała, o jaką książkę chodzi.
- Pani mi doradzi, ja wiem. Ooo! Pokaże nam ta książka, pokaże. Wiem, rano było jasno. Strzeżcie się! – Ryknęła nagle, aż wszyscy podskoczyli. - Ooo!
- Jakiś alarm chyba zamontujemy, żeby było wiadomo – westchnęło szepnięcie między półkami.
- Strzeżcie się! Ooo! Rano było jasno!
- I wiosna idzie – powiedziała bibliotekarka za biurkiem uspokajająco – i coraz częściej nas pani odwiedza. Ja pani dam te albumy zaraz, te same, co wczoraj? – Wstała i delikatnie skierowała czytelniczkę do stolika przy oknie. – Zaraz przyniosę.
- Jasno, jasno. Ooo!
- Wiosna. – Bibliotekarka, do tej pory ukryta między półkami, wyjrzała z lekką obawą – Albumy o Azji. Jak jest zima, to ogląda albumy o Afryce. A w galerii obok rzuca warzywami, widziałam. Wiosna idzie.O.

niedziela, 6 listopada 2016

odc.200: TAKIE BUTY


Jesienią zdarza się, nawet w spokojnym Wrocity ulokowanym w pozornie umiarkowanym i zdystansowanym od nagłych zmian klimacie, że deszcz pada podstępnie atakując przeciwnika z różnych stron. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że powinien przemieszczać się z góry na dół (dlatego ludzkość wymyśliła parasole), ale niekiedy zamarzająca ulewa postanawia wziąć sobie na wspólnika zbrodni porywisty wiatr, którego działalność w destrukcyjny sposób wpływa na fryzury i nastroje mieszkańców (nawet z ulic zasłoniętych wielgachnymi blokami), powodując dodatkowe atrakcje w postaci np. pirzgnięcia w twarz workiem foliowym wirującym filuternie obok warzywniaka, ewentualnie nagłe zamknięcie się parasola lub wywinięcie na zewnątrz, co dostarcza widowni wiele radości, zwłaszcza gdy dzieje się przy próbie upchnięcia się wewnątrz zatłoczonego autobusu.
Zatem w obliczu takich trudności, których codzienne pokonywanie niechybnie przywodzi na myśl zmagania pewnego Syzyfa na zboczu wzgórza, ludzie radzą sobie na różne sposoby i walczą z pierwszymi objawami depresji jesiennej, chandry na tle warunków atmosferycznych oraz ogólnie pojętych konsekwencji mniejszej ilości światła słonecznego docierającego do ośrodków produkcji witaminy D w organizmach żywych. Tak zwane najbardziej popularne sposoby, wywodzące się z mądrości ludowej, to oczywiście alkohol, tuczące pożywienie (na samą myśl zatykają się tętniczki) oraz towarzystwo bliskich osób, jeszcze bliższego koca, a nawet kota – niekoniecznie łącznie i w tej kolejności oraz dopuszcza się wymianę alkoholu na coś innego, wedle upodobań i zasług. Może być herbata. Z rumem.
To nie prozaiczne szukanie pretekstu do zaszycia się w domu w celu oddania się nagannym rozrywkom, ale raczej kwestia nabrania chęci i sił do przeżycia. Życia - jesienią na przykład.
Dlatego w celu zdobycia wyżej wymienionych składników kuracji antyjesiennej ludzkość ucieka się do różnych sztuczek. Wtedy objawiają się światu prawdziwi bohaterowie ciemnej strony roku: aby pozyskać pocieszające pożywienie, napoje rozweselające czy jakikolwiek inny powód do drobnej przyjemności, muszą czasem się porządnie wysilić i nie zawsze zwyciężają…
Choćby pewien dzielny staruszek, który jak przystało na prawdziwego króla szos ruszył maluchem z piskiem wiekowych opon spod małego osiedlowego sklepu, wjeżdżając od razu w wielką kałużę i ochlapując oburzonego kundla przywiązanego do latarni. Ledwo staruszek zaczął się oddalać, ze sklepu wyleciała sprzedawczyni w służbowym fartuszku i klapkach, z ćwiartką wódki w dłoniach i wyrazem ogromnego przejęcia na zmęczonej twarzy. Wrzeszczała za maluchem pyrkającym na zakręcie ulicy Legnickiej, tupała, machała rękami, jakby goniło ją całe stado wściekle poirytowanych os, aż w końcu osłabła, a samochód starszego pana zniknął, mozolnie włączywszy się do ruchu w kierunku placu Strzegomskiego.
Sprzedawczyni wróciła wolnym krokiem pod sklep, oglądając się co chwilę za siebie i kręcąc głową.
- Pani się nie martwi – rzucił chrapliwie zakonserwowany bywalec okolicznych podwórek, odziany w coś, co kiedyś było kocem, ale pokryte patyną miejską nabrało charakteru stroju ulicznego Beduina. 
- Ale panie, ostatnie drobne mi za to dał.
- Czyli mu zależało. No kurwa, to nie chleb, wróci.
Kobiecina łypnęła okiem, kiwnęła głową i weszła z powrotem do sklepu, bo zaczęło znowu siąpić mżawką, dla której nie wypada rozkładać parasola, ale która potrafi skutecznie ograniczyć widoczność każdemu okularnikowi.
Równie bohatersko nastawiona do rzeczywistości wydawała się objuczona do granic możliwości kobieta w wieku wiecznie zmęczonym, której najwyraźniej brakowało wolnej ręki lub też innej równie użytecznej kończyny, gdyż niosła trzy torby w jednej dłoni, w zgięciu łokcia piastowała wielką dynię, w drugiej ręce trzymała siatkę z grzechoczącymi o siebie zniczami, a między ramieniem a brodą uciskała telefon. Stała obok warzywniaka pod łysawym już kasztanowcem, najwyraźniej na kogoś czekając.
- Jechałam tramwajem… TRAMWAJEM! I nie mogłam… Dopiero wracamy… A, takie buty… NIE MOGŁAM!... To gdzie ty jesteś? A dlaczego u mnie? A DLACZEGO U MNIE? A co ty u mnie robisz? Idź sobie lepiej, bo ty tylko kradniesz. I spódnicę oddaj, bo nie mam co na siebie włożyć. Z DUPY MI ZEDRZYJ OSTATNIE GACIE, PASOŻYCIE! Patrzcie ją, takie buty… No czekam, bo chce golonkę, to niech sam ją sobie wystoi, ja nie będę szła po jedną golonkę, żeby się spocić… SPOCIĆ SIĘ… Jutro nie, bo sprzątamy. Mowy nie ma, sprzątamy. BO JEGO MATKA TO TAKA CZYSTA KOBIETA BYŁA! On teraz ani paproszka nie zniesie i sprzątamy. A ja? Nienawidzę sprzątania. Ale jakoś to będzie. JAKOŚ TO BĘDZIE! O, idzie mój, to kończę… KOŃCZĘ!
Ze sklepu wyszedł zażywny mężczyzna piastując czule worek przypuszczalnie zawierający rzeczoną golonkę, więc oboje oddalili się w kierunku wysokich szczepińskich bloków.
Do sklepu weszło dwóch młodych chłopców, wątłych z sylwetki oraz braku urody, symetrycznie pryszczatych, z pozornie lekceważącym wyrazem twarzy, w bluzach z kapturem i szerokich spodniach.
Chwilę krążyli wśród makaronów, zlustrowali chłodnię z nabiałem, na chwilę skupiając przelotną uwagę na lodówkach z piwem, po czym wzięli po paczce chipsów na łebka i ustawili się w dwóch różnych kolejkach do kas.
- I pani dorzuci Viceroye – rzucił chłopak w jasnej bluzie.
- Cienkie czy grube?
- Grube.
- Grubych nie mamy – odparła sprzedawczyni, zapewne siłą powstrzymując się od dodania „i co pan nam zrobi”.
- To cienkie.
- Grube to tu obok w monopolowym może mają. Tam pójdzie i sprawdzi.
- Byłem i tam mi nie chcieli… – urwał, widząc że się zagalopował, po czym mocny rumieniec zaczął mozolną wędrówkę od szyi chłopaka po policzki. 
Sprzedawczyni oparła się wygodniej na krześle, z miną szeryfa, który przyłapał koniokrada na gorącym uczynku.
- Dowodu nie ma?
- Ma… Tylko zaparkowałem auto za daleko, o tam, i nie będę się wracał… W deszczu…
- To ja nie sprzedam, jak dowodu nie ma.
Chłopak mamrotał coś o dowodzie zostawionym w samochodzie, ale jednocześnie szybko zapłacił za chipsy i wyszedł. 
Tymczasem jego kolega dotarł do drugiej kasy.
- To wszystko? – zapytała druga sprzedawczyni z długopisem wetkniętym w kok.
Chłopak spojrzał w kierunku półki z papierosami, jakby dopiero teraz je zauważył.
- Viceroye, mogą być te cienkie.
- A dowód ma czy też za daleko zaparkował?
Śmiech obu sprzedawczyń oraz przypadkowej publiczności w postaci kilkorga klientów odprowadził chłopaka do drzwi.
Walka jesieni z ludzkością trwa i możliwe, że minie (jak wszystkie negatywne zjawiska np. mniej lub bardziej dobre zmiany), a na pewno nie wolno zapominać, że nawet w tak miłym city jak Wrocław żadna ze stron nie bierze jeńców.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

odc.199.: TAK TO JEST


Dwóch stoi, po miejsku zakurzeni, zmarszczeni, wysuszeni, zakonserwowani, osmagani słońcem i napełnieni piwem, sprzedają wszystko i nic, rozmawiają o życiu, o kobietach, o pieniądzach i… O życiu.
- U mojej starej nie ma nic za darmo.
- Tu na targu?
- Ani na targu, ani w domu też, ani zupki, ani dupki...
- Tak to jest, nie ma nic za darmo.
Głośny, rubaszny śmiech dwóch weteranów tego boju utonął w narastającym gwarze, bo od rana przybywało ludzi na targu Świebodzkim, mimo coraz bardziej nachalnego upału, natarczywej duchoty zaplątanej w spalinach i pyle między torami, stoiskami, nawoływaniami sprzedawców i zapachami smażonego niekoniecznie dietetycznego zestawu dla koneserów, czyli frytek i kiełbasy.
- Coś słabo dzisiaj wyglądasz.
- Hę? – Ocknął się ryży nastolatek o anatomii rachitycznej antylopy.
Jego barczysty, porośnięty czarną szczeciną kolega przyglądał mu się, nieco zatroskany.
- Słabo wyglądasz, kaca masz?
- Nie, to przez to, że ostatnio odstawiłem wódkę.
- Ale jak, tak zupełnie?
- No raczej, wiesz, tak to jest, że mam postanowienie, a potem jest życie i chuj. Takie chcesz?
Oglądali buty sportowe, rozstawione na gibiącym się straganie, zza którego wyzierało zalotne spojrzenie dorodnej dziewuszki w typie bułgarskim, o pięknej twarzy i fryzurze niestety rozjaśnionej, a szkoda.
- Nie, mają taki tu, kurwa pasek różowy, co ja pedał jestem, żeby pasek na butach.
- No tak. I odstawiłem, ale wczoraj nie było czasu na śniadanie, to wypiłem piwo. Miałem szukać roboty.
- A potem?
- A potem drugie na obiad i wieczorem jak myślałem o kolacji i że miałem szukać roboty, i piłem trzecie, wpadł szwagier i robił mocne drinki, a teraz sam widzisz.
- Masakra, jak po świniobiciu.
- Jakim kurwa świniobiciu? Suszy mnie, i tyle. Ty świniobicia kurwa na oczy nie widziałeś, nie?
- No raczej, ja z miasta jestem, z Kozanowa, nie. Ale jak to jest, wszystkie świnie wprowadzacie do kałuży i jeb prądem?
- Coś ty, kurwa, to byłoby niehumanitarne. Tato gardła podrzyna, a potem przyjeżdża rzeźnik i robi kiełbasy, z filetem z kurczaka za dwie dychy.
- I dobre wychodzi?
- Najlepsze, tak to jest.
Panowie przesuwali się niemrawo wraz z falą tłumu, który mijał się zygzakami, powoli i wypatrując okazji i towarów „za ci zlote, pińć zloty”, a słońce postanowiło udowodnić wszystkim niedowiarkom, że to już półmetek lata.


wtorek, 26 lipca 2016

odc.198.: SZKODA GADAĆ



- Nie myśl sobie, że ja tu tak kurwa sobie tylko stoję, nie – powiedział z dumą facet w czapce z daszkiem i wielkim telefonem, opierając się leniwie o barierkę przy przystanku autobusowym na nowodworskiej krzyżówce i niedyskretnie spływając potem w słońcu palącym miasto. 
Facet pstryknął z wprawą niedopałkiem papierosa pod nadjeżdżające auta i podrapał się po brzuchu.
- Zarabiam, a co myślisz, od nocy do rana na zmianie robiłem, szkoda gadać. I zarabiam. W końcu to ja tu jestem mężczyzną, nie, kurwa. A ty? Opalaj mi się tam ładnie, no. Z każdej strony, tylko żeby cię nikt tam kurwa nie widział, bo wiesz, kurwa. No.
Rozłączył się i czknął bez entuzjazmu, co wzbudziło lekki niesmak na twarzy starszej kobiety, stojącej tuż obok. 
Starsza pani obróciła się do męża, który kontemplował okoliczne bloki osiedla Nowy Dwór, budynki szare i kolorowe, mniejsze i większe. 
- A co tam budują?
- Gdzie?
- O, tam. Trochę wystaje. 
- A nie wiem. W tym mieście ciągle coś z ziemi wyrasta, jak grzyby po deszczu. A to nad kamienicą na Ruskiej dobudują coś szarego, a to coś innego, brzydactwa takie, że szkoda gadać…
- Aha. Ale to chyba już z pół wieku budują, bo jak jeździmy do twojej siostry, to od lat widzę.
- I dopiero teraz pytasz co to jest?
- No i sama widzisz, zapytałem i robisz problem, no szkoda gadać.
- To kościół – wtrącił się facet w czapce z daszkiem. – Budują go od 30 lat. 
- Tak długo? – Zdziwiła się starsza pani – Myślałam, że w tym kraju kościoły powstają w mgnieniu oka, tylko świątyń prawdziwych nie ma – zakpiła.
Facet podrapał się znowu po brzuchu.
- Poprzedni proboszcz przegrał całą kasę w karty, bo był hazardzistą. I się przedłużyło to budowanie.
- W kasynie przegrał? – Zainteresował się starszy pan.
- Nie wiem, ku… No może w melinie, ale na pewno w karty.
- Co za historia, no proszę. – Starsza pani pokręciła głową i wyjęła z torebki chusteczkę, żeby wytrzeć czoło. - Nawet księży to nie omija. Ależ dzisiaj gorąc!
- A co ich ma omijać, też korzystają z życia, tylko po cichu.
- To może lepiej na głos nie mówić – doradziła milcząca dotąd kobieta siedząca na ławce pod wiatą, gdzie temperatura powietrza powodowała wrzenie mózgu i okolic.
- Racja – potwierdził starszy pan – bo czytałem, że na tych osiedlach to 80% głosuje na PiS. Jeszcze doniosą, komu trzeba i nieszczęście gotowe.
- A co tam jedzie?
- 142, skręca, to nie nasze.
- Aha. O, ale w tamten wsiadamy, to nasze.
Skwar się nasilał, jak to bywa w lipcu. Stosunkowo niedawno ukończony przystanek pękał w szwach, a kolejne autobusy gibały się i podskakiwały na zrytym koleinami buspasie, mimo że trasa powstała z okazji mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 roku. Przystanek przypominał rozgrzaną do granic możliwości scenę w antycznym teatrze, przez którą przewijali się kolejni aktorzy. Jedni znikają, pojawiają się następni, z monologami i dialogami, wygłaszanymi swobodnym językiem, bez skrępowania, okraszonym wyrazami i gestykulacją, a zamiast teatralnych masek mają spływający makijaż, ciemne okulary i zarost, mniej lub bardziej widoczny, w zależności od płci i tego, czym obdarzyła ich natura.
- Nie wiem czy zdążę – warknął wkurzony, ładnie zbudowany, nieudolnie brodaty blondyn ze sportową torbą na ramieniu, burgerem w jednej dłoni i telefonem w drugiej. – Zapierdalam teraz, to przez tę jebaną Dorotę i tę grę. Kurwa, odjebało wszystkim, że szkoda gadać! Jak to co, siostra zamknęła mnie w chacie na dolny zamek, to się nie otwiera od środka i nie mogłem wyjść, a ona kurwa nie odbierała, bo goniła pierdolone Pokemony po całym mieście. Co?! Odjebało wam wszystkim, jak nie przyjdziesz na trening z powodu gry, to trener cię kurwa zajebie! – Chłopak prychnął z wściekłością i kawałek posiłku pacnął mu na koszulkę. – Nożesz kurwa, no. Przez ciebie ujebałem się jak świnia. No jem teraz, przecież nie będę tak jak Piotrek, co po kardio jadł pizzę bez salami i mówił, że zdrowo bo hot-doga zje bez parówki i kebaba bez mięsa, kurwa jak będzie jadł samą kapustę, to mu kichy rozerwie, kurwa! Wegetariańskie parówki z miłością, kurwa, żeś wymyślił, gastrofaza z Gessler, kurwa, szkoda gadać. Masz zaraz włożyć dupę w auto i przyjechać na trening, Pokemon nie zając kurwa, jutro też będzie, podobno nawet w Oświęcimiu są, ogarniasz temat, że moja matka w to gra? Przyszła z pracy, kurwa i mówi, że nie było jej nawet żal, że pracuje w niedzielę i nawet lanczu nie wpierdoliła, bo grała sobie w Pokemona, bo u nich między budynkami są, potem po drodze też, a ja siedziałem w domu jak chuj, że szkoda gadać. Jedzie już mój autobus, widzimy się na treningu, bo inaczej w dupę sobie te Pokemony włóż, kurwa!
Blondyn zniknął z przystanku, za to w miejscu, gdzie przed chwilą stał młody brodacz, pojawiły się dwie kobiety. Obie ubrane bardzo podobnie, w ołówkowe spódnice, jasne bluzki z kołnierzykiem, w wielkich okularach przeciwsłonecznych i z torbami foliowymi pełnymi zakupów w rękach. Jedna bardzo opalona, a druga blada.
- Tam też było gorąco, ale inaczej.
- Ale ładnie wyglądasz, jakoś tak zdrowo, odpoczęłaś?
- Trochę, ale już jestem zmęczona, no szkoda gadać.
- Jak to, przecież dopiero wróciłaś do pracy?
- No tak, ale wcześniej myślałam, że zaraz tu wrócę i jeszcze o tym, co muszę najpierw zrobić, no i z dwóch tygodni na Krecie skorzystałam tylko na początku, a potem to już szkoda gadać, nie mogłam odpocząć, bo znowu byłam zmęczona.
- Ty ciągle jesteś zmęczona. Pewnie wolałabyś w ogóle nie chodzić do pracy…
- No jasne, że lepiej, ale co zrobić.
- A wiesz, ja to jak za długo siedzę sama w domu, to aż nie wiem w co mam sobie rękę włożyć.
- No, jedzie 122, to pa.
- Pa!
Obie ucałowały powietrze obok policzków i opalona odjechała, a blada została, kryjąc się przed promieniami słońca za plecami faceta w czapce z daszkiem, który tak się zapatrzył w telefon, że kompletnie przestał zwracać uwagę na mijające go w miejskim upale kolejne autobusy.


poniedziałek, 11 lipca 2016

odc.197.: NIE DOGODZISZ


Z tyłu głowy czasem błąka się nieśmiała, choć dość przerażająca myśl, że rzadko, bo rzadko, ale zdarza się, że windy spadają. Scena z filmu „Speed” przemyka przed oczami, niesprecyzowane w czasie doniesienia prasowe o urwanych głowach, kończynach, stłuczeniach i innych wyrafinowanych obrażeniach ciała przypominają się akurat w tym momencie, gdy drzwi windy rozsuwają się gładko, zapraszając do wnętrza. Wtedy nawet lekkie, niewinne szarpnięcia powodują, że włoski na karku jeżą się w atawistycznym, słusznym odruchu.
Dzieje się tak, kiedy z windy korzysta się sporadycznie, natomiast gdy trzeba nią jeździć codziennie, ludzki umysł skutecznie wypiera makabryczne wizje i niepotrzebne lęki, koncentrując zmysły na czymś innym, jak chociażby na domyślaniu się, gdzie sąsiad z szóstego piętra kupił takie ładne pomidory, skoro w warzywniaku nieopodal bloku są tylko jakieś imitacje pozbawione barwy i smaku również. Podczas jazdy przez miliony pięter można zerknąć dyskretnie i bezkarnie na biust sąsiadki z parteru, która nie przepada za stanikiem i dumnie wypina do przodu imponująco skonstruowaną część ciała, powodując arytmię u grubego sąsiada z czwartego oraz wzrok pełen świętego oburzenia u starszej damy z ostatniego piętra, której jazgoczący przeraźliwym ujadaniem pudelek drażni wszystkich w stopniu porównywalnym do emocji wywołanych oglądaniem państwowych, tfu, narodowych „Wiadomości”.
W windzie osiedlowej w city wszyscy mruczą do siebie grzecznościowe „bry” i „dzenia”, rozwijając niekiedy te niemrawe przejawy elokwencji w rytualne pogawędki o pogodzie lub o tym, że na drugim robią remont już chyba od trzech miesięcy i ciągle jest hałas, pył i ciekawe czy spółdzielnia wie o tym, że rozwalili ścianę między kuchnią a pokojem. Nie wszyscy wszystkich znają, ale kojarzą się z widzenia, co w erze przewijania kciukiem nagłówków bez zagłębiania się w treści jest chyba normalnym zjawiskiem.
- Dzień dobry – wysapała sąsiadka z ostatniego piętra, taszcząc trzy wielkie siaty z zakupami. Sprana trwała na głowie idealnie współgrała z rozmazanym makijażem zmęczonych oczu, codziennie wypatrujących wybryków męża, fana browarnictwa, regularnie koczującego z kumplami pod sklepem monopolowym.
Jako odpowiedź kobieta zarejestrowała entuzjastyczne szczekanie małego kundelka, łagodnie strofowanego przez starszą panią oraz podekscytowane „dzień dobry” małego chłopczyka i nieco burkliwe „bry” młodego ojca, a także mruknięcie chłopaka ze słuchawkami oraz wzruszenie ramion nastolatki, której policzek prawdopodobnie przykleił się do smartfona, ponieważ podobno nikt nigdy nie widział tej dziewczyny bez telefonu.
- Powiedziałam jej, że już wiem, że nie chciała krzywej akcji, a potem i tak się pokłóciłyśmy – nastolatka zawiadomiła piskliwie nie tylko rozmówcę, ale i całą grupę sąsiadów, oczekujących z nią na windę.
- Jeszcze ja, jeszcze ja, proszę przytrzymać! – Rozległo się przy bramie i po chwili obok skrzynek na listy pojawił się sąsiad aktywista, co to w każdej sprawie zadziała, zbierze podpisy, załatwi latarnię na parkingu, festyn na boisku szkolnym i ławkę dla emerytów przy sklepie, do wyboru, do koloru. Człowiek – orkiestra, pożyteczny w tym samym stopniu, co namolnie gadatliwy. Spotkanie z nim to co najmniej kwadrans z głowy, jeśli chce się zachować choćby pozory uprzejmości.
- Jeszcze ja, ale nas dużo! To się nie zmieszczę, to pojadę następną, ale to miło tak się spotkać, tak – paplał, nie zważając na kompletny brak zainteresowania ze strony słuchaczy. - Drugą windę remontują, to teraz wszyscy razem tu musimy przez kilka tygodni. Ciasno, ale raźniej, co?
- Tato, a czy golyle pływają? – Zapytał chłopczyk. – Bo mama mówiła, że szympansy pływają żabką. A golyle?
- Nie wiem, sprawdzimy – mruknął ojciec, przytrzymując brodą zgrzewkę wody mineralnej i usiłując odnaleźć klucze w torbie z zakupami.
- Tato, a człowiek się lobi z małpy? Bo mama mówiła, że z małpy. A jak pójdziemy do zoo, to tam będą małpy czy się zlobią ludziowie?
- Ludzie – odruchowo poprawił synka mężczyzna, śmiejąc się ukradkiem.
Sąsiad aktywista westchnął teatralnie.
- Teraz dzieci są takie wykształcone, panie tego, ja to miałem szczęście, że rodzice chcieli do szkół posłać i pamiętam, że…
- O, już jest winda, przepraszam! – Kobieta z torbami i niegdysiejszą trwałą przepchnęła się do wejścia.
Powoli cała grupa zapakowała się do środka, nieco przepychając się w drzwiach z osobami, które usiłowały najpierw wysiąść.
- Boszsz – starsza pani z pieskiem zmarszczyła nos i powachlowała się ulotką z Lidla. – Ależ tu…
Winda ruszyła.
- …bo powiedziała, że ona wie lepiej, bo jest już w drugiej liceum, a ja dopiero zaczynam i że w pierwszej klasie będę nikim, rozumiesz, nikim! – Dziewczyna z telefonem była na granicy płaczu. – Myślałam, że liczy się coś innego niż fejm…
Chłopak w słuchawkach zerknął z zaciekawieniem najpierw na twarz dziewczyny, potem na jej zgrabną sylwetkę, z półsekundowym przystankiem między szyją a płaskim brzuchem.
Dziewczyna zauważyła spojrzenie chłopaka i uśmiechnęła się, nieśmiało kącikiem ust.
Piesek zaszczekał niecierpliwie.
- Zaraz będziemy w domu, zaraz, nie denerwuj się, ja wiem, że tu śmierdzi – starsza pani wachlowała się z energią, która mogłaby wytworzyć prąd w całym Wrocławiu.
Przez chwilę panowała cisza.
- Jednym śmierdzi – stwierdziła kobieta z torbami – innym pachnie. Jedni się myją, inni perfumą poleją. Jedni pierdz… - Urwała, widząc zaciekawione spojrzenie chłopczyka i wzrok pełen oburzenia sędziwej matrony. - Ludziom nie dogodzisz…
Chłopczyk aż podskoczył z radości.
- A tata lano też pieldnął! Ale w tajemnicy, nie w windzie.
- Synku!
- To moje piętro, do widzenia – drzwi windy rozsunęły się i starsza pani wyciągnęła na korytarz pieska, który zaczął obwąchiwać zakupy sąsiadki.
- Do widzenia – powiedział zarumieniony ojciec chłopczyka.
Piesek prychnął, kobieta z torbami pogłaskała dziecko po głowie, zaś młodzież nie zauważyła niczego, zajęta tańcem godowym.

sobota, 25 czerwca 2016

odc.196.: ALE LIPA


-…i na koniec mu powiedziała, że jak teraz nie wróci, to za rok okaże się, że ktoś inny wychowuje jego dziecko, bo ona nikomu nie wypadła spod ogona.
- Patrz pani, a jak ja wychodziłam za mąż, to było wiadomo, że aż do śmierci.
- A mój mąż zawsze mówił, że dopóki moi krewni nas nie rozłączą.
Podobno gdzieś na świecie egzystują jeszcze społeczności, w których osobniki starsze obdarzane są szacunkiem i troską, ze względu na doświadczenie życiowe, zgromadzoną mądrość, a także ze zwykłej ludzkiej życzliwości. Z kolei literatura uczy nas, że czasami im człek starszy, tym więcej widział, ale nie wszystko dobrze kojarzy, o czym świadczą na przykład chaotyczne komentarze greckiego chóru oraz dyskusyjne w skutkach porady makbetowskich wiedźm, wsparte oparami z ziół, które ponoć wieki wcześniej pomagały w tworzeniu świętych pism (ale o tym sza, bo za takie insynuacje do sądu można trafić). 
W wersji rodzimej mamy do dyspozycji mędrców w literaturze, ławeczkę w telewizyjnym "Ranczu" oraz zbiorowy rechot medialny z fanatyczek przywdziewających moherowe nakrycia głowy, drżącymi dłońmi wysupłujących ostatnie grosze, by opłacić najnowszy model lśniącego samochodu dla ulubionego księdza... Niewiele ma to wspólnego z szacunkiem, mądrością czy czymkolwiek godnym podziwu, ponieważ w polskiej zbiorowej świadomości ludzie starsi funkcjonują na marginesie, w poczekalni przychodni lub czyhając na wolne miejsce w tramwaju. Jak każde zjawisko, to również ma dwie strony, bo wszak na szacunek trzeba sobie zapracować, a pogarda jest tania i łatwa w obsłudze. Samotne buzie pomarszczone w oknach, jak pokryte warstwą kurzu obrazy, to częsty widok na osiedlu w city, podobnie jak oblężenie ławek wokół placu zabaw, nie tylko przez okoliczną żulerię, ale starszyznę rodów rozmaitych, których przedstawicielki i reprezentanci regularnie się spotykają, omawiając stan zdrowia własny oraz majątkowy bliźnich. W rozmowach pojawiają się niekiedy wątki miłosne, okraszone zgorszeniem, gdy prowadzenie się bohaterów wzbudza wątpliwości natury moralnej. Osiedlowe grupy wsparcia są niedoceniane, ponieważ wyrywają z samotności, zasmucenia i sprzyjają wymianie myśli, co zapobiega demencji i rozpaczy. 
Nie ma to jak dobra, soczysta plotka, dla zdrowotności.
Kobieta odziana zaskakująco wielowarstwowo (sukienka, fartuch, kamizelka), jak na tropikalne warunki, które otoczyły Wrocław duszną aurą, przycupnęła jednym półdupkiem na ławce pod wielką lipą, tuż obok placu zabaw, na którym szalały maluchy, obserwowane czujnie przez rodziców usiłujących jednym okiem spoglądać na pociechy, drugim na ekrany smartfonów.
- A dzień dobry sąsiadce – zagaiła, zasapana, zmęczona, objuczona zakupami. – Na chwilę przysiądę, odpocznę, bo od rana na nogach jestem.
- A dzień dobry – odparła siwa kobieta siedząca na ławce, ukryta w podbródkach i fałdach wielkiej spódnicy, a druga dama, bardzo szczupła, pokiwała energicznie głową, na której chwiał się białoszary kok. – Ja też, od samego rana! Teraz, żeby ze wszystkim zdążyć, to bym musiała przed świtem się zrywać.
- Kiedyś tak się wstawało. – Rzuciła z przygnębieniem dama z kokiem. - Piąta, szósta, i dobrze było.
- Teraz zanim sklep obejdę, to już południe. I co ja mam z tego dnia? – Westchnęła, ocierając pot z czoła rękawem fartucha.
- Nakroiłam kapusty i na razie tak leży.
- Życie spowolniało i tryb też.
- A cytryny pani kupiła? Po 18 złoty, w biały dzień zwariowali!
- Bez smaku takie. Niby to cytryna, ale lipa, bo smaku nie ma za grosz. 
- Teraz to nie wiadomo czy jabłko, czy gruszka, wszystko smakuje tak samo. A co tak pachnie?
- Lipy, pani sąsiadko, lipy. Ale nie tak dusząco, jak tamten bez, tylko pięknie, jak to tylko lipa potrafi.
- Smaku nie ma… - Kontynuowała staruszka z kokiem w zamyśleniu – Bo pryskają, tyle pani powiem. Pszczoły umierają, jabłonki po 2-3 latach też, a kiedyś jak się posadziło jabłoń, to dwie dekady żyła, albo i dłużej, jak ja.
- Antonówka, szara reneta, papierówki piękne były, a teraz wszystko takie czerwone, ale lipa, bo smaku nie ma za grosz.
- Trzeba jeść to co jest i cieszyć się, że jest. Nie każdy tyle ma, żeby pojeść. A czereśni tez pani nakupiła? Pewnie nadziewana?
- Jakie nadziewana, wczoraj kupowałam, to ani jednego robaka nie było! – Oburzyła się staruszka w fartuchu. - To dzisiaj też nie będzie…
Kobieta z fałdami zaczęła się podnosić, co ze względu na tuszę było logistycznym wyzwaniem.
- Już pani idzie? Teraz się tak wszystkie rozejdziemy, każda w swoją stronę? – Zasmuciła się dama z kokiem.
- Jak otworzą na osiedlu klub samotnych serc, to pójdziemy razem – rzuciła kpiąco właścicielka miliona podbródków.
- Pani się śmieje, a mnie to syn kiedyś zabrał do takiego klubu – powiedziała z dumą staruszka z kokiem - do kasyna!
- To nie to samo chyba?
- Ale zobaczyłam, jak to może wyglądać. Napatrzyłam się, oj napatrzyłam. Nadymione, nakurzone, dolarami za jakieś żarcie trzeba płacić. A syn mówi: chciałaś wyjść, to zobaczyłaś i odechce ci się.
- Oj, tak, tak, nie każdemu to odpowiada.
- Mnie by odpowiadało – westchnęła spod fartucha starsza pani. – Ale nakupiłam sobie teraz truskawek i czereśni.
- No tak, klubu nie ma, to inaczej sobie dogodzimy – zaśmiała się sąsiadka spod koka. – Nawet jak nadziewane.
- Co pani mówi, ani jednego robaka!
- A ja to bym wolała nawet takie nadziewane niż te chrabąszcze, co te dzikusy gotują w telewizorze. Sąsiad mówił, że nawet jego pies by nie tknął.
- Ten, co ma podwójne drzwi?
- Mnie też namawiał, mówił do mnie, że panią okradną i do mnie przyjdą, ale co u mnie można ukraść, jak ja nic nie mam? Po co mi takie drzwi? Firanę mogłabym powiesić, i tak nic nie mam.
- Tymi drzwiami sam tylko kusi złodzieja. Od razu widać, że go stać i coś ukrywa. Jak tamci spod siódemki, co teraz pomarli i córka się sądzi z bratem o mieszkanie.
- Co pani powie, a tam nie było testamentu?
- Może był, a może nie, ten oszust wyniósł wszystkie papiery i teraz szukaj wiatru.
- A może zadłużone? – Zaciekawiła się dama z torbami pełnymi zakupów, tuląc siatkę z cytrynami do siebie.
- Takie też można sprzedać, jak wiadomo czyje to. I została ta córka teraz, mąż w Niemczech, syn też w Ameryce jakiejś czy innej Anglii, a ona sama w tym swoim mieszkaniu i teraz drugi kłopot.
- To ja już wolę nic nie mieć, żeby mnie nie okradli.
- Teraz nie włamują się, jak kiedyś, tylko ludzie sami ich zapraszają i dają oszustom.
- Na wnuczka, na strażaka…
- Na jakiego strażaka? Na policjanta dają, słyszałam w gazecie, co pani mówi.
- Strażak to ma ładniejszy mundur, takiemu to i herbaty bym zrobiła. A, posiedziałam – otrzepała fartuch i wstała – to teraz tylko wdrapię się na to moje czwarte piętro i zajdę, i odpocznę.
- A my pani sąsiadko, to jeszcze po te truskawki może podejdziemy, pojemy sobie? – Zapytała kobieta z kokiem.
- Co racja, to racja, nie ma klubu, to inaczej trzeba sobie dogodzić – między fałdami pojawił się uśmiech, po czym staruszki wzięły się pod ręce i powoli ruszyły w kierunku warzywniaka.
Zapach lipy niósł się z niemrawymi podmuchami wiatru, zapewne w poszukiwaniu cienia.